Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aram Stern. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aram Stern. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 kwietnia 2014

Czeski Verne w Baju



Nie ulega wątpliwości, że miks powstały z nietypowej książki Juliusza Verne’a i czeskiego poczucia humoru może być istną mieszanką wybuchową! Przed trzydziestu laty „Tajemnicę zamku w Karpatach”, tuż po międzynarodowym sukcesie komedii „Adela jeszcze nie jadła kolacji”, zekranizował Oldřich Lipský – i do dziś w Czechach teksty z jego filmu „Tajemnica…” krążą w języku potocznym, tak jak w Polsce po „Seksmisji”. Można się więc było spodziewać, że będzie filmowo, „…będzie zabawa, będzie się działo…” – ale konwencja półopery i komediowego romansu gotyckiego w Teatrze Baj Pomorski – to już autentyczna eksplozja śmiechu i rewelacyjnej zabawy!

Czarodziej z Nantes w „Tajemniczym zamku w Karpatach” odszedł mocno od swych klasycznych kanonów powieści z pogranicza przygody czy wczesnej science fiction i wprowadził czytelników w wyraźnie gotycki romans, a właściwie transylwański trójkąt miłosny z tragicznym finałem. Adaptując powieść na scenę Baja Pomorskiego Vit Perina – autor scenariusza, zawęził ten pikantno-drastyczny wątek do zabawnej komedii z elementami czeskiej parodii i absurdalnym poczuciem humoru. Powstało widowisko bardzo spójne i kończące się jednak szczęśliwie, wszak Czesi i Słowacy nie chcieli wcale straszyć toruńskich siedmiolatków. Reżyser i autor scenografii do przedstawienia – Marek Zákostelecký zadbał przy tym idealnie, by całość zamknąć w koherentnym obrazie filmowo-teatralno-operowym, a właściwie półoperowym (jak dowiadujemy się już w tytule). Nie udałoby się to tak wspaniale, gdyby nie udział w projekcie wybitnego słowackiego kompozytora Vratislava Šrámka, który do spektaklu stworzył wspaniałe „pół-libretto”!

Ale o czym opowiada "Tajemniczy zamek w Karpatach, czyli fantastyczno-naukowa półopera albo Verneland"? Francuski prekursor science fiction oparł intrygę swej powieści nietypowo: na miłości Hrabiego do Stilli Alsanty, porwanej przez złego Barona Gorca do złowrogiego zamku, u którego stóp mieści się wioska zamieszkała przez przerażonych sąsiedztwem rozkosznych wieśniaków. Wolą trzymać się od zamku z daleka, gdyż sama wyprawa w jego pobliże grozi wielkim niebezpieczeństwem… Zbyt wielu szczegółów nie zdradzę, by nie psuć Państwu świetnej zabawy, uspokoję jednak rodziców, iż bez obaw mogą zabrać swe pociechy do Baja Pomorskiego, gdyż wszystko kończy się dobrze – nie tak jak u pana Verne’a. Sami przy tym bawić się będą równie wyśmienicie, gdyż skosztują w nim świata swych dziecięcych przygód z książkami Verne’a, przyrządzonego przez tak lubianych Bajowych aktorów, według przepisów zaskakujących i przezabawnych.

Marek Zákostelecký zebrał w tym przedstawieniu aktorów bukiet wyjątkowy, jak przystało na żywą zabawę mroczną historią prosto z Transylwanii, i to z dużym przymrużeniem oka. Właściwie wszystkim należałoby oddać sprawiedliwość, gdyż idealnie dostroili się do „Tajemniczego zamku…”, ale przede wszystkim, podnieść piękną rolę Marty Parfieniuk-Białowicz – Stilli, cudnie śpiewającej arie i świadomej swego operowego talentu. Dalej, przyklasnąć interesująco odtworzonej przez Jacka Pysiaka postaci Hrabiego Franciszka Teleka – dotkniętej uroczym dydaktyzmem i romantyczną miłością, lecz jednocześnie nieświadomej czyhających na nią niebezpieczeństw, przed którymi ostrzega go wierny sługa Quido Rocko (Krzysztof Grzęda). Ponadto, nie sposób nie zauważyć komicznie nawiedzonej narratorki półopery – Kustosz Bożeny (Edyta Łukaszewicz-Lisowska), jakby wyrwanej z „Pana Samochodzika i Templariuszy” Nienackiego; także zapomnieć wywołującej ból brzucha ze śmiechu Dominiki Miękus, w roli Mirioty – niemej narzeczonej Leśnika Ruperta (Mariusz Wójtowicz) oraz córki sołtysa (Jacek Pietruski), czy absolutnie ludycznych sióstr syjamskich (Grażyna Rutkowska-Kusa i Agnieszka Niezgoda). Są też mieszkańcy groźnego zamczyska: teutoński wynalazca Orfanik (Andrzej Korkuz), Robot Mirka (aż trudno uwierzyć, że to żywa Anna Katarzyna Chudek) i wreszcie ekscentryczny Baron Gorc (Krzysztof Parda), który swą rolą zachwycił najmniej. Może to wina charakteryzacji, tłumiącej jakże świetną mimikę aktora.

W tym spektaklu został wydobyty ton genialnej czeskiej satyry z nutą reżyserskiej przekory wobec osobliwej powieści Juliusza Verne’a – gotyckiej i nieco wampirycznej. Nie ma się zupełnie czego obawiać i warto dać się porwać rodzinnie w świat tajemnic zamku, sympatycznie zamkniętego w Bajowej szafie. Szczególnie teraz, gdy na co dzień traktujemy wszystko zbyt poważnie!

Aram Stern



Juliusz Verne, "Tajemniczy zamek w Karpatach,
czyli fantastyczno-naukowa półopera albo Verneland"
reż. i scenografia: Marek Zákostelecký
premiera 1 grudnia 2013
Teatr Baj Pomorski

piątek, 7 marca 2014

KLAMRA po raz 22



12 bardzo zróżnicowanych przedstawień, po raz pierwszy zabrzmi w teatrze słowo Leszka Mądzika, Ewa Wójciak przybędzie w pojedynkę, a Teatr Wierszalin pokaże swą ludowość i metafizykę w zupełnie nowym wydaniu – w dniach 8-15 marca w „Od Nowie” odbędą się XXII Alternatywne Spotkania Teatralne KLAMRA.

Spektaklem „Lustro” otworzy je Scena Plastyczna KUL Leszka Mądzika. Tekst jest inspirowany prozą Brunona Schulza, a przede wszystkim jego opowiadaniem „Samotność”. Muzykę do dwudziestego spektaklu Sceny Plastycznej KUL napisał Piotr Klimek, w nim też po raz pierwszy padnie słowo – fragmenty prozy z offu recytuje Jerzy Radziwiłowicz. Leszek Mądzik będzie także gościem specjalnym KLAMRY. Nazajutrz 9 marca, ubiegłoroczni laureaci – wrocławski Teatr Formy, zaprezentuje pantomimę, której scenariusz oparto również na opowiadaniach Schulza. Tym razem na warsztat wzięto tekst "Ulica krokodyli". Tego dnia zobaczymy na scenie także Arkadiusza Jakubika, który wyjątkowo nie wystąpi ze swoim zespołem Dr. Misio, lecz zaśpiewa w wyreżyserowanym przez siebie spektaklu „Paląc Blanty z UFO” z towarzyszeniem Tymona Tymańskiego i grupy JAZZ OUT.

10 marca na scenach „Od Nowy” wystąpią również dwa zespoły: Sopocki Teatr Tańca w spektaklu „Puste ciało Okazja do malutkiej rozpaczy”, którego bohaterami będą Franz Kafka i Henri Toulouse Lautrec, a po nich Toruńska Grupa Improwizacyjna TERAZ w długiej formie improwizowanej „Pan Pstrong”. Pełni energii członkowie TGI "TERAZ" po raz pierwszy stawią czoła wymagającej publiczności KLAMRY! Nikt dokładnie nie wie, dokąd ją zabiorą, opowiadając 2 zupełnie inne historie zainspirowane słowem, które padnie właśnie od widzów. „Menażeria” mocno trzyma za nich kciuki, także z racji, że z TGI „TERAZ” na scenie pojawi się nasza redakcyjna koleżanka i fotoreporterka Małgorzata Drążek.

11 marca na smaczną „Ucztę”, która może pozostawić po sobie zgagę – i to moralną (!) zapraszają laureaci nagrody publiczności z 2011 roku – Teatr USTA USTA Republika. "Uczta" obśmiewa nieustanną konsumpcję, czyniące z człowieka podlegający ocenie przedmiot castingi i talent shows, znaną doskonale z reklam produktów spożywczych erotyzację języka i handel organami. W oparach absurdu pośmiejemy się szczerze i głośno, ale w końcu śmiech ugrzęźnie nam w ściśniętym gardle… Świetna zabawa czeka także na widzów w dniu kolejnym z PORYWACZAMI CIAŁ w „Partyturach rzeczywistości”, w reżyserii oraz wykonaniu, jak zawsze genialnych, Katarzyny Pawłowskiej i Macieja Adamczyka. Artyści specjalizują się w pokazywaniu współczesności w konwencji groteski. Wychodzą z tego potwory kulturowej papki, będziemy się z nich śmiać, nie pojmując niczego… Czy to znaczy, że ciągle jesteśmy neandertalczykami? Do rzeczywistości wrócimy jednak już tego samego wieczora, oglądając performance sceniczny „Strefa zagrożenia” Krzysztofa Dziemaszkiewicza i Anny Steller. Spektakl powstał z inspiracji sztuką "Zbombardowani" Sary Kane.

