Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pod okładką. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pod okładką. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 maja 2014

Drugie życie van Gogha


Biografia jednego z najsłynniejszych malarzy, Vincenta van Gogha, fascynuje i zaskakuje po dziś dzień, i to nie tylko miłośników sztuki. Dzieje się tak, ponieważ jego życie to pasmo porażek oraz twórczej pasji, a jego dzieła o wiele silniej oddziałują na wrażliwość odbiorców współczesnych niż jemu współczesnych. Skomplikowaną i tragiczną biografię twórcy na język komiksowy przełożył serbski artysta Gradimir Smudja, tworząc inspirowane malarstwem van Gogha tomy: ,,Vincent i van Gogh” oraz ,,Trzy Księżyce” (Timof Comics, Warszawa 2013). Powodem, dla którego dzieło Smudji nie wpisuje się w żaden schemat, jest niecodzienne ujęcie losu van Gogha. Autor nie poprzestał na odtworzeniu najważniejszych momentów w życiu malarza, on niejako stworzył van Gogha na nowo, dając mu dosłownie drugie życie. Ale zacznijmy od początku.

Vincent van Gogh (1853–1890), autor słynnych ,,Słoneczników” oraz szeregu autoportretów, jest znany jako artysta niespełniony, który dopiero pośmiertnie zyskał sławę[1] . Niezrozumienie jego twórczości, kłopoty natury finansowej, trudny charakter oraz początki choroby umysłowej doprowadziły go do samobójstwa. Taką wersję wydarzeń znamy z biografii malarza. W dziele Smudji van Gogh jest zaś tylko jednym z bohaterów. Serbski artysta pokazuje nam historię zupełnie inną, historię niejako na opak, a rozpoczyna się ona w momencie, gdy marzący o karierze malarza van Gogh znajduje na ulicy rannego, rudego kota o imieniu Vincent… Vincent nie jest zwykłym dachowcem. Pod wpływem jego niezwykłych umiejętności malarskich powstają znane nam „Słoneczniki” i nie tylko. Wkrótce van Gogh i Vincent stają się nierozłączni, kocur zyskuje coraz to większe znaczenie w tym duecie, a malarz jest jedynie cieniem swego futrzanego kompana. Stopniowo to zwierzę dominuje nad człowiekiem. Do dnia, w którym van Gogh zyska możliwość podpisania się pod dziełami swego zwierzęcego mistrza własnym imieniem i … niezwłocznie wykorzysta tę możliwość. Tak według Smudji – przez przywłaszczenie sobie cudzych dzieł – zrodził się geniusz van Gogha.

Obrazoburcze? Nieprawdopodobne? Możliwe. Wszak dzieło Gradimira Smudji nie predestynuje przecież do miana naukowej biografii. Bohema artystyczna Paryża jest tu przedstawiona z dużym przymrużeniem oka. Spotykamy malarza Henriego Toulouse-Lautreca (1864–1901), malującego kabarety i nocne życie kawiarń. Pojawia się postać Gauguina (1848–1903), znanego z przesyconych kolorem płócien z Tahiti. Smudja przywołuje też, jakżeby inaczej – Claude’a Moneta, zwanego ojcem impresjonizmu, oraz postaci Degasa i Maneta[2]. Bohaterowie przewijają się przez nocne kluby, spelunki i pracownie artystów, zwiedzają dworzec Orsay oraz poznają magiczną Prowansję. Wymienieni malarze istnieli i działali w Paryżu w czasie pobytu Vincenta van Gogha. Van Gogh znał Paula Gauguina, który potem wyjechał na Tahiti. Obaj malarze podróżowali nawet razem do Prowansji, gdzie w Arles powstało wiele sławnych obrazów, jak choćby ,,Żółty Dom” (1888) – wizerunek nieistniejącego już budynku, w którym obaj mieszkali[3].

W Prowansji objawiły się ponownie choroba Vincenta, nastąpił też epizod z odcięciem sobie ucha[4]. Malarzem opiekował się miejscowy lekarz, doktor Gachet, uwieczniony na wielu obrazach. W ataku choroby van Gogh próbował się zabić i w konsekwencji śmiertelnie się postrzelił. Zmarł po kilku dniach, po czym jego prochy złożono na cmentarzu w Auvers-sur-Oise. W rok potem obok niego pochowano jego ukochanego brata, Theo, który zawsze wspierał van Gogha i stał się propagatorem jego sztuki. Tyle o faktach.

W komiksie tym swobodnie mieszają się czas i miejsca, bohaterowie oraz obrazy. Smudja pełnymi garściami czerpie w końcu ze sztuki impresjonistów i z całej historii malarstwa europejskiego. Pojawiają się jeszcze elementy całkowicie fantastyczne. W magiczno-komicznej podróży obserwujemy, jak swoiste alter ego malarza, kot Vincent, stopniowo zaczyna nad van Goghem dominować, a para ta ma w sobie coś z Dr. Jekylla i Mr. Hyde’a. Mamy tu papugę Gauguina o imieniu Paul, którą czeka tragiczny koniec jako danie główne. Ulice Paryża przemierza słonica Carmen, a cyprysy, którym van Gogh poświęcił szereg obrazów, zyskują własny głos. Smudja tworzy bajeczny konglomerat groteski i humoru, kpiny i realizmu, żongluje odniesieniami i obrazami. W komiksie znajdziemy nawiązania do popkultury oraz ikon francuskiej historii kina oraz komiksu. Nieprzypadkowo ukochana Vincenta, aktorka M.M, przypomina Marilyn Monroe. Pojawiają się Brigitte Bardot (znaną z obrony praw zwierząt) i komiksy o Tintinie, a także nawiązania do „Ojca Chrzestnego”.

Ilustracje są oczywiście inspirowane soczystą i intensywną twórczością van Gogha. W niektórych kadrach komiksu odnajdziemy nawiązania do Salvadora Dalego (1904–1989) (zegary w ,,Trzech Księżycach” a zegary w dziele Dalego „Trwałość Pamięci” z 1931) czy amerykańskiego realisty Edwarda Hoppera (1882–1967). W jednej ze scen widzimy postać znaną z rzeźby autorstwa E. Degasa „Czternastoletnia tancerka”[5]. Smudja z mistrzostwem pokazuje czytelnikowi scenę, w której Vincent i van Gogh trafiają do fast foodu, gdzie rodzina spożywa akurat… frytki. Jednak nie każdy rozpozna w tym kadrze nawiązanie do mniej znanego obrazu van Gogha „Jedzący kartofle” (1885). Pastisz? Smudja dostarcza nam wiele takich niuansów, jednak żeby w pełni je docenić, należy znać nieco biografię malarza. Stąd przed lekturą komiksu wskazane jest przypomnieć sobie parę faktów z historii sztuki. Utrudnia to nieco odbiór komiksu przeciętnemu czytelnikowi, który nie jest specjalistą w dziedzinie postimpresjonizmu. Dzieło serbskiego artysty jest to zatem rzecz dla określonego czytelnika, który w założeniu powinien te nawiązania i drobne cytaty odczytać. Jeśli jednak ktoś niekoniecznie chce zagłębiać się w umysł van Gogha i śledzić, czym różnią się „Słoneczniki” (1888) od drugiego obrazu namalowanego w tym samym roku, pozostaje warstwa pierwsza dzieła. To uniwersalna opowieść o pasji, wierze, przyjaźni i potędze sztuki. Okraszona bogatą wyobraźnią, humorem i przygodą, oraz niezwykłymi rysunkami i kolorami inspirowanymi „Gwiaździstą nocą” i „Pokojem malarza w Arles”. Za mało? Nie sądzę. Chętni zawsze mogą odwiedzić National Gallery w Londynie, gdzie po raz pierwszy od 65 lat zestawiono dwie wersje „Słoneczników” van Gogha[6].

Joanna Wiśniewska




[1] Wiadomości dotyczące biografii malarza pochodzą z publikacji „Van Gogh” Ingo F. Walther, wyd. Taschen, Warszawa 2007. W 2002 roku Czytelnik wydał zbiór listów braci van Gogh – Theo i Vincenta, dający niezwykłą możliwość wejrzenia w umysł artysty oraz zrozumienie relacji łączących go z bratem, por. ,,Listy do brata” V. van Gogh, Czytelnik, Warszawa 2002. O życiu i malarstwie Vincenta traktuje też znakomita powieść Irvinga Stone’a „Pasja Życia”, Muza, Warszawa 2012.

[2] Na temat postimpresjonizmu oraz artystów związanych z tym nurtem pisze w swej monografii W. Juszczak, por. „Postimpresjoniści”, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1985, (wyd. III).

[3] Do Arles Vincent pojechał w 1888 roku, tam też powstały jego najlepsze obrazy.

[4] Pamiętny „Autoportret z odciętym uchem i fajką” z 1889 roku, znajdujący się w Collection Niarchos.

[5] Obecnie w Metropolitan Museum of Art rzeźba przedstawia dziewczynkę w stroju baletnicy, powstała ona w 1879 roku.

[6] Por. http://www.nationalgallery.org.uk/whats-on/exhibitions/the-sunflowers.






piątek, 4 kwietnia 2014

Pod słońcem Portugalii



Prawda stara jak świat – aby uporać się czy to z zalęgłymi w duszy demonami, czy twórczą niemocą, czy też zwykłą, codzienną „trudną sprawą”, trzeba po prostu wyjechać i zmienić otoczenie, w którym będzie można spojrzeć na wszystko z zupełnie innej perspektywy, z większym dystansem i z całkowicie odmiennego punktu odniesienia. To prawda stara i zużyta jak świat. Ale czasami właśnie takie zużyte motywy najlepiej się sprawdzają w klasycznych i dobrze opowiedzianych historiach. Tak jest właśnie z „Portugalią”, w której Cyril Pedrosa przedstawił nam zapadającą w pamięć historię młodego człowieka i jego trafnych oraz tych nienajlepszych życiowych wyborów.

