W grudniu ukaże się książka Magdy Wichrowskiej „Toruń. Miasto kobiet” – powstająca dzięki stypendium Miasta Torunia, a złożona z trzynastu wywiadów z szesnastoma rozmówczyniami. Przepytywane zostaną też zaproszone na spotkanie autorskie z okazji premiery. Do tego czasu wszelkie informacje o tymże zbiorze wywiadów będzie można znaleźć na fanpage: https://www.facebook.com/torun.miastokobiet.
W „Toruniu. Mieście kobiet” Magda Wichrowska rozmawia z: Magdą Hamerą – współtwórczynią Cafe Draże i bohaterką zmagań o lepsze jutro toruńskiej kultury niezależnej; z szefową kina Niebieski Kocyk i festiwalu Klamra, Justyną Bieluch, z Joanną Czajkowską – bardzo utalentowaną wokalistką i nauczycielką śpiewu, z aktorkami – Teresą Stępień-Nowicką i Aleksandrą Nowicką, z Magdaleną Kujawą – redagującą Toruński Informator Kulturalno-Artystyczny „Ikar”, z Martyną Bianką Tokarską i Lilianą Piskorską – twórczyniami projektu aktywistyczno-artystyczno-przygodowego „Podróż”, z Kariną Bonowicz, pisarką, dziennikarką i tłumaczką – odpowiedzialną również za promocję Teatru Horzycy, z Kafką Jaworską, kierującą pracami Kina Centrum i festiwalu filmowego Tofifest, z historyczką sztuki i feministką Katarzyną Lewandowską, z filozofkami z Instytutu Filozofii UMK promującymi problematykę genderową – Aleksandrą Derrą i Ewą Bińczyk, z menagerką kultury i socjologiem Joanną Scheuring-Wielgus z Fundacji Win-Win, z Katarzyną „Kombi” Jankowską – animatorką kultury, konstruktorką Fabryki UTU oraz z Ewą Doroszenko, malarką, fotograficzką, ilustratorką; w tej ostatniej roli występującą w książce także po raz drugi – zaprojektowała bowiem jej okładkę.
Sama autorka hipotetycznie też mogłaby się stać jedną z bohaterek książki, choć na zadane przeze mnie pytanie o pytania, jakie Magdalenie Wichrowskiej w wywiadzie by zadała, odpowiada: „Codziennie stawiam sobie mnóstwo pytań, ale nie nadają się one do publikacji. Trudno mi wyobrazić sobie siebie w roli bohaterki książki »Toruń. Miasto kobiet«. Bo cóż ja takiego wyjątkowego robię?”. Magda – filozofka, filmoznawczyni – oprócz swej zasadniczej obecnej pracy, polegającej na kierowaniu Pracownią Kultury Medialnej w Wyższej Szkole Gospodarki w Bydgoszczy i prowadzeniu zajęć ze studentami, wydaje też bardzo niestandardowy blog „Czytnik Kultury” (http://czytnikkultury.blogspot.com/), pisze omawianą w tym artykule książkę, a w 2010 roku stworzyła „Musli Magazine”, którego misję stara się kontynuować nasz miesięcznik. W zeszłym roku zorganizowała w Od Nowie jedyny w swoim rodzaju festiwal Bella Women in Art. Zapytana o wzajemny stosunek festiwalu i „Torunia. Miasta Kobiet”, Magda mówi: „Festiwal dał mi możliwość spotkania ciekawych kobiet. Kilka z nich zaprosiłam do rozmowy. Jednak to są dwa różne projekty. Teraz najważniejsza jest dla mnie książka. Festiwal mam za sobą. Być może kiedyś wrócę do tego pomysłu w trochę innej formule, ale jeszcze nie teraz. Muszę poczuć, że to właściwy moment”.
Nawiązanie do filmu Felliniego „Miasto kobiet” – nieprzypadkowe, ale też zależność filmu i książki nie jest wyłożona jasno ani precyzyjnie. Daje to czytelnikowi i jego wyobraźni spore pole do popisu! Możemy sobie zadawać pytania, czy Magda jest Fellinim, czy Mastroiannim, czy też może jednym i drugim – a może to czytelnikowi mają zostać powierzone obie role – albo przynajmniej ta, odgrywana w oryginale przez Marcella Snàporaza...
W odróżnieniu od filmowego krewniaka „Toruń. Miasto kobiet” nie ma w sobie ani grama oniryczności ni odrealnienia. Wręcz przeciwnie – konsekwentnie odsłaniane są kolejne fragmenty bardzo namacalnej toruńskiej rzeczywistości, by naprowadzić nas jednakowoż na wyłaniającą się gdzieś między wierszami tezę, że tak, że zaiste, Toruń jest miastem kobiet! Książka nie pokazuje jedynie kobiecej strony toruńskiego medalu, ale w sposób zawstydzający moją płeć pokazuje, że jeśli ktoś poważnie w naszym mieście bierze sprawy kultury w swoje ręce, to są to właśnie kobiety. Dokładnie te kobiety, z którymi Magda Wichrowska rozmawia. Bo kto ożywia najważniejszy klub studencki w Toruniu wciąż nowymi ciekawymi inicjatywami? Justyna Bieluch. Kto odważył się zaprotestować przeciwko byle jak skleconemu pod patronatem miasta megaprojektowi strategii kultury? Uczyniła to Joanna Scheuring-Wielgus. Kto stworzył najciekawszy w ostatnich latach klub – będący zarazem inspirującym, nie tylko dla torunian, centrum animacji kultury niezależnej? To zasługa twórczyń Cafe Draże! Podobną wyliczankę mógłbym jeszcze ciągnąć, ale same podane przykłady – szczególnie dla obserwatora naszej lokalnej rzeczywistości z bliska – powinny brzmieć przekonująco. Z jednej strony jest to wiedza – jak już wspomniałem – zawstydzająca panów, z drugiej jednak – może ta książka stanowić ważne źródło inspiracji dla pań. Książka zdaje się mówić: drogie Panie, mimo wszechobecnego w naszym konserwatywnym kraju patriarchatu, nawet w niespecjalnie wielkim mieście sprawy w swoje ręce potrafimy wziąć my i to jeszcze w jaki sposób, z jaką klasą! Więc ten zbiór wywiadów nie powinien obrastać w kurz w toruńskich bibliotekach, ale powinien trafić do jak najszerszego grona odbiorców, a nade wszystko – odbiorczyń. Idealną adresatką byłby nieśmiała kobieta o dużych zdolnościach i potencjale do działania, która jest przekonana, że taka, a nie inna posiadana przez nią płeć zmusza ją do wyciszenia i odstawienia w kąt wszelkich marzeń i ambicji. Książka jej mówi: do dzieła!
