Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja komiks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja komiks. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 kwietnia 2014

Pod słońcem Portugalii



Prawda stara jak świat – aby uporać się czy to z zalęgłymi w duszy demonami, czy twórczą niemocą, czy też zwykłą, codzienną „trudną sprawą”, trzeba po prostu wyjechać i zmienić otoczenie, w którym będzie można spojrzeć na wszystko z zupełnie innej perspektywy, z większym dystansem i z całkowicie odmiennego punktu odniesienia. To prawda stara i zużyta jak świat. Ale czasami właśnie takie zużyte motywy najlepiej się sprawdzają w klasycznych i dobrze opowiedzianych historiach. Tak jest właśnie z „Portugalią”, w której Cyril Pedrosa przedstawił nam zapadającą w pamięć historię młodego człowieka i jego trafnych oraz tych nienajlepszych życiowych wyborów.

Fabuła. W większości przypadków najważniejsza składowa utworu. W „Portugalii” zaś to dosłownie i w przenośni historia z życia wzięta (sic!). Mamy tu – bliskie sytuacjom z rzeczywistości Cyrila Pedrosy – dzieje Simona Muchata oraz ograny i starty już przez wieki (zapowiedziany we wstępie) motyw podróży – zarówno tej sentymentalnej, jak i czysto poznawczej (bo na kanapie w kapciach raczej nikt nie dowie się o sobie zbyt wiele). Podróż w „Portugalii” obok poznania siebie służy też głównemu bohaterowi do odnowienia – zagubionych gdzieś po drodze – więzi z rodziną. Te rodzinne portrety, obrazy zagmatwanych relacji Simona z ojcem, kuzynami, wujkami itd. to jeden z mocniejszych atutów portugalskiej historii. Pedrosie udało się tu bardzo celnie odmalować nasze codzienne zmagania i próby znalezienia wśród najbliższych tej cennej nici porozumienia. Dla Simona jest to o tyle trudne, że sam nie potrafi odnaleźć się w świecie, a dodatkowo cierpi na brak jakiejkolwiek motywacji do działania. Nie pisze, irytuje go otoczenie, niszczy nawet swój długoletni związek. Jest nie tyle zagubiony, co po prostu zobojętniały na wszystko, zawieszony w działaniu, w gąszczu niepodjętych decyzji, z których nie jest jeszcze gotów wyjść. Co w takiej sytuacji zrobić? Panaceum na życiowy marazm może okazać się właśnie podróż „prorodzinna” – najpierw na południe Francji, a następnie do Portugalii – aby spróbować odnaleźć siebie i swoje korzenie, które rosną coraz bardziej w odbywanych przez bohatera rozmowach i snutych, pełnych bliżej nieokreślonej nostalgii, wspomnieniach. Tak w wielkim skrócie można streścić fabułę historii Simona, którą autor podzielił na trzy „nierówne” części – różne zarówno pod względem formy, jak i przekazywanych treści. Razem z Simonem, jego myślami i atmosferą postrzeganego przez niego otoczenia uczestniczymy bowiem w wielkim akcie metamorfozy, i to nie tylko samego bohatera! Rzadko kiedy się zdarza, że jesteśmy świadkami równoczesnej transpozycji podmiotu oraz kompozycji/konstrukcji utworu. Ostatnio zrobił coś takiego Joseph Gordon-Levitt w swoim debiucie reżyserskim „Don Jon” (Best Film, 2013). W przypadku „Portugalii” to niestety zarazem wielka zaleta, jak i jej pewna skaza, ponieważ autor w ostatniej części trochę niechcący zmarnował dobrze nastrojony motyw.

Dwa pierwsze rozdziały komiksu to czas wspomnianego już wyżej zawieszenia i zobojętnienia Simona, który powoli, krok po kroku, układa w sobie otaczający świat. To również miejsce licznych rozmów i unoszącej się nad nimi nostalgii, która dodatkowo – wtórując tematowi/treści historii – oddana jest przez Pedrosę w odcieniach bardzo chłodnych, acz intensywnych, czasem wręcz ciemnych i zgaszonych. Kadry (w większości) są tu tak wyraźne, jak opowiadana historia. Bliskie życia, emocjonalne i pełne eksperymentów z tonacją, oddającą trafnie wszystkie nastroje bohatera. Tylko miejscami kreska jest niedokończona, urwana czy zbyt cienka, żeby była dostrzeżona na pierwszy rzut oka (tu upatruję metaforę wspomnianego zawieszenia głównego bohatera pomiędzy rzeczywistościami – tą ogólną i osobistą). Wszystko jest tu przemyślane i pod każdym względem dopracowane, dlatego tym bardziej żal, że historia w trzeciej części tak drastycznie i niewłaściwie zmienia nie tylko tor, ale i sam środek lokomocji/wyrazu/formy, wpadając przy tym w koleiny łatwych i jasno rozrysowanych rozwiązań. Można bowiem zapytać, dlaczego gdy bohater odnajduje wreszcie życiową równowagę, dostajemy od razu kadry z ciepłymi barwami oraz ledwo naszkicowane, rozmyte kontury postaci, przedmiotów i krajobrazów, które tworzą jakby jeden wspólny element, absolutną i nieznośną wręcz spójnię przedstawianej rzeczywistości (taki zabieg nudzi już po kilku stronach). To tak jakby autor chciał nam powiedzieć, czy raczej wskazać palcem – patrzcie, jakie to wszystko jest piękne, jasne, radosne, ze sobą połączone. Tak piękne, że nawet otaczający nas świat traci swoją ważność, jawność, dokładność i ostrość (czyt. problemy), a obcy język nie stanowi bariery, jest raczej dźwięcznym i harmonijnym obrazem miejsca, w którym przebywamy i które naturalnie wchłaniamy. To tak jakby ciekawe i warte namysłu były jedynie stany naszego rozedrgania, nieprzystosowania... A przecież wcale tak nie jest.