Fabuła. W większości przypadków najważniejsza składowa utworu. W „Portugalii” zaś to dosłownie i w przenośni historia z życia wzięta (sic!). Mamy tu – bliskie sytuacjom z rzeczywistości Cyrila Pedrosy – dzieje Simona Muchata oraz ograny i starty już przez wieki (zapowiedziany we wstępie) motyw podróży – zarówno tej sentymentalnej, jak i czysto poznawczej (bo na kanapie w kapciach raczej nikt nie dowie się o sobie zbyt wiele). Podróż w „Portugalii” obok poznania siebie służy też głównemu bohaterowi do odnowienia – zagubionych gdzieś po drodze – więzi z rodziną. Te rodzinne portrety, obrazy zagmatwanych relacji Simona z ojcem, kuzynami, wujkami itd. to jeden z mocniejszych atutów portugalskiej historii. Pedrosie udało się tu bardzo celnie odmalować nasze codzienne zmagania i próby znalezienia wśród najbliższych tej cennej nici porozumienia. Dla Simona jest to o tyle trudne, że sam nie potrafi odnaleźć się w świecie, a dodatkowo cierpi na brak jakiejkolwiek motywacji do działania. Nie pisze, irytuje go otoczenie, niszczy nawet swój długoletni związek. Jest nie tyle zagubiony, co po prostu zobojętniały na wszystko, zawieszony w działaniu, w gąszczu niepodjętych decyzji, z których nie jest jeszcze gotów wyjść. Co w takiej sytuacji zrobić? Panaceum na życiowy marazm może okazać się właśnie podróż „prorodzinna” – najpierw na południe Francji, a następnie do Portugalii – aby spróbować odnaleźć siebie i swoje korzenie, które rosną coraz bardziej w odbywanych przez bohatera rozmowach i snutych, pełnych bliżej nieokreślonej nostalgii, wspomnieniach. Tak w wielkim skrócie można streścić fabułę historii Simona, którą autor podzielił na trzy „nierówne” części – różne zarówno pod względem formy, jak i przekazywanych treści. Razem z Simonem, jego myślami i atmosferą postrzeganego przez niego otoczenia uczestniczymy bowiem w wielkim akcie metamorfozy, i to nie tylko samego bohatera! Rzadko kiedy się zdarza, że jesteśmy świadkami równoczesnej transpozycji podmiotu oraz kompozycji/konstrukcji utworu. Ostatnio zrobił coś takiego Joseph Gordon-Levitt w swoim debiucie reżyserskim „Don Jon” (Best Film, 2013). W przypadku „Portugalii” to niestety zarazem wielka zaleta, jak i jej pewna skaza, ponieważ autor w ostatniej części trochę niechcący zmarnował dobrze nastrojony motyw.

Dwa pierwsze rozdziały komiksu to czas wspomnianego już wyżej zawieszenia i zobojętnienia Simona, który powoli, krok po kroku, układa w sobie otaczający świat. To również miejsce licznych rozmów i unoszącej się nad nimi nostalgii, która dodatkowo – wtórując tematowi/treści historii – oddana jest przez Pedrosę w odcieniach bardzo chłodnych, acz intensywnych, czasem wręcz ciemnych i zgaszonych. Kadry (w większości) są tu tak wyraźne, jak opowiadana historia. Bliskie życia, emocjonalne i pełne eksperymentów z tonacją, oddającą trafnie wszystkie nastroje bohatera. Tylko miejscami kreska jest niedokończona, urwana czy zbyt cienka, żeby była dostrzeżona na pierwszy rzut oka (tu upatruję metaforę wspomnianego zawieszenia głównego bohatera pomiędzy rzeczywistościami – tą ogólną i osobistą). Wszystko jest tu przemyślane i pod każdym względem dopracowane, dlatego tym bardziej żal, że historia w trzeciej części tak drastycznie i niewłaściwie zmienia nie tylko tor, ale i sam środek lokomocji/wyrazu/formy, wpadając przy tym w koleiny łatwych i jasno rozrysowanych rozwiązań. Można bowiem zapytać, dlaczego gdy bohater odnajduje wreszcie życiową równowagę, dostajemy od razu kadry z ciepłymi barwami oraz ledwo naszkicowane, rozmyte kontury postaci, przedmiotów i krajobrazów, które tworzą jakby jeden wspólny element, absolutną i nieznośną wręcz spójnię przedstawianej rzeczywistości (taki zabieg nudzi już po kilku stronach). To tak jakby autor chciał nam powiedzieć, czy raczej wskazać palcem – patrzcie, jakie to wszystko jest piękne, jasne, radosne, ze sobą połączone. Tak piękne, że nawet otaczający nas świat traci swoją ważność, jawność, dokładność i ostrość (czyt. problemy), a obcy język nie stanowi bariery, jest raczej dźwięcznym i harmonijnym obrazem miejsca, w którym przebywamy i które naturalnie wchłaniamy. To tak jakby ciekawe i warte namysłu były jedynie stany naszego rozedrgania, nieprzystosowania... A przecież wcale tak nie jest.

Reasumując: z jednej strony, muszę przyznać, jestem pod wrażeniem zastosowanych przez Pedrosę technik i konsekwentnie dopracowanej koncepcji całości, tej swoistej zabawy z „kolorowaniem” treści, z drugiej jednak uważam, może i trochę intuicyjnie, że forma ostatniej części zburzyła nieco tak dobrze skonstruowaną opowieść, i że na koniec – poprzez zastosowanie przez autora właśnie tych ciepłych barw i dość jasnej wymowy – jedynie obniżyła temperaturę całej opowieści. Dla mnie to jedyny zgrzyt „Portugalii”, przez większość pewnie nawet nieuznany. Ostatecznie Cyril Pedrosa stworzył dość lekką w wymowie, niemoralizującą, bezpretensjonalną i zachwycającą wizualnie opowieść o poszukiwaniu siebie i własnej tożsamości. A jest to nie lada sztuka, biorąc pod uwagę podjęty temat – z jednej strony pompatyczny, z drugiej zaś trącący banalnością. Niewielu bowiem potrafi znaleźć w sobie zdrowy dystans nie tylko do otaczającego świata, ale przede wszystkim do samego siebie. Cyril Pedrosa wyszedł z tej historii obronną ręką (a nawet dwiema, i tylko trochę nazbyt spalonymi zbyt ciepłym słońcem Portugalii).

Szymon Gumienik
"Portugalia" Ciril Pedrosa
Wydawnictwo: Timof i cisi wspólnicy, 2013

środa, 12 lutego 2014

PIEŚŃ O RYCERZU AYMARZE



W roku pańskim 1085 królestwo Francji trapią głód i susze. Ziemia jest własnością króla, Kościoła i rycerstwa. Możni feudałowie są jedynymi panami swych poddanych. Panuje chaos i bezprawie. Drogami średniowiecznej Europy, pełnymi okrucieństwa i przemocy, podąża Aymar de Bois-Maury, rycerz, któremu pozostał tylko honor…

Tak wygląda tło serii komiksów „Wieże Bois-Maury” autorstwa Hermanna Huppena. Francuski rysownik i scenarzysta zaczął pracę nad pierwszymi tomami w latach osiemdziesiątych XX wieku, jednak polski czytelnik może zapoznać się z twórczością Huppena dopiero teraz. Wydawnictwo Komiksowe wypuściło bowiem na rynek polski pierwsze trzy tomy serii o przygodach Aymara. Każdy z nich jest poświęcony innemu bohaterowi, chociaż łączy je postać błędnego rycerza, niegdyś właściciela zamku Bois-Maury. Seria liczy sobie dziesięć tomów, a całość ma się ukazać już w przyszłym roku. Przedsięwzięcie na wielką skalę, jednak sądząc po pierwszych tomach, Huppen i na polskim rynku stanie się prędko autorem kultowym.

Hermann stworzył dzieło monumentalne, istny fresk historyczny i panoramę wczesnego średniowiecza ujętą w ramy komiksu. Akcja pierwszego tomu rozpoczyna się około roku 1085, zaś kończy się w okresie pierwszej krucjaty. Głównym bohaterem serii uczynił postać tajemniczą i niejednoznaczną, rycerza bez majątku, Aymara de Bois-Maury. Rycerz ten podróżuje po kraju wraz z giermkiem Olivierem, trudniąc się częstym w owych czasach fachem najemnika. Nie jest jednak typowym osiłkiem czy płatnym zabójcą. Aymar to postać niezwykła, człowiek wykształcony i wrażliwy, przestrzegający swoistego kodeksu rycerskiego. Utracił majątek, rodowy zamek w Bois-Maury i chce zebrać dość złota, by opłacić armię zdolną pomóc mu odzyskać zagrabione ziemie. Cenne umiejętności walki wykorzystuje w służbie feudalnych panów, jak i banitów. Za sprawą pomysłowości autora, spotyka na swej drodze wielu pozytywnych i negatywnych postaci. Jest tu Germain, kamieniarz skazany za zbrodnię, której nie popełnił. Heloiza de Montgri, młoda szlachcianka, która poszukuje zaginionego narzeczonego i zemsty, trupa wędrownych komediantów-złodziei, ocalony z masakry rodziny dziedzic zamku, pewien starzec oraz tajemniczy pasterz…

Postać pana de Bois-Maury jest z rozmysłem odsuwana na dalszy plan, przychodzi mu być czasem zaledwie statystą dla historii innych bohaterów tej opowieści. Wątki postaci przeplatają się ze sobą niezwykle finezyjnie. Widać tu precyzję w łączeniu poszczególnych epizodów, ale wątek przewodni każdego tomu w odpowiednim momencie powraca do znanego nam Aymara. Hermann wydaje się doskonale panować nad wieloma nićmi tego gobelinu, jakim jest seria poświęcona Bois-Maury. W odpowiednim momencie powraca do głównego wątku, ale czytelnik bez trudu śledzi wydarzenia i nie sposób jest się tu zgubić. Z każdą odsłoną kolejnego tomu bohaterowie są coraz ciekawsi, coraz częściej też zadajemy sobie pytanie, jak cienka jest granica między dobrem i złem? Czy jesteśmy skazani na wypełnianie swego przeznaczenia, czy – przeciwnie – sami możemy pokierować naszym losem.

