Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fenomen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fenomen. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Rozmowy ze świetnymi dziewczynami

W grudniu ukaże się książka Magdy Wichrowskiej „Toruń. Miasto kobiet” – powstająca dzięki stypendium Miasta Torunia, a złożona z trzynastu wywiadów z szesnastoma rozmówczyniami. Przepytywane zostaną też zaproszone na spotkanie autorskie z okazji premiery. Do tego czasu wszelkie informacje o tymże zbiorze wywiadów będzie można znaleźć na fanpage: https://www.facebook.com/torun.miastokobiet.

W „Toruniu. Mieście kobiet” Magda Wichrowska rozmawia z: Magdą Hamerą – współtwórczynią Cafe Draże i bohaterką zmagań o lepsze jutro toruńskiej kultury niezależnej; z szefową kina Niebieski Kocyk i festiwalu Klamra, Justyną Bieluch, z Joanną Czajkowską – bardzo utalentowaną wokalistką i nauczycielką śpiewu, z aktorkami – Teresą Stępień-Nowicką i Aleksandrą Nowicką, z Magdaleną Kujawą – redagującą Toruński Informator Kulturalno-Artystyczny „Ikar”, z Martyną Bianką Tokarską i Lilianą Piskorską – twórczyniami projektu aktywistyczno-artystyczno-przygodowego „Podróż”, z Kariną Bonowicz, pisarką, dziennikarką i tłumaczką – odpowiedzialną również za promocję Teatru Horzycy, z Kafką Jaworską, kierującą pracami Kina Centrum i festiwalu filmowego Tofifest, z historyczką sztuki i feministką Katarzyną Lewandowską, z filozofkami z Instytutu Filozofii UMK promującymi problematykę genderową – Aleksandrą Derrą i Ewą Bińczyk, z menagerką kultury i socjologiem Joanną Scheuring-Wielgus z Fundacji Win-Win, z Katarzyną „Kombi” Jankowską – animatorką kultury, konstruktorką Fabryki UTU oraz z Ewą Doroszenko, malarką, fotograficzką, ilustratorką; w tej ostatniej roli występującą w książce także po raz drugi – zaprojektowała bowiem jej okładkę.

Sama autorka hipotetycznie też mogłaby się stać jedną z bohaterek książki, choć na zadane przeze mnie pytanie o pytania, jakie Magdalenie Wichrowskiej w wywiadzie by zadała, odpowiada: „Codziennie stawiam sobie mnóstwo pytań, ale nie nadają się one do publikacji. Trudno mi wyobrazić sobie siebie w roli bohaterki książki »Toruń. Miasto kobiet«. Bo cóż ja takiego wyjątkowego robię?”. Magda – filozofka, filmoznawczyni – oprócz swej zasadniczej obecnej pracy, polegającej na kierowaniu Pracownią Kultury Medialnej w Wyższej Szkole Gospodarki w Bydgoszczy i prowadzeniu zajęć ze studentami, wydaje też bardzo niestandardowy blog „Czytnik Kultury” (http://czytnikkultury.blogspot.com/), pisze omawianą w tym artykule książkę, a w 2010 roku stworzyła „Musli Magazine”, którego misję stara się kontynuować nasz miesięcznik. W zeszłym roku zorganizowała w Od Nowie jedyny w swoim rodzaju festiwal Bella Women in Art. Zapytana o wzajemny stosunek festiwalu i „Torunia. Miasta Kobiet”, Magda mówi: „Festiwal dał mi możliwość spotkania ciekawych kobiet. Kilka z nich zaprosiłam do rozmowy. Jednak to są dwa różne projekty. Teraz najważniejsza jest dla mnie książka. Festiwal mam za sobą. Być może kiedyś wrócę do tego pomysłu w trochę innej formule, ale jeszcze nie teraz. Muszę poczuć, że to właściwy moment”.

Nawiązanie do filmu Felliniego „Miasto kobiet” – nieprzypadkowe, ale też zależność filmu i książki nie jest wyłożona jasno ani precyzyjnie. Daje to czytelnikowi i jego wyobraźni spore pole do popisu! Możemy sobie zadawać pytania, czy Magda jest Fellinim, czy Mastroiannim, czy też może jednym i drugim – a może to czytelnikowi mają zostać powierzone obie role – albo przynajmniej ta, odgrywana w oryginale przez Marcella Snàporaza...

W odróżnieniu od filmowego krewniaka „Toruń. Miasto kobiet” nie ma w sobie ani grama oniryczności ni odrealnienia. Wręcz przeciwnie – konsekwentnie odsłaniane są kolejne fragmenty bardzo namacalnej toruńskiej rzeczywistości, by naprowadzić nas jednakowoż na wyłaniającą się gdzieś między wierszami tezę, że tak, że zaiste, Toruń jest miastem kobiet! Książka nie pokazuje jedynie kobiecej strony toruńskiego medalu, ale w sposób zawstydzający moją płeć pokazuje, że jeśli ktoś poważnie w naszym mieście bierze sprawy kultury w swoje ręce, to są to właśnie kobiety. Dokładnie te kobiety, z którymi Magda Wichrowska rozmawia. Bo kto ożywia najważniejszy klub studencki w Toruniu wciąż nowymi ciekawymi inicjatywami? Justyna Bieluch. Kto odważył się zaprotestować przeciwko byle jak skleconemu pod patronatem miasta megaprojektowi strategii kultury? Uczyniła to Joanna Scheuring-Wielgus. Kto stworzył najciekawszy w ostatnich latach klub – będący zarazem inspirującym, nie tylko dla torunian, centrum animacji kultury niezależnej? To zasługa twórczyń Cafe Draże! Podobną wyliczankę mógłbym jeszcze ciągnąć, ale same podane przykłady – szczególnie dla obserwatora naszej lokalnej rzeczywistości z bliska – powinny brzmieć przekonująco. Z jednej strony jest to wiedza – jak już wspomniałem – zawstydzająca panów, z drugiej jednak – może ta książka stanowić ważne źródło inspiracji dla pań. Książka zdaje się mówić: drogie Panie, mimo wszechobecnego w naszym konserwatywnym kraju patriarchatu, nawet w niespecjalnie wielkim mieście sprawy w swoje ręce potrafimy wziąć my i to jeszcze w jaki sposób, z jaką klasą! Więc ten zbiór wywiadów nie powinien obrastać w kurz w toruńskich bibliotekach, ale powinien trafić do jak najszerszego grona odbiorców, a nade wszystko – odbiorczyń. Idealną adresatką byłby nieśmiała kobieta o dużych zdolnościach i potencjale do działania, która jest przekonana, że taka, a nie inna posiadana przez nią płeć zmusza ją do wyciszenia i odstawienia w kąt wszelkich marzeń i ambicji. Książka jej mówi: do dzieła!

Sama problematyka kobieca nie stanowi esencji książki, choć pojawia się w niektórych rozmowach jako ważny wątek. Chyba najbardziej przejmujące są fragmenty wywiadu z Katarzyną Lewandowską, w których opisuje swój proces wyzwalania spod jarzma patriarchatu. Nie był to proces bezbolesny, ale konieczny i potrzebny...

Każda rozmowa koncentruje się głównie na najważniejszych osiągnięciach przepytywanych albo na sprawach, w które są aktualnie najbardziej zaangażowane. W tych z pozoru małych wycinkach kryje się całkiem sporo treści – niejako portret każdej z kobiet, ukazany przez Magdę za pomocą pytań i... aparatu fotograficznego.

A tak o „Toruniu. Mieście kobiet” mówi autorka: „Ta książka to efekt ogromnej potrzeby i chęci rozmowy ze świetnymi dziewczynami. Robią kapitalne rzeczy. Moja rola w tej książce jest znikoma. Ja im po prostu dałam się wygadać”. Mówi też Magda: „Każde spotkanie traktuję jak lekcję. Każdy człowiek, którego spotykam na swojej drodze, czegoś mnie uczy. To, kim dzisiaj jestem, to suma rozmów i spotkań, które są za mną”.



