Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magdalena Kus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magdalena Kus. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 23 lipca 2013
Coraz bardziej komplikuję technikę
Z Bartkiem Szczęsnym rozmawia Magda Kus
Magda Kus: Ty się czujesz związany z Toruniem?
Bartek Szczęsny: Na pewno mam sentyment, ale przede wszystkim rodzinę. Dzisiaj poza nimi niewiele rzeczy mnie tu jednak trzyma – moje życie toczy się gdzie indziej, więc to powiązanie raczej dotyczy przeszłości.
MK: OK, zatem porozmawiamy o tamtych latach. Mieszkałeś w Toruniu, Warszawie i w Poznaniu. Gdzie się urodziłeś i wychowałeś?
BS: Urodziłem się w Toruniu, w 1983 roku, ale gdzie dokładnie – nie wiem.
MK: Pewnie w szpitalu na Bielanach, tam jest jedyny oddział położniczy. Twoja mama zmarła, kiedy byłeś zupełnie mały, zatem wychowałeś się dosyć niestandardowo.
BS: Głównym wychowawcą był ojciec, ale na pewno nie zapominam o dziadkach ze stron rodziców oraz wujostwie. Po śmierci matki mieszkałem z bratem około roku w Żychlinie u rodziców taty, ale potem wróciliśmy na Warszawską.
MK: Warszawska to dzisiaj dobry „artystycznie” adres. Na Poniatowskiego funkcjonuje Kulturhauz. Znasz?
BS: Nie, nie znam. Ojciec przeprowadził się na Rubinkowo, w centrum Torunia bywam ostatnio bardzo rzadko. Co to za miejsce?
MK: Młode. Jeden z prężniej działających ośrodków kulturalnych w Toruniu. Jest czymś pomiędzy galerią, domem kultury i świetlicą środowiskową. Ma charakter offowy, ale swoją działalność prowadzi profesjonalnie. Mnóstwo spotkań, wykładów, koncertów, itp. Pracują tam dawni i obecni pracownicy CSW, choć oczywiscie nie tylko. Oni przepadają za tym miejscem, nazywają je Małym Berlinem. A jak Ty je pamiętasz?
BS: To było w okolicach kinoteatru „Grunwald”. W tym kinie pracowała babcia i jako dzieciak wpadałem tam od czasu do czasu na film. Zresztą – zawsze chodziłem tą ulicą do centrum.
MK: Czyli od najmłodszych lat miałeś kontakt ze sztuką?
BS: No, powiedzmy. Jak byłem mały, to największe wrażenie robił na mnie Batman (śmiech).
MK: Żałowałeś, że tata wyprowadził się z Warszawskiej?
BS: Wiesz, okolica była bardziej urocza, do centrum bliżej, ale rozumiem, że można być zmęczonym życiem w kamienicy i że w pewnych okolicznościach przeprowadzka do bloku może być dużo wygodniejsza. Zresztą – to był moment, kiedy ja właśnie wyprowadzałem się do Warszawy, tak więc nie dotknęło mnie to wielce.
MK: Jak wspominasz swoje dzieciństwo i dorastanie w Toruniu?
BS: Byłem w wielu szkołach – w sumie 3 podstawówkach, 2 liceach, a studia też nie poszły od początku do końca na jednym kierunku. Mieszkając na Warszawskiej, chodziłem do podstawówek na Rubinkowie. Tam mieszkali też ciocia z wujkiem, u których często bywaliśmy, tak więc tam też miałem znajomych z podwórka. Dzięki temu poznałem wiele osób. Myślę, że to ciekawe doświadczenie. Z niektórymi osobami do dziś utrzymuję kontakt. Po Warszawskiej jakoś długo nie biegałem – pamiętam Rubinkowo oraz Wrzosy, na których mieszkali rodzice mamy. Z jednym kolegą z Wrzosów utrzymuję kontakt do dziś, z Markiem Chojnackim. Niesamowite, że poznaliśmy się w okolicach „głębokiej podstawówki”. Jeździłem wtedy na rolkach.