Aymar i jego przygody są tylko pretekstem do ukazania panoramy średniowiecznej Francji wraz z całą jej skomplikowaną strukturą społeczną, podziałem na klasy, rolą Kościoła, króla i możnowładców. Jest to fresk, trzeba przyznać, dość niepochlebny. Natykamy się tu na głodnych i wykorzystywanych chłopów, okrutnych rycerzy sprawujących władzę nad życiem i śmiercią swych poddanych, Kościół walczący z heretykami za pomocą stosu, biedę, głód i bezprawie. Hermann doskonale oddaje niuanse zagmatwanej średniowiecznej historii. Warto przyjrzeć się epizodom, by dostrzec, że nic nie jest dla autora jednoznaczne. Chłopi wprawdzie biedni i uciskani, ale jednocześnie ciemni i okrutni. Rycerze bez lśniących zbroi, zajęci bardziej własnym stołem lub co nadobniejszymi wieśniaczkami, ewentualnie grabiący ziemię słabszego sąsiada. Alianse małżeńskie i polityczne stworzone dla zdobycia władzy i wpływów. Rycerze-rabusie, najemnicy i brak jakiejkolwiek władzy królewskiej. Całe połacie średniowiecznej Francji i nie tylko były minikrólestwami w rękach możnych. To najlepszy opis realiów, w których przyszło żyć bohaterom Hermanna. Radzą sobie z brutalną rzeczywistością na swój własny sposób. Jedni lepiej, inni gorzej, ale wszyscy usiłują po prostu przeżyć. W walce o życie przestają liczyć się ideały czy honor, a celem staje się po prostu zemsta. Pomysłowość w tworzeniu barwnych, krwistych postaci pozwala nam polubić Germaina, Heloizę, Aldę czy wzruszyć się historią Babette. Paradoksalnie, okazuje się, że pośród okrucieństwa i bezprawia jedynym pozytywnym bohaterem stara się być Aymar de Bois-Maury, choć trudni się niezbyt uczciwym fachem najemnika.

Cykl o Bois-Maury jest rodzajem średniowiecznego skrzyżowania „Don Kichota” z „Pieśnią o Rolandzie” i ,,Filarami Ziemi” Kena Folleta. Przygody rycerza przypominają pieśni trubadurów o rycerskich czynach oraz poszukiwaniu Świętego Gralla i należy w nich upatrywać inspiracji dla nieco pokrętnej wersji minnesingera Hermanna Huppena. Trzeba dodać, że na pomysł całej serii miało wpływ zainteresowanie Hermanna architekturą średniowiecza. W komiksie odtworzył on wiernie miejsca z dzieciństwa – rodzinną Walonię. Te zainteresowania przekładają się na jakość i styl rysunków, zwłaszcza tam, gdzie widać architekturę. Niezwykle wiernie i szczegółowo, z ogromnym rozmachem, wprowadza nas autor na średniowieczny plac budowy katedry czy do komnat warownego zamku. Walory architektury i poszczególnych plansz podkreśla kolorystyka Fraymonda. Stonowana i utrzymana w pastelowych różach oraz błękitach doskonale oddaje porę dnia, niuanse pogody, świt lub wieczór. Także fizjonomie bohaterów, również Aymara, są zaskakująco zwyczajne, nasz błędny rycerz nie przypomina herosów. Postaci zaludniające świat Hermanna są jak najbardziej oryginalne w swej powierzchowności, bardzo ekspresyjne i naturalistyczne. Brzydkie, chore, czasem piękne, ale celem rysownika nie było tworzenie superbohaterów. Za to dostajemy pełnokrwistych ludzi, dosadnych, rubasznych, głupich, podłych, ale i czasem czyniących dobro. Słowem, istna panorama ludzkości.



Joanna Wiśniewska



poniedziałek, 27 stycznia 2014

Fugazi czyli Fucked Up, Got Ambushed, Zipped In



„Czy dziś Fugazi mogłoby istnieć? Na pewno nie. To były czasy, które sprzyjały wolności. Wszystko uchodziło.” Klub muzyczny Fugazi, którego początki sięgają roku 1990, jest odzwierciedleniem tego, co działo się w Polsce po transformacji. Nadzieja. Walka o stołki. Chaos gospodarczy, polityczny i kulturowy. Bękart kapitalizmu, który pojawia się na gruzach PRL-owskiej rzeczywistości we wspomnieniach ówczesnych pięknych dwudziestoletnich, swoim wyglądem jest daleki od groteskowego potworka. Jest po prostu na tyle obcym, trudnym do ogarnięcia i zdefiniowania straszydłem, że można żyć w jego towarzystwie bez specjalnego lęku. A czasami nawet przekabacić go na swoją stronę, namówić do wspólnych inicjatyw, maszerować ramię w ramię. A gdyby wyciąć mu irokeza, założyć papę i postawić piwo? Kto wie, czy nie tupałby nogą w rytm M.D.C. No albo chociaż Dżemu, jeśli zabrakło mu lepszego gustu.

Tym właśnie jest dla mnie komiks Marcina Podolca „Fugazi Music Club”, nowe dziecko konsekwentnej i niezawodnej Kultury Gniewu, które po raz kolejny serwuje nam dzieło z zakresu polskiej sub- – czy lepiej – kontrkultury. Peanem na cześć pierwszych lat po transformacji ustrojowej, gdzie wiele rzeczy niemożliwych stawało się możliwymi. Gdzie „przy koniaczku” robiło się przekręty mniejsze i większe, bo jedną nogą staliśmy w wódczanym bareizmie, ale z drugiej strony dysfunkcje nowego systemu pozwalały temu „koniaczkowi” realizować rzeczy wielkie. Tęgie głowy do dziś walczą i skaczą sobie do gardła (co w naszym kraju określane jest mianem „dyskusji społeczno-politycznej”) na temat oceny transformacji, na temat straconych szans i niezrealizowanych obietnic. Tymczasem Marcin Podolec swoim komiksem, opartym na podstawie wspomnień Waldemara Czapskiego, daje nam to, co w tym okresie było najbardziej wartościowe i najpiękniejsze. Muzyczny klub Fugazi pojawił się na mapie Warszawy, zaistniał w świadomości stolicy, a po krótkim czasie całego kraju wskutek wielkiej pasji kilku młodzieńców, fanów muzyki rockowej, alternatywnej czy jak wolicie nazwać gustowny amalgamat fanów Nocnej Zmiany Bluesa, Marilliona i Post Regimentu. Od świecącej pustkami i nieskonsumowanymi pączkami z różanym nadzieniem „kluboherbaciarni” do najbardziej popularnego klubu o niepowtarzalnym wystroju, gdzie dzień w dzień organizowane są koncerty, od załoganckiej sztamy do rozpaczliwej walki z mafią zasiloną przez byłych milicjantów i esbeków. To miejsce w ujęciu Marcina Podolca to zwierciadło historii – tej mikro-, subkulturowej tak ważnej dla Kultury Gniewu, jak i tej przez większe „H”, tej polskiej, o której mówiłem. „Czy dziś Fugazi mogłoby istnieć?” Tymi słowami rozpocząłem tekst, tymi samymi kończy się dzieło Podolca. Przecież mamy kluby, kapele, pasjonatów, ludzi skorych do poświęceń. Tylko czy dziś „czasy sprzyjają wolności”? Komiks ten rozsiewa sentymentalną aurę, wspomnień czar, która może wzruszyć starszych, co to drzewiej byli związani ze sceną. Owszem, selekcja zdjęć kończących to dzieło jest wspaniała, pod względem archiwalnym jest rzeczą niebywałą. Ja jednak, jako osoba młodsza, mogę spojrzeć na fenomen Fugazi z dystansu. Podoba mi się i imponuje polityczność tego utworu przy jednoczesnym zachowaniu nutki frywolności, którą ledwo mogę pamiętać z wczesnych lat 90-tych. Czy urodzony w 1991 roku Podolec myśli o „dawaniu świadectwa”? Nie sądzę, to raczej gorzka refleksja nad naszą współczesnością, nad naszą twórczą niemocą, nad niemożnością realizacji swoich marzeń zwanych dziś ambitnymi przedsięwzięciami. Dzisiaj „nic nie uchodzi”. Wczorajsi członkowie ekipy Fugazi dzisiaj stali się medialnymi pionkami, część pozostała w cieniu, część stara się żyć po swojemu. Zachwyca mnie ostatni, bardzo prosty rysunek, nieco już starszego Waldka. Co właściwie znaczy jego postawa, lekko spuszczona głowa, zamknięte oczy, dłoń zakrywająca czoło. Wzruszenie? Rezygnację? Wściekłość? Żal? Zmęczenie?

Marcin Podolec doskonale orientuje się nie tylko w temacie, w historii opowiedzianej przez Czapskiego, założyciela klubu. Perfekcyjnie opanował ikonografię subkulturową i kontrkulturową charakterystyczną dla przełomu lat 80-tych i 90-tych. Zarówno tą związaną z historyjkami obrazkowymi, jak i sceną muzyczną. Zasługuje to na pochwałę tym bardziej, że posługuje się on mimo wszystko konsekwentnym minimalizmem, nie tworząc kolażu i formalnego hołdu. Dzięki temu „Fugazi Music Club” awansuje jako dzieło skończone, zamknięte i dopracowane.


Piotr Buratyński

piątek, 20 grudnia 2013

Jak wygląda konstruktywna krytyka?

„Rainbow Puke” Stamper | www.rainbowpuke.com


Komiks patriotyczny nie lubi tęczy. Nic dziwnego więc, że zaraz po incydencie przy Placu Zbawiciela w „popularnym” serwisie społecznościowym Jakub Kijuc - twórca przygód „Jana Hardyego” i „Konstruktu” ponownie umieścił swoją grafikę przedstawiającą pięść roztrzaskującą czy też ściskającą tęczę. Komiks wg Kijuca jest doskonałym narzędziem służącym jedynej i słusznej ideologii. Wspaniały patriotyzm. Sztandar w górę. Mazurek Dąbrowskiego gra. Salut i duma. Bóg, Honor, Ojczyzna. A nam chce się rzygać. Bo znów wdzialiśmy ten tendencyjny rysunek, i po raz kolejny okazuje się, że nie jesteśmy zbyt tolerancyjni. Ręce opadają, bo jak można tak dobry „talent” zmarnować i się „sprzedać”. Chyba należy nam się niezwłoczna wizyta u jakiegoś renomowanego psychoterapeuty… Ale przynajmniej wiemy komu wystawić rachunek!