Reasumując: z jednej strony, muszę przyznać, jestem pod wrażeniem zastosowanych przez Pedrosę technik i konsekwentnie dopracowanej koncepcji całości, tej swoistej zabawy z „kolorowaniem” treści, z drugiej jednak uważam, może i trochę intuicyjnie, że forma ostatniej części zburzyła nieco tak dobrze skonstruowaną opowieść, i że na koniec – poprzez zastosowanie przez autora właśnie tych ciepłych barw i dość jasnej wymowy – jedynie obniżyła temperaturę całej opowieści. Dla mnie to jedyny zgrzyt „Portugalii”, przez większość pewnie nawet nieuznany. Ostatecznie Cyril Pedrosa stworzył dość lekką w wymowie, niemoralizującą, bezpretensjonalną i zachwycającą wizualnie opowieść o poszukiwaniu siebie i własnej tożsamości. A jest to nie lada sztuka, biorąc pod uwagę podjęty temat – z jednej strony pompatyczny, z drugiej zaś trącący banalnością. Niewielu bowiem potrafi znaleźć w sobie zdrowy dystans nie tylko do otaczającego świata, ale przede wszystkim do samego siebie. Cyril Pedrosa wyszedł z tej historii obronną ręką (a nawet dwiema, i tylko trochę nazbyt spalonymi zbyt ciepłym słońcem Portugalii).

Szymon Gumienik
"Portugalia" Ciril Pedrosa
Wydawnictwo: Timof i cisi wspólnicy, 2013

środa, 12 lutego 2014

PIEŚŃ O RYCERZU AYMARZE



W roku pańskim 1085 królestwo Francji trapią głód i susze. Ziemia jest własnością króla, Kościoła i rycerstwa. Możni feudałowie są jedynymi panami swych poddanych. Panuje chaos i bezprawie. Drogami średniowiecznej Europy, pełnymi okrucieństwa i przemocy, podąża Aymar de Bois-Maury, rycerz, któremu pozostał tylko honor…

Tak wygląda tło serii komiksów „Wieże Bois-Maury” autorstwa Hermanna Huppena. Francuski rysownik i scenarzysta zaczął pracę nad pierwszymi tomami w latach osiemdziesiątych XX wieku, jednak polski czytelnik może zapoznać się z twórczością Huppena dopiero teraz. Wydawnictwo Komiksowe wypuściło bowiem na rynek polski pierwsze trzy tomy serii o przygodach Aymara. Każdy z nich jest poświęcony innemu bohaterowi, chociaż łączy je postać błędnego rycerza, niegdyś właściciela zamku Bois-Maury. Seria liczy sobie dziesięć tomów, a całość ma się ukazać już w przyszłym roku. Przedsięwzięcie na wielką skalę, jednak sądząc po pierwszych tomach, Huppen i na polskim rynku stanie się prędko autorem kultowym.

Hermann stworzył dzieło monumentalne, istny fresk historyczny i panoramę wczesnego średniowiecza ujętą w ramy komiksu. Akcja pierwszego tomu rozpoczyna się około roku 1085, zaś kończy się w okresie pierwszej krucjaty. Głównym bohaterem serii uczynił postać tajemniczą i niejednoznaczną, rycerza bez majątku, Aymara de Bois-Maury. Rycerz ten podróżuje po kraju wraz z giermkiem Olivierem, trudniąc się częstym w owych czasach fachem najemnika. Nie jest jednak typowym osiłkiem czy płatnym zabójcą. Aymar to postać niezwykła, człowiek wykształcony i wrażliwy, przestrzegający swoistego kodeksu rycerskiego. Utracił majątek, rodowy zamek w Bois-Maury i chce zebrać dość złota, by opłacić armię zdolną pomóc mu odzyskać zagrabione ziemie. Cenne umiejętności walki wykorzystuje w służbie feudalnych panów, jak i banitów. Za sprawą pomysłowości autora, spotyka na swej drodze wielu pozytywnych i negatywnych postaci. Jest tu Germain, kamieniarz skazany za zbrodnię, której nie popełnił. Heloiza de Montgri, młoda szlachcianka, która poszukuje zaginionego narzeczonego i zemsty, trupa wędrownych komediantów-złodziei, ocalony z masakry rodziny dziedzic zamku, pewien starzec oraz tajemniczy pasterz…

Postać pana de Bois-Maury jest z rozmysłem odsuwana na dalszy plan, przychodzi mu być czasem zaledwie statystą dla historii innych bohaterów tej opowieści. Wątki postaci przeplatają się ze sobą niezwykle finezyjnie. Widać tu precyzję w łączeniu poszczególnych epizodów, ale wątek przewodni każdego tomu w odpowiednim momencie powraca do znanego nam Aymara. Hermann wydaje się doskonale panować nad wieloma nićmi tego gobelinu, jakim jest seria poświęcona Bois-Maury. W odpowiednim momencie powraca do głównego wątku, ale czytelnik bez trudu śledzi wydarzenia i nie sposób jest się tu zgubić. Z każdą odsłoną kolejnego tomu bohaterowie są coraz ciekawsi, coraz częściej też zadajemy sobie pytanie, jak cienka jest granica między dobrem i złem? Czy jesteśmy skazani na wypełnianie swego przeznaczenia, czy – przeciwnie – sami możemy pokierować naszym losem.