MK: Skończyłeś toruńską „czwórkę” w czasie, gdy należała do 3 najlepszych szkół średnich w kraju. Jak się tam czułeś?
BS: Dobrze. Przez pół roku pierwsej klasy chodziłem jeszcze do IX LO, dopiero potem udało się przenieść do „czwórki”. W klasie miałem już kolegę, Radka Kaczmarczyka, którego znałem i który od razu wprowadził mnie do społeczności klasowej. Wiesz, ja nigdy nie byłem bardzo pilnym uczniem. Starałem się oczywiście, ale były przedmioty, z którymi sobie naprawdę słabo radziłem. Pamiętam, jaką męczarnią było dla mnie pisanie wypracowań – co ciekawe dziś myślę, że szłoby mi już dużo lepiej. Choć, gdy słyszę o ocenianiu na podstawie zgodności z kluczem odpowiedzi, to nie jestem do końca pewien. Atmosfera w klasie była raczej „normalna”, tj. trochę trzeba było się uczyć, ale nie czuło się specjalnej presji.
MK: Co z muzyką?
BS: Tak naprawdę pianinem zainteresowałem się bardzo szybko – miałem pewnie ze 3 lata. Oczywiście to zainteresowanie ograniczało się do biegania paluchami po klawiaturze przez chwilę i ucieczce w dalszą zabawę. Gdy miałem 7 lat, zacząłem przesłuchiwać płyty i kasety ojca. Tak na serio to muzyka stała się dla mnie naprawdę ważna dopiero, gdy wyjechałem do Warszawy. Wtedy właściwie stała się najważniejsza. Wcześniej była obecna, próbowałem grać na gitarze basowej, słuchałem bardzo dużo muzyki, bawiłem się z keyboardem i komputerem, ale nigdy nie było to tak poważne jak później.
MK: A jakaś szkoła muzyczna albo nauczyciel? Lekcje, takie rzeczy. Czy to w ogóle Ciebie interesowało?
BS: Tata nauczył mnie kiedyś nut. Zagrałem 3 utwory i stwierdziłem, że wolę wymyślać swoje, niż grać cudze. Miałem może wtedy z 10 lat i na tym skończyła się moja edukacja muzyczna. Oczywiście ta usystematyzowana, a nie własna.
MK: I on to przyjął, tzn. Twój indywidualizm?
BS: Na takim etapie indywidualizm może być równie dobrze interpretowany jako lenistwo lub brak zacięcia. Na szczęście tata nie miał do mnie pretensji, że nie gram z nut.
MK: Fajny tata. Wychował was sam. Samotny mężczyzna radzący sobie zawodowo i w ojcostwie, to w tamtych czasach, zresztą chyba do dziś, szczególny przypadek. On jest lekarzem, prawda?
BS: Pozdrawiam Sławka. Jest stomatologiem. Brak mamy był rzadko poruszaną kwestią, nie czuliśmy się jakoś specjalnie wyjątkowo.
MK: To wracamy do miasta. Kluby? Miałeś swoje miejsce, DJ-a, muzykę, tańce i hulanki?
Może NRD?
BS: Nie. NRD pojawiło się w moim życiu, gdy wyprowadziłem się z tego miasta. Bywałem tam sporadycznie, kiedy odwiedzałem rodzinę, ale faktycznie mogę powiedzieć, że jest to miejsce, którego rozwój znam i obserwuję. Jak mieszkałem w Toruniu, nie szukałem wrażeń w klubach. Jako dzieciak bawiłem się w policjantów i złodziei, w sklep, w chowanego, w berka, a później uwielbiałem grać w gry komputerowe. O grach mogę opowiadać. Mieliśmy Atari, ale bardzo szybko pojawił się w domu PC, wtedy z procesorem 386. To przydatne urządzenie, do tworzenia muzyki też je wykorzystywałem, ale do 2001 służył prawie wyłącznie jako prosty rejestrator. Po 2001 roku zacząłęm go intensywnie wykorzystywać do tworzenia muzyki.