Marek Rozpłoch

wtorek, 5 listopada 2013

Bezwarunkowo


„Unconditional” z 2012 roku – pełnometrażowy, kinowy debiut Bryana Higginsa, długoletniego współpracownika BBC i ITV, dotychczas zaangażowanego w typową dla tych stacji produkcję: seriale, dokumenty inscenizowane, scenariopisarstwo telewizyjne. Na zeszłorocznym toruńskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Tofifest ten nietuzinkowy film miał okazję wystartować w głównej sekcji konkursowej On Air. Gdy piszę te słowa, na krótko przed startem kolejnej edycji, wiemy, że główna nagroda przypadła filmowi „Kuma” w reżyserii Umata Daga. Wiem, iż szanowne Jury pod przewodnictwem Zbigniewa Zamachowskiego dokonało słusznego wyboru, a niniejszy tekst nie ma – rzecz to jasna – na celu podważenia werdyktu, a jedynie stanowi gnuśną, przedfestiwalową refleksję. Pozwolę sobie przytoczyć zdanie, określające metodę selekcji filmów w Międzynarodowym Konkursie Filmów Fabularnych On Air na MFF Tofifest, znajdujące się na oficjalnej stronie internetowej imprezy: „Kluczem autorskiego doboru filmów w konkursie jest ich wspólna prowokacja świeżością filmowego obrazu i sianie intelektualnego fermentu”. Niech ta zadziorna deklaracja pozostanie nam przez chwilę w pamięci.

„Unconditional”. Rzecz rozgrywa się gdzieś na szarym, odpychającym brytyjskim blokowisku, którego mieszkańcy posługują się wulgarną, irytującą angielszczyzną, a stereotypowe, filmoznawcze skojarzenia odsyłają nas do socjal-realistycznych obrazów Kena Loacha, a w najlepszym wypadku do twórczości bystrego Mike’a Leigh. Proszę wybaczyć autorowi zawężenie problemu wyspiarskiego, filmowego realizmu do tych dwóch nazwisk. Choć problem posiada szereg innych kontekstów, to doprawdy trudno wyprzeć się tego trudnego do zdefiniowania (nieco wstydliwego, przyznam), męczącego wrażenia, widząc kolejną filmową kliszę – kolejne opracowanie znanych tekstur w pierwszych scenach filmu Higginsa. Oto na wspomnianym blokowisku mieszka nastoletnie rodzeństwo, Kristen i Owen, opiekujące się schorowaną, przykutą do wózka matką. Młodzież to wulgarna i krnąbrna, może dlatego, że znudzona i zmęczona, może dlatego, że po prostu jest młodzieżą? Czy ma to znaczenie, nie wiem, wiem za to, że jest to para autentyczna, szczera do bólu, niczym te wspaniale realistyczne dzieciaki znane nam z filmów Lukasa Moodyssona. Otóż to cudownie niesympatyczne rodzeństwo potrzebuje pożyczki finansowej. I w tym momencie na scenę ich życia wkracza Liam – przystojny, zamożny, dobrze ubrany i łatwo nawiązujący kontakty kredytodawca. Choć opis ten brnie dalej ku post-neorealistycznej walce ze społeczną niesprawiedliwością, to w sukurs przychodzi ów Liam, który zdradza seksualne zainteresowanie… Owenem. Co ciekawe, film ten wcale nie skręca w tym miejscu ku tematyce funkcjonowania osób homoseksualnych w społeczeństwie, ale zmierza ku problemom ogólniejszej natury. Przebojowy Liam zarazem uwodzi i – paradoksalnie – nie uwodzi Owena, proponuje mu przybranie kobiecego stroju, po czym nazywa go imieniem jego siostry (Kristen), na którą sam nie zwraca absolutnie uwagi. Choć przebieranka ta początkowo ma formę niezobowiązującej, dowcipnej zabawy, to między Liamem a Owenem zaczyna się wytwarzać autentyczna więź emocjonalna. Na „szczęście” dla widza – „niebezpiecznej” natury.

Co zatem proponują twórcy „Unconditional”? Modną, genderową tematykę, propozycję włączenia dzieła filmowego do dyskursu na temat tożsamości płciowej? Owenowi zaczyna się podobać się jego rola. Jako Kristen spędza z Liamem satysfakcjonujące randki. Nasze przyzwyczajenia, dotyczące kina podejmującego wątki transgenderyczne, stawiają widza przed problemem: czy rola kobieca zostaje mu narzucona, czy raczej odkrywa w sobie pierwiastek kobiecy, bądź homoseksualny? Czy jednak próba odpowiedzi na to fundamentalne – jak się zdaje – pytanie nie zepchnęłaby filmu do niszy queer, eliminując go z oficjalnego dyskursu kulturowego? Owszem, Owen początkowo traktuje swoje przebranie z przymrużeniem oka, na zasadzie dowcipu. Lecz dowcip ten pozwala zbliżyć mu się do Liama, uzyskać jego uwagę i, suma summarum, miłość. Dla Liama Owen jako mężczyzna jest nieznośną przeszkodą, jest w stanie zaakceptować go wyłącznie jako Kristen. Ta ich pozorowana relacja jest rzeczywistą tkanką filmu: wspólne wypady do wesołego miasteczka, romantyczne kolacje w ekskluzywnych restauracjach, wypady poza miasto, zakup sukni ślubnej oraz noc w małżeńskim pokoju. Niezależnie od płci, prób transgresji czy czarnego humoru i ironii bohaterów łączy wielka namiętność, a nawet intymność. Okazuje się nagle, że to, co pozornie od normy odbiega, najbliższe jest naszego rozumienia tego, co typowe, normalne, unormowane tradycją. Lecz również w łonie tych scen dochodzi do zaburzeń. Wymienić wystarczy sceny zazdrości Liama o innych mężczyzn, pojawiających się w życiu Owena/Kristen. Natomiast kolejne próby buntu Owena rozumieć możemy dwojako. Jako sprzeciw wobec narzucenia mu kobiecej roli lub – i to wydaję mi się bardziej intrygujące – jako bunt wobec opresyjnego charakteru Liama. Wybierając drugą możliwość – a zarazem zstępując do głębi – dochodzimy do wniosku, iż pasja oraz miłość wypala bohaterów. Daje im żyć, a zarazem im to życie odbiera, co uniwersalizuje film i napędza spektakl bardziej, niż pozorne atrakcje osadzone w tym, co obce i dziwaczne. Związek Liama i Owena jest miłością szaloną par excellance, i to ona, a nie motyw płci, nie pozwala im zrealizować się jako usatysfakcjonowanych kochanków. W ten sposób rozumując, konflikt wewnątrz filmu jest konfliktem w ramach gatunku. To melodramat, którego siłą sprawczą jest miłość. Przynosząca wiele cierpienia i prowadząca na skraj obłędu, ale jednak miłość. Niemożliwa i rozgorączkowana. Jednak – czy modelu tego nie znamy z setek innych melodramatów? Europejski „Unconditional” zbliża się swoją wymową do „Happy Together” Wong Kar-Waia, który jest w swojej istocie melodramatem małżeńskim i jego struktura kieruje nas w stronę dominacji reguł gatunkowych nad wątkiem homoseksualnym. Melodramat postmodernistyczny jawi się więc jako jeden z najbardziej awangardowych gatunków filmowych. Wspomnieć wystarczy o „almodramatach” Pedro Almodóvara, o obecnych odczytaniach klasyka gatunku Douglasa Sirka, czy jego wcześniejszych trawestacjach dokonanych przez Rainera Wernera Fassbindera. Gatunek ten przełamuje dawniej konstytutywną dla niego perswazyjność. Nie jest już nośnikiem ideologii dominującej, oficjalnej, nakazanej. Rozumiemy kino współczesne, postmodernistyczne jako pustą powierzchnię. Jednak, czy tekstura (rozumiana jako warstwa wizualna) musi dominować nad strukturą organizującą dzieło filmowe, jak to ma miejsce w przypadku „Happy Together” czy „Unconditional”? Być może dlatego Owen niszczy wspólne pamiątkowe zdjęcie z Liamem, wykonane w wesołym miasteczku, na którym widnieje w kobiecym przebraniu?