A co w naszym numerze? W „Made in Poland” Asia Wiśniewska dzieli się swoimi spostrzeżeniami na temat komiksu „Psychopoland”, w którym Chmielu i Piotr Białczak przedstawiają polską rzeczywistość - brutalną i bezlitosną jak w filmach Wojciecha Smarzowskiego. Brutalny jest też „Hard 2” Tomasza Bińka, ale to już inny rodzaj brutalności osnutej wokół pornografii, która odrzuca i przyciąga jednocześnie. Przy czym nie kopie po mordach jak ta w Psychopoland, a wrzuca w Limbo.

Na szczęście listopadowy numer nie jest w całości tak pesymistyczny. W końcu powracamy do skąpanej w październikowym słońcu Łodzi, gdzie odbył się 24. Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier . Mamy nadzieję, że Nasza relacja pozwoli w dużym stopniu przybliżyć Państwu to największe święto komiksu w Polsce. Swoje trzy grosze na ten temat dorzuca nieoceniona Anna Krztoń. Nie zabrakło także komiksowego komentarza autorstwa Hasioka (aka Kuby) pod wymownym tytułem „Zagłada”. Ponadto na naszych łamach gościmy twórców cyklu „Biocosmosis” - Edvina Volińskiego i Nikodema Cabałę, których pytamy prawie o wszystko. Recenzujemy pierwsze tomy serii „Noe” i „Odd Thomas” wydane przez wydawnictwo SQN, które ostatnimi czasy obdarzyło polskich czytelników prawdziwym hitem a mianowicie „Niezwykłą historią Marvel Comics”. Ale o tym już za miesiąc.


Życzymy miłej lektury!

Dawid Śmigielski
Jacek Seweryn Podgórski


niedziela, 8 grudnia 2013

Ciężka dola pirata



Wydawnictwo „Egmont” dało polskim fanom komiksu niezwykłą serię „Plansze Europy”. Dzięki niej możemy zapoznać się z dziełami najsłynniejszych komiksowych twórców z różnych krajów, włączając w ten poczet Christophe’a Blaina, autora m.in. popularnej we Francji serii komiksów o piracie Izaaku. Dzieło to jest ciekawą podróżą w świat dobrej rozrywki, okraszonej dodatkowo sporą dawką humoru oraz wnikliwym obrazem pewnej epoki. Tytułowy pirat Izaak w niczym nie odpowiada wizerunkowi komiksowego herosa, a zwłaszcza typowego pirata-łupieżcy. Blain bohaterem trzech miniopowieści uczynił Izaaka, z zawodu malarza, oprócz tego bawidamka, z żyłką awanturnika i odkrywcy. Dodajmy do tego, że miejscem akcji jest osiemnastowieczny Paryż, miejsce tyleż wspaniałe, co mroczne i obskurne. W pierwszej z trzech prezentowanych w tomie opowieści nasz bohater najczęściej przebywa w ubogich oraz, przyznajmy, nieco niebezpiecznych dzielnicach tego miejsca. Izaak jest Żydem z bogatego domu, zakochanym z wzajemnością w chrześcijance Alicji. Niestety jego ojciec nie akceptuje tego związku, przez co Izaak i jego narzeczona nieustannie klepią biedę. Bezskutecznie próbując sprzedać swoje obrazy, Izaak przemierza Paryż. Podczas jednej z wędrówek spotyka tajemniczego miłośnika marynistycznych obrazów o imieniu Henri. Skuszony wizją zarobienia pieniędzy, podjął się narysowania kilku szkiców z pewnej podróży. Nasz bohater zawsze marzył, by zostać marynistą i malować morze, jednak podróż okazuje się naprawdę długa – do Ameryki – a na dodatek odbędzie ją na statku pewnego pirata. Jednak Jean Rabuś nie jest zwykłym łupieżcą, a jego statek piracką łajbą – jest odkrywcą nowych lądów, a Izaak przypadkowo ma te odkrycia udokumentować. Tymczasem jego opuszczona narzeczona musi zmagać się z trudnościami codziennego życia samotnie, co nie sprzyja związkowi obojga…

Izaak początkowo nie narzeka na pirackie życie – uwodzi kobiety i maluje, szkicuje oraz rysuje – do czasu. Tematy do rysowania wkrótce się kończą, a lądu jak nie było, tak nie ma. Statek zmierza na południe, wokół pojawia się dryfujący lód, a załogę coraz częściej opuszczają morale. Kapitan nie chce myśleć o powrocie do domu, nawet pomimo groźby uwięzienia w lodzie. W szeregach załogi wybucha bunt, który Izaak przeczeka zamknięty pod pokładem… Po wielu dniach dryfowania statek i jego osłabieni pasażerowie natykają się na inną jednostkę i zostają zabrani na jej pokład. Umiejętności malarskie Izaaka ratują mu życie i zyskują sympatię kapitana. Dzięki temu dociera do stałego lądu. Zamiast jednak wsiąść na najbliższy statek płynący do Europy Izaak, wraz z pirackim kompanem Jacques’em, udają się w zupełnie inne miejsce. Wizyta w ogrodach gubernatora wyspy, gdzie nasz bohater chce „przypomnieć” się pewnej damie – nie udaje się tak, jak zaplanowali to obaj panowie. Izaak nawiązuje też romans z tajemniczą Olgą, aż w końcu – bez pieniędzy i jedynie z albumem rysunków – trafia na morski brzeg. Tu podejmuje decyzję o powrocie do Francji. Czy mu się to uda, pozostaje oczekiwać na kolejne tomy o przygodach Izaaka. Niestety, może okazać się, że nikt na malarza nie czeka, Alicja związała się bowiem z zamożnym i przystojnym Philipem, całkowitym przeciwieństwem Izaaka…

„Pirat Izaak” nie pretenduje do miana komiksu z zacięciem filozoficznym bądź awangardowym podejściem do scenariusza czy rysunku. Jest w najlepszym tego słowa znaczeniu klasyczny. Droga do piractwa Izaaka oraz dzieje jego narzeczonej Alicji są ze sobą zestawione i poprowadzone równolegle. Możemy dzięki temu przyglądać się życiu na statku oraz egzystencji we Francji. Dzieło Blaina przypomina dobrze napisaną powieść przygodową, będącą skrzyżowaniem „Robinsona Crusoe” z „Wyspą Skarbów” i „Hrabią Monte Christo”. Przygoda goni przygodę, zmieniają się krajobrazy, a w każdej z historii przewijają się charakterystyczne postacie rodem z pirackich opowieści. Dzięki głównemu bohaterowi, któremu daleko do ideału, oraz galerii postaci drugoplanowych czytelnik nie nudzi się ani trochę. Izaakowi towarzyszy plejada osobników pełnych sprzeczności – Jean Rabuś, pirat będący zarazem odkrywcą i podróżnikiem, miłośnikiem malarstwa, ale i okrutnikiem, który nie zawaha się przed zabiciem bezbronnych rozbitków. Lekarz, który z szanowanego medyka stał się pirackim doktorem, Klotylda, która najpierw uwodzi, a potem porzuca Izaaka. Świat Izaaka jest brutalny i pozbawiony złudzeń, mężczyźni to hazardziści i okrutnicy, kobiety – nawet Alicja – potrafią być przewrotne. Jednak – co warto podkreślić – „Pirat Izaak” nie jest tylko opowieścią przygodową. Uważny czytelnik dostrzeże wiele nawiązań do sytuacji politycznej i społecznej osiemnastowiecznej Europy. Blain osadził bowiem akcję w ciekawych czasach, gdy we Francji zapanowało oświecenie, epoka rozumu i nauki dopiero się zaczynała. Świat poszerzał swoje granice, Francja zaś była centrum Europy. W paryskich dzielnicach nędzy mieszkali biedacy – i artyści – natomiast przepaść między klasami społecznymi była ogromna. Kwitł kolonializm – zamorskie dominia[Ł1] przynosiły państwom europejskim wielkie profity, które wielokrotnie zagarniali grasujący po morzach piraci. Blain ukazuje tło historyczne, ale i obyczajowe ówczesnego świata. Obyczaje są swobodne nie tylko w kręgach arystokracji. Flirt i uwodzenie oraz płomienne romanse, o czym przekonuje się Izaak, są domeną bogatych kobiet i mężczyzn, również tych chcących uchodzić za bogatych. Pełna sakiewka otwiera wszystkie drzwi, nawet byłemu piratowi Izaakowi, a małżeństwo nie musi oznaczać wierności. Cienka granica dzieli pałace arystokracji od domu schadzek. Pozornie lekkiemu tonowi tej opowieści przeczą pytania, które stawia Blain w swoich opowieściach. Czy możliwa jest prawdziwa miłość? Gdzie są granice świata, do czego można się posunąć, by zdobyć sławę, i czy bogactwo jest warte poświęcenia wszystkiego, nawet ukochanej osoby? „Pirat Izaak” mimo wszystko skrzy się humorem. Autor mruga dyskretnie do czytelnika, czyniąc aluzje do powieści spod znaku płaszcza i szpady, najlepszych tradycji Dumasa. Główny bohater, początkowo naiwny, ciągle pakuje się w kłopoty, piracka eskapada nie powstrzymuje Izaaka od uwodzenia Olgi… Trudno nie polubić bohatera, podobnie jak pirackiej załogi, która zachwyca się malarstwem Izaaka. Sztuka łagodzi bowiem obyczaje. A także ocala życie twórcy i to nie jeden raz.