MK: Opowiedz coś o bracie.
BS: Z nim tak naprawdę – nie licząc przymusowego okresu dziecięcego – zbliżyliśmy się bardzo w okresie liceum. Mieliśmy wspólną pasję – kolarstwo górskie i razem jeździliśmy na wyprawy, trenowaliśmy. Zresztą – Przemka Sowę, przyjaciela od końca podstawówki, też troszkę udało się zachęcić. Przemka poznałem na gruncie abstrakcji gier komputerowych. Później po prostu godzinami dyskutowaliśmy. Od filozoficznych kwestii do konstrukcji świata. Od gier komputerowych do dziewczyn. Wszystko to, o czym rozmawiają normalni i nienormalni nastolatkowie.
MK: Coś jeszcze ważnego to?
BS: Sport jest bardzo ważny. Potrafi polepszyć człowiekowi życie. Był zawsze – rolki, rowery, pływanie, nurkowanie, windsurfing.
MK: Jakiś przełom?
BS: Przełomem był przeprowadzenie się do Warszawy na studia. Mam wrażenie, że dopiero wtedy dorosłem, dojrzałem. I wtedy wykształciłem swoją osobowość.
MK: Co to znaczy?
BS: ...
MK: To może jeszcze powiedz coś o studiach?
BS: Z perspektywy czasu rozumiem, jak zupełnie nieważne były studia geologiczne. Ważne było to, jakie osoby poznałem. Dwa lata w Warszawie naprawdę otworzyły jakiś nowy rozdział mnie. Zacząłem intensywnie chodzić na koncerty i interesować się kulturą, chłonęłem zupełnie inne rzeczy, pozmieniały mi się priorytety. To był czas, w którym w pewnym sensie dopełniłem siebie, tj. poznałem i eksplorowałem coś, co ogólnie można nazwać „wrażliwością”. Później był Poznań – nie dostałem się na reżyserię dźwięku, więc poszedłem na protetykę słuchu.
MK: Od tamtej pory wiele się wydarzyło w Twoim życiu. Zajmujesz się miksowaniem muzyki i masteringiem, zostałeś producentem muzycznym. Współpracujesz z formacją Kamp, jeździłeś z nimi na koncerty jako basista. Dzisiaj, wraz z Iwoną Swarek, tworzysz duet Rebeka. Często koncertujecie i jesteście na najważniejszych festiwalach muzycznych w Polsce. Opowiedz o Rebece.
BS: Zmierzamy do określenia bytu Rebeki. Jesteśmy dwójką ludzi, którzy na pewnym etapie swojego życia postanowili wyłącznie grać i tworzyć muzykę.
MK: Twoje inspiracje muzyczne?
BS: Lubię Thoma Yorke’a, ale zdecydowanie bardziej Radiohead i to jest wspólny mianownik moich i Iwony upodobań. Jeśli chodzi o inspiracje, to ciągnie mnie do nowych zajawek z gatunków elektronicznych, ale i wszelkiego rodzaju cross-overów, czyli mieszanek gatunków.
MK: Do jakiego gatunku zaklasyfikować "Helladę", waszą debiutancką płytę, która ukazała się 17 maja?
BS: Jak chyba każdy artysta, staraliśmy się uciec od gatunków. Chcieliśmy zrobić dobrą muzykę, czerpiąc z rzeczy, które nam się podobają. Może utwór „Stars” zahacza o nu-disco.
MK: Wasza pozycja na polskim rynku muzycznym jest określona i ugruntowana. Z czym się zmagaliście, żeby do niej dojść? Pytam o wykształcenie, pasje, oczekiwania wasze i rodzin, polskie realia.