„Unconditional” stara się odpowiedzieć na to pytanie, stawiając po drodze szereg kolejnych. Co, widzu, według Ciebie jest patologią? Transgenderyczny charakter filmu? Może namiętność, stojąca w opozycji do norm kulturowych, których usankcjonowaniem miałoby być małżeństwo? Zajmuj stanowisko, film tego wymaga. „Unconditional” – czyli bezwarunkowo! Jak pisał Georges Didi-Huberman, zajęcie stanowiska to zarówno pragnienie i żądanie czegoś, jak i zaakceptowanie swoich lęków, uosabianych przez obszar swojej niewiedzy. Bezwarunkowo – to nie tylko żądanie Liama wobec Owena, to również żądanie filmu wobec odbiorcy. To dzieło skonstruowane przebiegle, to labirynt interpretacyjny, który z góry zakłada zagubienie potencjalnego widza – Tezeusza pozbawionego nici Ariadny. Próba zrozumienia motywacji Liama jako jednostki zaburzonej kieruje naszą uwagę ku relacji kat – ofiara, którą to z kolei druzgocze potężna ironia tego filmu. Psychopatologiczna interpretacja kłóci się w tym przypadku z tradycją psychoanalitycznej teorii filmu, zastawiając nawet homofobiczne pułapki. „Unconditional” jest filmem nietypowym, nawet jak na swoje czasy. Zajmuje bowiem miejsce nie tylko na ekranie, wymusza również swoją obecność w przestrzeni poza nim.

Czy zatem w tak zdefiniowanej sytuacji takie określenia jak „prowokacja” czy „intelektualny ferment”, charakteryzujące wspomnianą sekcję On Air MFF Tofifest, w której znalazł się „Unconditional”, nie są już pośrednią próbą jego interpretacji? To marketingowe słowa-wytrychy, które mają wabić, a z drugiej strony – mówić wszystko i niewiele zarazem. Nic w tym złego. Lecz zarówno prowokacja, jak i intelektualny ferment, to zjawiska tak samo kuszące, co niepożądane i odpychające. Film Bryana Higginsa zostaje przez to ogołocony, zredukowany do milczących obrazów perwersji seksualnej i dewiacji. Tymczasem to, co w rzeczywistości powinno do nas przemawiać, pozostaje ukryte. Próba nobilitacji okazuje się ponownym zepchnięciem na margines. I z tego marginesu chciałbym zapytać: kiedy będziemy mogli mówić o tego typu filmach jako o filmach o miłości? W tym roku w konkursie On Air MFF Tofifest startuje najnowszy film Tomasza Wasilewskiego „Płynące wieżowce”…


Tekst: Piotr Buratyński
Ilustracja: Materiały organizatora Tofifest

sobota, 10 sierpnia 2013

Zaproszenie do raju



Propozycja o tyle kusząca, że nie dotyczy wyłącznie sprawiedliwych. Do odwiedzin raju specjalnie zachęcać nie trzeba, zwłaszcza osób, które, ceniąc historycznie poinformowane wykonawstwo muzyki dawnej, zetknęły się z działalnością orkiestry Arte dei Suonatori. Festiwal „Muzyka w Raju” odbywa się każdego lata od roku 2003 w znanym także z sesji nagraniowych wspomnianego poznańsko-międzynarodowego zespołu (np. cyklu „La Stravaganza” Vivaldiego z Rachel Podger) barokowym kompleksie poklasztornym o tyleż wdzięcznej, co sugestywnej nazwie Paradyż. Rajska odmienność festiwalowej czasoprzestrzeni uobecnia się na wielu płaszczyznach, nie tylko w nazewnictwie, ale w całościowym charakterze zabytkowego miejsca, jego kameralnym odosobnieniu, sakralnej specyfice urokliwej architektury i wystroju. Jednocześnie narzucająca się od kilku lat – czy to w sklepach z płytami, czy to w ilości i skali festiwali i wytwórni jej poświęconych, czy w eterze radiowej Dwójki – popularność muzyki dawnej, pochodzącej ze świata tak odległego od nas, że całkiem odmiennego, ma coś wspólnego z rajem, do którego chce się wracać. Utracony wraz z niewinnością, przystępny percepcji ogród dźwiękowego bogactwa, rozkwitającego we współbrzmieniu, iście rajskiej harmonii, wabi więc także do lubuskiego Paradyża. Restytuowana – przynajmniej na jakiś czas – harmonia sfer przemawia tu w różnych i – wydawałoby się – nieskończonych wcieleniach muzycznych zwrotów, konwencji, gestów i formuł. W kontemplację tej utraconej, wydawałoby się – bezpowrotnie, harmonii wciąga i wtajemnicza muzyka – „nieświadome filozoficzne ćwiczenie duszy, która nie wie, że filozofuje” – i z tą niewiedzą i z tym filozofowaniem jest jej nadzwyczaj dobrze – jak w raju.

Właściwa festiwalom, jako powracającym co roku świętom, cykliczność czasu wiąże się w tym szczególnym przypadku także z dokonującym się w muzyce dawnej powrotem do przeszłości i – w tej sytuacji oczywistym – dystansem wobec własnej teraźniejszości. Ten ostatni ma walor już choćby czysto dosłowny – wskutek znacznego oddalenia paradyskiego klasztoru od centrów życiowego zagonienia, konieczność przybycia w miejsce tak odosobnione wymusza zawieszenie na pewien czas innych, pozostawionych w domu spraw. Okazuje się przy tym, że „podróż wstecz to także podróż w głąb siebie, odnajdywanie reminiscencji poprzedniej wizyty w przeszłości [...]. Zapętla się czas i zapętla się nasza obecność w historii”, pisze w programie festiwalu jego pomysłodawca, Cezary Zych. Inaczej mówiąc, „czas „odnajdywany”, „odkrywany”, „przywracany” poszerza wymiary naszego istnienia [...]. Zatacza kręgi, tworzy pętle, biegnie wstecz, potrafi się zatrzymać i trwać nieruchomo. [...] zyskujemy możliwość wielokrotnego przeżywania własnego życia i do tego umieszczania go w różnych kontekstach”. Skłaniając nas do zaglądania wstecz, a jednocześnie – w głąb siebie, dawność rozkwitającej nagle przy nas muzyki staje się naszą aktualnością, a do tego wręcz intymnością. Od przeżywania dawności w aktualności czas się zapętla i pozwala uprzedmiatawiać, plastycznie kształtować muzyką – układa się nagle przed nami w barokowe ornamenty, wciąga nas w grę. Doświadczenie tej gry uświadamia wielość wymiarów rzeczywistości i kultury, a tym samym – także względność wymiaru, w którym funkcjonujemy na co dzień. Dystans, jaki daje nam muzyka dawna, umożliwiając przeżywanie dziś – czegoś odległego, jest jedną z przyczyn jej niezwykłej popularności. „Uwalniamy się od przymusu tkwienia w czasie linearnym. Będąc „teraz”, możemy być jednocześnie „kiedyś”, patrząc na siebie z innych perspektyw”. Wielość perspektyw i gra między nimi, odnajdywanie siebie – własnych emocji, wrażeń, intuicji – w oddaleniu, działa jak zabytkowe zwierciadło, a barokowe współgranie wielu wzajemnie połykających się, wykradających sobie nasz obraz luster uwalnia od ciężaru punktu odniesienia, od prawa (czy raczej – obowiązku) ciążenia ku czemuś – wprawia w stan lekkości, która wydaje się rajem, odnalezionym w wędrówce przez lustra. Tropiąc w transie lustrzanej iluzji swoje nieskończone odbicia można zapomnieć, gdzie i kiedy jesteśmy naprawdę, uzyskując nieważkość iście anielską, jaką daje nam dystans wobec obciążających i wiele ważących na naszym życiu spraw. Barokowy wir rekonstruowanego w muzyce czasu wciąga jak rzeka zapomnienia, przyjazną dla umysłu, kuszącą ciągłością i konsekwencją swojego biegu przez lustra, głosy, instrumenty. To niepowtarzalna szansa chwilowego zagubienia się w czasie.

Kontrastowana przez Cezarego Zycha z pracą konserwatora sztuk plastycznych niematerialność rekonstruowanego przez muzyków pierwowzoru otwiera przy tym znowu nieskończone pole wyobraźni. Indywidualność osób, grających dzisiaj, nadpisuje się nad muzyką sprzed wieków. Urzeczywistnione w ten sposób współbrzmienie dawnego z nowym, łatwość pokonywania dystansu przeszłości, dająca jednak dystans wobec aktualności – naszych problemów, pozwala odnaleźć się w otoczeniu aniołów i świętych, zalotnych barokową kokieterią, grą gestów, skierowanych w dodatku do nas – zawsze i niepowtarzalnie.