Sama problematyka kobieca nie stanowi esencji książki, choć pojawia się w niektórych rozmowach jako ważny wątek. Chyba najbardziej przejmujące są fragmenty wywiadu z Katarzyną Lewandowską, w których opisuje swój proces wyzwalania spod jarzma patriarchatu. Nie był to proces bezbolesny, ale konieczny i potrzebny...
Każda rozmowa koncentruje się głównie na najważniejszych osiągnięciach przepytywanych albo na sprawach, w które są aktualnie najbardziej zaangażowane. W tych z pozoru małych wycinkach kryje się całkiem sporo treści – niejako portret każdej z kobiet, ukazany przez Magdę za pomocą pytań i... aparatu fotograficznego.
A tak o „Toruniu. Mieście kobiet” mówi autorka: „Ta książka to efekt ogromnej potrzeby i chęci rozmowy ze świetnymi dziewczynami. Robią kapitalne rzeczy. Moja rola w tej książce jest znikoma. Ja im po prostu dałam się wygadać”. Mówi też Magda: „Każde spotkanie traktuję jak lekcję. Każdy człowiek, którego spotykam na swojej drodze, czegoś mnie uczy. To, kim dzisiaj jestem, to suma rozmów i spotkań, które są za mną”.
Marek Rozpłoch
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magdalena Wichrowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magdalena Wichrowska. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 23 grudnia 2013
piątek, 5 lipca 2013
Walka z sobą. Walka o siebie
![]() |
| fot. Marek Hofman |
Z kompozytorem Michałem Dobrzyńskim rozmawia Magda Wichrowska.
Czym jest dla Ciebie muzyka?
To pytanie rzeka… Sztuką i życiem, tak w dużym skrócie, choć pewnie nie tylko. Jednak rozwijając tę myśl, mógłbym odwołać się do kilku bliskich mi koncepcji teoretycznych. Jedną z nich jest koncepcja Boecjusza z VIII wieku, która łączy muzykę z życiem w bardzo szerokim ujęciu. Muzyka to ruch wszechobecny we wszechświecie. Ruch, który jest źródłem dźwięku i życia zarazem. Muzyka to dla mnie życiodajna siła. W tym kontekście człowiek jest jedynie przekaźnikiem tego, co już istnieje w naturze. Kluczowe jest jednak to, że twórca może ten materiał w różny sposób przetwarzać, poprzez swoją intuicję, emocje, rozum. Muzyka, podobnie zresztą jak inne dziedziny sztuki, na swój sposób wyraża również stan ludzkiego ducha, jego słabości i dążenia – mam tu na myśli także kondycję duchową człowieka. Choć oczywiście, już mniej patetycznie, potrafi również po prostu bawić, wypełniać przestrzeń, dawać radość lub wzruszać…
Dla mnie muzyka jest językiem emocji. Ciekawi mnie natomiast, od kiedy dla Ciebie stała się sposobem na życie? Czy pamiętasz moment, w którym pomyślałeś, że chcesz zostać kompozytorem?
Jerzy Stuhr w swojej ostatniej książce napisał: „twórcą się nie jest, twórcą się bywa”. Trudno mi powiedzieć, kiedy się nim stałem. Czy był to moment, w którym jako dziecko całymi godzinami układałem najrozmaitsze budowle z drewnianych klocków – od czego podobno było bardzo trudno mnie oderwać – czy też od momentu, kiedy po raz pierwszy spróbowałem zapisać własną kompozycję na papierze nutowym, w wieku bodaj dziewięciu czy dziesięciu lat. Być może właśnie owo „bywanie” twórcą od samego początku los na swój sposób wpisał w moje życie. Teraz czuję się w pełni sił twórczych i chciałbym, by tak pozostało jak najdłużej.
Wróćmy do czasów drewnianych klocków. Miałeś już wówczas swoich mistrzów? Czy to zmieniało się wraz z Twoim dojrzewaniem muzycznym, estetycznym i ewolucją wrażliwości muzycznej?