Aymar i jego przygody są tylko pretekstem do ukazania panoramy średniowiecznej Francji wraz z całą jej skomplikowaną strukturą społeczną, podziałem na klasy, rolą Kościoła, króla i możnowładców. Jest to fresk, trzeba przyznać, dość niepochlebny. Natykamy się tu na głodnych i wykorzystywanych chłopów, okrutnych rycerzy sprawujących władzę nad życiem i śmiercią swych poddanych, Kościół walczący z heretykami za pomocą stosu, biedę, głód i bezprawie. Hermann doskonale oddaje niuanse zagmatwanej średniowiecznej historii. Warto przyjrzeć się epizodom, by dostrzec, że nic nie jest dla autora jednoznaczne. Chłopi wprawdzie biedni i uciskani, ale jednocześnie ciemni i okrutni. Rycerze bez lśniących zbroi, zajęci bardziej własnym stołem lub co nadobniejszymi wieśniaczkami, ewentualnie grabiący ziemię słabszego sąsiada. Alianse małżeńskie i polityczne stworzone dla zdobycia władzy i wpływów. Rycerze-rabusie, najemnicy i brak jakiejkolwiek władzy królewskiej. Całe połacie średniowiecznej Francji i nie tylko były minikrólestwami w rękach możnych. To najlepszy opis realiów, w których przyszło żyć bohaterom Hermanna. Radzą sobie z brutalną rzeczywistością na swój własny sposób. Jedni lepiej, inni gorzej, ale wszyscy usiłują po prostu przeżyć. W walce o życie przestają liczyć się ideały czy honor, a celem staje się po prostu zemsta. Pomysłowość w tworzeniu barwnych, krwistych postaci pozwala nam polubić Germaina, Heloizę, Aldę czy wzruszyć się historią Babette. Paradoksalnie, okazuje się, że pośród okrucieństwa i bezprawia jedynym pozytywnym bohaterem stara się być Aymar de Bois-Maury, choć trudni się niezbyt uczciwym fachem najemnika.

Cykl o Bois-Maury jest rodzajem średniowiecznego skrzyżowania „Don Kichota” z „Pieśnią o Rolandzie” i ,,Filarami Ziemi” Kena Folleta. Przygody rycerza przypominają pieśni trubadurów o rycerskich czynach oraz poszukiwaniu Świętego Gralla i należy w nich upatrywać inspiracji dla nieco pokrętnej wersji minnesingera Hermanna Huppena. Trzeba dodać, że na pomysł całej serii miało wpływ zainteresowanie Hermanna architekturą średniowiecza. W komiksie odtworzył on wiernie miejsca z dzieciństwa – rodzinną Walonię. Te zainteresowania przekładają się na jakość i styl rysunków, zwłaszcza tam, gdzie widać architekturę. Niezwykle wiernie i szczegółowo, z ogromnym rozmachem, wprowadza nas autor na średniowieczny plac budowy katedry czy do komnat warownego zamku. Walory architektury i poszczególnych plansz podkreśla kolorystyka Fraymonda. Stonowana i utrzymana w pastelowych różach oraz błękitach doskonale oddaje porę dnia, niuanse pogody, świt lub wieczór. Także fizjonomie bohaterów, również Aymara, są zaskakująco zwyczajne, nasz błędny rycerz nie przypomina herosów. Postaci zaludniające świat Hermanna są jak najbardziej oryginalne w swej powierzchowności, bardzo ekspresyjne i naturalistyczne. Brzydkie, chore, czasem piękne, ale celem rysownika nie było tworzenie superbohaterów. Za to dostajemy pełnokrwistych ludzi, dosadnych, rubasznych, głupich, podłych, ale i czasem czyniących dobro. Słowem, istna panorama ludzkości.



Joanna Wiśniewska



poniedziałek, 27 stycznia 2014

Fugazi czyli Fucked Up, Got Ambushed, Zipped In



„Czy dziś Fugazi mogłoby istnieć? Na pewno nie. To były czasy, które sprzyjały wolności. Wszystko uchodziło.” Klub muzyczny Fugazi, którego początki sięgają roku 1990, jest odzwierciedleniem tego, co działo się w Polsce po transformacji. Nadzieja. Walka o stołki. Chaos gospodarczy, polityczny i kulturowy. Bękart kapitalizmu, który pojawia się na gruzach PRL-owskiej rzeczywistości we wspomnieniach ówczesnych pięknych dwudziestoletnich, swoim wyglądem jest daleki od groteskowego potworka. Jest po prostu na tyle obcym, trudnym do ogarnięcia i zdefiniowania straszydłem, że można żyć w jego towarzystwie bez specjalnego lęku. A czasami nawet przekabacić go na swoją stronę, namówić do wspólnych inicjatyw, maszerować ramię w ramię. A gdyby wyciąć mu irokeza, założyć papę i postawić piwo? Kto wie, czy nie tupałby nogą w rytm M.D.C. No albo chociaż Dżemu, jeśli zabrakło mu lepszego gustu.