13 marca na scenie „Od Nowy” ze spektaklem „Muzg” wystąpi Teatr CHOREA. Przedstawienie dotyczy nowej wyroczni, nadziei i największego fetyszu XXI wieku, jakim staje się mózg. Aktorzy nie będą mówić o umyśle, o duszy, świadomości czy JA – spektakl jest po prostu próbą zapytania o to, co ludzkie w tym wszystkim. W przedostatnim dniu XXII KLAMRY zobaczymy dwa spektakle: Teatr KANA i KREPSKO theatre group pokażą „Hotel Misery de Luxe” a Teatr ME/ST – „Lady Wa-Wa”. Propozycja szczecińskiego Teatru KANA (dwukrotni laureaci nagrody publiczności w 2008 i 2010 roku) i czesko-fińskiej KREPSKO theatre group to narkotyczny mix kolorytu i czeskiego dowcipu. W pokojach do wynajęcia dziać się będą rzeczy zadziwiające i nierealne: kobieta o trzech dolnych kończynach, mężczyzna siedzący na krześle do góry nogami i fascynująca rola Bibianny Chimiak – wszystko to stworzy u widowni zapewne niezwykłe napięcie i atmosferę opiumowych wizji. Z kolei „Lady Wa-Wa” to monodram Magdaleny Engelmajer, w którym aktorka słowem, dźwiękiem oraz sytuacją porusza różne tematy dotyczące kobiecej strony świata.

W finale wystąpią stali bywalcy KLAMRY i pierwsi laureaci nagrody publiczności z 2007 roku – Teatr Wierszalin. W spektaklu nietypowym: „Boskiej komedii” wg Dantego, którą wyreżyserował… Słowak – Jakub Nvota. Nie będzie tak gęsto, jak u Tomaszuka, będzie za to żartobliwie i ironicznie, język Dantego poplącze się z papką medialną, a okultyzm z reality show. Na scenie m.in. jak zwykle znakomici: Katarzyna Sergiej, Rafał Gąsowski i Dariusz Matys – już nie możemy się doczekać! Na zakończenie KLAMRY, po ogłoszeniu werdyktu publiczności, jak przed rokiem, organizatorzy zaplanowali koncert na nowej scenie: 15 marca wystąpi tu duet Paula i Karol, jeden z najbardziej interesujących nowych polskich zespołów alternatywnych.

(AS)

XXII Alternatywne Spotkania Teatralne KLAMRA

8-15 marca 2014

Akademickie Centrum Kultury i Sztuki "Od Nowa"

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Filodom Wańkowicz




Latem 1973 roku 81-letni Melchior Wańkowicz jest bardzo podekscytowany budową swego nowego „Domeczku” przy ulicy Studenckiej 50 na warszawskim Służewie. Uroczystość założenia aktu erekcyjnego w miedzianej tubie, zawierającej sam akt na pergaminie, z adnotacją: „dom stawiany w hołdzie Wielkiemu Pisarzowi” i podpisami 30 uczestników z Wańkowiczem na pierwszym miejscu, wyraźnie rozbawiła nowego właściciela. Już z powagą do tuby złożył także swoje trzy książki: „Szczenięce lata” (z autografem i adnotacją „Książka o tym, jak było przed pierwszą wojną”), „Ziele na kraterze” („… o czasach między I i II wojną światową”) oraz „Przez cztery klimaty” („… w znacznej części o czasach po II wojnie…”). Po pół roku – co w tamtych czasach wydawało się nieosiągalne – willa stała. Jakby wylądowała tutaj wydarta z jakiegoś amerykańskiego przedmieścia, rozległa i płaska, jakże inna od masowo stawianych wówczas klocków. Owdowiały cztery lata wcześniej Wańkowicz zamieszkał w niej wraz ze swą sekretarką i asystentką, Aleksandrą Ziółkowską-Boehm, jej synem Tomkiem oraz jamnikiem Dupkiem.

Sobiepan w szarym PRL-u

Wańkowicz swoje kolejne domy kochał, zasiedlał sobą każdy nowy kąt,„swoim fluidami, które ze mną przychodzą i z latami nabierają aromatu” – przyznawał. Bez tych domów bohaterowie jego książek nie byliby tak prawdziwi. Jednak w ciągu ponad 80-letniego życia nie było mu łatwo je utrzymać: musiał je opuszczać, historia niszczyła je doszczętnie, wracał i budował od nowa. Do samego końca. Nie podobało się to wielu, ba nawet ostatni Domeczek sędziwego pisarza był dla wielu ludzi solą w oku. Nie Warszawiaków żyjących w szarej stolicy, lecz „niezłomnej” Polonii za żelazną kurtyną, która powrót Wańkowicza w 1958 roku do Polski Ludowej z emigracji w USA uważała za jawną zdradę. Co ciekawe, sama „willa ofiarowana w hołdzie Wielkiemu Pisarzowi przez komunistów” pod koniec życia, jeszcze w 30 lat po śmierci pisarza, stała się tematem artykułu Sławomira Cenckiewicza pt. „Melchiora Wańkowicza kręta droga do Polski Ludowej”, opublikowanego w „Biuletynie IPN” (oraz w „Tygodniku Powszechnym”). Autor próbował w nim m.in. udowodnić, że „Wańkowicz został przez komunistów uwiedziony, a nawet przekupiony”. Tymczasem dom powstał za pieniądze, które pisarz podjął (po wywalczonej u władz zgodzie) z zablokowanego konta podatku wyrównawczego za honoraria otrzymane z Wydawnictwa Literackiego i PAX-u. 800.000złotych wystarczyło na postawienie 140 metrowego bungalowu i zakup dziesięć razy większej działki przy ulicy Studenckiej. Autor rozprawy „Klub trzeciego miejsca”z 1949 roku na stare lata znalazł na Służewie przystań, która przypominała mu żoliborski przedwojenny Domeczek. Owo „trzecie miejsce” u Wańkowicza oznaczało niezgodę nie tylko na reżim w kraju, ale i na trwanie polskiej emigracji na pozycjach politycznych sprzed 1939 roku. Dlatego wrócił do PRL-u i zawsze chodził swoimi ścieżkami, lawirując pomiędzy kamieniami w mało jasny sposób dla środowisk twórczych z tej i z tamtej strony. Wbrew naciskom Służby Bezpieczeństwa nie chciał też gwałtownie zrywać z emigracyjną przeszłością, wrócił do Warszawy po to, by pisać, wydawać i być stale na rynku czytelniczym. Człowiek, który dwukrotnie po obu wojnach musiał wszystko zaczynać od początku, który w 1918 widział bankructwo, zdawałoby się, najmocniejszych potęg Europy, rocznik 1892, sam wychowany na dalekiej Mińszczyźnie w nabożnej obawie przed utratą majątku, dwa razy go tracił. Teraz, u schyłku życia może sobie pozwolić na „sobiepaństwo i luksus” na miarę gomułkowskiej Polski. Zajrzał do niej w przełomowym roku 1956, nie informując o tym nawet rodziny –słynny łowca tematów myśliwskim nosem badał grunt do powrotu. Był świadkiem polskiego października, mieszkał w hotelu „Polonia” i w dzień wiecu z Gomułką pod Pałacem Kultury wyszedł na spacer w dresie koloru fioletowego, a jakaś kobiecina biorąc go za kardynała Wyszyńskiego, zaczęła wznosić histeryczne okrzyki („Najdostojniejszy pasterzu!”). W dwa lata później, już po powrocie do ojczyzny na stałe,objeżdża ponad sto miast, gdzie promuje swoje pierwsze wydane w kraju po wojnie książki: ocenzurowaną „Bitwę o Monte Cassino” i „Na tropach Smętka”. Odczyty po Polsce kontynuuje w następnych latach, docierając w różne zakątki kraju swoim „Zielonkiem” (jednym z pierwszych Mercedesów 190 na warszawskich brukach). Do tegoz amerykańskim paszportem w kieszeni podróżuje po świecie,a teraz jeszcze ta wystawnawilla! Boli? I to jak?! Obserwujący go z bliska Cat-Mackiewicz, w 1962 roku pisał w liście do Michała K. Pawlikowskiego, że Mel potrafi i „lubi zarabiać, a nie znosiwydać choć grosza” i „jako autoreklamiarz i egocentryk nie ma wprost równego sobie, chyba że ten arcyłobuz, Kazimierz Wielki, był mu podobny”.Jego brat, Józef Mackiewicz ostatniemu Domeczkowi i innym beneficjom, jakimi rzekomo „obsypuje” Wańkowicza komunistyczna władza,poświęca w 1976 roku swe opowiadanie na łamach londyńskich „Wiadomości”: „Oto dom ofiarowany w hołdzie Wielkiemu Pisarzowi Melchiorowi Wańkowiczowi. Ale jaki dom, jaki dom! Czytamy w warszawskiej prasie: salony i saloniki, oszklone hale,gabinet, biblioteka, boazerie, ach! luksusy. A wokół trawniki, modrzewie, srebrne świerki,bukszpany, rododendrony, drzewa owocowe… Pergola, gdzie się jadało w ciepłe dni,bywało z dostojnymi ministrami komunistycznej partii”. Z dzisiejszego punktu widzenia takie spojrzenie na warunki mieszkaniowe uznanego pisarza w Warszawie, przy swoistej złośliwościautora mieszkającego do tego w Londynie – wydaje się nieco komicznym. Cóż dziwnegow tym, że Mel pragnął na stare lata zamieszkać wygodnie? Aleksandra Ziółkowska-Boehm w książce „Blisko Wańkowicza” tak wspomina nowy Domeczek: „(…) Dom był śliczny, pachnący świeżością. Cały zbudowany pod kątem wygody właściciela. Na jednym poziomie bungalow, z przepięknym dużym gabinetem, do którego można było dostać się przez sekretariat. Gabinet miał bezpośrednie połączenie z sypialnią pana Melchiora, a ta – z dużą, wyłożoną włoską białą glazurą łazienką. Gości przeprowadzało się przez obszerny hall do saloniku, gdzie w specjalnie dopasowanej półce w ścianie, oprawione pięknie, stały książki napisane przez autora «Na tropach Smętka». (…) Cały jednak przepych to ogród (…), do którego można było wejść dwoma tarasami: wyłożonym kolorowymi kafelkami, z brodzikiem z wodą, prowadzącym z salonu, oraz dużym słonecznym, prowadzącym z gabinetu. Szybko zaczęło się rozchodzić ciepło nowego Domku, który cieszył wszystkim: i urządzeniem (…) i wyjątkową funkcjonalnością. Pan Melchior pokochał całym sercem swój nowy Domeczek, napawał się ciszą, spokojem, świetnymi warunkami do pracy, odpoczynku”. Tu zdąży jeszcze w swe imieniny 6 stycznia 1974 roku zaprosić rodzinę, by dokonać oficjalnego otwarcia Domeczku, w tempie dopina drugi tom „Karafki La Fontaine’a”, sporządza testament, zostawia pełnomocnictwa, ogląda „Balladynę” w Teatrze Narodowym i 8 marca leci przez Londyn do Manchesteru na operację usunięcia raka wpustu i dna żołądka w dość zaawansowanym stadium. Przeżyje i do nowego Domeczku jeszcze powróci…