Od strony wizualnej komiks prezentuje dość oszczędny styl rysunku. Wyrazisty, mocny kontur postaci, mocne kontrastowe kolory, kolorystyka utrzymana w barwach ochry, granatu, czerwieni, zieleni i szarościach. Bohaterowie są rysowani za pomocą wyrazistych linii, wypełnionych kolorem bez światłocienia czy gradacji koloru. Postaci nieco kanciaste w kształtach, czasami przerysowane, wręcz karykaturalne. Dzięki temu całość nabiera nieco surowego wyrazu, pełnego jednak ukrytej ekspresji. Linie w komiksie Blaina oddają właśnie charakter jego postaci – ekspresyjnych, wybuchowych, pełnych emocji, czasem – humorystycznych. Zapewne Blain doszedł do wniosku, że zbytnie skupienie się na kadrach odciągnie czytelnika komiksu od przygód bohatera. Styl „Pirata Izaaka” odpowiada charakterowi opowieści, jest prosty i dosadny, co sprawia, że komiks czyta się jak świetną opowieść przygodową, nieco odwrócony moralitet o dobru i złu, miłości i cnocie. Niepozbawiony szczypty pikanterii, dużej dozy humoru i wielkiej ilości naprawdę niesamowitych przygód, które, miejmy nadzieję, znajdą kontynuację w kolejnych tomach.



Joanna Wiśniewska

czwartek, 28 listopada 2013

TM-Semic w pigułce



"TM-Semic. Największe komiksowe wydawnictwo lat dziewięćdziesiątych w Polsce" to książka, na którą czekałem z niecierpliwością. Gdy w 1996 roku zaczynałem moją przygodę z komiksem superbohaterskim, Semic jeszcze prężnie publikował. Na rynku ukazywały się serie ze Spider-Manem, Batmanem, Supermanem, Punisherem, X-Men, G.I. Joe, a także Wydania Specjalne, Mega Marvele i kilka innych tytułów. Było w czym wybierać. Do tego trzeba dodać, że przede mną istniała perspektywa zebrania dziesiątek już wydanych numerów. W 1999 roku czar prysnął. Wydawnictwo zarzuciło wydawanie najważniejszych serii. Popadło w marazm, by z czasem zakończyć swoją działalność już pod szyldem Fun Media. Jednak z upływem lat TM-Semic dalej rozpalało moją i pewnie nie tylko moją wyobraźnię. Nic dziwnego, w końcu to ono jako pierwsze przedstawiło polskiemu czytelnikowi kolorowe przygody superbohaterów na tak dużą skalę.

Do tej pory można znaleźć opinie w Internecie, że było to najlepsze komiksowe wydawnictwo. Po latach rzeczywistość często zostaje zniekształcona, jednak nostalgia za tym edytorem nie ustaje. Tym bardziej cieszy fakt, że za sprawą Łukasza Kowalczuka książka o TM-Semic nareszcie ujrzała światło dzienne. Publikacja liczy sobie niecałe dwieście stron. Jedną czwartą zajmują ilustracje i bibliografia. Reszta to wbrew pozorom nie tylko historia wydawnictwa. Kowalczuk zaczyna swoją publikację od przedstawienia cech komiksu superbohatreskiego, a następnie przechodzi do krótkiego omówienia sytuacji komiksu amerykańskiego w Polsce przed transformacją ustrojową. Czytając oba rozdziały, troszkę się niecierpliwiłem, ponieważ jak najszybciej chciałem zacząć obcować z wydarzeniami, które dotyczyły bezpośrednio omawianego wydawnictwa. Jednak należy zaznaczyć, że oba stanowią doskonałe wprowadzenie do głównego tematu. Dalej autor skupia się już na historii powstania polskiej gałęzi szwedzkiego Semica. Oczywiście zostają omówione zarówno złote lata działalności wydawnictwa, jak i upadek giganta. Książkę uzupełnia przegląd najważniejszych tytułów wydanych przez TM-Semic. W zasadzie są tu przedstawione wszystkie serie, które wydawnictwo zaprezentowało na przestrzeni lat.

Najciekawiej wypada rozdział poświęcony stronom klubowym, które prowadził niezmordowany Arkadiusz Wróblewski. Autor co rusz przytacza ciekawsze fragmenty listów czytelników. Na podstawie bogatej korespondencji kształtuje się wizerunek wydawnictwa. W początkowym stadium działalności listy do TM-Semic prezentowały się niewinnie. Głównie wypełniały je pytania od spragnionych wiedzy czytelników. Z czasem korespondencja zaczęła nabierać pikanterii, aż w końcu przerodziła się w masową krytykę poziomu drukowanych historii, jakości druku i oczywiście ceny. Czytelnik stał się wybredniejszy. Bezlitośnie punktował błędy edytora. Zresztą tamta krytyka nie różni się niczym od dzisiejszej. Więcej wysiłku należało włożyć w to, aby dany głos mógł ukazać się na łamach stron klubowych. W końcu trzeba było napisać i wysłać list, a potem czekać przynajmniej trzy miesiące i mieć nadzieję, że akurat on zostanie przeczytany z tysięcy innych. W dzisiejszych czasach swoją opinię można wyrazić za pomocą kilku kliknięć. Strony klubowe jednak miały coś, czego nie mają fora internetowe. Budowały więź między czytelnikiem a wydawnictwem. Wieź na lata. Więź, która przetrwała mimo upadku edytora.

Książkę Kowalczuka czyta się jednym tchem. Niestety nie jest pozbawiona wad. Brakuje w niej „pieprzu”. Większej liczby anegdot. Mam wrażenie, że całość materiału opiera się przede wszystkim na dwóch internetowych wywiadach przeprowadzonych z Arkadiuszem Wróblewskim i Marcinem Rusteckim – redaktorem naczelnym TM-Semic. Największe zastrzeżenie budzą pomyłki dotyczące niektórych publikacji, choć nie wpływają one znacząco na odbiór książki. Błędnie została podana liczba zeszytów przy niektórych seriach (Mega Marvel, X-Men). Również nieprawidłowe jest stwierdzenie, że ostatnie numery Spawna i Mega Marveli (Fantastyczna Czwórka, Iron Man, Blade) były wydane pod szyldem Fun Media. Wszystkie te komiksy na okładkach mają logo TM-Semic. Być może pomyłki wynikają z pośpiechu. Publikacja została oddana do druku na chwilę przed Międzynarodowym Festiwalem Komiksu i Gier, na którym miała premierę. Jak pokazał czas, był to bardzo dobry krok, ponieważ książka rozeszła się jak świeże bułeczki. Jako że nakład wynosi tylko 400 sztuk, mam nadzieję, że w przypadku dodruku poszczególne potknięcia zostaną poprawione.

"TM-Semic. Największe komiksowe wydawnictwo lat dziewięćdziesiątych" w Polsce to pozycja obowiązkowa dla fanów medium obrazkowego. Młodsze pokolenie, którym właśnie zawładnęła Wielka Kolekcja Komiksów Marvela, może przeczytać o tym, jak niegdyś trudno wydawało się komiksy superbohaterskie. Najzagorzalsi fani zaś znajdą w niej kilka ciekawostek. Z pewnością też u większości pokolenia wychowanego na komiksach tego edytora powróci nostalgia. Nostalgia za czasami, kiedy co miesiąc biegło się do najbliższego kiosku, aby kupować komiksy ze swoimi ulubionymi herosami. Dzisiaj nie ma już dokąd biegać. Za to można parę razy kliknąć i zamówić sobie jakiegoś starego Semica.


Dawid Śmigielski

piątek, 8 listopada 2013

Piraci, Zombie, nostalgia

Za każdym razem, kiedy wracam do domu z Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier, ogarnia mnie smutek. Przez najbliższe pół roku nie odbędzie się żadna komiksowa impreza. Za chwil parę będziemy taplać się w błocie, a w najlepszym przypadku śnieg zasypie polską rzeczywistość, tylko po to, byśmy po jakimś czasie znów mogli brodzić w błocie. Zawsze można sięgnąć po dobry komiks, by spokojnie przeczekać nadchodzący czas. Jednak i tu można napotkać pewne niebezpieczeństwa. Zarówno lektura Psychopoland (Chmiel, Piotr Białczak) jak i Noir (Łukasz Bogdaniec, Wojciech Stefaniec) może sprawić, że zagłębiając się w historie głównych bohaterów owych komiksów, zapragniemy wyjść na zewnątrz, ubrudzić sobie buty i nogawki. To lepsze niż brudzenie sobie rąk, przedstawiony w nich świat nie napawa bowiem nawet krztą optymizmu.

Idźmy dalej. Sięgnijmy po coś o wiele weselszego. Vincent i Van Gogh Gradimira Smudje zadowoli najwybredniejszego czytelnika i choć historia holenderskiego malarza nie należy do najpozytywniejszych, to jego kreacja, ujęta w niesamowitym dziele serbskiego artysty, z pewnością dostarczy rozrywki na najwyższym poziomie. Mamy nadzieję, że i ten numer sprawi Wam trochę radości. W końcu kto nie lubi piratów i zombie? Nawet jeżeli jedni i drudzy nie prezentują się w dzisiejszych czasach tak jak za czasów naszej młodości, to zawsze możemy zasiąść w fotelu i sięgnąć po jakiś podniszczony, pożółkły zeszycik z kolorowymi obrazkami wypchanymi po brzegi superbohaterami.

P.S. Dziewiętnastego i dwudziestego października w Nysie nieoczekiwanie nastąpi epilog tegorocznych komiksowych festiwali, co niezmiernie cieszy.


Tekst: Dawid Śmigielski
Ilustracja: Anna Krztoń

czwartek, 17 października 2013

Wstępniak – „Wrzesień”


Rok w rok wrzesień kojarzy się z wybuchem drugiej wojny światowej i rozpoczęciem roku szkolnego. Słusznie. Mi od kilku dobrych lat ten ostatni miesiąc lata kojarzy się z oczekiwaniem na program Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier, który odbędzie się w dniach 4–6 października. Jak to zwykle bywa, na plan największej komiksowej imprezy w środkowowschodniej Europie trzeba czekać do ostatniej chwili. Już teraz wiadomo, że łódzki konwent odbędzie się w Atlas Arenie, a nie w EC1, jak pierwotnie planowano. Tak czy inaczej będzie to nowe miejsce dla fanów odwiedzających MFKiG. Wróćmy jednak do września. Po wakacyjnej przerwie powraca Menażeria, a w niej dział Pod Okładką.