Ważnym rysem przedsięwzięć Cezarego Zycha i skupionych wokół niego muzyków jest nie tyle sam sposób odtwarzania dawnego brzmienia, ile kreowania atmosfery, do tego zaś – stopień zaangażowania artystów. W ciągu z górą tygodnia kolejne koncerty, nierzadko po trzy dziennie, współtworzy stały, niewielki krąg ludzi, obracający się wokół festiwalu, działający w sferze kameralności, która w idei paradyskich koncertów gra rolę szczególną – specjalnie naznacza przestrzeń, ożywia w niej międzyludzkie niuanse, aż wszystko gra samo z siebie, i nic ani nikt nie jest bez znaczenia. „Myślimy bowiem o kameralności jako o pewnej wyjątkowej relacji pomiędzy człowiekiem a muzyką oraz jako o sieci więzi powstających pomiędzy ludźmi dzięki muzyce i za pośrednictwem muzyki”. Wyjątkowość relacji między nie tak wielką grupą ludzi – muzyków, ale i publiczności, zgromadzonej na kameralnym odludziu, sprawia, że mikrokosmos klasztoru wciela niebiańską harmonię sfer w bardzo ludzkim wymiarze. „Kameralność to zatem droga do intymności spotkania ludzi, którzy sobie coś nawzajem dają [...]. Wykonawcy i słuchacze hipnotyzują się nawzajem”. Nawet jeśli stan raju jest owocem hipnozy, z której wyrwą nas niebawem owoce łatwiej wymierne, a bardziej kuszące, warto może poważyć się doświadczyć tego ogrodu, w przestrzeni pełnej barokowych aniołów, albo – kogo nie stać na aż taki dystans wobec szczelnie uplanowanej tymczasowości życiorysu lub trywialnej pustki ziejącej z paszczy portfela – chociaż ponurzać się w falach radiowej transmisji, przynoszącej z oddali dźwięki smyczkowej burzy. Nikogo nie powinno dziwić, że droga do raju nie należy do najłatwiejszych. Nie każdemu dane się tam dostać. Zawsze jednak dobrze wiedzieć, że jest to – przynajmniej na chwilę – możliwe.



Małgorzata Burzyńska



„Muzyka w Raju”

16–24 sierpnia 2013

Paradyż, www.muzykawraju.pl

środa, 19 czerwca 2013

Das Geburtstagsfoto



Kryzys

Mimo, że to działanie wbrew prawom natury, Marcin Gładych przechytrzył śmierć. W kryzysie wieku średniego okazał się niezwykle twórczy i właśnie z okazji swoich 45. urodzin znalazł sposób na zapanowanie nad przemijaniem własnym i mieszkańców Torunia.

W roku 2008 toruński artysta zainicjował akcję performatywną, polegająca na fotografowaniu torunian, którzy przyjdą do zaimprowizowanych jednodniowych studiów fotograficznych. Tym samym do 2013 roku, na przestrzeni pięciu minionych lat, powstał cykl portretów w czterech odsłonach. Zdjęcia, po najkrótszych wystawach prac artystycznych w mieście, jego mieszkańcy mogli zabrać do domów. I, tym samym, ciała jeszcze pełne dusz rozpierzchły się do domów, niosąc w przyszłość – na wieczną pamiątkę – odbicia swoich wrażeń, twarzy, min, grymasów, póz.

Wskrzeszenie

Fotografia ogarnęła wszystkie aspekty ludzkiego życia, znajdując zastosowanie w absolutnie każdej jego dziedzinie. Wszechobecna – stała się niezauważalna. Gromadzimy zdjęcia i filmy na nośnikach – od telefonów, przez pamieci przenośne, po komputery. Przytłoczeni ilością, nie nadążamy z przeglądaniem zdjęć i ich „konsumpcją” (bo kontemplacja jest słowem już nieznajdującym tu zastosowania). To niedobrze, ale – czy źle, skoro taka okazuje się kolej rzeczy? Mając wyczucie tego, że nowe to dobrze zapomniane stare, i z nieskrytego sentymentu do tego dawnego, Gładych wskrzesił tradycję portretowania.

Kreator

Każda kolejna edycja „Das Geburtstagsfoto” cieszy się rosnącą sympatią i popularnością wśród mieszkańców miasta. Świadomy swojej przemijalności, Gładych spieszy dać z siebie innym jak najwięcej. Tym samym już dziś oglądamy nie tylko pojedyncze fotografie, ale portret miasta – ludzi chętnych do udziału w akcji fotografowania mieszkańców miasta, którzy uczestniczą w tym z pasji i aby być razem, niekoniecznie zarobić – i portret ludzi, którzy „wchodzą” w czyjś nietuzinkowy pomysł.

Właśne przy okazji takich realizacji Toruń pokazuje, że jest czymś więcej, niż „gotyk, piernik, Kopernik”, czymś wykraczajacym poza wyobrażenia urzędowych specjalistów zajmujących się budowaniem wizerunku miasta i definiowaniem jego znaczeń jako „produktu” turystycznego. Nieustannie udowadniają to osoby zajmujące się kulturą – pomysłodawcy, artyści i kuratorzy. Potwierdzają to takie właśnie, oddolne, realizacje twórczych projektów.


Tekst: Magdalena Kus

Zdjęcie: Marcin Gładych






czwartek, 16 maja 2013

Un Poison Violent C'est Ça L'amour






O francuskiej komedii romantycznej progu nowego wieku i jej okolicach



Woody Allen w swoim „O północy w Paryżu” (2001) oraz wcześniejszym „Wszyscy mówią: kocham cię” (1996) oferuje nam stylowe i błyskotliwe komedie z Paryżem jako bohaterem. Jego rola nieszczególnie nas zaskakuje. Wygrywa cały repertuar sprawdzonych numerów, wśród których znajdzie się spacer sekwańskimi bulwarami, rzut oka na miejskie dachy, kawiarenki, a w nich chrupki croissant z migoczącą wieżą Eiffle’a w tle. Idealna sceneria dla zakochanych. Niemniej tego typu wizję może roztaczać folder taniego biura podróży, które ulegnie likwidacji nim my zdołamy powrócić z organizowanej przezeń wycieczki (Allen zdaje sobie z tego sprawę). Jeśli jest to Paryż zakochany, to jest to Paryż narcystyczny. Zapatrzona w swoje odbicie stolica mniema, że jest synonimem kraju. My, ludzie z zewnątrz, obcy, turyści, podróżnicy, kinomani przyglądamy się również temu odbiciu i widzimy to, co chcemy widzieć. Nasze oczekiwania muszą zostać spełnione. W tym momencie na scenę wchodzi kolejny bohater, a zarazem wielki uwodziciel: kino. Film francuski również wywołuje szereg skojarzeń. Stylowe, romantyczne, subtelne, artystyczne. Co to znaczy i przede wszystkim jak sprawdza się to wyobrażenie w zderzeniu z rzeczywistą produkcją filmową ostatnich lat? Zapraszam do przeczytania kilku refleksji skupionych wokół gatunku, przed którym polski widz wzdryga się i ucieka w czułe objęcia Ingmara Bergmana. Refleksji o komedii romantycznej.

Komedia z wątkiem miłosnym ma we Francji tradycję niezwykle długą. Ma chwile swojej świetności czy to u René Claira, czy to mistrzów La Nouvelle Vague jak Eric Romer czy François Truffaut. Ku melodramatowi i komedii romantycznej zwracał się chętnie w ostatnich latach Alain Resnais. Oprócz kina autorskiego lansowanego przez krytykę zawsze jednak funkcjonowało popularne kino schlebiające gustom szerszej publiczności, o czym widzowie z zewnątrz chętnie zapominają. To kino autorów pozwoliło jednak na wypracowanie pewnego stylu komedii romantycznej opierającego się paradoksalnie na niejednoznaczności gatunkowej. Na początku XXI wieku międzynarodowy zachwyt i ponowny zwrot krytyki ku formule lekkiej i przyjemnej nie pozbawionej zarazem wartości artystycznej przypisuje się „Amelii” (2001) Jean-Pierre’a Jeuneta. Reżyser dotychczas lubujący się w mrocznej, postmodernistycznej grotesce zwrócił się ku ciepłej i błyskotliwej narracji, która uczyniła z Audrey Tautou gwiazdę wielkiego formatu. „Amelia” ustanowiła nowy paradygmat komedii romantycznej, przewartościowała go również na tyle, byśmy pragnęli więcej tego samego. W rzeczywistości filmy „Ameliopodobne” to kropla w morzu produkcji. Ta w rzeczywistości jest zunifikowana i szablonowa, często nie odróżniająca się od realizacji hollywoodzkich. Język bohaterów oraz sceneria chce, abyśmy myśleli o nich jako o realizacjach bardziej ambitnych i osobnych. To oczywiste zwodzenie widza. I tak gros produkcji francuskiej nie jest wolne od bolesnych klisz. W scenach finałowych bohaterowie pędzą po pustej drodze ku sobie, by w objęciach wyznać uczucie. Nim do tego dojdzie musi nastąpić zderzenie dwóch różnych osobowości, seria gagów i pomyłek (screwball comedy ma się dobrze), rodzi się uczucie „i myk! i koniec jest”, jak mawiał Zdzisław Matlakiewicz w „Jak to się robi”.