Zawsze miałem swoich mistrzów i zawsze słuchałem dużo różnej muzyki. Wydaje mi się, że niemal każdy uznany twórca – jak Bach, Mozart, Chopin, Debussy, Bartok, Lutosławski, Ligeti – z którego dziełem się zetknąłem, na jakimś etapie był moim mistrzem. Dojrzałość estetyczna, o której mówisz, to coś, o czym nie potrafię powiedzieć jak o etapie zamkniętym. Wydaje mi się jednak, że w twórczości istotna jest „euforia odkrywania”. Wnikając głębiej w proces twórczy, z czasem dostrzegamy całą paletę kolorów i trudno byłoby z góry z jakiegoś zrezygnować. Choć trzeba również podkreślić, że taka świadoma rezygnacja może również zadecydować o tym, że właśnie budujemy indywidualny świat dźwięków. Odrzucając coś w sposób świadomy, jednocześnie zwracamy uwagę na coś innego, kierujemy słuchacza w stronę określonych idei twórczych. Pod tym względem z polskiej twórczości kompozytorskiej bliska jest mi muzyka Pawła Szymańskiego. Pozostawałem i wciąż pozostaję otwarty na bardzo odmienną muzykę, choć wcale to nie oznacza, że z perspektywy twórczej wszystko mnie interesuje, wręcz przeciwnie – rzadko które dzieło muzyczne przykuwa uwagę na dłużej.
Czyli każdy odcinek swojej muzycznej drogi uważasz za równie istotny…
Oczywiście każdy etap był na swój sposób ważny. Jednak z perspektywy twórczej to okres studiów był szczególnie istotny. To wtedy tak naprawdę otworzyłem się na muzykę współczesną. Od tego momentu wciąż poznaję w tej muzyce bardzo wiele niezwykle interesujących przestrzeni dźwiękowych. Zresztą pod tym względem cały czas mam wrażenie, że wciąż jest coś nowego do odkrycia. Kiedy pokonujemy opory estetyczne, nierzadko wyłania się interesujący i pasjonujący przekaz.
Domknijmy jednak temat twojej drogi muzycznej, przynajmniej na tym pierwszym etapie. Jesteś absolwentem Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, ale pochodzisz ze Szczecina…
I w Szczecinie się wszystko zaczęło. Poszedłem do szkoły muzycznej trochę za namową rodziców. A nie było łatwo, bo muzyka miała silnego konkurenta… piłkę nożną. Grałem w Hutniku Szczecin. To był klub w lidze okręgowej. Chodziłem nawet do klasy sportowej i w pewnym momencie trochę się buntowałem, ale nie chciałem z niczego rezygnować, co oczywiście na dłuższą metę nie było możliwe. Wybrałem muzykę. Dziś wiem, że to była dobra decyzja, chociaż tak młody człowiek rzadko kiedy ma sprecyzowane plany, rzadko też wie, czego tak naprawdę chce. Dlatego też dobra wydaje się taka sytuacja, gdy w pobliżu znajdzie się właściwa osoba i odpowiednio pokieruje, zachęci, pokaże pewne możliwości. Ja na początku chodziłem zarówno do ogniska muzycznego, jak i na kółko plastyczne. Ale za możliwość wyboru wdzięczny jestem moim rodzicom, szczególnie mojej mamie.
„Młodzi kompozytorzy w hołdzie Fryderykowi Chopinowi” to czteroletni program opieki nad kompozytorami, realizowany przez Europejskie Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego. Głównym założeniem jest przeprowadzenie artysty i jego dzieła przez kolejne etapy promocji – od najlepszego z możliwych wykonań utworu do publikacji nagrań i partytur. Jak to się stało, że trafiłeś do zacnego grona kompozytorów wydawnictwa DUX?
Na to pytanie mogę odpowiedzieć bardzo ogólnie. W życiu najważniejsza jest wiara w to, co się robi. Cokolwiek by to nie było. Najważniejsze to starać się realizować swoją pasję, nie robić niczego na siłę. Jeśli chodzi o komponowanie, to nigdy nie interesowały mnie różne mody, które w międzyczasie zdążyły się już kilka razy zmienić. Staram się cały czas iść swoją drogą, poznawać siebie. Autorka książki „Sekret”, Rhonda Byrne, wskazuje, że świat, który jest w naszej głowie i ten, w którym funkcjonujemy, są ze sobą bardzo ściśle połączone, tworzą jedną harmonię lub dysharmonię. Zgadzam się z tym, że świat, w którym na co dzień funkcjonujemy jest w pewnym sensie materializacją tego, co jest w naszym umyśle. Oczywiście nie mam tu na myśli szczególnych wypadków losowych. Kiedyś marzyłem o swojej płycie, a teraz leży ona przed nami.
Twoje kompozycje wykonuje Chór i Orkiestra Filharmonii Śląskiej w Katowicach i Śląska Orkiestra Kameralna. Znakomici soliści… Absolutny crème de la crème, doborowe towarzystwo. Jak Ci się z nimi współpracowało?
To była dla mnie absolutna przyjemność. Począwszy od perfekcyjnej organizacji wszystkich sesji nagraniowych, poprzez samą pracę i przygotowanie muzyków, bardzo dobrego dyrygenta, a także niezwykły profesjonalizm reżyserów z wydawnictwa DUX. Ponadto na Śląsku ludzie są bardzo otwarci, przyjaźnie nastawieni oraz doświadczeni w wykonywaniu muzyki nowej. Świadczy o tym organizowany w Katowicach Festiwal Prawykonań, który odbywa się w siedzibie Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, gdzie ostatnio były wykonywane także moje „Trzy pieśni do słów Rilkego”, napisane dla wybitnej polskiej śpiewaczki, Urszuli Kryger. Potwierdzeniem tego doświadczenia muzycznego jest także wyjątkowo duża ilość znakomitych zespołów wykonujących muzykę najnowszą, takich jak na przykład Orkiestra Aukso czy Orkiestra Muzyki Nowej. Sumując, nie ma nic bardziej satysfakcjonującego zawodowo, jak współpraca z profesjonalistami w każdym calu.