BS: Zawsze miałem wsparcie od ojca. Wydaje mi się, że on potrzebował trochę czasu, zanim zrozumiał, że to, co robię, może mieć długofalowy sens, że to nie jest chwilowa fanaberia, tylko sposób na życie, z którym ja wiążę swoją przyszłość, także utrzymanie się. Bo, widzisz, bycie muzykiem w Polsce jest raczej trudne – brak gwarancji dochodów, wymagana bardzo szeroka wiedza z przeróżnych dziedzin. Niestety nie wystarczy robić dobrej muzyki – trzeba być też dobrym PR-owcem, managerem, logistykiem. Dla większości osób działanie rynku muzycznego jest zupełnie niezrozumiałe – trzeba trochę czasu, aby nauczyć się w nim poruszać.
MK: Ale dzisiaj w całości utrzymujecie się z tego, co robicie?
BS: Tak, jasne.
MK: Jak wygląda Wasz dzień, tydzień, miesiąc pracy?
BS: Dzień pracy zaczynamy o 11. Ostatnio ustaliliśmy ramy czasowe i wspólnie pracujemy do 16. W tym czasie podejmujemy wspólnie decyzje, pracujemy nad tym, nad czym w danym momencie uważamy, że trzeba pracować. Niedawno uświadomiłem sobie, jak trudne jest dla mnie przeskakiwanie między działaniem kreatywnym, technicznym i ćwiczeniem techniki gry.
MK: Skoro jesteście tak dobrze zorganizowani od niedawna, to znaczy, że dalej będzie tylko lepiej z Waszą pracą i sukcesami!
BS: Oby!
MK: Koncepcją koncertów zajmujecie się Wy, czy ktoś jeszcze?
BS: Sami, ale oczywiście słuchamy naszych przyjaciół i ich podpowiedzi. Na sukces składa się również promocja, ale wierzę, że muzyka jest takim medium, które ma niesamowitą moc reklamowania samej siebie samą sobą.
MK: Wygląda na to, że macie dużą wiedzę i jesteście bardzo szczegółowi, prawda?
BS: Jesteśmy perfekcjonistami, przekleństwo. Dwa lata pracy nad dwunastoma utworami to nie jest rekord świata, ale teraz cieszę się, że nie wydaliśmy tej płyty rok temu, bo byłaby dużo gorsza.
MK: Na zakończenie powiedz, czy artystycznie czujesz się związany już tylko i wyłącznie z Poznaniem?
BS: Ja w ogóle nie potrafię ocenić, które miasto miało na mnie wpływ jako na artystę. Chyba wszystkie, w których mieszkałem – Toruń, Warszawa, Poznań.
niedziela, 23 czerwca 2013
Wiosenny ferment
Wiosną zaktywizowało się jedno z kulturotwórczych miejsc w Toruniu - w istniejącej od 22 lat Galerii nad Wisłą pojawiło się zupełnie nowe życie. Z inicjatywy artysty Arka Tadycha, który realizuje w tym miejscu od 2011 r. projekt Pasożyt, i kuratora sztuki współczesnej Piotra Lisowskiego powstała artystyczno-społeczna grupa samokształceniowa. Jej członkami jest 30 osób a wśród nich artyści, animatorzy, absolwenci i doktoranci Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.
Galeria, w uwspółcześnionej wersji działa pod hasłem „Sztuka-Działka-Integracja”. W ciągu pierwszego miesiąca od reaktywacji była miejscem akcji artystycznych w czasie pierwszej majówki, spontanicznego pleneru studentów toruńskiej i wrocławskiej uczelni sztuk pięknych i Święta Bydgoskiego Przedmieścia. W czerwcu ruszy projekt „Powódź-śmieci-szabrownicy”, który będzie działaniem grupy samokształceniowej w obszarze radości i problemów mieszkańców okolicznych działek.
Nowe życie zostało wprowadzone do Galerii nad Wisłą przy aprobacie założyciela galerii, Mariana Stępaka. Kuratorzy chcą uczynić z niej miejsce, które byłoby autonomiczną przestrzenią łączącą w sobie elementy galerii, świetlicy i pracowni, pozwalającą na samorealizację, samokształcenie oraz działanie na polu artystycznym, edukacyjnym i społecznym. W zamyśle jest to jednak przede wszystkim galeria z regularnym programem wystawienniczym a nie dom kultury i otwarte na osoby niezwiązane z hierarchicznie i prestiżowo rozumianą sztuką.