Ciekawą sprawą jest, że rewolucja obyczajowa przełomu lat 60-tych i 70-tych, która ukształtowała postępowe, lewicujące i poprawne politycznie francuskie społeczeństwo, nie często znajduje odzwierciedlenie w scenariuszach. Kontrast między dwójką bohaterów rozgrywa się nie tylko na poziomie charakterów, ale również na poziomie różnic statusu materialnego. Motyw ten rodzi się w Stanach Zjednoczonych w latach 30-tych i ma być opium dla mas na czasy wielkiego kryzysu. Czy podobną rolę spełnia on we Francji w czasach europejskiego kryzysu gospodarczego? „La doublure” (2006) znanego polskim widzom Francisa Vebera opowiada o losach ubogiego parkingowego François Pignona, który przez przypadkowe zdjęcie z tabloidu oraz intrygę miliardera (Daniel Auteuil) jest zmuszony zamieszkać z jego kochanką, top modelką Eleną. Pignon zakochany w równie ubogiej sprzedawczyni (Virginie Ledoyen), która odrzuciła jego zaręczyny. Robi więc wszystko, by ją odzyskać. Zderzenie świata klas uprzywilejowanych z przeciętnymi, paryskimi mieszczanami nie wywołuje poważniejszych reperkusji poza uczuciowymi. Cyniczny porządek klasowy zostaje zachowany, a widzom pozostaje cieszyć się szczęściem bohaterów. „Mon pire cauchemar” (2011) w reżyserii Anne Fontanie („Nathalie…” [2003]; „Coco Chanel” [2009]) zderza oschłą i beznamiętną kuratorkę sztuki (w tej roli nie kto inny, jak Isabelle Huppert) z prostolinijnym aż do wulgarności i chamstwa alkoholikiem (brawurowy Benoît Poelvoorde). Do ich spotkania dochodzi przez przyjaźń ich dzieci oraz remont, który Poelvoorde wykonuje w jej mieszkaniu. Brak jest między nimi śmiałych deklaracji uczucia. To ona odkrywa w sobie stronę skłonną do niskich rozrywek. Finałowe pojednanie dwójki bohaterów nie ma miejsca na autostradzie skąpanej w strugach deszczu, a w galerii sztuki nowoczesnej, gdzie podziwiają konceptualną fotografię, którą nieokrzesany bohater ozdobił znanym i prostym graficznie rysunkiem męskiego przyrodzenia. Subtelniej rozgrywa się „La délicatesse” (2011) z Audrey Tautou i François Damiensem. Po śmierci męża Natalie poświęca się pracy w francusko-szwedzkiej korporacji. Pewnego dnia spontanicznie całuje Markusa, nieśmiałego i nieatrakcyjnego Szweda ze swojego zespołu. Niejasny status korporacyjnego romansu oraz społeczne niezrozumienie ich wzajemnej fascynacji prowadzi do ostracyzmu i próby jego przezwyciężenia.
Komedia romantyczna nie jest wolna także od seksizmu i krzywdzącego wizerunku kobiet. „De l'autre côté du lit” (2008), w którym Sophie Marcelu i Dany Boon zamieniają się rolami (ona postanawia zająć pozycję męża w prężnie działającej korporacji, on zajmuje się dziećmi, domem i handlem biżuterią) nie jest wolna od płciowych stereotypów utwierdzających w rzeczywistości patriarchalny porządek kultury. W komedii „Prête-moi ta main” (2006) utrzymanej nieco we włoskim stylu starzejący się kawaler Luis Costa (Alain Chabat) osaczony przez matkę i liczne siostry zostaje zmuszony do małżeństwa (rodzina ta jest karykaturą liberalnej demokracji idealizowanej po 1968). Postanawia więc zapłacić siostrze przyjaciela (Charlotte Gainsbourg), by udawała narzeczoną, która zniknie w dniu ślubu, a udawane rozczarowanie pozwoli zachować Luisowi niezależność. Opresyjny matriarchat jednak nie odpuszcza. Na szczęcie niezależnie rodzące się uczucie odwraca uwagę od jego ostatecznego potępienia. Natomiast stereotyp „słodkich idiotek” (usprawiedliwiony nieco próbą ratowania ich z nieszczęśliwych związków) pokutuje w „L'arnacoeur” (2010) o zawodowym uwodzicielu (utalentowany Romain Duris w jednej ze swoich najsłabszych kreacji) zmagającym się ze swoim najtrudniejszym zleceniem. Podobnie sprawa ma się z nowelowym filmem „Les infidèles” (2012) podpisanym między innymi przez laureata Oscara Michela Hazanaviciusa. Dwie ambitne opowiastki giną jednak w ordynarnych obrazach (na uwagę zasługuje jedynie groteska Jana Kounena w charakterystycznym dlań stylu).

Nie oznacza to, że nie istnieją próby twórczego przezwyciężenia utartych schematów. Twórcy „À la folie... pas du tout” (2001) z Audrey Tautou bawią się konwencją komedii romantycznej, wywodząc widza w pole – czy istnieje romans, który jest nam opowiadany? Znakomity scenariusz nie doczekał się równie sprawnej reżyserii, lecz mistyfikacja pojawia się już na poziomie promocji i dystrybucji filmu. W „Dieu est grand, je suis toute petite” (2002) poszukiwanie miłości splata się z poszukiwaniem duchowości w laicyzującym się społeczeństwie. Do metafory zbliża się błyskotliwie zabawny „La vie d'une autre” (2012) w reżyserii znanej aktorki Sylvie Testud. Marie (Juliette Binoche) po swoich 29-tych urodzinach budzi się w obcym mieszkaniu. Po pewnym czasie orientuje się, że zapomniała kilkanaście lat życia, podczas którego wyszła za mąż, urodziła syna i zajęła wysoką pozycję społeczną. Oglądamy Binoche, jakiej dotąd nie zwykliśmy widzieć, kreującą bohaterkę rodem z komedii slapstickowej, nadekspresyjną, a zarazem zagubioną. Film zbliża się do refleksji nad próbą powrotu do lat szczęścia, naprawy życia małżeńskiego, chęcią puszczenia w niepamięć popełnionych błędów.