Tym właśnie jest dla mnie komiks Marcina Podolca „Fugazi Music Club”, nowe dziecko konsekwentnej i niezawodnej Kultury Gniewu, które po raz kolejny serwuje nam dzieło z zakresu polskiej sub- – czy lepiej – kontrkultury. Peanem na cześć pierwszych lat po transformacji ustrojowej, gdzie wiele rzeczy niemożliwych stawało się możliwymi. Gdzie „przy koniaczku” robiło się przekręty mniejsze i większe, bo jedną nogą staliśmy w wódczanym bareizmie, ale z drugiej strony dysfunkcje nowego systemu pozwalały temu „koniaczkowi” realizować rzeczy wielkie. Tęgie głowy do dziś walczą i skaczą sobie do gardła (co w naszym kraju określane jest mianem „dyskusji społeczno-politycznej”) na temat oceny transformacji, na temat straconych szans i niezrealizowanych obietnic. Tymczasem Marcin Podolec swoim komiksem, opartym na podstawie wspomnień Waldemara Czapskiego, daje nam to, co w tym okresie było najbardziej wartościowe i najpiękniejsze. Muzyczny klub Fugazi pojawił się na mapie Warszawy, zaistniał w świadomości stolicy, a po krótkim czasie całego kraju wskutek wielkiej pasji kilku młodzieńców, fanów muzyki rockowej, alternatywnej czy jak wolicie nazwać gustowny amalgamat fanów Nocnej Zmiany Bluesa, Marilliona i Post Regimentu. Od świecącej pustkami i nieskonsumowanymi pączkami z różanym nadzieniem „kluboherbaciarni” do najbardziej popularnego klubu o niepowtarzalnym wystroju, gdzie dzień w dzień organizowane są koncerty, od załoganckiej sztamy do rozpaczliwej walki z mafią zasiloną przez byłych milicjantów i esbeków. To miejsce w ujęciu Marcina Podolca to zwierciadło historii – tej mikro-, subkulturowej tak ważnej dla Kultury Gniewu, jak i tej przez większe „H”, tej polskiej, o której mówiłem. „Czy dziś Fugazi mogłoby istnieć?” Tymi słowami rozpocząłem tekst, tymi samymi kończy się dzieło Podolca. Przecież mamy kluby, kapele, pasjonatów, ludzi skorych do poświęceń. Tylko czy dziś „czasy sprzyjają wolności”? Komiks ten rozsiewa sentymentalną aurę, wspomnień czar, która może wzruszyć starszych, co to drzewiej byli związani ze sceną. Owszem, selekcja zdjęć kończących to dzieło jest wspaniała, pod względem archiwalnym jest rzeczą niebywałą. Ja jednak, jako osoba młodsza, mogę spojrzeć na fenomen Fugazi z dystansu. Podoba mi się i imponuje polityczność tego utworu przy jednoczesnym zachowaniu nutki frywolności, którą ledwo mogę pamiętać z wczesnych lat 90-tych. Czy urodzony w 1991 roku Podolec myśli o „dawaniu świadectwa”? Nie sądzę, to raczej gorzka refleksja nad naszą współczesnością, nad naszą twórczą niemocą, nad niemożnością realizacji swoich marzeń zwanych dziś ambitnymi przedsięwzięciami. Dzisiaj „nic nie uchodzi”. Wczorajsi członkowie ekipy Fugazi dzisiaj stali się medialnymi pionkami, część pozostała w cieniu, część stara się żyć po swojemu. Zachwyca mnie ostatni, bardzo prosty rysunek, nieco już starszego Waldka. Co właściwie znaczy jego postawa, lekko spuszczona głowa, zamknięte oczy, dłoń zakrywająca czoło. Wzruszenie? Rezygnację? Wściekłość? Żal? Zmęczenie?

Marcin Podolec doskonale orientuje się nie tylko w temacie, w historii opowiedzianej przez Czapskiego, założyciela klubu. Perfekcyjnie opanował ikonografię subkulturową i kontrkulturową charakterystyczną dla przełomu lat 80-tych i 90-tych. Zarówno tą związaną z historyjkami obrazkowymi, jak i sceną muzyczną. Zasługuje to na pochwałę tym bardziej, że posługuje się on mimo wszystko konsekwentnym minimalizmem, nie tworząc kolażu i formalnego hołdu. Dzięki temu „Fugazi Music Club” awansuje jako dzieło skończone, zamknięte i dopracowane.


Piotr Buratyński

niedziela, 8 grudnia 2013

Ciężka dola pirata



Wydawnictwo „Egmont” dało polskim fanom komiksu niezwykłą serię „Plansze Europy”. Dzięki niej możemy zapoznać się z dziełami najsłynniejszych komiksowych twórców z różnych krajów, włączając w ten poczet Christophe’a Blaina, autora m.in. popularnej we Francji serii komiksów o piracie Izaaku. Dzieło to jest ciekawą podróżą w świat dobrej rozrywki, okraszonej dodatkowo sporą dawką humoru oraz wnikliwym obrazem pewnej epoki. Tytułowy pirat Izaak w niczym nie odpowiada wizerunkowi komiksowego herosa, a zwłaszcza typowego pirata-łupieżcy. Blain bohaterem trzech miniopowieści uczynił Izaaka, z zawodu malarza, oprócz tego bawidamka, z żyłką awanturnika i odkrywcy. Dodajmy do tego, że miejscem akcji jest osiemnastowieczny Paryż, miejsce tyleż wspaniałe, co mroczne i obskurne. W pierwszej z trzech prezentowanych w tomie opowieści nasz bohater najczęściej przebywa w ubogich oraz, przyznajmy, nieco niebezpiecznych dzielnicach tego miejsca. Izaak jest Żydem z bogatego domu, zakochanym z wzajemnością w chrześcijance Alicji. Niestety jego ojciec nie akceptuje tego związku, przez co Izaak i jego narzeczona nieustannie klepią biedę. Bezskutecznie próbując sprzedać swoje obrazy, Izaak przemierza Paryż. Podczas jednej z wędrówek spotyka tajemniczego miłośnika marynistycznych obrazów o imieniu Henri. Skuszony wizją zarobienia pieniędzy, podjął się narysowania kilku szkiców z pewnej podróży. Nasz bohater zawsze marzył, by zostać marynistą i malować morze, jednak podróż okazuje się naprawdę długa – do Ameryki – a na dodatek odbędzie ją na statku pewnego pirata. Jednak Jean Rabuś nie jest zwykłym łupieżcą, a jego statek piracką łajbą – jest odkrywcą nowych lądów, a Izaak przypadkowo ma te odkrycia udokumentować. Tymczasem jego opuszczona narzeczona musi zmagać się z trudnościami codziennego życia samotnie, co nie sprzyja związkowi obojga…