Jednym słowem – współpraca idealna. Dopytam Cię jeszcze o sam proces twórczy. Utwory na płytę powstały w latach 2005-2010. Czy Twój język muzyczny ewoluował? I jak jest dzisiaj? Cały czas poszukujesz, czy idziesz już utartą autorską ścieżką?
Wydaje mi się, że pewien rys charakterystyczny dla kompozytora może być widoczny od początku, jednak wraz z dojrzałością twórczą, jest on widoczny coraz wyraźniej. To dlatego, że z czasem kompozytor zaczyna widzieć więcej niuansów, z większą dbałością zwraca uwagę na drobiazgi, których na początku nie widzi. Dojrzały język muzyczny zyskuje swoistą homogeniczność brzmienia poprzez odnajdywanie właściwej równowagi pomiędzy techniką kompozytorską, formą a ekspresją. Do tego właśnie dążę. W szczególności „Iluminacje. Concerto-notturno” z 2010 roku na fortepian i orkiestrę smyczkową są kompozycją, która spośród utworów znajdujących się na płycie jest dzisiaj bodaj najbliższa mojej estetyce dźwiękowej.
Patrzę na Twoją płytę i zastanawiam się, o jaki utwór Cię zapytać. Urzekło mnie „Continuum”. Podobno do jego napisania zainspirował Cię czas i jego bezkres. Powiesz mi coś więcej o koncepcji utworu?
To kompozycja, do której powstania zainspirowała mnie próba wyobrażenia sobie czasu bez początku ani końca oraz wiecznie pulsujący wszechświat, wyobrażenie o ciągłym rozszerzaniu i zwężaniu się materii oraz czasoprzestrzeni. Ten dualizm i jego nieustanna powtarzalność zrodziły pomysł na formę muzyczną, w której punktem kulminacyjnym jest właśnie moment wielkiego wybuchu. To zaś, co jest przed nim, ma charakter dynamiczny, żywiołowy, narastający do kulminacji. To, co następuje po kulminacji, jest ukierunkowaniem uwagi odbiorcy na przestrzeń brzmieniową o charakterze wyciszonym, czysto brzmieniowym, o spowolnionej narracji dźwiękowej. Oczywiście nie jestem w stanie wyobrazić sobie bezkresu czasu, ale sama idea jest dla mnie na tyle fascynująca, że stała się inspiracją do powstania utworu.
Czyli zainspirowała Cię niewiadoma, zastanawianie się, postawione pytania.
To moja wyobraźnia dźwiękowa sprowokowała mnie do napisania tej kompozycji, choć – jak mówisz – to, co niewiadome lub niedookreślone, może ją dodatkowo uaktywniać.
Z kolei „Iluminacje. Concerto notturno” powstały w listopadzie 2010 roku. Inspiracją dla stworzenia dzieła była 200. rocznica urodzin Fryderyka Chopina…
Tak naprawdę od dawna chciałem napisać utwór na fortepian i orkiestrę, miałem już nawet pewne szkice i pomysły. Jednak w 2010 roku nadarzyła się szczególna okazja, by ten utwór ukończyć i pokazać światu – obchody Roku Chopinowskiego. „Iluminacje. Concerto-notturno” to także swoisty hołd złożony muzyce fortepianowej Chopina. Uważam „Iluminacje” za muzykę absolutną, choć sam tytuł może wskazywać na pewne inspiracje wizualne. W moim odczuciu jest to jednak ukierunkowanie uwagi na pewien specyficzny koloryt tej kompozycji. Utwór, dzięki Europejskiemu Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego, został prawykonany na koncercie zamykającym rok chopinowski w Filharmonii Częstochowskiej z moim udziałem w charakterze pianisty, pod batutą Jerzego Salwarowskiego. Cieszę się również z tego, że także później nadarzały się okazje do jego wykonania oraz że udało się go wydać w Polskim Wydawnictwie Muzycznym.
Wróćmy na moment do Chopina. Czy według Ciebie współcześni kompozytorzy czują więź z piękną tradycją i historią polskich kompozycji, czy może próbują się od niej raptownie odcinać? Jak to jest z Tobą?
Kompozytorzy często odczuwają pewną niechęć do posługiwania się już gotowymi i utartymi zwrotami. Nawet jeżeli bierze się coś z muzycznej „rzeczywistości”, to zazwyczaj próbuje się dany materiał dźwiękowy „przefiltrować”. Oczywiście zakładając, że nie jest to cytat muzyczny. Dystans wobec tradycji jest zatem potrzebny, ale nie da się też jej tak po prostu odrzucić. Próbowano to zrobić w okresie awangardy, a dziś już wiemy, że w większości tego rodzaju działań twórczych doprowadzono do zerwania narracji z odbiorcą. Dzisiejsza muzyka flirtuje ze słuchaczem, słyszymy w niej i tradycję, i nowoczesność, a przede wszystkim różnorodność, co też nie zawsze przybiera gustowną i oryginalną formę. Zasadniczo jednak obserwujemy chęć twórców do odbudowania więzi z odbiorcą. Postmodernizm, pojęcie-śmietnik, także już się wszystkim odbija czkawką, choć wydaje się, że w dzisiejszym świecie niemal wszystko może znaleźć swojego słuchacza. Mam jednak wrażenie, że wyczuwalne jest pewne oczekiwanie. Czy to, co jest dzisiaj, to jeszcze postmodernizm czy już jakiś okres przejściowy? Tego nie wiem i chyba nikt nie wie. Dlatego uważam, że sztuka wyboru materiału dźwiękowego i kunszt realizacji określonej idei twórczej mogą do pewnego stopnia stanowić ogólne ramy do stworzenia dobrego, wartościowego utworu. A czy po spełnieniu choćby tych kryteriów dzieło przetrwa próbę czasu? Tego i tak nie wiadomo.