Nie poświęcamy tego numeru komiksowi wojennemu, choć w pozycjach recenzowanych przez Asię Wiśniewską i Szymona Gumienika wojna jest obecna. W naszym wrześniowym numerze, rozpoczynającym nowy rok (kto nie liczy nowego roku od września tylko od stycznia niech podniesie rękę), najwięcej miejsca zagarnął dla siebie temat Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, kolekcji, która poradziła sobie i radzi dalej na naszym rynku całkiem dobrze. Wbrew wielu pesymistycznym głosom. Poza tym recenzujemy „Uzbrojony ogród” (David B., wyd. Kultura Gniewu) i „Pjongjang” (Guy Delisle, wyd. Kultura Gniewu), których autorzy mieli pojawić się na festiwalu w Łodzi. Ten pierwszy będzie, drugi niestety odwołał swój przyjazd (choć Kultura Gniewu obiecuje ściągnąć go niezależnie jeszcze w tym roku). Polski festiwal odwiedzi również Don Rosa, prawdopodobnie najpopularniejszy twórca komiksów z Kaczorem Donaldem i spółką, dlatego i jego dziełu – „Życiu i czasom Sknerusa McKwacza” – poświęcamy w tym numerze kilka słów. I znów zahaczamy o październik.

Chyba jesień się zaczyna.



Tekst: Dawid Śmigielski
Ilustracja: Zoltan Fritz





czwartek, 4 lipca 2013

Co jest poza nawiasem?




„Parenteza” Élodie Durand ma w sobie niezwykłą siłę – mimo oszczędnej formy i niezbyt emocjonalnej narracji (a może właśnie dzięki nim) porusza do głębi, gnieździ się gdzieś pod świadomością i długo nie daje o sobie zapomnieć. To wyważona i spokojna historia odkrywania straconych lat życia, zapomnianych i ujętych przez autorkę w nawias, odtwarzania ich na podstawie relacji bliskich i szkiców z prywatnego notatnika postępującej choroby – epilepsji (a w zasadzie guza mózgu, który tę epilepsję wywołał).

Zaczyna się niewinnie i dyskretnie – od małych niekontrolowanych ataków agresji, zaników pamięci krótkotrwałej i chwilowych nieobecności. Z czasem choroba wpływa jednak na całe życie Judith (w „Parentezie” autorka używa swojego drugiego imienia), odbierając jej nie tylko zdolność koncentracji, ale i siejąc niemałe spustoszenie w pamięci oraz zdobytej wiedzy, co w konsekwencji pogłębia przerażenie młodej dziewczyny, dopiero wchodzącej w dorosłe życie, i nieumiejętność odnalezienia się jej w świecie. W pewnej chwili bohaterka zaczyna żyć już tylko na granicy, w nawiasie, umownie. Co głównie pamięta z tego okresu? „Dużo spałam. Chorowałam. Nadal dużo śpię”. Na początek tylko tyle, biała karta do zapisania – z takim właśnie bagażem Judith zaczyna swoją podróż, z czasem dokładając do niego coraz więcej odtworzonych fragmentów życia. Powoli rekonstruuje okres swojego zawieszenia (zamarcia), by w końcu wyjść poza nawias i zacząć wszystko od nowa. I udaje jej się to znakomicie, tyle tylko, że ten przeładowany bagaż wspomnień będzie musiała ciągnąć za sobą już do końca. Taki paradoks – walczyć o wspomnienia, których lepiej nie pamiętać…

To swoiste rozliczenie ze sobą i swoją chorobą autorka postanowiła przeprowadzić zgodnie z własnym wykształceniem i zawodem (a pewnie i sumieniem), korzystając z bardzo synkretycznej formy komiksu – korzystając i wykorzystując jego atrybuty wyśmienicie. Warstwa graficzna opowieści charakteryzuje się minimalizmem, otwartymi przestrzeniami pełnymi bieli czy przedstawianiem postaci i miejsc bez zbędnego tła i szczegółowego cieniowania. To głównie kontur i szkicowe wręcz wypełnienie go za pomocą ołówka czy kredki. Stylistycznie blisko „Parentezie” do rysunków Sempego, z tą jednak różnicą, że historia Durand jest miejscami dużo ciemniejsza, więcej w niej zdecydowanie szarości i czerni. Ta swoista/smolista czerń jest obecna również w wymowie całości, którą potęgują znajdujące się między właściwymi kadrami rysunki z prowadzonego podczas choroby notesu – bardzo proste formalnie, ekspresyjne, wręcz dziecinne „bazgroły” (tu widoczna różnica między główną, dość stonowaną narracją a emocjonalnymi, nerwowo rysowanymi dygresjami graficznymi), które z jednej strony niepokoją czytelnika, z drugiej zaś bardziej oswajają z przeżyciami Judith, jej kondycją i tożsamością wtedy i dziś. To duża zaleta „Parentezy”, w której obraz idealnie współgra z językiem, uzupełnia, czy raczej współtworzy te momenty opowieści, które bardzo trudno było przekazać słowem. Jest też niewyrażoną werbalnie świadomością samej autorki i pełnym wyrazem jej ukształtowanej przez to wydarzenie osobowości. To też współgłos ze szczególną, wyważoną tonacją, w jakiej bohaterka relacjonuje swoje dochodzenie do prawdy (tylko czasem pozwala sobie na lekki uśmiech, subtelną ironię, co tylko potęguje powagę sytuacji i bezmiar zagubienia). W ogóle większość scen odbywa się tu bez „autorskiego”, spersonalizowanego komentarza, szczególnie tych medycznych, szpitalnych czy gabinetowych, tak jakby autorka z góry nie chciała występować z pozycji ofiary.

Wybór języka, tonu wypowiedzi, narracji (tutaj także korzystanie z mowy zależnej czy retrospekcji) związane są z dokładnym odzwierciedleniem rzeczywistości i przyjętej przez autorkę formy. Élodie tak właśnie konstruowała swoje wspomnienia – fragmentarycznie, wycinkowo, nielinearnie, bez zachowania jakiejkolwiek chronologii. Tyle, ile sama była w stanie się dowiedzieć ze swoich notatek, rozmów z rodzicami czy listów, tyle też i my dostajemy, i to w takiej samej kolejności. Dzięki temu jesteśmy bliżej całej historii. Niesamowicie blisko. I chyba właśnie dlatego ta historia ma taką siłę.

„Parenteza” to już druga obok „Rycerzy Świętego Wita” Davida B. próba komiksowego ujęcia epilepsji przez francuskich rysowników – choroby, która nadal wśród społeczności jest tematem tabu, czymś nie do końca odkrytym, wyjaśnionym, przez niektórych nawet utożsamianym z chorobą umysłową. Tak jak niejednoznaczna jest ta choroby i tak jak wiele jest jej odmian, tak również te dwie graficzne wypowiedzi są zupełnie odmiennymi i osobnymi dziełami – z jednej strony mamy subtelnie zapisany i oszczędnie narysowany intymny pamiętnik dziewczyny, która poprzez „poszukiwanie straconego czasu”, sklejanie pękniętej rzeczywistości, próbuje odzyskać przeszłe, teraźniejsze i przyszłe życie, z drugiej zaś rozbudowaną epopeję rodzinną (choć równie osobistą), pełną alegorii, symboli, historii i ludzkich idei, narysowaną różnymi technikami i konwencjami. To już raczej dziennik rozpadu całej rodziny, kronika wzajemnego oddalenia i wynikającej z niego frustracji – bardzo bolesnej, dlatego też chyba łagodzonej przez autora nagromadzeniem tych wszystkich metafor, ornamentów, wypełniaczy kadrów i nadprogramowych opowieści. Pozycje te łączy chyba jedynie zabieg ucieleśnienia choroby, konkretnego i zarazem umownego jej przedstawienia – u Durand będzie to wielka głowa, pożerająca ją samą, u Davida B. z kolei wąż, smok oplatający coraz ciaśniej jego brata. Najciekawsza jednak w tym zestawieniu jest różnica przyjętej przez autorów konwencji (różnica wynikająca chyba najbardziej z odmienności płci – innej wrażliwości i innego sposobu prowadzenia narracji przypisanego mężczyźnie i kobiecie). Choć na pewno i odmienność samej choroby oraz doświadczenie w pracy z nowelą graficzną miały tu niemałe znaczenie – „Parenteza” jest debiutem. Oba albumy cenię bardzo wysoko, oba też odbieram całkiem odmiennie – David B. zabrał mnie w długą i niebezpieczną podróż do swojego świata, pełnego fantasmagorii i ukrytych znaczeń, Élodie Durand z kolei pokazała mi wycinek samej siebie, wycinek swojego życia, tę jego część wyjętą z całości, która będzie znacząca dla niej do samego końca. Tylko tyle, i aż tyle.

Szymon Gumienik



„Parenteza”

Élodie Durand

Wydawnictwo POST

2012

środa, 24 kwietnia 2013

Zgrzyty i trzaski...



Pogoda nas nie rozpieszcza, wiosna chyba jedzie do Polski pociągiem wg rozkładu Kolei Śląskich, a w efekcie alergikom kalendarze nawalają … Słyszy się ciągle, że te jak i wiele innych „zgrzytów” mających wydźwięk w naszej rzeczywistości irytuje i demotywuje do jakiegokolwiek kreatywnego działania. Czy jest tak w rzeczywistości?

Z racji swojej profesji – wyuczonego sceptyka i kontestatora – zaczynam kwietniowe wydanie pod okładką pytaniem, na które pokrótce postaram się odpowiedzieć. Wraz z nadejściem kalendarzowej wiosny klimat faktycznie nie wprawiał nas w pozytywny nastój. Ale nie bądźmy nudni coś w tej zlodowaciałej aurze zaczęło przedzierać się i ostatecznie metaforyczny lód zaczął trzaskać! Komiks w tym roku kwitnie a zapowiada się, że owoce tego stanu będą liczne. Świadczą o tym udane jak i zapowiadane imprezy, liczne wydawnictwa znanych jak i nowych na naszym rynku autorów.