Izaak początkowo nie narzeka na pirackie życie – uwodzi kobiety i maluje, szkicuje oraz rysuje – do czasu. Tematy do rysowania wkrótce się kończą, a lądu jak nie było, tak nie ma. Statek zmierza na południe, wokół pojawia się dryfujący lód, a załogę coraz częściej opuszczają morale. Kapitan nie chce myśleć o powrocie do domu, nawet pomimo groźby uwięzienia w lodzie. W szeregach załogi wybucha bunt, który Izaak przeczeka zamknięty pod pokładem… Po wielu dniach dryfowania statek i jego osłabieni pasażerowie natykają się na inną jednostkę i zostają zabrani na jej pokład. Umiejętności malarskie Izaaka ratują mu życie i zyskują sympatię kapitana. Dzięki temu dociera do stałego lądu. Zamiast jednak wsiąść na najbliższy statek płynący do Europy Izaak, wraz z pirackim kompanem Jacques’em, udają się w zupełnie inne miejsce. Wizyta w ogrodach gubernatora wyspy, gdzie nasz bohater chce „przypomnieć” się pewnej damie – nie udaje się tak, jak zaplanowali to obaj panowie. Izaak nawiązuje też romans z tajemniczą Olgą, aż w końcu – bez pieniędzy i jedynie z albumem rysunków – trafia na morski brzeg. Tu podejmuje decyzję o powrocie do Francji. Czy mu się to uda, pozostaje oczekiwać na kolejne tomy o przygodach Izaaka. Niestety, może okazać się, że nikt na malarza nie czeka, Alicja związała się bowiem z zamożnym i przystojnym Philipem, całkowitym przeciwieństwem Izaaka…

„Pirat Izaak” nie pretenduje do miana komiksu z zacięciem filozoficznym bądź awangardowym podejściem do scenariusza czy rysunku. Jest w najlepszym tego słowa znaczeniu klasyczny. Droga do piractwa Izaaka oraz dzieje jego narzeczonej Alicji są ze sobą zestawione i poprowadzone równolegle. Możemy dzięki temu przyglądać się życiu na statku oraz egzystencji we Francji. Dzieło Blaina przypomina dobrze napisaną powieść przygodową, będącą skrzyżowaniem „Robinsona Crusoe” z „Wyspą Skarbów” i „Hrabią Monte Christo”. Przygoda goni przygodę, zmieniają się krajobrazy, a w każdej z historii przewijają się charakterystyczne postacie rodem z pirackich opowieści. Dzięki głównemu bohaterowi, któremu daleko do ideału, oraz galerii postaci drugoplanowych czytelnik nie nudzi się ani trochę. Izaakowi towarzyszy plejada osobników pełnych sprzeczności – Jean Rabuś, pirat będący zarazem odkrywcą i podróżnikiem, miłośnikiem malarstwa, ale i okrutnikiem, który nie zawaha się przed zabiciem bezbronnych rozbitków. Lekarz, który z szanowanego medyka stał się pirackim doktorem, Klotylda, która najpierw uwodzi, a potem porzuca Izaaka. Świat Izaaka jest brutalny i pozbawiony złudzeń, mężczyźni to hazardziści i okrutnicy, kobiety – nawet Alicja – potrafią być przewrotne. Jednak – co warto podkreślić – „Pirat Izaak” nie jest tylko opowieścią przygodową. Uważny czytelnik dostrzeże wiele nawiązań do sytuacji politycznej i społecznej osiemnastowiecznej Europy. Blain osadził bowiem akcję w ciekawych czasach, gdy we Francji zapanowało oświecenie, epoka rozumu i nauki dopiero się zaczynała. Świat poszerzał swoje granice, Francja zaś była centrum Europy. W paryskich dzielnicach nędzy mieszkali biedacy – i artyści – natomiast przepaść między klasami społecznymi była ogromna. Kwitł kolonializm – zamorskie dominia[Ł1] przynosiły państwom europejskim wielkie profity, które wielokrotnie zagarniali grasujący po morzach piraci. Blain ukazuje tło historyczne, ale i obyczajowe ówczesnego świata. Obyczaje są swobodne nie tylko w kręgach arystokracji. Flirt i uwodzenie oraz płomienne romanse, o czym przekonuje się Izaak, są domeną bogatych kobiet i mężczyzn, również tych chcących uchodzić za bogatych. Pełna sakiewka otwiera wszystkie drzwi, nawet byłemu piratowi Izaakowi, a małżeństwo nie musi oznaczać wierności. Cienka granica dzieli pałace arystokracji od domu schadzek. Pozornie lekkiemu tonowi tej opowieści przeczą pytania, które stawia Blain w swoich opowieściach. Czy możliwa jest prawdziwa miłość? Gdzie są granice świata, do czego można się posunąć, by zdobyć sławę, i czy bogactwo jest warte poświęcenia wszystkiego, nawet ukochanej osoby? „Pirat Izaak” mimo wszystko skrzy się humorem. Autor mruga dyskretnie do czytelnika, czyniąc aluzje do powieści spod znaku płaszcza i szpady, najlepszych tradycji Dumasa. Główny bohater, początkowo naiwny, ciągle pakuje się w kłopoty, piracka eskapada nie powstrzymuje Izaaka od uwodzenia Olgi… Trudno nie polubić bohatera, podobnie jak pirackiej załogi, która zachwyca się malarstwem Izaaka. Sztuka łagodzi bowiem obyczaje. A także ocala życie twórcy i to nie jeden raz.