Ameryka z widokiem na kino Moskwa

Gdy dziś spojrzymy na archiwalne zdjęcia nowego Domeczku, widać, że standard tego domu (poza powierzchnią) niewiele się różnił od typowego mieszkania w gierkowskim bloku – o czym w polemice na artykuł Cenckiewicza w „Biuletynie IPN”, pisał również Jan Sawa, (ożeniony z wnuczką brata Wańkowicza –Tola): „(…) takie same przemarzające ściany z gazobetonu, zwanego wówczas siporeksem, luksusy istniejące jedynie w słowach i wyobraźni Józefa Mackiewicza”. IPN-owski historyk Cenckiewicz podobnym „dopieszczaniem pisarza przez komunistów” nazwał przyznanie Wańkowiczom kilkanaście lat wcześniej (tuż po powrocie z USA do PRL-u) dwupokojowego mieszkania kwaterunkowego z aneksem na piątym piętrze kamienicy przy ulicy Puławskiej 10. Pan Melchior tego lokum wprawdzie nigdy nie nazwał Domeczkiem, to jednak czuł się w nim wyraźnie tak dobrze, że w reportażu„Nasza kamienica” do swojego mieszkania „przyłączył” cały czynszowy dom, a „do szlacheckich włości przygarnął cały proletariacki wszechświat” (K. Kąkolewski). Jakże zabawnie opisuje solidarność mieszkańców, chmarę dzieciaków pomocnych w pilnowaniu „Zielonka” na podwórku, przynoszenia świeżej poczty ze skrzynki – oczywiście za parę cukierków. Wańkowiczowie mieszkanie to zajmowali od 1958 roku do śmierci pani Zofii 11 lat później, a pisarz mieszkał tam samotnie jeszcze do jesieni 1973 roku,gdy przeniósł się na Studencką. Choć określenie „samotnie” nie bardzo pasuje do jego trybu życia,stary gawędziarz nie wytrzymałby przecież bez grona wiernych słuchaczy. To w niewielkiej przestrzeni mieszkania przy Puławskiej właśnie z iście „szlacheckim” przymrużeniem oka, jako potomek wielkiego kresowego rodu,organizował coroczne przyjęcia „pomostowe” między dawnymi i nowymi tendencjami polskiej kultury. Przy stole potrafił gromadzić ludzi o najrozmaitszych postawach, „jeśli tylko prezentują coś osobiście i potrafią coś wnieść do wspólnego dorobku kultury”. Któż to nie zasiadał przy suto zastawionym stole Wańkowicza i nie popijał jego słynnej, litewskiej wódki „TriszDivinis” na 27 ziołach? Choćby Andrzej Wajda, noszący się właśnie z pomysłem ekranizacji jednej z wańkowiczowskich powieści, ale także Jerzy Andrzejewski, Aleksander Bocheński, Marian Brandys, naczelny „Kultury” Janusz Wilhelmi, Anka Kowalska i Halina Auderska oraz Krzysztof Kąkolewski. Podczas jednego z takich przyjęć gospodarz tradycyjne zaskoczył gości w swoim nonkonformistycznym stylu. Mieczysław Kurzyna w książce „O Melchiorze Wańkowiczu – nie wszystko” opisuje to tak: „Rozległ się trzykrotny gong. Do salonu oświetlonego świecami wkroczył dziwny pochód. Otwierała go gosposia niosąc skrzyżowany nóż i widelec nadnaturalnej wielkości. Po czym w asyście wnuczki i sekretarki, wkroczył jubilat w fartuchu i szlafmycy, niosąc uroczyście sześć ogromnych jaj – strusich”. Mel był w swoim żywiole: na strusie jaja nabrali się wszyscy bywali w świecie pisarze. Potem szykowali nawet zemstę: pod letnisko w Oborach, gdzie wypoczywał mistrz, podjechać miały dwa samochody pełne Gestapo i żandarmerii, by z wrzaskiem „Woist Wańkowicz?” wywieźć go w nieznane (czyli na wódkę do Konstancina). Kostiumy wypożyczone z wytwórni filmowej, wszystko gotowe – Wańkowicz by się tym pewnie nie przejął, ale co ze słabymi nerwami innych gości domu twórczego? Z pomysłu więc zrezygnowano. Kontakty międzynarodowe (stąd ta jajeczna siurpryza dla gości), które utrzymywał Wańkowicz i comiesięczne najniższe amerykańskie social security (100 dolarów) oznaczały, że gospodarz mieszkania przy Puławskiej nie musiał się martwić o ceny żywności. „Nigdy nie myślałem, ile co kosztuje, a szczególnie jedzenie, Ono rosło! Pan Bóg dawał jaja, drób, zboże za darmo i jeszcze dziś mam poczucie darmowości. Koniak chyba leci u mnie ze skały” – mówił Wańkowicz. Wreszcie dochody z kolejnych książek wydawanych w niespotykanych dziś nakładach, prelekcje, uwielbienie czytelników i rok 1972 poświęcony pisarzowi. A przy tym, jak wspomina Aleksandra Ziółkowska-Boehm: „Wańkowicz potrafił być oszczędny i hojny, gdy trzeba i bez rozgłosu dużymi sumami wspierał opozycję, o czym we wstępie do książki «KOR» Jana Józefa Lipskiego pisał Andrzej Friszke”. Zaraz po śmierci pisarza, jego książki objęto cenzurą – to była kara za finansowe wspieranie opozycjonistów.

Proces i podsłuchy

Wańkowicz, decydując się na powrót na stałe po dziewiętnastu latach do PRL-u, zdawał sobie dobrze sprawę, że będzie idealnym celem bezpieki. Odżył,co prawda materialnie (w USA pani Zofia pracowała jako pomoc domowa, a Melchior przez trzy lata pomagał na fermie kurzej należącej do córki i zięcia), czuł się potrzebny i podziwiany – ale lata mieszkania przy Puławskiej nie były tylko pełną sielanką. Kompromisy z cenzurą,inwigilowanie żony i córki przylatującej z Waszyngtonu,podsłuchy oraz pełna kontrola korespondencji pisarza, która w rezultacie doprowadziła do jednego z najbardziej sensacyjnych procesów politycznych gomułkowskiego PRL-u. Formalnym powodem aresztowania Wańkowicza był prywatny list wysłany przez niego pocztą dyplomatyczną przez ambasadę USA do córki, Marty Erdman, do którego dołączony był kilkudziesięciostronicowy dokument „Projekt przemówienia J.A.”. Odczytano go w Radiu Wolna Europa i zaraz potem warszawska prokuratura zarzuciła Wańkowiczowi „sporządzenie w celu rozpowszechnienia pisma zawierającego fałszywe informacje oczerniające Polskę Ludową”. Chodziło o opis sprawy „Listu 34”, przekazanego w marcu 1964 roku ówczesnemu premierowi Cyrankiewiczowi. W liście tym intelektualiści (w tym Wańkowicz) domagali się złagodzenia cenzury i zwiększenia przydziałów reglamentowanego papieru. 5 października1964 roku pisarz został aresztowany w swym mieszkaniu przy ulicy Puławskiej i przewieziony do Pałacu Mostowskich, gdzie w dość przyzwoitych warunkach przebywał przez pięć tygodni aż do tymczasowego zwolnienia po wyroku pierwszej instancji. Sąd skazał go na trzy lata więzieniaz zastosowaniem amnestii skracającej wyrok do połowy, jednak władze nie ośmieliły się zamknąć pisarza ze względu na wiek (72 lata) i zły stan zdrowia. „Rząd i partia, wobec reperkusji, jakie proces miał w polskim środowisku twórczym i w całym społeczeństwie (donosiła w Radiu Wolna Europa Jadwiga Mieszkowska), jak również za granicą, (…) władze szukają wyjścia z sytuacji, w jaką się uwikłały, wytaczając proces Wańkowiczowi i dopuszczając do wyroku skazującego”. Od chwili aresztowania pisarza w znaczących tytułach prasy zachodniej oraz wszystkich pismach polonijnych ukazało się kilkadziesiąt artykułów poświęconych sprawie.Protestowali m.in. były prokurator generalny USA, senator Robert Kennedy i amerykański Pen-Club. Wańkowicz rewizji od wyroku nie złożył, jak również nie zabiegał o ułaskawienie (acz wyroku nie odbył) – widać pięć tygodni międzynarodowego szumu było mu wyraźnie na rękę. Oto król-nestor polskiego reportażu stał się teraz także politycznym bohaterem: zatrzymywany na ulicy dostawał kwiaty, brawa – kochał to. Pisarz mówił: „jedynie w Polsce możliwa jest sytuacja, aby skazany żył z wyrokiem półtorarocznego więzienia, poruszał się swobodnie, a nawet wyjeżdżał za granicę”. W rozmowie z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm w książce „Proces Melchiora Wańkowicza 1964” prokurator przesłuchujący pisarza, tuż po aresztowaniu, wspomina: „(…) – sprawiał wrażenie, że cieszy się, że go coś spotkało, takie miałem wrażenie. Określiłbym jego psychikę jako pół szlagona – pół skauta”. I tak, choć skazany, do mieszkania na Puławskiej wrócił w glorii. Wańkowicz został zrehabilitowany werdyktem Sądu Najwyższego III RP dopiero 16 lat po śmierci. Z dzisiejszego punktu widzenia zamieszanie z procesem Wańkowicza pokazuje paradoksy „najweselszego baraku Układu Warszawskiego” – przecież raptem sześć lat wcześniej władze PRL-u zgodziły się na wszelkie żądania Wańkowicza przed jego powrotem z USA (mieszkanie w Warszawie, zachowanie obywatelstwa amerykańskiego, 4 miesiące rocznie przebywania za granicą i transfer 400 dolarów „celem spłacenia swych wyjazdów za granicę”). W 1964 roku władze atakiem na „List 34” i procesem Wańkowicza niewątpliwie skłóciły środowisko Związku Literatów Polskich, spośród których wielu pisarzy (m.in. J. Brzechwa, A.Bratny, J. Hen, K. Iłłakowiczówna, J. Iwaszkiewicz, J. Jurandot, I. Newerly, E. Szelburg-Zarębina, W. Żukrowski) odcięło się od „Listu 34”, charakteryzując jego sygnatariuszy, jako „grupę odosobnioną i organizującą kampanię przeciw naszemu krajowi, opartą na nieprawdziwych informacjach (…)”. Sam Melchior Wańkowicz po własnym procesie znalazł się w sytuacji równie schizofrenicznej: z jednej strony chciał więzienia dla siebie „(…) Wolę więzienie. Bo siedząc w więzieniu, będę wciąż jeszcze siedział w świadomości polskiej. Będę pożyteczny…” – przyznawał w ostatnim słowie przed sądem; z drugiej po opuszczeniu aresztu zyskał jeszcze większy szacunek u swych czytelników, ponowny dostęp do telewizji i nawet audiencję u Gomułki! Dziwne to były czasy, władze chciały dać nauczkę niepokornemu pisarzowi, a przysporzyły mu tym tylko większej sympatii. Dużo wcześniej, mając tyle doświadczeń emigracyjnych i porównań dwóch systemów,dobrze wiedział, co oznacza życieza żelazną kurtyną, gdy żartobliwie malował żonie w książce „Od Stołpców po Kair” swą wizję powrotu do ojczyzny: „Na stacji granicznej podejdzie ubek i grzecznie zaprosi do oddzielnego pokoju. Tam poprosi siedzieć, po czym da w zęby tak, że spadnę. Po czym grzecznie zasalutuje: «To żeby mistrz nie zapomniał». Po czym otworzy drzwi, a za drzwiami będą dziewczynki po krakowsku, z kwiatami”.