Zdaniem Lisowskiego integracja, dialog i współdziałanie stwarzają możliwość pogłębiania samoświadomości i pobudzają do działania jednostkowego. Projekt jest nastawiony na stworzenie konkurencyjnej i autonomicznej przestrzeni aktywizująco-wystawienniczej, która promować będzie lokalne środowisko na gruncie ogólnopolskim. Szczególnie w ramach czerwcowego projektu, GnW jako ośrodek samokształceniowy otworzy się na partycypacyjny tryb pracy podczas przygotowania i prezentacji działań i spróbuje znieść edukacyjne granice mistrza, artysty - ucznia, działkowicza, wzajemnie zaspokajając potrzeby artystyczne i badawcze.
GnW znajduje się przy ul. Przybyszewskiego na Bydgoskim Przedmieściu, jest stałym elementem nadwiślańskiego krajobrazu, atrakcyjnym nie tylko dla środowiska artystycznego, ale i użytkowników sąsiednich działek, mieszkańców dzielnicy i całego miasta. Dzięki temu możliwy będzie proces integracji zarówno wewnątrz grupy samokształceniowej, jak i z odbiorcami jej działań.
Magdalena Kus
środa, 19 czerwca 2013
Das Geburtstagsfoto
Kryzys
Mimo, że to działanie wbrew prawom natury, Marcin Gładych przechytrzył śmierć. W kryzysie wieku średniego okazał się niezwykle twórczy i właśnie z okazji swoich 45. urodzin znalazł sposób na zapanowanie nad przemijaniem własnym i mieszkańców Torunia.
W roku 2008 toruński artysta zainicjował akcję performatywną, polegająca na fotografowaniu torunian, którzy przyjdą do zaimprowizowanych jednodniowych studiów fotograficznych. Tym samym do 2013 roku, na przestrzeni pięciu minionych lat, powstał cykl portretów w czterech odsłonach. Zdjęcia, po najkrótszych wystawach prac artystycznych w mieście, jego mieszkańcy mogli zabrać do domów. I, tym samym, ciała jeszcze pełne dusz rozpierzchły się do domów, niosąc w przyszłość – na wieczną pamiątkę – odbicia swoich wrażeń, twarzy, min, grymasów, póz.
Wskrzeszenie
Fotografia ogarnęła wszystkie aspekty ludzkiego życia, znajdując zastosowanie w absolutnie każdej jego dziedzinie. Wszechobecna – stała się niezauważalna. Gromadzimy zdjęcia i filmy na nośnikach – od telefonów, przez pamieci przenośne, po komputery. Przytłoczeni ilością, nie nadążamy z przeglądaniem zdjęć i ich „konsumpcją” (bo kontemplacja jest słowem już nieznajdującym tu zastosowania). To niedobrze, ale – czy źle, skoro taka okazuje się kolej rzeczy? Mając wyczucie tego, że nowe to dobrze zapomniane stare, i z nieskrytego sentymentu do tego dawnego, Gładych wskrzesił tradycję portretowania.
Kreator
Każda kolejna edycja „Das Geburtstagsfoto” cieszy się rosnącą sympatią i popularnością wśród mieszkańców miasta. Świadomy swojej przemijalności, Gładych spieszy dać z siebie innym jak najwięcej. Tym samym już dziś oglądamy nie tylko pojedyncze fotografie, ale portret miasta – ludzi chętnych do udziału w akcji fotografowania mieszkańców miasta, którzy uczestniczą w tym z pasji i aby być razem, niekoniecznie zarobić – i portret ludzi, którzy „wchodzą” w czyjś nietuzinkowy pomysł.