Istnieje jednak współczesne kino autorskie chętnie eksploatujące pole komedii romantycznej. Indywidualny styl zmusza reżyserów do uważnego podejścia do konwencji. Objawieniem jest twórczość Emmanuela Moureta, autora mającego na swoim koncie 8 filmów. Mouret nie tylko jest reżyserem i scenarzystą swoich filmów, ale i aktorem wcielającym się w głównych bohaterów. Kreowana przez niego postać ma coś z nieśmiałości Bustera Keatona, niezaradności Allena czy nawet egoizmu Antoine’a Doinela. W jego najważniejszych filmach, do których zaliczę „Changement d'adresse” (2006), „Un baiser s'il vous plaît” (2007), „Fais-moi plaisir!” (2009) i „L'art d'aimer” (2011), sytuacje, wydarzenia, zarówno te prowokujące gagi, jak i te napędzające wątki romantyczne, rozgrywają się jakby poza bohaterami. Wszelkie kalkulacje nie mają sensu wobec spontanicznych gestów i pocałunków. Krytyka słusznie wśród inspiracji Moureta wymienia Rohmera, Truffauta i Allena. Urodzony w 1970 roku filmowiec jawi się jako jedna z najciekawszych, najbardziej obiecujących postaci nowego kina francuskiego. O 9 lat starszy od niego Cédric Klapisch już od lat 90-tych błyskotliwie miesza konwencję komedii obyczajowej z wątkiem romantycznym. W „Chacun cherche son chat” (1996) młoda Chloé (Garance Clavel) poszukuje, jak sugeruje tytuł, nie tylko zaginionego kota. Popularny „L'Auberge Espagnole” (2002), którego akcja rozgrywa się wśród studentów Erasmusa, porusza wątek ucieczki przed dojrzałością w sposób bardziej uproszczony niźli zrobił to Klapisch w 1999 roku w „Peut-être”, fantastycznym połączeniu komedii romantycznej z filmem sci-fi. Podczas sylwestra 1999/2000 Arthur (Romain Duris) przez otwór w suficie toalety dostaje się do zasypanego piaskiem, przypominającego arabskie targowisko Paryża roku 2070. Okazuje się, że zwabił go tu jego syn Ako (Jean-Paul Belmondo). Jeśli Arthur w noc sylwestrową odmówi seksu swojej dziewczynie Ako, nigdy się nie narodzi. Zniknie, a wraz z nim jego dzieci i wnuki. Opus magnum Klapischa jest „Paris” (2008), portret miasta i jego mieszkańców, ich rozterek, dramatów, romansów i namiętności. Do swojej śmierci w styczniu 2009 roku błyskotliwymi filmami zaskakiwał nas Claude Berri. „L'un reste, l'autre part” (2005) to historia dwóch przyjaciół (Daniel Auteuil i Pierre Arditi), ich żon i kochanek. Celne obserwacje obyczajowe, doskonałe kreacje aktorskie i nieschlebianie niskim oczekiwaniom to cecha charakterystyczna Berriego. O krok dalej poszedł w popularnym „Ensemble, c'est tout” (2007) z Audrey Tautou, Guillaume’em Canetem i nagradzanym Laurent Stockerem. Poczucie bezsilności młodych ludzi wobec współczesnego świata sprowadza ich nie tylko do strachu przed nędzą finansową, ale i uczuciową. Berri, Klapisch i Mouret balansują pomiędzy gatunkami. Coś, co przez dystrybutorów zostanie nazwane komedią romantyczną, wychodzi ku formułom nowym i ożywczym. Bo czy w rzeczywistości da się na ten temat powiedzieć coś ważnego, unikając pewnych dramatycznych kroków i śmiałych rozwiązań scenariuszowych?

Oto granica. To do tego momentu możemy mówić bez naginania faktów o komedii romantycznej. Lecz przyznam, że chwilami nie przychodziło mi to z łatwością. Fakt, ostatnie tytuły zbliżają się ku filmowi obyczajowemu. Tu szukajmy wartości, z którymi film francuski kojarzy nam się od pół wieku. Nie brak utalentowanych, młodych autorów pełnych błyskotliwych spostrzeżeń. Jest tandem Jean-Pierre Bacri i Agnes Jaoui, Bruno Podalydès i Arnaud Desplechin. Nie jestem pewien, gdzie, w których dziełach szukać poruszeń serca i wzruszeń. Intuicja podpowiada mi jednak, gdzie szukać poruszeń dwukomorowego, centralnego narządu układu krwionośnego położonego w śródpiersiu środkowym, wewnątrz worka osierdziowego. Bądźmy nieufni, a mit romantycznej Francji legnie w gruzach, pozostawiając fundament, na którym buduje się ponownie ważne, europejskie kino.

Tekst: Piotr Buratyński
Ilustracja: Karol Barski

piątek, 26 kwietnia 2013

B.I.B., czyli Czarne Jest Piękne



Na projekt Black Is Beutiful Kanadyjczyka Allistera Lee trafiam przypadkiem i od razu docierają do mnie pozytywne wibracje. Przypadkiem, bo chociaż używam czarnego markera tu i ówdzie, nie mogę nazwać siebie w tej kwestii pasjonatką. Sprawa ma się inaczej dla Lee, który z tematu czarnego markera uczynił życiowe przedsięwzięcie.
Projekt istnieje od ponad dekady, a powstał całkiem naturalnie. W pudełku po butach służącym za przybornik zebrało się nagle uderzająco dużo czarnych markerów. Allister zaczął powiększać i katalogować zbiór, przenosząc go na blog w postaci rysunków poszczególnych pisaków. „Czarny marker jest wszechstronnie użyteczny, niedrogi i szeroko dostępny, jest też czymś, czego używam na porządku dziennym w procesie tworzenia – do szkicowania, robienia notatek, wykończenia prac. Dla mnie idealny przedmiot do zbierania”. Wydawałoby się, że to pomysł z pogranicza obsesji, na dodatek mało odkrywczy. Jednak, obok samej kolekcji przedmiotów, temat czarnego pisaka swobodnie rozwija się na pograniczu sztuki, designu, grafiki i komiksu. 
Po pierwsze więc: rośnie baza danych o czarnych markerach całego świata, zdobytych w sklepach papierniczych i artystycznych, na ebayu, na targowiskach i od znajomych. Tu trzeba zwrócić uwagę na dbałość, z jaką każdy marker w kolekcji opatrzony jest kompletem zdjęć naturalnej wielkości oraz uwagami, co do sposobu jego użytkowania. Wizualnie wygląda to nowocześnie, elegancko i przejrzyście, jak na rasowego grafika przystało: białe tło, wyraziste kontury flamastrów i oszczędny tekst pisany ładną czcionką. Katalog umożliwia szukanie alfabetyczne lub według słów kluczowych, są też kategorie obejmujące stare markery o wartości muzealnej oraz podróbki znanych marek. Czarno na białym przemówi to do profesjonalnych użytkowników czarnego markera, ale intuicyjna obsługa pozwala każdemu przygodnemu laikowi swobodnie wędrować po zbiorze zdjęć.
To jednak nie koniec Black Is Beautiful, a właściwie to dopiero początek. Krążąc po stronie projektu, bardzo szybko trafiamy na jego kolejne odsłony. Najpierw świetny plakat „500 markers”, a więc 500 pisaków w jednym ujęciu. I tu znów – niby nic, ale to ciekawy powrót do korzeni kolekcji. W tym pomyśle marker jest równocześnie środkiem i celem, każdy element plakatu został najpierw w ciągu kilku lat nakreślony odręcznie w naturalnej wielkości, po czym z kolażu jednostkowych prac powstała całość. Prostota takiego manewru ujmuje; w dobie wszechobecnej cyfrówki Lee popłynął tu pod prąd i sam uwiecznił swoją kolekcję krok po kroku i to na najzwyklejszym szarym papierze. Po plakacie trafiamy na grafiki, wśród których jest na przykład „czarne” ujęcie komiksowych superbohaterek. Z grafik powstają dalej naklejki i projekty spodów deskorolek, kupić można też T-shirty zakreślone czarnymi kreskami o różnych grubościach. Całości dopełnia animacja kroczącego markera, upamiętniająca założenie projektu. Składa się na nią 16 ręcznie rysowanych, ponumerowanych i sygnowanych klatek, które również wystawione są na sprzedaż. 


Black Is Beautiful powstał prozaicznie, ale cały czas się rozwija dzięki elastycznej kreatywności młodego artysty. „Uncapped” – „odkryty”, czyli całkiem nowa zakładka w projekcie, co miesiąc przedstawia wywiad przeprowadzony z innym profesjonalnym użytkownikiem czarnego markera. Jak mówi Allister: „łączy to kropki pomiędzy ludźmi i ich sposobem na użycie czarnego markera w życiu codziennym”.
Dziś w kolekcji jest 141 markerów, 9 kolejnych zasila zbiór każdego tygodnia. Taka determinacja i pasja dają pewność, że zgromadzone dotychczas 750 pisaków trafi kolejno na listę Black is Beautiful. Przy takim tempie starczy to zaledwie na kolejny rok, ale czarny marker Allistera Lee żyje już dziś własnym – i to całkiem barwnym życiem.  Nie wiadomo, co dokładnie z projektu jeszcze wyniknie, ale to właśnie stanowi o sensie tej kreatywnej przygody. To niewątpliwie historia obsesji, ale jakże łagodnej i zaprzężonej do twórczych celów. We wciąż rosnącym, międzynarodowym zbiorze czarnych flamastrów widać pomysłowego młodego artystę, robiącego coś z niczego, całkowicie po swojemu i w godny podziwu sposób. Zainspirowana takim przykładem, inaczej teraz spoglądam na własne małe kolekcje niczego ważnego, a gdy znów wpadnie mi w ręce czarny marker, na pewno sprawdzę czy Allister Lee już taki ma na swojej liście. 
              