Trzecie pokolenie

Po przeprowadzce pisarza do nowego Domeczku przy Studenckiej, w mieszkaniu w kamienicy przy Puławskiej 10,pozostała wnuczka Wańkowicza – Anna Erdman studiująca tutaj od 1970 roku medycynę. Wraz z mężem Tadeuszem Walendowskim (reżyserem filmowym)w mieszkaniu dziadków prowadziła salon kultury niezależnej i oazę swobodnej myśli, gdzie w czasach późnego Gierka spotykali się niezależni twórcy i ludzie opozycji. Od1976roku, co dwa tygodnie przy Puławskiej odbywały się stałe spotkania, na których najliczniej reprezentowane było środowisko literackie, odbywały się wieczory pieśni (Kaczmarski, Kleyff), recytacji poezji (Halina Mikołajska)oraz sprzedawano wydawnictwa drugiego obiegu.Co ciekawe – tej swoistej wyspy na morzu cenzury, vis a vis kina Moskwa i obok więzienia przy Rakowieckiej,władze nie odważyły się ani zastraszać, ani pacyfikować, a jedynie legitymowały wchodzących na klatce schodowej. Warto jednak pamiętać, że Anna Erdman-Walendowska była, podobnie jak jej dziadek, obywatelką amerykańską, a mieszkanie należące wcześniej do Wańkowicza naszpikowane aparaturą podsłuchową umożliwiającą inwigilację pisarza, co teraz po jego śmierci idealnie służyło śledzeniu ludzi opozycji. Salon Walendowskich nie istniał długo – w 1979 roku władze odmówiły Annie prawa stałego pobytu w Polsce i ta wraz z mężem wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Anna była cenionym pediatrą, a Tadeusz został pracownikiem Radia Głos Ameryki. Obydwoje latami chorowali na raka, umierali razem we własnym domu w Waszyngtonie, pod opieką synów:Dawida i Eliasza (prawnuków Melchiora i Zofii). Anna zmarła dwa tygodnie po śmierci Tadeusza w 2004 roku. Kamienica przy Puławskiej jest jedynym miejscem w Warszawie, w którym upamiętniono ślady po pisarzu i jego rodzinie. Przy wejściu umieszczono tablice poświęcone Wańkowiczowi i salonowi Walendowskich. To z jednego z okien tego budynku Chris Niedenthal po wprowadzeniu stanu wojennego sfotografował transporter opancerzony stojący na tle kina Moskwa z billboardem reklamującym „Czas apokalipsy” Coppoli.

W Domeczku z Ziela

Ostatni nowy Domeczek przy Studenckiej 50 został całkowicie przebudowany i dziś zupełnie nie przypomina już bungalowu sprzed 40 lat, tak cieszącego sędziwego mistrza reportażu (obecni właściciele nie mają nic wspólnego z rodziną pisarza). Po słynnym przedwojennym Domeczku Wańkowiczów przy ulicy Dziennikarskiej 3 na Żoliborzu, opisanym w „Zielu na kraterze”,nie ma śladu – zmiotło go Powstanie Warszawskie. Był projektowany i przemyślany w każdym szczególe, jak ten ostatni. Pisarz w wywiadzie-rzece „Wańkowicz krzepi” udzielonym pod koniec życia Krzysztofowi Kąkolewskiemu tak porównywał swoje domy: „Domeczek do Domeczku ma się tak, jak marzenie o jednym do marzenia o drugim. (…) Tamten dom był rodzinny, tam chciałem zyskać samotność, był rozdzielony na cztery poziomy, ten dom, gdy nie mam żony, rodziny, dzieci – zintegrowany jest w jeden poziom. Tam winda przez cztery poziomy, tu płaski bungalow. Trzeci poziom: sypialnię, pracownię wyciągnąłem z tamtego Domeczku jak żebro Adama i to jest ten dom. Jest wspólne, że do książek, ich rozmiarów dostosowane są półki, a do półek biblioteki – kształt pracowni”. Opisy zarówno Domeczku przy Dziennikarskiej, jak i „całej rodzinnej menażerii, obracającej się dokoła pokoju Mamy”, także „splugawionego ogniska domowego” podczas kolejnych hulaszczych imienin Kinga(po których Zofia niekiedy wracała z robotnikami, by naprawić szkody) i wreszcie cudowne obrazy dorastania córek Wańkowiczów, starszej Krystyny (Pyton) i młodszej Marty (Tili, Sancho Pansa) – to jeden z najwspanialszych przykładów życia warszawskiej rodziny inteligenckiej w latach 30. ubiegłego wieku. Dom stanął za pieniądze uzyskane ze sprzedaży gruntów w rodzinnych Jodańcach i „idący na wiele dziesiątków lat kredyt z Banku Gospodarstwa Krajowego”. Był duży, wysoki, z trzech stron otoczony ogrodem, a z czwartej przyklejony do dużej kamienicy spółdzielni dziennikarskiej. Kilkuletnią Tili lubiącą popisywać się w pewnym okresie bogactwem synonimów kusiło, by coś z tym zrobić: „– Albo go odlepcie, albo odcepcie, albo odklejcie, albo oderwijcie, albo odetnijcie, albo odedzyjcie, albo odłamcie” – recytowała. Powstał nawet pomysł, by dokupić dwa pokoje w przylegającej kamienicy dla ciotki Reginowej (siostry Melchiora) przybywającej na zawsze z Jodańc do stolicy. Domeczek żył jak białoruskie dwory rodzinne Kinga,otwarty na świat, otoczonymi jeszcze pustkami Żoliborza, barwny oraz pełen pomysłów. Trzeba zdawać sobie sprawę, że opis życia rodziny Wańkowiczów w „Zielu…” jest pewną formą kreacji literatury faktu, jakże jednak genialną dzięki jej autorowi – wynalazcy tylu słowotwórczych ubarwień:„(…) goście Domeczku mogli czuć się dobrze tylko z listem żelaznym któregoś z domowników. Goście bowiem bywali: tatowi, mamowi, dzieciowi i służącowi. Wszelkim innym – biada. (…) Czasem jednak zapuszczali się w obieże Domeczku (…) – goście bez listu żelaznego żadnego z domowników. Takie przyszywadła rodzinne, przyklejadła z kurortów, poznawadła z przedziałów kolejowych, nudy z lat młodzieńczych albo żony braci nudów, szwagry ciotek-przyszywadeł, znajomi znajomych przyklejadeł i – zgoła zwolennicy przedyskutowania problemu, który szan-pan poruszył”. Równie kpiących smakowitościami Melchiorowych ubarwień opisujących życie Domeczku w „Zielu…” jest multum. Nie znajdziemy jednak w książce informacji, że Wańkowiczowie z racji problemów finansowych ze spłatą kredytu musieli tuż przed wojną wynająć swój ukochany Domeczek i przenieść się do mieszkania przy ulicy Mianowskiego. To zaskakuje tym bardziej, że Melchior Wańkowicz w latach ‘30 uchodził za człowieka majętnego. Od 1924 roku był współwłaścicielem wydawnictwa „Rój” – jednej z największych oficyn wydawniczych w II RP, w której np. wśród wielu pozycji po raz pierwszy ukazały się książki Brunona Schulza „Sanatorium pod Klepsydrą” i „Sklepy cynamonowe”, Gombrowicz wydał „Ferdydurke” a Dołęga Mostowicz „Karierę Nikodema Dyzmy”. Obok wydawania polskiej literatury poważnej i popularnej, dzięki wydawnictwu „Rój” także po raz pierwszy do rąk polskich czytelników trafiły książki m.in. takich pisarzy obcojęzycznych jak: Thomas Mann, Marcel Proust, John Galsworthy, Arnold Zweig czy Erich Maria Remarque. W tym czasie pisarzowi i wydawcy przypadły także niemałe dochody z działalności reklamowej: to on jest autorem słynnego sloganu „Cukier krzepi” dla Związku Cukrowników, za który otrzymał honorarium znacznie wyższe od miesięcznej pensji prezydenta RP!Wspominał o nim po latach w wywiadzie: „Ja dostałem, jak przypuszczam, najwyższe honorarium na świecie za dwa słowa, „Cukier krzepi” – 5000 zł przedwojennych, czyli naówczas 500 złotych przedwojennych dolarów za słowo, tak cenne mogą być słowa” (ponadto pod koniec życia miał jeszcze jeden sukces w reklamie: „Lotem bliżej” – to także jego slogan). Obok pracy wydawniczej w „Roju” nadzoruje hurtownię tytoniową, dzierżawi od miasta słupy ogłoszeniowe i stawia 140 nowych, wreszcie zostaje dyrektorem przedsiębiorstwa „Reklama Pocztowa”. Mimo swych ziemiańskich kompleksów i bankructwa po I wojnie – pokazał, że tylko niezależność finansowa może mu dać pełną swobodę twórczą.