Od strony wizualnej komiks prezentuje dość oszczędny styl rysunku. Wyrazisty, mocny kontur postaci, mocne kontrastowe kolory, kolorystyka utrzymana w barwach ochry, granatu, czerwieni, zieleni i szarościach. Bohaterowie są rysowani za pomocą wyrazistych linii, wypełnionych kolorem bez światłocienia czy gradacji koloru. Postaci nieco kanciaste w kształtach, czasami przerysowane, wręcz karykaturalne. Dzięki temu całość nabiera nieco surowego wyrazu, pełnego jednak ukrytej ekspresji. Linie w komiksie Blaina oddają właśnie charakter jego postaci – ekspresyjnych, wybuchowych, pełnych emocji, czasem – humorystycznych. Zapewne Blain doszedł do wniosku, że zbytnie skupienie się na kadrach odciągnie czytelnika komiksu od przygód bohatera. Styl „Pirata Izaaka” odpowiada charakterowi opowieści, jest prosty i dosadny, co sprawia, że komiks czyta się jak świetną opowieść przygodową, nieco odwrócony moralitet o dobru i złu, miłości i cnocie. Niepozbawiony szczypty pikanterii, dużej dozy humoru i wielkiej ilości naprawdę niesamowitych przygód, które, miejmy nadzieję, znajdą kontynuację w kolejnych tomach.



Joanna Wiśniewska

czwartek, 4 lipca 2013

Co jest poza nawiasem?




„Parenteza” Élodie Durand ma w sobie niezwykłą siłę – mimo oszczędnej formy i niezbyt emocjonalnej narracji (a może właśnie dzięki nim) porusza do głębi, gnieździ się gdzieś pod świadomością i długo nie daje o sobie zapomnieć. To wyważona i spokojna historia odkrywania straconych lat życia, zapomnianych i ujętych przez autorkę w nawias, odtwarzania ich na podstawie relacji bliskich i szkiców z prywatnego notatnika postępującej choroby – epilepsji (a w zasadzie guza mózgu, który tę epilepsję wywołał).

Zaczyna się niewinnie i dyskretnie – od małych niekontrolowanych ataków agresji, zaników pamięci krótkotrwałej i chwilowych nieobecności. Z czasem choroba wpływa jednak na całe życie Judith (w „Parentezie” autorka używa swojego drugiego imienia), odbierając jej nie tylko zdolność koncentracji, ale i siejąc niemałe spustoszenie w pamięci oraz zdobytej wiedzy, co w konsekwencji pogłębia przerażenie młodej dziewczyny, dopiero wchodzącej w dorosłe życie, i nieumiejętność odnalezienia się jej w świecie. W pewnej chwili bohaterka zaczyna żyć już tylko na granicy, w nawiasie, umownie. Co głównie pamięta z tego okresu? „Dużo spałam. Chorowałam. Nadal dużo śpię”. Na początek tylko tyle, biała karta do zapisania – z takim właśnie bagażem Judith zaczyna swoją podróż, z czasem dokładając do niego coraz więcej odtworzonych fragmentów życia. Powoli rekonstruuje okres swojego zawieszenia (zamarcia), by w końcu wyjść poza nawias i zacząć wszystko od nowa. I udaje jej się to znakomicie, tyle tylko, że ten przeładowany bagaż wspomnień będzie musiała ciągnąć za sobą już do końca. Taki paradoks – walczyć o wspomnienia, których lepiej nie pamiętać…

To swoiste rozliczenie ze sobą i swoją chorobą autorka postanowiła przeprowadzić zgodnie z własnym wykształceniem i zawodem (a pewnie i sumieniem), korzystając z bardzo synkretycznej formy komiksu – korzystając i wykorzystując jego atrybuty wyśmienicie. Warstwa graficzna opowieści charakteryzuje się minimalizmem, otwartymi przestrzeniami pełnymi bieli czy przedstawianiem postaci i miejsc bez zbędnego tła i szczegółowego cieniowania. To głównie kontur i szkicowe wręcz wypełnienie go za pomocą ołówka czy kredki. Stylistycznie blisko „Parentezie” do rysunków Sempego, z tą jednak różnicą, że historia Durand jest miejscami dużo ciemniejsza, więcej w niej zdecydowanie szarości i czerni. Ta swoista/smolista czerń jest obecna również w wymowie całości, którą potęgują znajdujące się między właściwymi kadrami rysunki z prowadzonego podczas choroby notesu – bardzo proste formalnie, ekspresyjne, wręcz dziecinne „bazgroły” (tu widoczna różnica między główną, dość stonowaną narracją a emocjonalnymi, nerwowo rysowanymi dygresjami graficznymi), które z jednej strony niepokoją czytelnika, z drugiej zaś bardziej oswajają z przeżyciami Judith, jej kondycją i tożsamością wtedy i dziś. To duża zaleta „Parentezy”, w której obraz idealnie współgra z językiem, uzupełnia, czy raczej współtworzy te momenty opowieści, które bardzo trudno było przekazać słowem. Jest też niewyrażoną werbalnie świadomością samej autorki i pełnym wyrazem jej ukształtowanej przez to wydarzenie osobowości. To też współgłos ze szczególną, wyważoną tonacją, w jakiej bohaterka relacjonuje swoje dochodzenie do prawdy (tylko czasem pozwala sobie na lekki uśmiech, subtelną ironię, co tylko potęguje powagę sytuacji i bezmiar zagubienia). W ogóle większość scen odbywa się tu bez „autorskiego”, spersonalizowanego komentarza, szczególnie tych medycznych, szpitalnych czy gabinetowych, tak jakby autorka z góry nie chciała występować z pozycji ofiary.

Wybór języka, tonu wypowiedzi, narracji (tutaj także korzystanie z mowy zależnej czy retrospekcji) związane są z dokładnym odzwierciedleniem rzeczywistości i przyjętej przez autorkę formy. Élodie tak właśnie konstruowała swoje wspomnienia – fragmentarycznie, wycinkowo, nielinearnie, bez zachowania jakiejkolwiek chronologii. Tyle, ile sama była w stanie się dowiedzieć ze swoich notatek, rozmów z rodzicami czy listów, tyle też i my dostajemy, i to w takiej samej kolejności. Dzięki temu jesteśmy bliżej całej historii. Niesamowicie blisko. I chyba właśnie dlatego ta historia ma taką siłę.