Właśne przy okazji takich realizacji Toruń pokazuje, że jest czymś więcej, niż „gotyk, piernik, Kopernik”, czymś wykraczajacym poza wyobrażenia urzędowych specjalistów zajmujących się budowaniem wizerunku miasta i definiowaniem jego znaczeń jako „produktu” turystycznego. Nieustannie udowadniają to osoby zajmujące się kulturą – pomysłodawcy, artyści i kuratorzy. Potwierdzają to takie właśnie, oddolne, realizacje twórczych projektów.
Tekst: Magdalena Kus
Zdjęcie: Marcin Gładych
wtorek, 16 kwietnia 2013
Cuda niewidy o północy w Toruniu
![]() |
|
Minna Palmqvist
Kolekcja: “Intymnie społeczna 7.11”, 2011
Fot.: Anna Rönnqvist
Dzięki uprzejmości
artystki |
Niebawem do Torunia
przyjedzie Woody Allen. Mimo, że reżyser nieustannie przekracza samego siebie i
własną konwencję filmową, nadal szuka inspiracji w sztukach pięknych i nieustępującemu
im urokowi kobiecego ciała. Dlatego też, zaraz po Barcelonie i Paryżu,
zdecydował się na Toruń. Film będzie nosił tytuł O północy w Toruniu i
jest kontynuacją O północy w Paryżu –
jeszcze nadal uznawanych za światową stolicy sztuki i mody.
Za plenery odpowiada
Marcin Gładych – reżyser mający doświadczenie w przenoszeniu scenografii w
czasie (Panoptikon). Kostiumy aktorów
możemy zobaczyć już teraz na wystawie, która potrwa do 26 maja 2013 r. Wystawa Cuda
Niewidy prezentowana przez tutejsze Centrum Sztuki Współczesnej jest
wprowadzeniem mieszkańców miasta w projekt przed pojawieniem ekipy filmowej.
Cuda pokazywane na wystawie przeobrażają się w Niewidy o północy każdego dnia i
rozpoczynają wędrówkę po mieście.
Co wieczór na
poszukiwanie aktorek-modelek pierwsi wyruszają Kim Hagelind i Daniel Widrig.
Hagelind jest autorem obiektów Oscylony, utrzymanych w rzeźbiarskiej
stylistyce i czytelnych elementach trójwymiarowej głębi (nosi się je od pasa w
górę, bez rękawów). Razem z Widrigiem, autorem biżuterii drukowanej w 3D z
poliamidu, poszukują osób przede wszystkim silnych, którym byłoby ładnie w
czerni. Płeć nieistotna.
Za montaż obrazu i
dźwięku będzie odpowiadała Ruth Hogben – twórczyni filmowa, która pracuje z
projektantami i fotografami mody. Jako swoją wizytówkę na wystawie pokazuje
wybór prac Garetha Pugha. Tworzy on geometryczne czarno-białe stroje, często
określane jako rzeźby do noszenia. Autor opisuje swoje projekty jako dotyczące
"walki pomiędzy światłem a ciemnością". Drżyj zatem przyszły widzu
filmu Allena przed tym duetem.
Za efekty specjalne
odpowiada Iris Van Herpen. W swojej kolekcji autorka próbuje przedstawić
rzeczywisty ruch i moc ciała. Uwaga! Jej prace elektryzują! Iris jest
projektantką, która inspirując się badaniami naukowymi, bada możliwości mody w
przyszłości, zatem producentom O północy w Toruniu trudno sprecyzować
czas realizacji całego projektu.
Także Yuima Nakazato
tropi możliwości mody bez pozostawania uwiązanym w ramach tradycyjnych reguł.
Interesują go elementy dekoracyjne, sposób, w jaki ubrania układają się na
ciele, a także elementy strukturalne. Kostium, który Nakazato prezentuje na
wystawie na pewno będzie nosił(a) główny bohater filmu Allena. Yuima bez
odpowiedzi pozostawia pytanie o to, czy Fergie albo Lady Gaga, które bardzo
lubią nosić ubrania jego pomysłu, starają się o rolę w filmie Allena.