Przejdę do rzeczy jedną z pierwszych imprez komiksowych w ostatnich dniach była Bydgoska Sobota z Komiksem 2013 (23. marca), gdzie gościli m.in. Tomasz Samojlik, Tony Sandoval (z premierowym komiksem Doomboy, Timof i cisi wspólnicy 2013), ekipa reaktywowanej Awantury 2.0, Daniel Grzeszkiewicz i Dariusz Cybulski. Można było wsłuchać się w dyskusję wydawców na temat najbliższych planów wydawniczych (Centrala, Wydawnictwo komiksowe, Timof i cisi wspólnicy0 oraz uczestniczyć w warsztatach (prowadzonych przez Tomasza Samojlika. W kolejnym wydaniu pod okładką będą mogli zapoznać się Państwo z wyczerpującą relacją przygotowaną przez Dawida Śmigielskiego.
Kolejnym istotnym wydarzeniem był Krakowski Festiwal Komiksu (24-25 marca), gdzie także gościł Tony Sandoval (w ramach Tour de Sandoval). W tym samym czasie nałożyła się równie istotna dla świata komiksowego impreza – znacznie większa i z dłuższą tradycją, a mianowicie poznański Pyrkon (22-24 marca).

Co do pozycji wydanych w ostatnim czasie to fanów Batmana uszczęśliwiono faktem wydania pierwszego tomu Trybunału Sów (Nowe DC, Egmont 2013), jak i licznymi planami druki pozostałych tytułów z Nowego Uniwersum DC. Wielbicieli Hellboya zadowolił kolejny tom przygód „dziecka” Mignoli pt. Lichwiarz i inne opowieści, rysowany m.in. przez legendarnego Richarda Corbena (Egmont 2013). Do pozostałych rewelacji należą zapowiadane i faktycznie rozpoczęte wiosenne promocje u różnych wydawców i sprzedawców. Do najbardziej interesujących pozycji ostatniego okresu można zaliczyć dwa tytułu: Doomboy wspomnianego Tony’ego Sandovala i Norka Zagłady Tomasza Samojlika (Kultura Gniewu 2013). W następnych miesiącach postaramy się przybliżyć wyżej wymienione pozycje jak i ich twórców.
Natomiast redakcja ekipy pod okładką ma także wiele do zaoferowania. Gościem numeru jest Dariusz Pała Palinowski, legendarny twórca pierwszego undergroundowego zinu Zakazany Owoc. W tym wydaniu pierwszy raz przekazujemy Państwu relacja z imprezy komiksowej, a mianowicie London Super Comic Convention 2013 autorstwa Adama Blicharskiego. Następnie Adam Krupa przybliży sylwetkę klasycznej postaci komiksowej Vampirelli oraz jej twórców. Do nowości należy także felieton krytyczny autorstwa Dawida Śmigielskiego traktujący o losach kioskowych Gwiezdnych Wojen. Sekcje recenzji tradycyjnie prowadzi wytrwale Szymon Gumienik. Prezentuje w dwóch odsłonach komiks: poważnej – recenzując znakomite dzieło gatunku graphic novel Niedźwiedź, kot i królik Michała i Marii Rostockich (Kultura Gniewu, 2013); oraz zabawnej – bawiąc się przy lekturze Człowieka Paroovki Marka Lachowicza i Tomasza „TFJK” Kuczmy (Kultura Gniewu 2012).

Gościem kwietniowej odsłony Pod okładkowego komiksu jest Ojciec Rene, niezależny scenarzysta i rysownik licznych prac i autorskich zinów (Rozwolnienie jaźni, Sucker: Dildo of destany, Rogal: Wydupczona Czarodziejka) oraz poeta. Specjalnie dla Menażerii prezentujemy kilka jego ilustracji. A wszystko w wulgarnym duchu, którym nie pogardziłby sam „Pała”.

Życzymy miłej lektury!

piątek, 29 marca 2013

Wywiad intymny




Z Olgą Wróbel o kobiecej stronie komiksu, terapii manualnej i demitologizacji rozmawia Jacek Seweryn Podgórski

Komiks autorstwa Olgi Wróbel jest subiektywną i w pełni dojrzałą próbą zmierzenia się z formą przeniesienia pamiętnika na łamy komiksu. Efektem jest oryginalna nowela graficzna, ilustrująca wydarzenia związane z okresem szeroko pojętego „stanu błogosławionego”. Autorka za pomocą dość mrocznej estetyki ilustruje absurdy i komizm atmosfery kreowanej podczas okresu ciąży. Jak sama określa, Ciemna strona księżyca jest atlasem przesądów ciążowych z dodatkiem gagów zaczerpniętych z własnych obserwacji i komentarzy bliskich. Jaka jest ta „ciemna strona księżyca”? Spróbujmy się dowiedzieć.

Jacek Seweryn Podgórski: Nikt wcześniej nie publikował w Polsce tak intymnego komiksu [Ciemna strona księżyca, Centrala 2012], a można byłoby pokusić się o stwierdzenie, że i na świecie. Pani nowela graficzna – pozwolę sobie tak nazwać Pani dzieło – zebrała sporą ilość pozytywnych recenzji. Zdaje sobie Pani sprawę, że jest to dość przełomowa praca? 

Olga Wróbel: W polskim komiksie historii autobiograficznych jest tak niewiele, że każda właściwie jest przełomowa. Mój komiks i tak trafił do dość licznie reprezentowanej grupy – można go zestawić z albumem Endo [Projekt: człowiek, Kultura gniewu 2006 – przyp. JSP] i internetowym cyklem Czwórka na pokładzie Dominiki Węcławek [komiks prowadzony w ramach portalu www.warszawianki.pl – przyp. JSP]. Co do intymności – tworząc ten album nie miałam wrażenia, że szczególnie się odsłaniam. To właściwie tylko pierwsza skórka, którą zdjęłam z cebuli, pod spodem zostało więcej. Samo pokazanie, że ludzie mają nagie ciało, że właściwie SĄ tym ciałem, że się kłócą – to tylko przesunięcie się po powierzchni. W komiksie może wygląda to odważnie, ale w kontekście innych mediów, chociażby literatury, trudno traktować moje wyznania jako akt obyczajowej śmiałości. 

JSP: Czy można zatem śmiało powiedzieć, że komiks kobiecy jest w Polsce w silnej formie?

OW: W roku 2012 kobiety były bardzo widoczne na rynku, ukazały się dwie poświęcone ich twórczości antologie. Nie wiem, czy będzie to utrzymująca się tendencja, może po prostu w danym roku skumulowały się komiksy stworzone przez panie. Tak czy inaczej, jako weteranka sprawy komiksu kobiecego w Polsce, jestem zadowolona i czuję, że mogłabym spokojnie złożyć broń. Jest tyle fantastycznie rysujących, widocznych kobiet: Maja Demska, Maria Inez Gul, Agnieszka Szczepaniak, Renata Gąsiorowska… Mogłabym tak wymieniać pewnie z kwadrans. Każda ma własny styl, tworzą rzeczy plastycznie wysmakowane i oryginalne, nie jest to na pewno mainstreamowa kreska i kolory z komputera. I to mnie cieszy najbardziej. 

JSP: Z notki wewnątrz komiksu można dowiedzieć się, że opisywany okres to czas przemiany, metamorfozy. Czy tworzenie komiksu – pisanie i rysowanie – pozwoliło Pani na zdystansowanie się od problemów życiowych? Jeżeli tak – to jakich? Czy była to jakaś forma terapii?

OW: Przede wszystkim to była terapia czysto manualna. Rysowanie, malowanie, skanowanie, literowanie zajęło tyle czasu, że nie miałam go praktycznie na nic innego. Mam charakter depresyjny i zdarza mi się wpaść w umysłową spiralę wyimaginowanych/antycypowanych problemów. W ciąży łatwo byłoby się w tym pogrążyć, wziąć zwolnienie, leżeć w łóżku i tłumaczyć to swoim wyjątkowym stanem. Regularna praca utrzymywała mnie w pionie. Oczywiście popadłam w drugą skrajność i rysowałam praktycznie do porodu, narzekając, że powinnam jednak w tym łóżku odpoczywać, a nie bazgrolić po nocach przy biurku. Takie podejście też nie jest najszczęśliwsze. 

JSP: Czy zastanawiała się Pani, jak odbierają ten komiks kobiety i mężczyźni, przygotowujący się do bycia rodzicami – planujący ciąże, czekający na narodziny, itp.? Czy dotarły do Pani jakieś relacje, odczucia?

OW: Słyszałam głównie opinie osób, które mają to już za sobą – były pozytywne i powoływały się na wspólnotę doświadczeń. Co do znajomych, którzy jeszcze dzieci nie mają, zdania były podzielone, niektórzy się śmiali, a niektórzy nie. Myślę, że mój opis ciąży nie powinien nikogo przerażać – to, że życie nie wygląda jak w kolorowych magazynach jest faktem, z którego istnienia każdy przeciętnie inteligentny człowiek zdaje sobie sprawę, nie zrywam więc żadnej zasłony. Na pociechę mogę powiedzieć, że moja ciąża przebiegała zupełnie prawidłowo – zero komplikacji, idealne wyniki, etc. Wydaje mi się, że to pamiętnik kobiety doświadczającej uzasadnionych lęków o zdrowie swoje i dziecka mógłby być naprawdę wstrząsającą lekturą. 

JSP: Mi osobiście podobała się kreacja postaci komentatorów – tzw. „wujków dobra rada” – trochę w konwencji Monty Pythona, a innych – w konwencji krzywego zwierciadła. Ale czy nie jest też tak, że większość tego typu osób tak właśnie wyglądała i „radziła”?

OW: Tak, tym bardziej, że pracuję z osobami sporo starszymi od siebie i trochę tych rad usłyszałam, a potem wręcz je prowokowałam, myśląc, że świetnie wypadną w komiksie. Nie robię tego do końca złośliwie – rozumiem, że ludzie wypowiadają te złote myśli głównie z sympatii, a poza tym mają okazję poczuć się ważnymi uczestnikami wydarzeń dzięki swojemu doświadczeniu, nawet, jeżeli jest ono wyimaginowane. Wiele rzeczy doprowadza mnie do pasji, ale do takich „mądrości” mam akurat cierpliwość. Kiedy teraz słyszę, że córka płacze, bo pewnie chce na ręce, pozwalam jej dalej płakać na podłodze i tyle. Trzeba robić swoje, słuchać sobie tych wujków, ale samemu być daleko poza ich zasięgiem. 