Anatomia zaplecza

Wrzesień 1939 roku zmusił Wańkowicza do ucieczki.Przeprawiając się przez Dniestr do Rumunii tylko z maszyną do pisania na głowie,nie mógł podejrzewać, że nigdy więcej nie zobaczy zarówno Domeczku, jak i swojej starszej córki, Krystyny. Została w okupowanej Warszawie z matką, podczas gdy młodszej córce Marcie wiosną 1940 roku przez Włochy udało się wyjechać za ocean.W maju tego roku Zofia z córką Krysią wróciły na Dziennikarską 3 do Domeczku, który musiał żyć dalej oraz zbierać się po niewielkich zniszczeniach z kampanii wrześniowej. Wańkowiczowa zajęta ratowaniem resztek wydawnictwa,gros zadań przy remoncie (szklenie, CO, wodociągi, uszkodzenie dachu) i prowadzeniu pensjonatu w Domeczku przekazała Krystynie, która szczegółowo donosiła o swych gospodarskich postępach w listach pisanych do ojca internowanego w Rumunii. Domeczek powoli zaludniał się kolejnymi lokatorami, Krystyna pisała do ojca: „Ogród i dom prowadzę w miarę możliwości wzorowo, co nie jest takie proste, jeśli się ma wymagających lokatorów, kiedy zdobycie każdego kila czy innej mąki jest zagadnieniem. (…) Zresztą walczymy o ten dom oczywiście z myślą o Waszym powrocie. Z nas opadłyby ogromne ciężary, gdybyśmy mogły dom sprzedać, czy wynająć i zamieszkać gdzie w jednym pokoju. Jednak o wynajęcie całego domu jest dziś bardzo trudno, bo każdy się ścieśnia, jak może, i nikt nie chce brać sobie takiej landary kosztownej. O sprzedaży czy też zachowaniu musisz Ty zdecydować. Na razie dom jest kompletnie odremontowany: lokatorzy opłacają nam rozłożone raty BGK, gaz i światło. Już sprowadzamy opał, nauczeni doświadczeniem ostatniej zimy. Jest nam tu dobrze”. W kolejnych listach pisanych podczas okupacji do ojca, Krystyna raz po raz dzieliła się swoimi wątpliwościami czy trzymanie Domeczku jako stałego punktu na ziemi, do którego King i Tili „wracać będą myślami jak do własnego domu”, ma sens, czy może „urządzić się tak, aby móc w każdej chwili ruszyć w świat z walizeczką i nie być niewolnikiem swego stanu posiadania”. Czuła żal do ojca, który naigrywał się z jej smażenia konfitur i łatania prześcieradeł oraz zarzucał brak myślenia o przyszłości i sprawach ogólnych. Jednak, mimo tylu obowiązków, dwie godziny dziennie poświęcała na naukę angielskiego i szybkiego pisania na maszynie oraz zrobiła zawodowe prawo jazdy. W 1940 roku zwierzała się: „Opisuję Ci nasze bieżące życie, cieszę się słońcem i latem, moimi pomidorami i różami, i Twoimi kochanymi listami, i z tego, że coraz trudniejsze historyjki angielskie rozumiem, i z wycieczek rowerowych. Coś siedzi w człowieku, co mu każe stabilizować życie, ładzić je i porządkować, i normalizować. Ale w głębi serca jest jakieś nieustanne napięcie i oczekiwanie”. List zakończyła odręcznie: „nie bądź dla córki zbyt surowy. Krystyna” Obok trudnych relacji z ojcem (przed wojną wyraźnie faworyzował Martę), miała kompleks młodszej siostry jako tej, której znacznie łatwiej jest zdobywać i walczyć o nowe życie z pomocą ojca, który wypchnął ją w świat i otwierał nowe możliwości. Po wyjeździe siostry Krysia unikała znajomych, by nie pytali: „Zazdrościsz Tili Ameryki?”, w jej kolejnych listach do ojca wyraźnie widać, jak się stopniowo wyciszała,jak bardzo za nim tęskniła i stawała na wysokości zadania, by ratować Domeczek, by miał dokąd wracać. To nie ta sama Krysia, o której po latach Wańkowicz z bólem mówił, że nie miał tak łatwego kontaktu jak z młodszą córką. Krysia – według niego – była dzieckiem trudnym, hardym i nieustępliwym. W „Zielu na kraterze”, pisanym już po wojnie w ramach autoterapii,w pewnym sensie wykreował mit utraconej córki, ale nie ulega wątpliwości, że wraz z żoną wychowali Krysięnie tylko z silnie ukształtowaną bazą dużych ambicji i pragmatyzmu, ale i zdrowego patriotyzmu, co tak dzielnie udowodniła podczas okupacji. Krystyna, pseudonim Anna, zginęła na Woli w szóstym dniu Powstania Warszawskiego jako łączniczka batalionu harcerskiego „Parasol”. Matka przez rok uczestniczyła w ekshumacjach ciał, które przewoziła na Powązki, miała przygotowaną trumnę dla córki, ale nigdy jej nie odnalazła. Choć Wańkowicz nie przeżył ani jednego dnia w okupowanej Warszawie, to opis tych tragicznych poszukiwań wśród rozkładających się ciał Powstańców tchnie prawdą największego dramatu Matki, jaki można sobie wyobrazić. Ze zbombardowanego Domeczku zostały szczątki jednej ściany i schodki na taras, na których 1 sierpnia matka po raz ostatni widziała Krysię. „– Do widzenia, Mamuśku!”. Domeczek i jego ostatnia gospodyni zniknęli…

„Dziś w nocy umrę”

Zofia Wańkowiczowa dotarła do Włoch w Wigilię 1945 roku. Po wojennej drodze i latach rozłąki małżonkowie zamieszkali jeszcze na chwilę w Domeczku skleconym w 1948 roku za honoraria z „Bitwy o Monte Cassino” na Ealing Brodway w Londynie.Tutaj mistrz wydał także „Kundlizm”, ciętą rozprawę o Polakach. Pisał w niej, że w czasach pokoju jesteśmy jak zgraja kundli, która zamiast wziąć się do pracy, ciągle ujada. To nieco tłumaczy, dlaczego ani na emigracji, ani w Polsce nie dostał żadnej nagrody literackiej…Chyba bezpieczniej było mu pisać o swoich domach: dworach w Kałużycach (tu się urodził) i Nowotrzebach na dzisiejszej Białorusi, które uwiecznił w „Szczenięcych latach”, międzywojennym Domeczku w „Zielu na kraterze”i mieszkaniu przy Puławskiej, którego barwnym obrazem społecznym w „Naszej kamienicy”zamknął swój mieszkaniowy tryptyk. O Domeczku przy Studenckiej już nie zdążył napisać, spędził w nim jednak ostatnie spokojne miesiące życia, wychudzony bardzo po operacji w Manchesterze. Odrodził się na chwilę, spokorniał, ciągle był wśród ludzi,to podczas wycieczek do Lasu Kabackiego, to na jakimś odczycie, wybrał się do cyrku, pracował. Po Wańkowiczu zostało kilkadziesiąt tomów reportaży, tak bardzo zrośniętych z osobą autora, iż wielu uważa, że to w zasadzie jedna wielka książka o nim. Stoją nieco zapomniane na półkach bibliotek,podczas gdy Domeczki na zawsze unicestwiła historia. W Kałużycach powstał kołchoz – ten fakt przyjął łagodnie, czego znów wybaczyć mu nie mógł Cat-Mackiewicz („Wańkowicz kretyn!”), jedynym zaś śladem po przedwojennym Domeczku na Dziennikarskiej pozostał pięknie kwitnący krzak bzu, zasadzony przed wojną rękami Wańkowiczów. Był nawet pomysł, by za zgodą władz żoliborskiego osiedla przesadzić go do ostatniego ogrodu, ale nie udało się już go zrealizować. Mówił o sobie: „Jestem filodomem. Każdy dom, do którego rzuciły mnie losy, musi zrastać się ze mną. Wiozę nie tylko walizki ze sobą, ale niewidoczne walizki mojej psychiki”. Pragnął umrzeć w domu, nie chciał także pogrzebu na koszt państwa (przed śmiercią powiedział jeszcze córce: „nie życzę sobie, by oni fotografowali się nad moją trumną"). Zmarł nagle, w szpitalu, 10 września 1974 roku. Staropolskim zwyczajem trumnę wystawiono w domu przy Studenckiej.




tekst: Aram Stern
ilustracja: Karol Barski

piątek, 9 sierpnia 2013

Pierwszy Kontakt wymarzony




Toruńscy miłośnicy teatru łatwo nie mają: zobaczenie propozycji innych polskich scen wiąże się z wyprawą – bliższą do Bydgoszczy, czy dalszą do Poznania, Gdańska lub Wawy – ale to już przynajmniej dwudniowa eskapada w alternatywie z powrotem nocą, skutkującym prezencją porannego zombie za biurkiem. Szczęśliwie co dwa lata Teatr im. Wilama Horzycy organizuje w Toruniu Festiwal „Pierwszy Kontakt”, w którym nagradza najlepszych reżyserskich i aktorskich debiutantów, a tym samym umożliwia lokalnym miłośnikom Melpomeny podziwianie ich wszechstronnych talentów. Skrajnie różnych, jak aura ostatniego tygodnia maja, kiedy każdego dnia pojawiały się różne wrażenia, poziomy, ciekawe dyskusje po spektaklach, nocne rozmowy i koncerty. Warto było poświęcić siedem wieczorów plus kilka nadszarpniętych nocy dla tak wspaniałej teatralnej uczty, zarazić się energią młodych twórców i uciec w…