Sporo refleksji i wzruszeń dostarczyły mi „Elegie”. Jak znalazły się na płycie?
Na płytę wybrałem utwory, do których miałem największe przekonanie. Kierowałem się również tym, by płyta pokazywała różne nurty mojej twórczości: muzykę solową, kameralną, orkiestrową czy wokalno-instrumentalną. Kluczem do wyboru utworów stała się ich ekspresja – stąd nazwa płyty: „Expression”. Z cyklu Elegii na płycie zostały zaprezentowane zarówno Elegia I na skrzypce solo w znakomitym wykonaniu jednego z najwybitniejszych polskich skrzypków, Bartłomieja Nizioła, a także „Elegia IV. Multifonia”, będąca kompozycją, w której wybrane pomysły z pierwszej elegii znalazły nową szatę dźwiękową, inspirowaną niektórymi technikami przetwarzania dźwięku rodem z muzyki elektronicznej. Obie kompozycje są szczególne ważne w mojej twórczości także ze względu na osoby z nimi związane. „Elegię I” z 2006 roku napisałem dla bardzo bliskiej mi Ewy Gruszki, zaś „Elegia IV. Multifonia” z roku 2010 została napisana w hołdzie profesorowi Markowi Jasińskiemu, który odszedł przedwcześnie i był moim pierwszym mentorem w zakresie kompozycji.
Nowa płyta?
Jeśli chodzi o kolejną płytę autorską, to jest jeszcze za wcześnie by o tym mówić, choć mam już konkretne pomysły na nią. Za to jeszcze w maju ukaże się płyta z kwartetami smyczkowymi wydana przez Akademię Sztuki w Szczecinie, na której znajdzie się moja najnowsza kompozycja „Orestes. II Kwartet smyczkowy”. To kompozycja inspirowana muzyką starożytnej Grecji, a dokładniej motywem Orestesa autorstwa Eurypidesa, który przetrwał do dzisiejszych czasów na tak zwanym papirusie wiedeńskim. Utwór miał niedawno swoje prawykonanie podczas 52. Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Współczesnej „Poznańska Wiosna Muzyczna”.
Jesteś niezwykle aktywnym twórcą. Tym bardziej ciekawi mnie jak w Twoim przypadku wygląda proces twórczy? Szaleństwo, natchnienie czy ciężka praca?
Profesor Jasiński mawiał, że pisanie może być równie wyczerpujące jak praca fizyczna. Po pewnym czasie to zrozumiałem. Proces twórczy pochłania bez reszty. Bywa, że nie odczuwam własnej fizyczności. Piszę wtedy bez przerwy, prawie nic nie jest w stanie tego przerwać i nie ma znaczenia, czy jest noc czy dzień. Zwykle w tym pisaniu widoczne są dwie fazy. W pierwszej notuję różne pomysły, które z czasem coraz bardziej konkretyzują się. Druga faza – najtrudniejsza – to walka. Walka z sobą, z czasem, ze zmęczeniem, z formą i z całym światem, walka o siebie.
Zmieniając temat. Ciekawi mnie, czy sądzisz, że są to przychylne czasy dla młodych kompozytorów?
Trudno powiedzieć. Z jednej strony – jeśli wiara i umiejętne działanie idą w parze, to jakieś możliwości się znajdują. Z drugiej strony jest to ciągła walka i jeśli się jej nie podejmuje, to szybko się schodzi z pola widzenia. Mimo wielu ciekawych programów dla artystów i możliwości, jakie niesie społeczeństwo cyfrowe, współczesny świat ma bardzo wiele różnych zabawek i atrakcji. Tak naprawdę mało kogo interesuje coś, co wymaga pewnego skupienia, wyobraźni, otwarcia. A w muzyce – oczywiście najbardziej lubimy te melodie, które już znamy (śmiech).
A Bydgoszcz, czy jest dobrym miejscem dla rozwoju młodych talentów muzycznych?
Nie byłem w łatwej sytuacji finansowej, gdy tu przyjechałem. Otrzymałem jednak pomoc, najpierw stypendium na uczelni, później stypendium od Prezydenta Bydgoszczy. I chociaż nie zawsze było „z górki”, to tak naprawdę wszystko się tutaj zaczęło. To tu właśnie po raz pierwszy w pełni stanąłem „na własnych nogach”. Bydgoszcz mi pomogła.
To żeby nie było tak różowo, porozmawiajmy o krytyce. Jestem filmoznawczynią i doskonale wiem, że krytycy filmowi mają ogromny problem z młodymi reżyserami. Mają opory w recenzowaniu, szufladkują, podpierają się klasykami… Jak jest z młodymi kompozytorami w środowisku krytyków muzycznych?