„Parenteza” to już druga obok „Rycerzy Świętego Wita” Davida B. próba komiksowego ujęcia epilepsji przez francuskich rysowników – choroby, która nadal wśród społeczności jest tematem tabu, czymś nie do końca odkrytym, wyjaśnionym, przez niektórych nawet utożsamianym z chorobą umysłową. Tak jak niejednoznaczna jest ta choroby i tak jak wiele jest jej odmian, tak również te dwie graficzne wypowiedzi są zupełnie odmiennymi i osobnymi dziełami – z jednej strony mamy subtelnie zapisany i oszczędnie narysowany intymny pamiętnik dziewczyny, która poprzez „poszukiwanie straconego czasu”, sklejanie pękniętej rzeczywistości, próbuje odzyskać przeszłe, teraźniejsze i przyszłe życie, z drugiej zaś rozbudowaną epopeję rodzinną (choć równie osobistą), pełną alegorii, symboli, historii i ludzkich idei, narysowaną różnymi technikami i konwencjami. To już raczej dziennik rozpadu całej rodziny, kronika wzajemnego oddalenia i wynikającej z niego frustracji – bardzo bolesnej, dlatego też chyba łagodzonej przez autora nagromadzeniem tych wszystkich metafor, ornamentów, wypełniaczy kadrów i nadprogramowych opowieści. Pozycje te łączy chyba jedynie zabieg ucieleśnienia choroby, konkretnego i zarazem umownego jej przedstawienia – u Durand będzie to wielka głowa, pożerająca ją samą, u Davida B. z kolei wąż, smok oplatający coraz ciaśniej jego brata. Najciekawsza jednak w tym zestawieniu jest różnica przyjętej przez autorów konwencji (różnica wynikająca chyba najbardziej z odmienności płci – innej wrażliwości i innego sposobu prowadzenia narracji przypisanego mężczyźnie i kobiecie). Choć na pewno i odmienność samej choroby oraz doświadczenie w pracy z nowelą graficzną miały tu niemałe znaczenie – „Parenteza” jest debiutem. Oba albumy cenię bardzo wysoko, oba też odbieram całkiem odmiennie – David B. zabrał mnie w długą i niebezpieczną podróż do swojego świata, pełnego fantasmagorii i ukrytych znaczeń, Élodie Durand z kolei pokazała mi wycinek samej siebie, wycinek swojego życia, tę jego część wyjętą z całości, która będzie znacząca dla niej do samego końca. Tylko tyle, i aż tyle.

Szymon Gumienik



„Parenteza”

Élodie Durand

Wydawnictwo POST

2012

wtorek, 2 kwietnia 2013

Rycerze i męczennicy




Na pewno wielkim truizmem będzie, jeśli napiszę, że każdy z nas stoczył w swoim życiu jakąś walkę. I nieważne czy była to bezsensowna i mało istotna potyczka, stoczony o dobrą sprawę bój, czy też długoletnia wyniszczająca wojna – banał pozostanie banałem. Inna sprawa, że walka jest wpisana w ludzką naturę od zarania dziejów, a człowiek bez walki – tak samo jak bez miłości – po prostu wiotczeje i gnuśnieje, a w ostateczności umiera (z reguły na wielu poziomach). To kolejny wytarty frazes, ale już chyba nie dla wszystkich, a już na pewno nie dla Davida B., który kod walki wpisał w Rycerzy świętego Wita i uczynił z niego sens swojego życia i swojej pracy.

Jego autobiograficzny komiks można nawet nazwać wojenną epopeją, opowiadającą zarówno o bitwach historycznych, dziesiątkujących całe społeczności jak i tych prywatnych, wyniszczających rodziny i piętnujących jednostki. Głównym wrogiem Davida stała się epilepsja, która w wieku 11 lat dotknęła jego starszego brata. I to z nią właśnie na kartach Rycerzy świętego Wita zmaga się cała rodzina Beauchardów (tajemniczy inicjał autora). Epilepsja to dla nich zło, które wtargnęło nieproszone w ich życie i które trzeba wszystkimi dostępnymi środkami zwalczyć, pokonać i zdobyć niczym szczyt – sugeruje nam to tytuł oryginału, który w dosłownym tłumaczeniu znaczy tyle co „wspinaczka na górę zła”, a w wolnym – „wspinaczka na epilepsję” (haut-mal w języku francuskim to padaczka, epilepsja). Szczytu, który na powracających kadrach pojawia się jako metafora, nie udaje się, niestety, zdobyć, szczęśliwego zakończenia także nie ma – w tym kontekście opowieść Davida zamienia się w pełen żalu i gniewu pamiętnik skazanej na porażkę walki – ale liczy się tu przede wszystkich droga, którą i autor, i czytelnik musi przejść, aby dostąpić na jej końcu swego rodzaju oczyszczenia. Czy warto w ogóle tak publicznie wybebeszać swoją bezsilność, otwierając na oścież drzwi szafy pełnej rodzinnych „trupów”? W taki sposób – zawsze! Nie jest to bowiem melodramat czy łzawy zapis choroby i bezsilności wobec niej najbliższych, ale prawdziwy i szczery do bólu głos z frontu, dziennik bezustannego stawiania oporu i relacja walki z własnymi demonami, które w konsekwencji okazują się nie takie straszne, jak inni je malują. W ostateczności każdy poznaje je na swój sposób i w stosownym czasie (tak samo jak sens każdej opowieści).