Marzenia

To one wygrały: spektakl „Marzenie Nataszy” debiutantów: (z Teatru Powszechnego w Warszawie) aktorek Joanny Osydy i Anny Próchniak oraz reżysera Wojciecha Urbańskiego wyjechał z Torunia aż z trzema nagrodami. Dwie rosyjskie nastolatki, każda o skrajnie innym pochodzeniu, charakterze i perspektywach, relacjonują chłodno swoje dążenia do celu: Natasza Joanny Osydy, dziewczyna z sierocińca zakochuje się w dziennikarzu, który zainteresował się jej próbą samobójczą. Świat drugiej Nataszy (Anna Próchniak) wydaje się być bajką: jest bogaty, wykształcony i pewny siebie. Obie rozdzielone ścianką z pleksi, wpatrzone w widzów nie prowadzą dialogu z sobą. W pewnym momencie jednak ich światy zaczną się przenikać, choć paradoksalnie przez obrót ścianki nigdy się nie zetkną. Świetne, ascetycznie emocjonalne przedstawienie publiczność dwukrotnie nagrodziła długo owacją i już trzeciego dnia Festiwalu rozmawialiśmy o pewnych kandydatkach do tytułu najlepszej aktorki, ale której się należał? Albo żadnej, albo obu – i tak też się stało. Jury w składzie Gabriela Muskała, Wojciech Majcherek i Marcin Wierzchowski nagrodziło także reżysera przedstawienia za „(…) umiejętność precyzyjnej pracy z aktorem oraz odwagę powściągliwej sztuki”. W pamięci pozostanie także wręcz „prywatne” spotkanie z obiema aktorkami w klubie festiwalowym eNeRDe, na które przybyło zaledwie kilkoro widzów, co pozwoliło na mniej oficjalne rozmowy o ich pracy nad zwycięską sztuką. Moim faworytem do nagrody dla najlepszego reżysera był Cezary Iber za spektakl „Blanche i Marie” z Teatru Polskiego we Wrocławiu, który swoje przedstawienie przygotował również bardzo precyzyjnie, choć nie tak powściągliwie.

Teatr wielki z Zagłębia


Drugą nagrodę za debiut w roli żeńskiej Jury przyznało Edycie Ostojak za rolę Ester Pławner w „Korzeńcu” z Teatru Zagłębia z Sosnowca. Któż by się spodziewał, że prawie trzygodzinna historia Sosnowca sprzed stu lat tak potrafi wciągnąć toruńską widownię! Wiedzieliśmy, że „Korzeniec” w reżyserii Remigiusza Brzyka zebrał już wiele nagród na kilku festiwalach, ale zachwyciła już sama inscenizacja, perfekcyjnie wykorzystująca cały budynek teatru, od gigantycznych końskich lejcy rozpiętych nad widownią, przez górniczą orkiestrę dętą, po kilkudziesięcioosobową obsadę na scenie. Jakże rzadko już można zobaczyć w teatrze tak wielkie widowisko! Do tego kryminalna historia morderstwa sosnowieckiego glazurnika Alojzego Korzeńca, umiejscowiona na granicy trzech zaborów, utkana była fantastycznymi monologami silnych kobiet: Jadwigi Korzeniec (Maria Bieńkowska) i jej matki Antoniny Zimorodzic (Agnieszka Bieńkowska). Finałowy monolog, o niezwykle wzruszających marzeniach debiutantki Edyty Ostojak, Jury nagrodziło drugą nagrodą „(…) za naturalność, niewinność i intensywność sceniczną, dzięki którym stworzyła przejmujący portret dziewczyny, której w brudnym świecie udaje się zachować czystość”.

Na workach z tuńczykiem

Z czystością i formy, i powietrza nie było prosto na spektaklu „Emigranci” krakowskiego Teatru Łaźnia Nowa, w reżyserii Wiktora Rubina. Reżyser usadził publiczność na jutowych workach jak na cyrkowej arenie i stłoczył niewygodnie w fetorze tuńczyka z puszki. Zamknięci w jasnym kręgu mogliśmy zobaczyć własne wykrzywione oblicza i wzajemnie obserwować reakcje: śmiechu, porażenia i zniesmaczenia rybim odorem. Wszyscy równi, z ciągłym napięciem, które narastało, udzielało nam się od dwóch aktorów: chłoporobotnika XX (debiutujący aktor-amator Mariusz Cichoński) i inteligenta AA (szarżujący nieźle Krzysztof Zarzecki), w rolach społecznych i ciągłych podziałach w dyskusji, w każdej chwili gotowi do zamiany. I wówczas nic nie wydało się constans, gdzieś rozmyte, przerywane – bez pomocy suflerki (Agata Marzec) dalej nie dało rady. Nierówność społeczna przemieszała się zupełnie z warsztatowymi amatora w kontrze z aktorem, a teza Mrożka o nierównościach klasowych została wręcz ośmieszona. Ten spektakl zapamiętam długo, gdyż ani na chwilę nie pozostawiał obojętnym i wypełniał żarem uczuciowego ekshibicjonizmu. Tak Wiktor Rubin hartuje widza, ale debiut Mariusza Cichońskiego nie do końca mnie jednak przekonał. Jury uznałojego „wiarygodność, profesjonalizm aktorski, głęboką świadomość sceniczną i obronę granego przez siebie bohatera”, nagradzając dyplomem dla najlepszego aktora Festiwalu.

Poza werdyktem

Jury w II edycji Festiwalu miało zapewne niezły kłopot: aż 6 debiutujących aktorek i zaledwie trzech aktorów, stąd zdecydowało się przyznać dodatkową nagrodę paniom stawiającym pierwsze kroki na scenie. Wybór był naprawdę trudny, wielu widzów zachwyciła brawurowa kreacja naiwnej i religijnej Bess McNeill w wykonaniu Sary Celler-Jezierskiej w spektaklu „Przełamując fale” wg filmu Larsa von Triera o tym samym tytule. Może to, iż przedstawieniu przygotowanemu przez Macieja Podstawnego w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu tak blisko było do filmowego pierwowzoru, wpłynęło na pominięcie tego przedstawienia w werdykcie Jury? Przed dwoma laty Podstawny zachwycił debiutem reżyserskim kameralnego „Don Kiszota”, tym razem pokazał spektakl pełen odniesień filmowych, czy to w „tandetnych” nagraniach z wesela Bess i Jana (Dobromir Dymecki), czy w niezwykle barwnym w swym pięknie i namiętności spotkaniu obojga kochanków w lesie. Mroczny klimat kalwińskiej społeczności przerywały niespieszne sekwencje filmowe, jakbyśmy mieli do czynienia z dokumentalną stop klatką. Na pustej, pokrytej parkietem scenie, obok sterty brunatnej ziemi byle jakiego świata, rozgrywał się prawdziwy dramat Bess i Jana, ich miłości pięknej tylko na ekranie, świat wesoły tylko za sprawą krążącej wokół bohaterów komentatorki Sylwii (kapitalna rola Izabeli Beń), której każde pojawienie się na scenie wywoływało salwy śmiechu u części publiczności. Jednak naprawdę wesoło nie było: poświęcenie przez Bess wszystkiego w imię miłości do sparaliżowanego Jana i wiara w to, że jej prostytuowanie się jest w stanie go uzdrowić, wstrząsa tak jak przed laty w filmie twórcy manifestu Dogmy ’95. „Przełamując fale” to spektakl, który mocno odurzył i nie pamiętam jak tego wieczora dotarłem na spotkanie z aktorami. Pozostałe dwie debiutantki: Agnieszka Bała („Proces” Teatru Polskiego z Bielska-Białej) i Diana Zamojska z warszawskiego Studia Teatralnego Koło („Kalino, malino, czerwona jagodo”) raczej nie miały szans w typowaniu do nagród. Ten ostatni spektakl z debiutantką pozostanie jednakże w pamięci za sprawą udziału polskiej Janis Joplin – Natalii Sikory, która tak jak na scenie „ The Voice Of Poland” i tegorocznego Festiwalu w Opolu zwycięsko pokazała, iż dysponuje nie tylko imponująco potężnym głosem, ale również bardzo dobrym warsztatem aktorskim. Siurpryza Sikora zagrała i… uciekła na poranną próbę w stolicy,na miejscu zaś pozostał toruński debiutant Davey w „Poruczniku z Inishmore”– Arkadiusz Walesiak. Jest, gra w Horzycy świetnie porusza się w tonacji farsowo-groteskowej, płynnie przechodząc z jednej do drugiej! Zachwyca od czasu dyplomu w krakowskiej PWST („Mroczna gra, albo historia dla chłopców”), przez swój znakomity debiut u Any Nowickiej, po „Upadek pierwszych ludzi” Iwony Kempy. Na nagrody przyjdzie jeszcze czas, czego aktorowi szczerze życzę. Trzeci debiutant, Patryk Kośnicki zagrał w przedstawieniu „My w finale 2014” Teatru Bagatela z Krakowa, w zespołowej kreacji polskich kompleksów piłkarskich i jedynych uczestników Festiwalu, których chciałem opuścić w przerwie meczu. Kusił jednak „legendarny” już w środowisku kilkunastominutowy rzut karny wykonywany przez Kośnickiego i przyznam, że warto było wytrzymać dla tak niepowtarzalnej atmosfery stadionowej na widowni! Brakowało tylko wuwuzeli i polskich flag, co zauważyła jedna z uczestniczek bardzo wesołego spotkania z zespołem i reżyser Iwoną Jerą w klubie festiwalowym. Mnie jednak bardziej rozbawił przewrotny teatr w teatrze debiutującej reżyser, Agaty Puszcz pt. „Freddie reż. Irmina Kant” z Teatru Studio w Warszawie.