JSP: Jedna plansza utkwiła mi w pamięci i zapewne wszyscy podczas lektury Ciemnej strony na nią czekali, a mianowicie „poród”. Pierwsze skojarzenie – proszę nie zrozumieć mnie źle – to niebo po apokaliptycznej katastrofie, przepełnione odpadami radioaktywnymi (kurzem) z przebijającym się szkarłatem atomowego słońca. Dlaczego w tej formie postanowiła Pani przedstawić poród? Dlaczego taka ekspresja – wymiar cielesny jest tutaj niezwykle podkreślany?

OW: To bardzo ładna interpretacja! Dla mnie ta plansza jest obrazem pęknięcia w aspekcie fizycznym – stąd czerwień – ale przede wszystkim emocjonalnym. Poród jest tym momentem, po którym życie już nie będzie takie jak przedtem. Nie można się wycofać. Zależało mi na metaforycznym oddaniu tego przeczucia – planszę rysowałam jeszcze przed Dniem Zero i w procesie składu do druku wpisałam tylko odpowiednie dane. Tutaj wracamy też do kwestii poruszonej w pierwszym pytaniu. Poród był dla mnie na tyle własnym przeżyciem, że nie chciałam go rysować tak, jak się wydarzył. Swoje głębokie emocje i anegdotki ze szpitala zostawiam w rodzinie. 

JSP: Pamiętnik kończy się dość niespodziewanie, wiele kwestii pozostało otwartych. By poruszyć jedną z nich, spytam: jak zaczęła Pani postrzegać swoje ciało po okresie ciąży i jakie emocje zaczęły odgrywać kluczową rolę w Pani życiu?

OW: Podstawową emocją było absolutne przytłoczenie nowymi obowiązkami i świadomość, że to już na zawsze – że moje uporządkowane życie, w którym do północy rysowaliśmy z mężem przy czystych biurkach, wychodziliśmy z psem na spacer, a w soboty jedliśmy twaróg, wróci może za jakieś 20 lat, a teraz muszę być na każde zawołanie i nie ma, że już wszystko umiem – ile razy nauczyłam się czegoś o potrzebach dziecka, one gwałtownie się zmieniały i moje z trudem zdobyte doświadczenie było bezużyteczne. Tak jest do tej pory, ale powoli się z tym godzę. W tym wszystkim moje cenne ciało zostało po macoszemu odstawione na boczny tor, gdzie schudło i w sumie wyładniało. Teraz targam je regularnie na basen, gdzie zbieram refleksje do nowego albumu poświęconego właśnie kwestiom postrzegania swojej fizyczności. 

JSP: Czy uważa Pani, że komiks ten może stanowić pewnego rodzaju poradnik zdroworozsądkowego myślenia na zasadzie: „ja tak miałam, wy tez będziecie tak mieć – spokojnie, niech ludzie mówią, co chcą, robią, co chcą – będzie dobrze, to naturalna kolej rzeczy, więcej pokory, dystansu i cierpliwości…”?

OW: Tak. Dokładnie taką miałam nadzieję, rysując go. Zależało mi na tym bardziej niż na „demitologizacji macierzyństwa”, bez którego to terminu nie może się odbyć żadna rozmowa o Ciemnej stronie księżyca. Nie jestem skupiona na przekazie „patrzcie na moje wyjątkowe doświadczenia!”, bardziej na próbie znalezienia uniwersalnego w indywidualnym. Samej mi to pomaga, w napadach paranoi zawsze wypisuję/wydzwaniam do znajomych, żeby upewnić się, że te osoby, które ja postrzegam jako zdrowe i zrównoważone, też mają cięższe momenty. 

JSP: Czy rozważa Pani napisanie kontynuacji? Materiału zapewne znajdzie się sporo?

OW: Materiału jest masa, i to codziennie, od pół roku siedzę w domu i czasu na refleksje mam aż za dużo. Ale przeczytałam ostatnio Macierzyństwo non-fiction Joanny Czeczott-Woźniaczko [Wydawnictwo Czarne 2012 – przyp. JSP] i moje przemyślenia są podobne. Po drugie – czuję, że kontynuacja byłaby samograjem i trudno byłoby mi potem pozbyć się łatki „autorka komiksów o dzieciach”. Stworzenie komiksu wymaga mnóstwo czasu. Wolę opowiedzieć nową historię, niż tkwić w nawet najcieplejszej szufladce.

Kilka słów na zachętę:

Dla zainteresowanych szeroko pojętym komiksem kobiecym warte polecenia są prace „przepytanej” Olgi Wróbel, publikowane na jej blogu: „Odmiany Masochizmu” oraz Agaty „Endo” Nowickiej, m.in. Projekt: człowiek (Kultura Gniewu 2006), a także wiele innych. Wspomniane w wywiadzie antologie to: Polski komiks kobiecy, pod redakcją Kingi Kuczyńskiej (Timof i cisi wspólnicy 2012), oraz Polish Female Comics. Double Portrait (Centrala 2012). Sukcesem okazała się wydana zeszłego roku praca autorstwa Agaty Wawryniuk Rozmówki polsko-angielskie (Kultura Gniewu 2012). Do drobniejszych form można zaliczyć zbiór Dziewczyny też rysują komiksy! (Stowarzyszenie Arteria 2010). Natomiast jedną z najbardziej znanych działaczek na polu female comics jest Sylwia Kaźmierczak, autorka blogu „ComixGrrrlz”.

środa, 27 marca 2013

Co kryje się pod okładką





Czym jest komiks? Co takiego pociągającego jest w tej zbieraninie dymków, pasków i kadrów? Jaki cel ma zbieranie tej kolorowej makulatury? Te, jak i wiele podobnych pytań słyszy się ze strony osób niemających zielonego pojęcia, jak elastycznym, malowniczym i zarazem bezpośrednim w kształtowaniu przekazu medium jest komiks. 

To, co za moment napiszę, nie jest rzeczą nową i wielce wydumaną, ma jedynie stanowić pewien drogowskaz, za którym, jako redaktorzy, będziemy podążać. 

Filozofia komiksu opiera się przede wszystkim na przekonaniu, że jesteśmy zdolni stworzyć możliwy, fikcyjny świat. Świat, w którym można na wiele sposobów osadzić bohaterów, wykreować ich przy użyciu wręcz nieograniczonych środków narracyjnych i artystycznych. Za pomocą kontrastu cech, metafory, czy też humoru autor zdolny jest nawet przy ograniczonych środkach plastycznych zbudować niesamowity klimat odzwierciedlający np. samotność i cierpienie (by podać przykład, czyni tak norweski autor Jason w tytule Stój…). Natomiast rozbudowana nowela graficzna oparta na kolażu, czy też mieszaniu wielu metod graficznych (tworzących płaszczyzny graficzne – odpowiedniki warstw narracji), nie musi być wspierana rozwiniętym scenariuszem, by ukazać wymowność np. przemian psychiki bohatera (warto tutaj wskazać prace Dave’a McKeena). To właśnie ta dowolność metod decyduje o sukcesie poprawnego przekazu i poczytności komiksu.

Wracając do postawionych na początku pytań, warto pytającym odpowiedzieć wprost, iż komiks, to taka podróż przez różne obszary naszej natury – od frustracji i lęku po ilustracje naszych zdolności do wypracowywania wspólnych rozwiązań wobec problemów. Komiks jest częścią popkultury, ale posiada też swoje mroczne strony, nie tylko bawi ale i ma prowokować, wręcz drażnić – co jak wiadomo udaje się z dość dobrym skutkiem!
Właśnie taką rolę obieramy sobie tworząc samodzielny dział „Pod okładką” – chcemy pokazać różne oblicza wyżej opisywanego medium. Oprócz w pełni autorskich i subiektywnych recenzji aktualnych tytułów, będziemy starać się pokazywać oblicza pisarzy i artystów, którzy z racji swojej natury prowokują, jak i bawią, a przede wszystkim stanowią filar szeroko pojętej kultury.

Oddajemy w Państwa ręce pierwszą odsłonę działu, w której kluczową rolę pełni komiks kobiecy, reprezentowany w wywiadzie z Olgą Wróbel, autorką Ciemnej strony księżyca (Centrala 2012) i rozbudowanego blogu komiksowego Odmiany masochizmu, a tym samym bohaterką tego numeru. Specjalnie z tej okazji autorka przygotowała wyjątkową, nigdzie wcześniej niepublikowaną planszę komiksową, którą znajdą Państwo zupełnie na końcu bieżącego numeru! Miejmy nadzieję, że tradycją stanie się, by gość numeru prezentował swoje prace na łamach „Menażerii”. Dołożymy wszelkich starań, by tak też się stało. 

Nie przypadkowo tematem tej odsłony jest komiks kobiecy, miejmy nadzieję, że w przyszłych numerach uda nam się zaprosić pozostałe polskie artystki. Planujemy rozpocząć regularny cykl wywiadów, by w podsumowaniu otrzeć się o akademicką analizę zjawiska female comics.

W kolejnej części prezentujemy trzy rozbudowane recenzje. W pierwszej, dotyczącej jednego z najgłośniejszych wydawnictw zeszłorocznych, a mianowicie Rycerzy świętego Wita Dawida B. (Kultura gniewu 2012), Szymon Gumienik rozprawią się z tą obszerną i niezwykle poruszającą lekturą. Czyni to bardzo dogłębnie, mając na uwadze tematykę, jakiej dotyczy ten niezwykle metaforyczny komiks – dorastanie z nieuleczalną i zdradliwą chorobą. Kolejne dwie recenzje, autorstwa Dawida Śmigielskiego (Opowieści wojenne, tom 2., Mucha 2012) i mojej osoby (Crossed, Avatar 2008-2010) przybliżają sylwetkę autorską genialnego scenarzysty Gartha Ennisa – ukazując jej jasne, jak i mroczne strony.
Życzymy miłej lektury!

Jacek Seweryn Podgórski