Historia Davida B. pełna jest wszelkiej maści demonów oraz wielu odcieni jego wściekłości, które usypiają tylko wtedy, gdy rysuje i snuje swoje opowieści. To jego antidotum na epilepsję brata i własną bezsilność. Nic więc dziwnego, że ta historia w ogóle powstała i że ma właśnie taką a nie inną wymowę – mroczną, pełną ciemnej tonacji, nie pozostawiającą złudzeń. Mówi to też nauczyciel Davida, Georges Pichard, który w rysunkach chłopaka widzi głównie niepokój i strach. Można powiedzieć, że życie Davida w zatrważający sposób ukształtowało jego twórczość – innej perspektywy dostać zatem nie mogliśmy, zresztą nikt chyba tego nie oczekiwał po Uzbrojonym ogrodzie, jego wcześniejszym komiksie wydanym przez „Kulturę Gniewu”. 

David wraz z rozwojem wydarzeń zakłada na siebie coraz szczelniejsze zbroje, by uciec jak najdalej od choroby brata i ran zadawanych mu przez życie. Z jednej strony otrzymuje twardy pancerz i kontrolę, z drugiej oddala się od najbliższych – walczących i opancerzonych na swój sposób. Nawet młodsza siostra Florence, która, wydawałoby się, znajduje się w podobnej do Davida sytuacji, zamiast wymieniać się wsparciem, ucieka w świat poezji i samotnych spacerów. Można powiedzieć, że tylko tak oboje są w stanie poradzić sobie z codziennością – wybierają rzeczywistość wykreowaną przez samych siebie, którą zamieszkują osobliwej proweniencji postacie: u Florence będą to duchy zmarłych motocyklistów, u Davida z kolei Czyngis-han, samuraje, duch dziadka z głową ptaka czy w końcu święta trójca diabłów – wiernych towarzyszy niedoli, z którymi zawsze można beztrosko porozmawiać. W pewnym momencie i oni znikają, aby David mógł samotnie pokonać swoje słabości (to ostatnia część komiksu, najbardziej niespokojna, nerwowa i chyba przez to najmocniejsza).

Fantazmaty, urojenia, sny oraz metafory w pewnym sensie zawłaszczają cały realistyczny plan komiksu, który sam staje się fantasmagorią, tym drugim ze światów. Co prawda poszczególne plansze Rycerzy odnoszą się do konkretnych wydarzeń z kart historii, uznanych i obowiązujących w latach ‘60 i ‘70 XX wieku pojęć czy znanych nam postaci, jednak wszystkie one powoli toną w gąszczu niejasności i bezczelnego wręcz nieprzystosowania do losów i piętna rodziny Beauchardów. Czytelnik wręcz gubi się, podobnie jak młody David, w pełnym nadpisanych faktów i idei labiryncie, w kontekście, w którym przyszło im się pojwić– jeżeli okazały się bezużyteczne, od razu stają się nieistotne, wyrzucone na pola poległych. Rodzice, próbując pokonać chorobę dziecka, czepiają się każdej możliwości i uruchamiają zastępy różnej maści szarlatanów – od mistrzów makrobiotyki i zdrowotnych masaży, przez spirytystów, adeptów szkoły steinerowskiej, magnetyzerów, kapłanów voo doo, aż do katolickich egzorcyzmów, Lourdes i sekty różokrzyżowców. Cały ten cykl zmienia się w swoisty korowód śmierci – obumierania nadziei, wolności i życia w ogóle.

Nieustannie podejmowaną przez rodzinę walkę, korzystanie z różnorodnych strategii oraz broni, wybieranie coraz to innych rycerzy gotowych odciąć głowę smoka czy ogólnie szarpaną narrację w pełni odzwierciedla rysunek, który w zależności od sytuacji zmienia się formalnie. Co prawda jest to zabieg niewidoczny dla „niekomiksowego” oka, które może nie zarejestrować stylistycznych cięć autora i zmian początkowej charakterystycznej „cartoonowej”, trochę groteskowej kreski, jednak podświadomie wzmacnia on odbiór całej historii. Raz autor wzmacnia światło, zarysowując tylko niektóre elementy, to znowu operuje wyłącznie czernią, grą cieni, aby wzmocnić wymowę danej sceny i zmusić nas do wytężenia wyobraźni. Raz preferuje proste kadry, zbudowane na zasadzie kontrastu, to znowu pojawiają się abstrakcyjne obrazy, jeszcze innym razem odznaczające się misternym kunsztem plansze z wielością szczegółów i odcieni szarości. Gdzieniegdzie pojawia się też kreska typowa dla rysunku węglem czy ołówkiem, jak również typowa i z wielką pieczołowitością odwzorowana technika drzeworytu czy konwencja emblematu. Nie jest to może zabawa formą na miarę Pinokia Winshlussa, ale wielość stylistyk zaproponowana przez Davida B. jest tak samo fascynująca i frapująca. Co najważniejsze i co warto podkreślić raz jeszcze, jest dokładnym odzwierciedleniem treści, prowadzonej narracji, przez co czytelnik ma świadomość obcowania z dziełem kompletnym.

Rycerze świętego Wita to wojownicy i męczennicy w jednym, bo dobrze wiedzą, że walczą w przegranej sprawie. Wiemy to też my, ale i tak wchodzimy w ich szeregi z podniesioną klingą. Tylko niekiedy ją opuszczamy, czując chęć powrotu do czasu przed całą tą wojną i wędrówką na szczyt, by za chwilę znowu ją podnieść, nie znajdując jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: „czy w ogóle kiedykolwiek było jakieś przedtem”? Dlatego właśnie ten komiks pozostawia w nas trudne do zdefiniowania, ale zarazem nieodparte wrażenie żalu i świadomość nieodwracalnego. Dlatego jest tak dobry.
I jeszcze jedno: David B. swoją pracą utwierdził mnie w przekonaniu, że autobiografizm najlepiej sprawdza się w komiksie – o ile książki czy filmy eksplorujące ciekawe życiorysy są dla mnie z reguły nieznośnie nudne, o tyle najlepsze komiksy należą właśnie do tego nurtu.

Szymon Gumienik

Rycerze świętego Wita
David B.
Kultura Gniewu
2012