Spotkania z młodością

„Pierwszy Kontakt” to także wieczorne rozmowy z aktorami i reżyserami, prowadzone przez Karinę Bonowicz i Bartłomieja Oleszka, mniej formalne niż podczas „Kontaktu” międzynarodowego. Niektóre gromadziły tłumy, inne – kameralne rejestrowali na przykład autorzy dokumentu o amatorze Mariuszu Cichońskim. Klub eNeRDenie przygotował oprawy Festiwalu tak perfekcyjnie jak podczas pierwszej edycji, a majowe chłody przeganiały nas to z podniszczonego patio do sali koncertowej, to z powrotem. Miało to jednak i swoje ciekawe oblicze. Deszcz nagły spowodował, że uczestników spotkania z zespołem Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu po spektaklu „Szczęśliwe dni/Komedia/Ostatnia taśma Krappa” (debiut reżyserski Pawła Świątka) zagnał pod kamienny krąg z parasolem. A ja nie mogłem oderwać wzroku od najstarszej aktorki Festiwalu, Zofii Bielewicz, która już w czasie Powstania Warszawskiego brała udział w koncertach słowa i muzyki polskiej dla powstańców, dzieci i mieszkańców Żoliborza. Burza zaś prawdziwa rozszalała się w finale przedstawienia bydgoszczan z Teatru Polskiego (debiut reżyserski Wojciecha Farugi pt. „Wszyscy święci”).To był kolejny niesamowity wieczór: ksiądz opasany bombą (Mateusz Łasowski), którą chce właśnie odpalić, a w dach Klubu „Od Nowa” uderzają pioruny.I tak to „wyjątkowo zimny maj” sprawił, że imprezy towarzyszące tej edycji skrywały się cichaczem po kątach miasta – nawet w plenerowych „Ślepcach” Teatru KTO z Krakowa. Ostatnie spotkanie ze studentami krakowskiej PWST po ich dyplomowym spektaklu „Przekleństwa niewinności” (reż. Łukasz Zaleski) odbyło się już w nowej i eleganckiej poczekalni Sceny na Zapleczu. Wydarzeniem muzycznym Festiwalu pozostanie bezdyskusyjnie koncert Domowych Melodii, na którym po raz pierwszy w życiu zobaczyłem tak roześmianą Panią dyrektor „Pierwszego Kontaktu” Jadwigę Oleradzką.

2. Festiwal Debiutantów „Pierwszy Kontakt” odbiegł mocno od swej pierwszej edycji, nie poziomem, lecz atmosferą i coraz większym tempem życia, które przekłada się także na to,że polskie teatry nie obawiają się już obsadzać świeżych adeptów sztuki aktorskiej w rolach pierwszoplanowych. Dziś młodzi swoją przygodę ze sceną zaczynają szybko i równie doskonale jak początkujący reżyserzy.Warszawa, Kraków orazzachwycający Sosnowiec – to stolice debiutantów 2013. Tylko marzyć, by z Torunia było do nich bliżej.



Aram Stern


2. Festiwal Debiutantów „Pierwszy Kontakt”

25 – 31 maja 2013

Teatr im. Wilama Horzycy














piątek, 14 czerwca 2013

Na polskiej minie


Czerwiec, powoli odliczamy czas do wakacji, studiując przewodniki po obcych krajachi w każdym z nich autorzy przestrzegają przed tym, czego nie należy robić, by nie narazić się na gniew tubylców. Turystów wybierających się do Polski także się ostrzega… by nie uśmiechali się na ulicy do nieznajomych, bo w kraju nad Wisłą oznacza to przejaw głupoty! Cóż, wiadomo – „wystarczająco przerażająco jest żyć”, śpiewa Maria Peszek, z którą o współczesnej Polsce w numerze rozmawia Wiktor Łobażewicz. Jaka to Polska? Za rok minie jej ćwierć wieku w demokracji, ciągle prowizorycznej, ale dzięki temu nie tak zblazowanej jak ta zachodnia. Bardziej wściekłej na to i na tamto, w niereformowalnej masie pokroju posła (nie posłanki!) P. Ot – „różnimy się pięknie”, jak mawia Tadeusz Mazowiecki, czepiamy się siebie nawzajem z minami groźnymi, kłócąc się o zasługi, boimy powrotu autorytaryzmu lub kierujemy przerośniętym ego. A gdzie się podział uśmiech, z jakim specjalistka od odezw głośnych „siłą rzeczy”, aktorka Joanna Szczepkowska, w 1989 roku ogłaszała upadek komunizmu? Dziś bez niego zajmuje się lobby gejowskim w teatrach, bo chyba poważniejszych tematów do „narodowych odezw” już nie ma. Czy to oznacza, iż nie jest aż tak źle? Pokolenie dorosłe już w III RP nie musi na szczęście, jak jego rówieśnicy po upadku drugiej, biegać po kanałach z karabinem, czy chować się przed łapankami w bramach. Generacja dzisiejszych pięknych dwudziestoletnich, jakże inna od tamtej, też ma swoje problemy: jedni bronią się przed nimi pro modernistycznie lub „uderzając z bajerka”, czy stale goniąc króliczka. Inni na drugim biegunie kroczą w różańcowych krucjatach za ojczyznę, wyganiając obcych z kraju lub szerząc fanatyzm.Są też artyścii piszący o nich (procent z nic): kochający sztukę współczesną, komiks, muzykę poważną, młody teatr i śpiewających poetów. Może wszyscy spotkamy się na toruńskim „Śniadaniu na Trawie” i będziemy rozmawiać z uśmiechem, tak potrzebnym nam, Polakom, każdego dnia? Oby grymas zniknął Wam z twarzy przy lekturze czwartego numeru „Menażerii”, jak mi niedawno, gdy przeczytałem na niebieskim portalu ten kojący raport koleżanki: „Dziś przydarzyło mi się coś niesamowitego. Jest takie miejsce, które dla mnie jest warszawską doliną śmierci. Przejście podziemne między metrem a rotundą. Jakieś 10 lat temu, gdy świat wydawał mi się zły, zemdlałam w tamtym miejscu. Okradli mnie, choć nie miałam nic, a wstać pomógł mi dealer, wierząc, że jestem na głodzie. Zemdlałam w tym samym miejscu dzisiaj. Do pięknej sukienki pasowała mi malutka torebka, więc mój ukochany nowiutki czytnik Kindle niosłam w ręku, telefon pod ramiączkiem sukienki, a w torebce 2 karty kredytowe, gotówka, notes, pendrive. Więc tak sobie idę i mdleję w najlepsze, bum. Otwieram oczy, a tu tłumek i chaos, że pogotowie, że może w ciąży, że gorąco, że biedactwo. Jeden Pan podaje mi Kindla, ktoś inny torebkę i telefon, a ktoś inny odprowadził na pociąg i napomniał konduktora, żeby zwrócił na mnie uwagę. I weź tu człowieku bądź pesymistą”.

Dziękuję Ado i „sorry Polsko, wybacz mi” – UUUŚMIECHNIJ SIĘ! A jak nie potrafisz – to zaśpiewaj.



Aram Stern

Ilustracja: Gosia Herba

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Kronika tyranii



Człowiek węgierskiego renesansu teatralnego, Béla Pintér (rocznik 1970) jest postacią bardzo mocno polaryzującą widzów, gdyż w swoich dramatach konsekwentnie porusza bardzo ciężkie problemy, które podkreśla do tego specyficznie czarnym humorem, obrazującym niezauważalne przejścia od władzy do przemocy lub odwrotnie. Jeden z trzech twórców all-round znad Balatonu (wraz z Viktorem Bodó i Zoltánem Balázs’em), sam często gra główne role w napisanych przez siebie sztukach, które do tego reżyseruje. O ile przygotowany przez Pintéra spektakl „Szmata”, prezentowany na ostatnim Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Kontakt, swoją ludowo-baśniową konwencją wprawił widownię w percepcyjny niesmak, o tyle jego dramat „Królowa ciast”w Teatrze im. Wilama Horzycy pokazał, jakim jest świetnym dramaturgiem. Również sama inscenizacja w reżyserii Uli Kijak zaskoczyła bardzo pozytywnie: słowa w ustach aktorów Horzycy dawno nie brzmiały tak autentycznie i przejmująco.

Akcję „Królowej ciast” Pintér umieścił w czasach swojego dzieciństwa, w rodzinie tyranizowanej przez jej głowę: Stefana Kosára, alkoholika i podpułkownika milicji. Połowa lat 80-tych, ale masa zakazów komunistycznej władzy u tej familii pozostaje jednak za drzwiami. Wraz z siedmioletnią Eriką (ciekawa rola Mirosławy Sobik), powoli wchodzimy w świat groteskowy oraz surrealistyczny wytwór wyobraźni dziecka, budowany z marzeń dziewczynki tuż przed jej urodzinami. Takie zachowanie to jedyny ratunek przed kolejnym atakiem ojca – potwora, którego jeszcze nie widać, pracuje ciężko uwięziony w kieracie, ukryty pod hełmem, by nie słyszał, o czym mówi jego rodzina. Jak komunikują się zimnymi zdaniami, paraliżowani strachem: matka Olga (Maria Kierzkowska), ciotka Anikó (Jolanta Teska), kuzyni Tibi i Zoli, dziadek (Niko Niakas) oraz upośledzony wujek Feri z kartonem ma głowie (Grzegorz Wiśniewski). Makabryczno-komiczne maski pojawiły się już w „Szmacie”, tam skrywały prawicowych oprawców, w „Królowej ciast” zaś maska daje schronienie ofierze. Kat na razie również ukrywa swoją twarz,ale po powrocie do domu pokaże wszystkim, na co go stać. Mała Erika tymczasem z zamieszonej na linie opony prowadzi dość prowokacyjnie mroczny dialog z nauczycielem Panem Ludwikiem (Michał Marek Ubysz), podczas gdy jej równie zastraszeni kuzyni swoim zachowaniem wywołują śmiech widowni. Zoli (świetny Łukasz Ignasiński), obleczony kilkoma grubymi swetrami, z pióropuszem nadmuchanych rękawic lateksowych na głowie, wyjątkowo złośliwie dokucza bratu – Tibi (udany debiut Macieja Raniszewskiego) – kłamie, kradnie pomysły i jest wyjątkowo prawdziwy w swojej roli. Rolami chłopców reżyser Uli Kijak udało się idealnie podkreślić wachlarz pintérowskich postaci, które śmieszą, przerażając jednocześnie. Tak było również w pokazywanej na Kontakcie w 2005 roku „Operze chłopskiej” tegoż autora. Tam kazirodztwo i dzieciobójstwo, w „Królowej ciast”tylko przemoc rodzinna. Tylko? Przecież to początek, to stan, w którym ofiara staje się całkowicie bierna. Sparaliżowana strachem już wie, że „z otwartej dłoni łatwo powstaje pięść” i tylko pragnie, by cios nie był zbyt mocny. Wtedy pojawia się ojciec (Paweł Tchórzelski), ten co się stara, by rodzinie niczego nie zabrakło, także jego dyscypliny. Bez szarżowania, najbardziej przerażającej wówczas, gdy jest uśmiechnięta.