Osobny wpis należy się
Tomoko Hayashi. Podobnie uznała kuratorka Cudów Niewidów, Dobrila Denegri,
umieszczając jej prace w wyodrębnionej przestrzeni sali wystawowej. Ta
multidyscyplinarna artystka i projektantka szkoliła się w tradycyjnej
japońskiej sztuce farbowania i projektowania w Kioto. To wnosi silne poczucie
estetyki i wartości filozoficznych do jej twórczości. Rozważa zagadnienia
komunikacji i intymności w naszym zabieganym społeczeństwie. W kolekcji Zwierciadło
łzy-klejnot bada ludzkie emocje związane ze łzami. Myśl towarzysząca jej
twórczości, opowieści przez nią snute i piękno efektów pracy możliwe, że będą
ściśle wpisane w główny wątek filmu Allena.
Wygląda na to, ze film
będzie refleksyjny w wymiarze „cyborgicznym”, po który wcześniej Allen nie sięgał.
Wystarczy obejrzeć przekraczające tradycyjną konwencję suknie, płaszcze i
biżuterię autorstwa Minny Palmqvist, Emilii Tikka oraz Miny Lundgren.
Szczególnie Tikka analizuje ludzkie ciało jako podmiot i środek wypowiedzi,
zastanawia się nad jego technicznym aspektem, maszynami i komputerami jako
inspiracją dla mody. Lundgren natomiast na pewno uprości ową skomplikowaną
wypowiedź artystyczną, ponieważ wprawiła się w poszukiwaniu czynnika
jednoczącego różne estetyki i ekspresje, gdzie proste i skomplikowane
konstrukcje tworzą jedność.
Marloes ten Bhomer
przygotowała kolekcję butów prowokacyjnych i nieziemskich, alternatywnych dla
istniejących języków i typologii projektowych. Każda z nas, was i z nich będzie
chciała włożyć na stopy buty Bhomer, żeby dumnie kroczyć przez Bulwar
Filadelfijski i – cóż, że nie na Bulwarze Zachodzącego Słońca – ale podglądać
hollywoodzką ekipę.
Za ubranie drugiej
krańcowej części ciała kobiecego odpowiada Anna Rajevicm, która pracuje na
pograniczu rzeźby i projektowania. Przekształca sylwetki, szczególnie głowy,
zakładając na nie złożone elementy zdobnicze. Te luksusowe modowe artefakty
tworzą niezależne dzieła sztuki i zaciera granice pomiędzy modą a sztukami
pięknymi.
Drugim reżyserem filmu
Woddy'ego Allena prawdopodobnie będzie Hussein Chalayan. Na wystawie Cuda
niewidy możemy zobaczyć jego film pt. Nieobecna obecność. Chalayan
jest jednym z najwybitniejszych i najbardziej odkrywczych projektantów mody,
który w swoich pracach na wystawie w CSW pokazuje problem hybrydyzacji poprzez
łączenie dyskursów związanych z różnymi dziedzinami życia oraz wypracowania na
tej drodze metod produkcji, które stają się przyczynkiem do wyłonienia
nowatorskich koncepcji artystycznych i projektowych. W swoim filmie Nieobecna
obecność, do którego zaangażował Tildę Swinton, podejmuje kwestię
tożsamości wpisanej w DNA i stawia pytanie, czy i do jakiego stopnia jednostki
mogą adaptować się do nowego środowiska.
Także Bogomir Doringer
snuje głębszą refleksję. Zastanawia się w swoich pracach nad sposobem nieustannego
kreowania tożsamości i osobowości, a także zmianą postrzegania swojej osoby.
Tekst: Magdalena Kus
Cuda niewidy
kuratorka Dobrila
Denegri.
Centrum Sztuki
Współczesnej Znaki Czasu w Toruniu
15 marca – 26 maja 2013
Subskrybuj:
Posty (Atom)