Krytycy uwielbiają szufladkować młodych kompozytorów, ale raczej nie należy się tym przejmować. Jak mawiał Witold Lutosławski: „Krytyka nie jest niczym innym, jak pewną formą działalności literackiej, tylko nie wiedzieć czemu krytyk uzurpuje sobie prawo do mówienia pewnych rzeczy jako rzeczy uniwersalnych”. Każdy ma prawo do własnej oceny. Jednak pamiętajmy, że krytyk z tekstów żyje i zdarza się, że pisze tak, by i on mógł zaistnieć w określonych środowiskach. Ponadto, gdy spojrzymy w historię krytyki muzycznej, to nader często okazuje się, jak bardzo krytykowano takich kompozytorów jak na przykład Beethoven czy Strawiński, jak hołubiono bardzo wielu twórców różnej maści, o których dziś już prawie nikt nie pamięta.
Jesteś laureatem międzynarodowych i ogólnopolskich konkursów kompozytorskich, wielokrotnym stypendystą Ministra Kultury, twoje utwory wydaje Polskie Wydawnictwo Muzyczne. Co dalej? Wiem, że ostatnio pracowałeś nad „Symfonią rzeźb dźwiękowych” na orkiestrę kameralną i elektronikę, która powstała w ramach stypendium twórczego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Powiesz mi coś więcej o tym projekcie?
Najpierw muszę przeżyć maj i czerwiec (śmiech). Ale do rzeczy: rzeczywiście niedawno ukończyłem „Symfonię Rzeźb Dźwiękowych”, kompozycję powstałą w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na orkiestrę i elektronikę. To projekt, w którym staram się połączyć formę symfonii z przetworzonymi elektronicznie dźwiękami charakterystycznymi dla fonosfery, w której żyjemy. Chodzi mi w szczególności o to, by wszechobecne, masowe dźwięki w pewien sposób zindywidualizować, nadać im jakiś kształt i formę. Przetwarzając je i włączając do symfonii, sprawiam, że stają się one jej istotnym kontekstem. Ponadto bardzo intensywnie pracuję nad swoim doktoratem, który już jest niemal na ukończeniu. I oczywiście, jak wszyscy, marzę o porządnych wakacjach!
poniedziałek, 24 czerwca 2013
D – dżins
Tym razem temat bliski ciału, jak modne w minionych sezonach rurki. Będzie o dżinsie, ale nie o tym przez „j” - obco brzmiącym jeans, ale o przedmiocie pożądania pokolenia moich rodziców.
Był taki kraj, o ustroju najlepszym z możliwych, z dziewczynami, które miały najwięcej witaminy, oraz zaradnymi, rumianymi młodzieńcami, którzy niczym nie przypominali dzisiejszych słabowitych hipsterów. Co ich łączy? Nic!? Błąd! Modowy przedmiot pożądania. Dzisiaj młodzi, mniej zasobni w złotówki hipsterzy śnią o spodniach z obniżonym krokiem i patriotycznych symbolach na odzieniu. Wczoraj, czyli w latach 60. XX wieku, mój prywatny Tato po obejrzeniu na wielkim ekranie kowbojskich wyczynów Johna Wayne'a śnił swój wielki blue dream, który urzeczywistnić mógł przy dobrych wiatrach na tak zwanych „ciuchach”, a dekadę później w pierwszym grudziądzkim Pewexie. W tym miejscu właściwie powinnam młodszemu czytelnikowi wyjaśnić, co to „ciuchy” i Pewexy, a starszemu - kto to Kupisz i co to Madox, ale może to dobry moment, by zrobić wielką modową wymianę pokoleniowych doświadczeń.
Dżins w latach 50. i 60. ubiegłego wieku był w Polsce wykwitem ideologicznie obcym, a w związku z niechęcią młodych do władzy był tym samym wykwitem niezwykle chcianym, a nawet pożądanym. Polska kochała westerny i kochała kowbojów w dżinsach. Warto dodać, że nosiły je także piękności z Dzikiego Zachodu, a poza filmowym kostiumem też całe ówczesne Hollywood, między innymi Marlon Brando, James Dean i Marilyn Monroe. Polska oszalała. Dżinsu brak. Nie od dziś wiadomo jednak, że Polak potrafi. W latach 70. pojawiła się zatem polska podróbka zwana „arizoną”, która imitowała prawdziwy jeans. Popularne „odrzaki”, czyli objawienie Szczecińskich Zakładów Przemysłu Odzieżowego Odra, nie spełniały co prawda polskiego blue dream, ale ustawiały pokolenie moich rodziców w przedsionku do wielkiego amerykańskiego snu, tym bardziej że modę na nie lansowały ówczesne gwiazdy.
Moja fascynacja filmowym dżinsem ma jak najbardziej polski rodowód. Kiedy pierwszy raz, gdzieś w połowie lat 90., obejrzałam „Człowieka z marmuru”, zachorowałam na dżinsowe dzwony, które na ekranie nosiła Agnieszka, grana przez Krystynę Jandę. Domyślam się, że kostiumolożki Lidia Rzeszewska i Wiesława Konopelska miały nie lada problem, by przez kostium wyrazić osobowościowy wulkan bohaterki. Dżinsowy mundurek, tak daleki od ówczesnego schematu polskiej ulicy, był absolutnym strzałem w dziesiątkę, eksponował bunt pokolenia, niezależność i luz. Agnieszka, wyemancypowana, twarda i bezkompromisowo dążąca do celu, nie ma w sobie nic z kruchych amantek. Trudno więc dziwić się, że jej filmowy outfit tak namiętnie eksponowany był przez operatora Edwarda Kłosińskiego. Janda i jej kostium to jedność! Czekam na kolejne objawienia!