Tekst: Karolina Wiśniewska  

wtorek, 26 marca 2013

Gry dla dorosłych


Rok 2012 może się okazać kluczowym w historii gier wideo. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na wszelkiego rodzaju zestawienia najlepszych tytułów roku. We wszystkich najważniejszych króluje gra Journey na konsolę PlayStation 3. Zbiera nagrodę za nagrodą. Gdyby podliczyć prestiżowe wyróżnienia, jakie dotąd otrzymała, okazałoby się pewnie, że to jeden z najlepiej ocenianych tytułów w historii gier komputerowych i konsolowych. Cały problem w tym, że Journey to, zdaniem wielu, w zasadzie nie gra. Należy do bardzo specyficznego nurtu, rozwijającego się już od dawna, ale dopiero ostatnio na dobre zauważonego przez zajmujące się grami media. Robocza (i pewnie tymczasowa) nazwa tego zjawiska to „nie-gry” (notgames). Kiedy „nie-gra” zostaje grą roku, wiadomo, że dzieje się coś bardzo ciekawego.

Czym różni się „nie-gra” od zwykłej gry? Odrzuca większość rzeczy, które kojarzą nam się z pojęciem gry wideo i gry w ogóle. Nie chodzi w niej o wyzwania, którym trzeba stawić czoła. Nie zdobywa się kolejnych umiejętności, które się potem wypróbowuje. Brak tu motywacji w postaci wygranej – w „nie-grze” jasno zdefiniowane zakończenie rzadko wynagradza trud gracza. Czasami twórcy zupełnie z niego rezygnują.  Nie ma tu miejsca na osiągnięcia i rywalizację. Nie ma pędzącej przed siebie akcji, która ma nie dopuścić do tego, żeby gracz choć przez chwilę się nudził. Nie ma przemocy. Chodzi po prostu o zanurzenie się w doświadczeniu, które może po jednym odbiorcy spłynąć jak woda po kaczce, ale innego może zachwycić, albo nawet zmienić jego sposób myślenia.

Początki ruchu „nie-gier” można upatrywać w działalności dwóch małych firm – thatgamecompany i Tale of Tales. Założycielem pierwszej jest urodzony w Szanghaju, a obecnie mieszkający w USA Jenova Chen. W roku 2005, jeszcze jako student, stworzył grę Cloud. Opowiada ona o chorym dziecku, które z ciasnej sali szpitalnej ucieka w świat wyobraźni, gdzie w piżamie lata po niebie, ciągnąc za sobą chmury i układa je w wymyślne wzory. Pojawiają się tu luźno zdefiniowany cel (ułożenie danego kształtu), ale to tylko dodatek do przyjemności czerpanej z latania i rozsypywania chmur po niebie jak piasku mandali (skojarzenie o tyle na miejscu, że sam Chen określa swoje dziełka jako „gry Zen”).  Kolejne gry założonej przez Chena firmy thatgamecompany trzymały się podobnych rozwiązań. We flOw gracz wciela się w stopniowo ewoluujący organizm pływający przy akompaniamencie kojącej muzyki po kolejnych piętrach rodzącego się w praoceanie życia. We Flower kierujemy wiatrem niosącym płatki kwiatów, dzięki którym rozkwitają łąki i pola. Journey to obraz tajemniczej pielgrzymki w kierunku umieszczonej na horyzoncie góry; kierowana przez gracza postać najpierw biegnie przez przesypujący się pustynny piasek, a potem uczy się nad nim szybować w długich skokach. Zawarte w grze wytłumaczenie, skąd wzięły się napotykane co krok, częściowo zasypane monumentalne ruiny, jest bardzo skromne. W Journey przestrzeń staje się symbolem – może pracy, może rozwoju, może drogi duchowej. Nie istnieje, jak w wielu innych grach, po to, żeby ją pokonać – tylko po to, żeby się nią delektować.

Drugim kluczowym ogniwem ruchu „nie-gier” jest belgijski duet Tale of Tales, tworzony przez małżeństwo artystów, Aurieę Harvey i Michaëla Samyna. O ile gry Jenovy Chena mają na celu przede wszystkim piękny, medytacyjny relaks, Harvey i Samyn mają dużo większe ambicje intelektualne. Ich najciekawszym projektem jest Fatale, błyskotliwa adaptacja Salome Oscara Wilde’a, w której okazuje się, że charakterystyczny dla gier język eksploracji i interakcji świetnie nadaje się do dyskusji z literaturą i z teatrem. Bo Fatale to nie streszczenie tekstu Wilde’a, a rozmowa z nim – to najlepszy rodzaj adaptacji. Innym ważnym tytułem Tale of Tales jest The Path – wariacja na temat opowieści o Czerwonym Kapturku. Tu wilk nie jest potworem, którego należy uniknąć, ale bolesnym doświadczeniem inicjacyjnym, przez które trzeba przejść. Dla każdej z kilku bohaterek, dziewcząt w różnym wieku, przyjmuje inną postać. Dla starszej może nim być brutalny partner, dla młodszej – powoli budząca się świadomość, że każdego czeka śmierć. Najnowsza produkcja Tale of Tales, Bientôt l’été, to oparty na twórczości Marguerite Duras symboliczna historia o miłości i kryzysie komunikacji. Główna postać – kobieta lub mężczyzna – błąka się po nierealnej, opustoszałej plaży, zbierając z piasku cytaty z powieści Duras. Potem, w nadmorskim hoteliku, łącząc się przez Internet z innymi graczami, próbuje za ich pomocą prowadzić przypominającą grę w szachy rozmowę z ukochaną osobą, w której po pewnym czasie kończą się i możliwe ruchy, i perspektywy porozumienia. To chyba najlepszy interaktywny odpowiednik kultowego filmu Zeszłego roku w Marienbadzie Alaina Resnais.

Jednym z kluczowych przykładów nie-gry jest Dear Esther firmy Thechineseroom. Początkowo była to darmowa modyfikacją do gry Half-Life 2, potem, ze znacznie poprawioną grafiką, została wydana jako samodzielny tytuł. Na pierwszy rzut oka celem gracza jest samotna włóczęga po wyspie, której surowy krajobraz przywodzi na myśl Hebrydy czy Bergmanowskie Faroe. Od czasu do czasu rozlega się głos tajemniczego narratora, opowiadającego fantastyczne historie. Dopiero po pewnym czasie okazuje się, czego właściwie dotyczą. Wyspa nie jest przestrzenią realną – chodzimy po zakamarkach pamięci, która próbuje sobie poradzić z doświadczeniem straty i samotności, tworząc opowieści krążące wokół minionej traumy. Dear Esther to rozpisany na pedantycznie szczegółowe obrazy skał, źdźbeł trawy i jaskiniowych stalaktytów obraz żałoby. To również jedna z pierwszych „nie-gier”, które wywołały w zajmujących się grami mediach żywiołową dyskusję na temat tej formy.

Nie wszystkie „nie-gry” oddziaływają na odbiorcę melancholijnym spokojem. Little Inferno firmy Tomorrow Corporation to dzieło Kyle’a Gablera, którego twórczość przywodzi na myśl najlepsze lata Tima Burtona – jest groteskowa, zabawna i nieprzewidywalna, bo jak dziecięca wyobraźnia płynnie łączy baśniowość i humor z makabrą i śmiertelną powagą. Przestrzeń gry prawie do samego końca nie wykracza poza nowy, przebojowy gadżet dla dzieci: Rozrywkowy Piecyk „Małe Piekiełko”, w którym można do woli palić zabawki kupowane ze specjalnych katalogów. Ogień przepięknie pochłania kolejne przedmioty – zabawa jest świetna, do chwili, kiedy wkracza w nią niepokój wraz z zabawkami takimi jak „Starsza pani (pewnie niedługo umrze)” albo „Moje obrazy”, dzięki którym można spalić w piecu dowolne zdjęcie z dysku komputera lub profilu na Facebooku, z adnotacją: „Możesz spalić obrazek, ale nie wspomnienie”. Niepokojące znaczenia mnożą się i zderzają ze sobą (alkohol+tabletki dla samotnych kobiet? Proces sądowy+cudza karta kredytowa?), a Little Inferno z beztroskiej zabawy zmienia się w złośliwą, miejscami brutalną, ale trafną diagnozę kultury, w której życie krąży wokół żądzy kupowania i żądzy zużywania. Zakończenie – którego nie wyjawię – to piękne, choć nieco ironiczne katharsis, chyba najsilniejsze, jakiego doświadczyłem w grze wideo.