Mimo inscenizacyjnej „nierealności” przedstawienia, całość brzmi niezwykle sugestywnie. Prowokacyjne ataki Stefana w zaczepkach, szyderstwach z żony, wmawianiu „przestępstw” członkom rodziny, wreszcie umizgach ofiar i ich smutnym tańcu – to jedne z najważniejszychobrazów pozostających w głowie po obejrzeniu spektaklu. Ich rejestr trafia we współczesną wrażliwość teatralną: reżyser Ula Kijak za autorem (bez moralizatorskiego szyderstwa), oryginalnym prowadzeniem toruńskiego zespołu perfekcyjnie naznacza „przyzwolenie” na przemoc. Groteskowa tragedia rodziny Kosár nie ma niestety happy endu: całość w drugiej połowie mocno puchnie i zapętla się do najgrubszych pokładów bezsilności. Wówczas Erika czarodziejskim znakiem zatrzymuje akcję w najbardziej niebezpiecznym momencie i dalej buja w obłokach na swojej huśtawce. Rozmaitość stosowanych  przez reżyser środków teatralnych oraz fantazyjna scenografia Dominiki Skazy sprawiają, że trudno zarzucić „Królowej ciast” tak charakterystyczną dla Pintéra stylistykę kampu. W przeciwieństwie do „Szmaty”, toruński spektakl „nie jest tak zły, że aż dobry” – on jest po prostu dobry. Poprzez absurdalny wydźwięk nie wywołuje wstrząsu, a aktorsko odbija tendencje panujące bardziej w teatrach Berlina niż Budapesztu. Nie ma w nim ani jednej słabej roli, wprawdzie pojawia się nieco dłużyzn, a z widowni ustawionej na dużej scenie nie widać wszystkiego, to jednak „Królowa ciast” może być impulsem do pozytywnych zmian w Teatrze im. Wilama Horzycy.



Aram Stern


Béla Pintér, „Królowa ciast”

reż. Ula Kijak

Teatr im. Wilama Horzycy

premiera 6 kwietnia 2013


niedziela, 14 kwietnia 2013

Plecień kwietniowy


Czołem wysokim kłaniam się w drugim numerze naszej „Menażerii”! Pierwsze płoty za koty: dzielnie zbudowaliśmy miesięcznik i dziękujemy setce naszych sympatyków za zaufanie na fanpage’u jeszcze przed narodzinami oraz prawie czterem tysiącom Czytelników pierwszego numeru!Za nami niesamowity miesiąc: część redakcji przed mrozami skryła się nie tylko przy rozgrzanych klawiaturach, ale także na alternatywnej „Klamrze” oraz elektroakustycznym „Festivalu CoCArt”. Teraz koty, dotąd marcujące, wreszcie wychodzą na świat, a ich szczęśliwi właściciele między kolejnymi tekstami malująpłoty – czyli spóźniona wiosna zaczyna uzyskiwać dostęp do naszych umysłów. Przede wszystkim muzycznie! W tym numerze Konrad Burzyński pyta, do jakich drzwi zapukał Krzysztof Penderecki, redaktorzy Włoch i Rozpłoch wspominają „Jazz Od Nowa Festival”, a Krzysiek Joczyn rozmawia z Markiem Styczyńskim (nasza okładka) z Karpat Magicznych. Nie zabraknie także lektury dla fanów świetnych książek, miłośników teatru, sztuki współczesnej, designu oraz„czarnych markerów”. U nas jednak bez mrocznych myśli i pleciemy bardzo kolorowo: nie znajdziecie tu niczego ani z patosem, ani o polsko-polskiej trzyletniej wojence wokół rzekomego zamachu. Miłej lektury, czekamy na Wasze opinie na fanpage’u, jak również na blogu „Menażerii”.

Aram Stern

środa, 27 marca 2013

Hej Łysy Joe!





Misie pluszowe nie lubią się gubić pod łóżkiem, zniosą jeszcze ogolenie im głowy (!), ale już z opuszczeniem i złośliwością dzieci mają duży problem. Chyba, że dziewczynka zachoruje – to zwyczajnie ogrania je smutek. Bo misie, jak i najmłodsi lubią być traktowani poważnie.Czy wolno im jednak opowiadać o śmierci? Jak najbardziej, gdyż niestety i ona bezpośrednio je dotyka. Nie zawsze wiemy, jak ze stratą najbliższych trudno się pogodzić nam,dorosłym, a tym bardziej jak wytłumaczyć ją naszym milusińskim? Okazuje się, że można mówić o tym, co jest ciągle tematem tabu u nas (ale nie jest już tak traktowane za Odrą). Cieszy więc, że Teatr „Baj Pomorski” ponownie (po Pod-Grzybku Marty Guśniowskiej) przedstawia dzieciom (od lat 7) spektakl o nieodwołanych prawach natury.

W swoim tekście Pręcik Malina Prześluga niezwykle delikatnie i z wyczuciem opowiada o chorobie Dziewczynki (Dominika Miękus), która dotąd zdrowo spała w swoim łóżku, na miękkiej Poduszce (Edyta Łukaszewicz-Lisowska), do szkoły wzywał ją Budzik (Jacek Pysiak), a na stópki wiernie czekali państwo Kapciowie (Edyta Soboczyńska i Krzysztof Grzęda). Pewnego ranka nie mają na kogo czekać i tak zwyczajnie nie wiedzą, co się stało. Przedmioty świat pojmują prosto: przecież była, teraz jej nie ma, jakże to tak? Nawet, jeśli dotąd codzienna rutyna wydawała im się męcząca i narzekały na nią, choć tego poranka cieszy je troszkę, że może mają dziś wolne – to z czasem ich niepokój zaczyna się wzmagać. Dziewczynka już ich nie potrzebuje? Czy może wyjechała? Tylko pluszowy miś, Łysy Joe (Krzysztof Parda), wie dobrze, co się stało: w nocy zabrało ją pogotowie.Przedmioty nie mają duszy, stąd nie zrozumiały powagi sytuacji, ale najwierniejszy powiernik Dziewczynki,Łysy Joe domyśla się, co to może znaczyć. Pluszowy miś ma bowiem w sobie to coś, o czym przejmująco wspomina: „Bo my, misie i ludzie, mamy w środku taki jakby pręcik. Gdy wszystko jest dobrze, to on świeci, jak w żarówce. Ale czasem jakiś inny człowiek albo przykre zdarzenie, czy choroba nam ten pręcik gasi. I wtedy boli”. Na jego nieśmiałe wezwanie wszyscy bohaterowie wskakują do torby i ruszają w podróż do szpitala.

Brzmi zbyt poważnie, by zabrać swoje dziecko na ten spektakl? Przeciwnie – sztuka Maliny Prześlugi wcale nie jest ponura, skrzy dowcipnym językiem, cytatami z filmów i reklam (może to ją nieznacznie psuje) oraz opowiada tę historię w formie literatury drogi – bo dobrze wiemy co nas czeka u jej końca.Relacje między przedmiotami opowiedziane są językiem dzieci, tak ja one to czują, ich emocjami i wyobraźnią. Stąd też tak barwny to teatr absurdu. Na uwagę zasługują świetna gra Edyty Łukaszewicz-Lisowskiej, w roli zadziornej Poduszki z dobrym sercem i bardzo wzruszająca kreacja Krzysztofa Pardy, jako obrażonego misia pluszowego. W zestawieniu z oryginalną animacją przedmiotami codziennego użytku, oraz stonowaną scenografią powstał piękny i mądry spektakl! 

Na pokój Dziewczynki i salę szpitalną patrzymy z góry, co niesamowicie oddaje wrażenie dystansu do świata, który kiedyś wszyscy będziemy musieli opuścić. Autorem tej scenografii, jak i reżyserem spektaklu jest Zbigniew Lisowski. To kolejne już przedstawienie dyrektora „Baja Pomorskiego”, w którym tak wspaniale potrafi skupić uwagę najmłodszych. Zawsze zaskakują skupienie i otwarte z wrażenia buzie maluchów, zachwyconych multimediami oraz tym, że teatr jest nie tylko na scenie, a może otaczać je ze wszystkich stron. W Pręciku chmury płyną po suficie, następnie pojawia się biel szpitala a Smutne Łóżko (Mirosław Szczepański) przejmująco, jako anioł śmierci wynurza się w finale zza pleców widowni. Całość utrzymana jest jednak w barwach stonowanych, bez wielkich zwrotów akcji, migotania świateł, bez głośnej muzyki – o ilustrację dźwiękową spektaklu zadbali Rafał Skonieczny i Mateusz Jagielski. Spokojna, wykonywana na żywo muzyka tylko w finale narasta, Dziewczynka z Łysym Joe znikają za łóżkiem, a my w piosence Hotelu Kosmos słyszymy słowa:„(…) apogeum srogiej zimy, wiatr zatrzymał wskazówki (…)”. Apogeum? Nie – to nie koniec, w pamięci na długo pozostanie liryczność tekstu Prześlugi, w Pręciku zostaną przedmioty, miłość, empatia i przekonanie, że choć tak to już z każdą stratą być musi i „coś się tu nie odbywa, jak być powinno” – to warto o tym rozmawiać.


Aram Stern



Pręcik, Malina Prześluga
reż. Zbigniew Lisowski
Teatr Baj Pomorski
premiera: 30 grudnia 2012