Tekst: Magda Wichrowska
Ilustracja: Żaneta Antosik
wtorek, 28 maja 2013
„C” – „Cuda niewidy”
Tym razem „c” z naszego podwórka, czyli Centrum Sztuki Współczesnej „Znaki Czasu” i wystawa „Cuda niewidy”, którą jeszcze do 26 maja możemy w Toruniu oglądać, plus importowany Chalayan. Ale od początku.
Dlaczego wystawa, a nie kolejny projektant? Bo to wielka frajda, gdy na toruńskim podwórku pojawia się wystawa tak bardzo udana. W tak ciekawy sposób nawiązująca dialog między rozmaitymi artystycznymi aktywnościami – i w zestawieniu z modą, która w tym układzie sił daleko wykracza poza schematyczne ujęcie.
Pierwszą próbą zderzenia poetyk i nawiązania dialogu był cykl wydarzeń „Czwarty stan skupienia wody: od mikro do makro”, zorganizowany w CSW we współpracy z kalifornijskim NanoSystemsInstitute oraz UCLAArt | Sci Center + Lab w Los Angeles. I tak, od sztuki, nauki i ekologii, poprzez (tym razem!) mariaż sztuk wizualnych i stosowanych, doszliśmy do mody w bliskiej relacji z architekturą i designem. „Cuda niewidy” to – jak deklarują twórcy wydarzenia – „podróż przez światy wyobrażone, umiejscowione na skrzyżowaniu różnych odmian kreatywności i ekspresji”. Brzmi równie zachęcająco, co nazwisko Husseina Chalayana, które otwiera cudowną listę artystów skupionych wokół wystawy.
Chalayan to bodaj jedna z najbardziej intrygujących indywidualności modowej przestrzeni. Ze szczególnym naciskiem na przestrzeń właśnie. Jego pokazybowiem to nie tylko odsłona nowej kolekcji, ale misternie zorganizowane i bardzo spójne widowisko, które opiera się na solidnych fundamentach współczesnego designu.
Dorzućmy do tego bajeczną historię zawodowej trampoliny. Chalayan urodził się w Nikozji. Pod koniec lat 70. wraz z rodziną zamieszkał w Londynie. Studiował modę i projektowanie ubioru w Warwickshire School of Arts i w niezwykle prestiżowej Central Saint Martins College of Art and Design. Na młodego projektanta zwrócono uwagę już po premierze jego kolekcji dyplomowej „The Tangent Flows”, a stroje natychmiast wykupił znany dom towarowy Browns. Co zrobił Chalayan, by zaintrygować modowy światek? Kolekcję zakopał w ziemi, by tuż przed pokazem odkopać ją i zaprezentować. Ta nieszablonowość w myśleniu o ubraniu spowodowała, że Chalayana od lat uważa się bardziej za artystę i wizjonera, niż krawca. Pokochała go artystyczna awangarda z Björk na czele, która nie tylko nosi jego projekty, ale też wystąpiła jako modelka na jednym z londyńskich pokazów Chalayana kilkanaście lat temu. Świat mody pokochał go za nowatorstwo i świeżość, czyli samozdejmujące się sukienki oraz ubrania wykonane z części samolotów. Lista eksperymentów modowych Chalayana jest długa i nieprawdopodobna, podobnie jak lista osobowości, których prace znalazły się na wystawie „Cuda niewidy”.
Obok Chalayana możemy zobaczyć prace między innymi: Iris van Herpen, która ubierała Lady Gagę; Tomoko Hayashi, tworzącej biżuterię z cukru i łez; Any Rajcevic, twórczyni nietuzinkowej biżuterii-masek; czy Daniela Widriga, który w swoich projektach wykorzystuje drukarki 3D. Kuratorką wystawy jest Dobrila Denegri.Warto zajrzeć do CSW i spojrzeć nieco dalej, ponad modowe oczywistości i schematy.
środa, 17 kwietnia 2013
ALFABET MODY POLSKIEJ. B – BOHOBOCO
Tym
razem B jak BOHOBOCO, czyli duet: Michał Gilbert Lach i Kamil Owczarek. Zanim
postanowili stworzyć wspólną markę, zbierali doświadczenie w branży modowej.
Legenda głosi, że poznali się przez znajomych. Obaj nosili w sobie pomysł na
własną markę, sporo o tym rozmawiali, ale dopiero wyjazd do Nowego Jorku
pozwolił im podjąć decyzję. Czy narodziny BOHOBOCO zawdzięczamy rogalikowi
zjedzonemu przed sklepem Tiffany’ego? Patrząc na ich kolekcje, raczej nie. Bardziej
obstawiam wielogodzinne spacery ulicami Wielkiego Jabłka. Największy wybieg
świata – jak mawia się o Nowym Jorku – to przede wszystkim pochód osobowości. Nowojorczycy
przez swój strój kapitalnie opowiadają historie, wyrażają własny nastrój i
poczucie humoru. Gdy dorzucimy do tego atmosferę cierpiącego na bezsenność
miasta, jego rytm i niejednoznaczność architektury, docieramy do sedna –
filozofii marki BOHOBOCO.
Chociaż
język projektantów z pokazu na pokaz ewoluuje, jego entuzjaści bez problemu odnajdują
do niego klucz: inspiracje modą uliczną wielkich metropolii, wygoda,
nonszalancja, awangarda, nieskazitelne odszycie i mieszanka stylów.
Wszystkie
te elementy odnajdujemy w kolekcji na ten sezon, czyli wiosna–lato 2013. Mamy
niejednoznaczność nowojorskiej architektury, czyli zabawę w kroje i długości.