Tytułów można by wymieniać jeszcze mnóstwo – od Thirty Flights of Loving, zwariowanej, bawiącej się chronologią parodii filmu sensacyjnego, która nagle okazuje się historią o dojmującej stracie, po The Snowfield, wstrząsający, choć przecież symboliczny, obraz pobojowiska, który mówi o istocie wojny więcej niż wszystkie gry wojenne razem wzięte. Ważne miejsce wśród „nie-gier” zajmuje też polski akcent – Datura, produkcja docenionej przez Sony łódzkiej grupy demoscenowej Plastic, współczesny moralitet luźno oparty na kolejnych stacjach Drogi Krzyżowej.

Prawdę mówiąc, zjawiska podobne do „nie-gier” to żadna nowość. Gdy spojrzeć w historię gier wideo, można w niej znaleźć wiele tytułów, które mogłyby z powodzeniem zostać zaliczone do tej kategorii, takich, jak na przykład The Residents: Bad Day on the Midway czy Gadget: Past as Future z połowy lat 90-tych. Zwykle szybko znikały z rynku jako produkcje niszowe, zbyt ambitne dla przeciętnego odbiorcy. Teraz, po wielkim sukcesie Journey, dużo trudniej zamieść je pod dywan. I trudniej myśleć o grach wyłącznie jako o niezbyt rozwijającej formie rozrywki dla niespecjalnie dojrzałych, którą już od dawna nie są.

Tekst: Paweł Schreiber

poniedziałek, 25 marca 2013

Toruń się śmieje



Nasz mózg to świetna wyszukiwarka. Wszystko, co kiedyś do niego "wgramy", może do nas powrócić w zaskakującej formie. Przykładowo, kiedy słyszymy słowo "śnieg", każdy z nas pierwsze skojarzenie ma takie samo - w wyobraźni widzimy biały puch spadający z nieba lub leżący pod naszymi stopami. Jeżeli temat pociągniemy dalej, przekonamy się, że każdy z nas zacznie budować osobistą sieć skojarzeń, nie zawsze zrozumiałą dla innych. Dla mnie śnieg to góry i zimowe obozy wędrowne. Dla Ciebie, Drogi Czytelniku, może to być coś zupełnie innego. Wystarczy więc "wpisać" jakieś hasło i obserwować, jaką reakcję skojarzeniową wywoła.

Branie udziału w improwizowanej scenie jest czymś więcej niż pozwalaniem na "wpisywaniem" kwestii przez twoich partnerów scenicznych do twojej osobistej wyszukiwarki i dodawaniem do tego czegokolwiek, co twój mózg wymyśli. Nie jest to jedynie wymyślanie absurdalnych gier słownych, które wydają się śmieszne. Całkiem dużo rzeczy wyzwoli twoją reakcję na wcześniejszą akcję, wpasuje się w ogólny charakter sceny i będzie zabawne. Zabawne, ponieważ będzie szybką i przede wszystkim spontaniczną reakcją, która buduje jakiś sens. Sens ten jest czasami trudny do zdefiniowania, ale istnieje.

Jedną z podstawowych zasad improwizacji jest słuchanie. Musisz uważnie słuchać kwestii swoich partnerów scenicznych. „Słuchanie daje ci możliwość brania udziału w konkretnej sytuacji stworzonej przez pozostałych aktorów i wydobycie z niej puenty” – mówi Mateusz Świerski, współtwórca pierwszej toruńskiej Grupy Improwizacyjnej „TERAZ”. Grupa powstała w listopadzie zeszłego roku i póki co ma za sobą trzy występy na scenie toruńskich klubów: „Carpe Diem” i Klubu Muzycznego "Bunkier". Tworzy ją siedem pozytywnie nakręconych osób – studentów, bezrobotnych, informatyków, filozofów, kulturoznawców i pedagogów. Jak powstał sam pomysł na stworzenie takiej inicjatywy? Zupełnie przez przypadek. Mateuszowi już od jakiegoś czasu chodził po głowie pomysł grupy kabaretowej, której występy byłyby ściśle związane z reakcją publiczności. Któregoś dnia, po jednym ze stand-up'ów (komediowej formy artystycznej w postaci monologu przed publicznością) Mateusza i Huberta, wywiązała się rozmowa na temat kabaretowych form scenicznych. Zaczęliśmy drążyć temat, dorzucać kolejne pomysły, kolejne gry improwizacyjne i nagle okazało się, że znalazły się osoby, które chcą się tym zająć. Ba, już na pierwszym naszym występie, zjawiła się spora grupa słuchaczy.

Później było już z górki. Dostawaliśmy wiele wiadomości od odbiorców, którym spodobała się taka forma i wiadomość o naszych występach jakoś się rozeszła. „Z każdym kolejnym programem mamy coraz więcej przypadkowych słuchaczy, którym podoba się to, co robimy” – opowiada Marcin Walentynowicz, menager Grupy. Oprócz Mateusza i Marcina, grupę „TERAZ” współtworzą Małgorzata Drążek, Hubert Kotarski, Daniel Jadczak, Kornel Wawrzyniak i Filip Janików. Pomysły czerpią m.in. od innych grup z dłuższym stażem, takich jak ekipa „Whose Line Is It Anyway”, „Ad Hoc”, „Klancyk”, czy „Siedem Razy Jeden”. Przede wszystkim jednak motorem napędowym i głównym twórcą występów jest obecna na nich publiczność. „Publiczność jest dla nas największą inspiracją. My opracowujemy reguły danej gry i jakieś ogólne ramy, ale to nasi słuchacze dają nam sugestie odnośnie szczegółów, takich jak miejsce, w którym scenka ma się dziać, czy charakter odgrywanych przez nas postaci. Czasami potrafią nas zaskoczyć absurdalnością pomysłów i twórczą spontanicznością. Pokazuje to, że publiczność odbiera na podobnym poziomie i potrafi wczuć się w nasze poczucie humoru. Istnieją takie gry, których sama struktura sprawia, że prawie zawsze dobrze wychodzą, ze względu na środki, którymi się posługujemy. Jednak największą frajdę sprawiają nam zazwyczaj scenki z pozoru proste, w których to twórcze myślenie publiki buduje humor i oryginalność” – mówi Mateusz.

Publiczność na występach improwizowanych czerpie przyjemność z patrzenia na to, jak improwizatorzy dają z siebie wszystko na scenie. A co daje to samym występującym? Przede wszystkim frajdę z tego, co robią. Jak sami twierdzą, próby, podczas których wymieniają się pomysłami, są dla nich odskocznią od „szaroburowości”. A przecież każdy trochę tego śmiechu potrzebuje. Mateusz przyznaje, że sam jest zaskoczony efektami pracy „TERAZ”. „Wiele się od siebie nawzajem uczymy. Przede wszystkim jest to skuteczna komunikacja, swobodne wystąpienia publiczne, większa spontaniczność i szybsze reagowanie na zmiany. Wielu rzeczy już się nauczyliśmy, ale ciężka praca jeszcze przed nami. Mamy kilka pomysłów, ale dajemy im jeszcze pooddychać. Jednym z nich jest stworzenie Toruńskiego Kolektywu Komediowego. Nie zależy nam jedynie na byciu zabawnymi. Chcemy wciągnąć w naszą grę toruńską publiczność i sprawić, żeby potrafiła śmiać się z nas i z siebie” – przyznaje.

Gdy weźmiesz codzienność i odwrócisz ją do góry nogami, ludzie będą się śmiali. Każde, nawet najbardziej prozaiczne zdarzenie, może stać się źródłem inspiracji. Warto więc chyba przekonać się o tym, że potrafimy śmiać się z samych siebie i dać się wciągnąć w pokręcone pomysły Grupy Improwizacyjnej „TERAZ”. Przecież i śmiech niekiedy może być nauką.


Więcej informacji:
https://www.facebook.com/TGITeraz
https://www.facebook.com/stand.up.torun


Małgorzata Drążek

Zdjęcie: Izabela Terebińska