Mamy dynamikę i zmienność oraz niewymuszony charm
i szyk charakterystyczne dla natury wielkich miast. Od prostych sportowych
koszul, przez frywolne sukienki koktajlowe, aż po powłóczyste suknie w sam raz
na czerwony dywan. Także w fasonach brak motywu przewodniego. Projektantów w
równym stopniu porwały swobodne fasony, co urzekły precyzyjnie zarysowane
kobiece kształty. Kolory? Tu bez wątpienia łapiemy trop pasteli: biel, blady
róż, krem, podkreślone szarościami i czernią. Urzekają materiały: len, bawełna,
wełna, jedwabna organza i skóra.
Jednym
słowem wiosna w większym i cieplejszym mieście. Rozumiem, że o większym nie
każdy marzy, ale cieplejszego w połowie marca (moment, w którym stukam dla Was
w klawiaturę) chyba każdy z nas pożąda. W związku z przedwiosennymi zawiejami i
zamieciami na otarcie łez BOHOBOCO proponuje pieprz, wanilię, gałkę
muszkatołową, drzewo cedrowe i białe piżmo, czyli dość zimową otulinę z perfum.
Jest to jakieś rozwiązanie!
Tekst:
Magda Wichrowska
Ciekawostka:
Twarzą
zapachu BOHOBOCO No. 1 jest Marta Żmuda Trzebiatowska
czwartek, 28 marca 2013
Trochę inny Tarantino
Po
przygodzie z nazistami Quentin Tarantino postanowił uszczknąć odrobinę z
historii Stanów Zjednoczonych i tradycyjnie już z historii kina gatunków.
Jednak nie dajmy się zwieść. Western Tarantino jest raczej pokłosiem
postmodernistycznej mozaiki niż hołdem dla ikonografii i języka klasyki
gatunku.
No
właśnie, od języka zacznijmy. Mrukliwi zazwyczaj, żyjący w świecie własnych
wartości, moralnych kodów i zawodowego etosu bohaterowie westernów w obrazie
Tarantino stają się nieprawdopodobnymi gadułami. Ma się wręcz wrażenie, że
pojedynki, które toczą, odbywają się raczej w przestrzeni dialogu: słów i
gestów. To one są w obrazie Tarantino najistotniejsze, podnoszą temperaturę
filmu i pchają fabułę do przodu. Oczywiście i wartka akcja, napędzana bijatyką
osadzoną w poetyce bliskiej reżyserowi, znalazła dla siebie miejsce, ale nie
łaknie jej widz już tak bardzo, jak obecności głównych bohaterów i rodzącego
się między nimi uczucia… przyjaźni. Czyżby to po raz pierwszy Tarantino dotknął
tak czułej struny? Na to wygląda i, co ciekawe, na jednej nie poprzestał, ale o
tym później, dajmy się porwać historii. Kilka lat przed wojną secesyjną plotą
się losy niewolnika Django i łowcy głów doktora Schultza. Jednorazowa wspólna
akcja szybko przeradza się we współpracę i plan odbicia ukochanej Django z rąk
plantatora. I tu dochodzimy do największego – w moim odczuciu – atutu filmu
reżysera Pulp Fiction. Obok popisów
autorskich ma też Tarantino niezmiennie od wielu lat nosa do aktorów.
Pierwszy
plan zdobył bez wątpienia Christoph Waltz. Ten filmowy kameleon równie
przekonująco potrafi zagrać bezwzględnego (choć niepozbawionego wdzięku!)
nazistę i łowcę głów o gołębim sercu. Drugi plan wypełniają zagubieni statyści
pamiętający najlepsze czasy gatunku: chmurni i zadziorni farmerzy, pilnujący
porządku Południa plantatorzy i układni urzędnicy. Szczególne kreacje stworzyli
Leonardo DiCaprio w roli niedouczonego plantatora o kosmopolitycznym apetycie i
Samuel L. Jackson w brawurowej roli jego prawej ręki i wieloletniego sługi.
Cóż
poza apetyczną grą? Czy czujemy spełnienie? Z pewnością, jeśli przyjmiemy
reguły gry Tarantino. Jeśli chcemy wykorzystać film mistrza cytatu i pastiszu
do wejścia w mroczny świat niewolnictwa – niekoniecznie. Krwawa historia Stanów
Zjednoczonych umyka tu w atrakcyjnie opowiedzianej historii ludzkiej. Ale czyż
na tym właśnie nie opiera się wielka siła tego filmu? Kibicujemy temu
osobliwemu duetowi byłego niewolnika Django i jego wybawcy doktorowi
Schultzowi. Trzymamy kciuki, by ich drogę zwieńczył szczęśliwy finał –
połączenie Django z utraconą przed laty ukochaną żoną. To przywiązanie do
bohaterów jest u Tarantino czymś unikatowym. Zamiast gorączkowego wyczekiwania
kolejnego gagu, wyłapania kolejnego cytatu, wyśmiania kolejnej oczywistości
gatunkowej poddajemy się urokowi miłosnej historii, którą momentami z
sentymentalną czułostkowością snuje autor. I chociaż brzmi to jak zarzut, wcale
nim nie jest. Udaje się Tarantino zaprzyjaźnić widza ze swoimi bohaterami i
oswoić z nimi. Coś tak uniwersalnego jak miłość i chęć bycia razem zbliża posklejane przez Tarantino osobliwości
ludzkie do niedoskonałej i targanej namiętnościami widowni.
Magda Wichrowska
Django
reż. Quentin Tarantino
United International Pictures Sp z o.o.
2013
Subskrybuj:
Posty (Atom)





