Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Rozpłoch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Rozpłoch. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 maja 2014

Kultura, społeczeństwo... polityka?

fot. MR

Po co nam ona? Tak mocno się nam narzuca każdego dnia - gdy otworzymy lodówkę, okno, tablet...

Ale może problem polega na tym, że ta „polityka” nam narzucana jest odarta z wszelkich istotnych treści i media niezależne, takie jak nasze pismo, mogą delikatnie zasugerować inne rozumienie polityki... Nie skupiając się na sensacji, nie chcąc też na siłę narzucić swojej wizji świata, a próbując pokazać, że prawdziwa troska o to, co nas otacza, co współtworzymy, jest czymś więcej niż niemądrymi przepychankami tanich cyników zwanych politykami.

Ostatnio pod wpływem polemicznych opinii odnośnie umieszczenia w niedawnym numerze „Menażerii” ukraińskiej flagi, a z drugiej strony – przez skrupuły wynikające z mej niezgody na umieszczenie w miesięczniku ogłoszenia dotyczącego spotkania określającego się bardzo wyraźnie po jednej ze stron naszego bieżącego dyskursu politycznego, zastanawiałem się, gdzie powinna leżeć ta granica albo raczej - pogranicze, za którym stajemy się kolejną tubą propagandową, ale bez wejścia na jego teren chowamy się w miękkiej, wygodnej otulinie hipokryzji, puszczając w świat komunikat, że nie mamy żadnych poglądów...

Inna sprawa, że w naszej redakcji reprezentowane są różne opcje. Jeszcze nikt się nie pokłócił, ale bardzo jasno widać rozbieżności. Uczciwe zatem rozwiązanie polegałoby na podpisywaniu się każdego autora pod prezentowanymi – nawet kontrowersyjnymi – poglądami, bez próbowania rozszerzania pola ich rażenia na całą, liczną dość, redakcję. I tu biję się w pierś...

Ostatnia lekcja ukraińska pokazała, że zaangażowanie w politykę ludzi, którzy są na co dzień przekonani, że powinni siedzieć cicho, ma sens. Głębszy niż podejrzewaliśmy. I dla osób współtworzących naszą redakcję, które w okresie nieco podobnych zajść w naszym kraju były dziećmi albo nastolatkami, stanowi to bezcenne repetytorium. Życzmy naszym ukraińskim Korepetytorom podobnych sukcesów do tych, które udało się osiągnąć na naszych wyszehradzkich obszarach; a sobie życzmy Szczęśliwego Nowego Roku nr 2 „Menażerii” - w którym komercja, sensacja ani jakiekolwiek podobne pokusy nie odwrócą kolejności, w której kultura jest na pierwszym miejscu, zaraz za nią, wynikająca z niej jasno (choć wciąż skromnie reprezentowana na naszych łamach – ale obiecuję poprawę), troska o sprawy społeczne i dopiero przez taki pryzmat – trochę bardziej odporny na wspomniane wyżej pokusy - postrzegana polityka.

Marek Rozpłoch

środa, 22 stycznia 2014

Błogostan i Ukraina


Nastrój świąteczny kusi, zachęca nas do zanurzenia się po uszy w błogości, skłania ku myślom koncentrującym się wokół ogniska domowego, zachęca do otulenia się cieplutkim szalem beztroski i swojskości. A przecież już sama tradycja, na której ta odświętność się opiera, wskazuje nam potrzebę dostrzeżenia tych, którzy łakną pomocy, kołaczą do drzwi, na kobietę, która rodzi w nieludzkich warunkach...

W tym roku grudzień przynosi nam jeszcze jedną okazję do zawieszenia przynajmniej na parę chwil błogostanu i ujrzenia czegoś poza własnymi czterema ścianami. Tuż za naszą granicą tysiące ludzi gromadzą się dzień w dzień na kijowskim Majdanie, by żądać Ukrainy w pełni wolnej, demokratycznej i respektującej prawa człowieka. I od razu też myślimy o kolejnej dacie grudniowej kontrastującej z sielanką świąteczną. Jest nią 13 grudnia, który każe nam przypomnieć sobie, że całkiem niedawno Polska była w sytuacji znacznie gorszej od dzisiejszej Ukrainy i że w tym trudnym czasie dostaliśmy mnóstwo niezapomnianych gestów solidarności. I my teraz możemy wysyłać Ukraińcom sygnały, że nie akceptujemy łamania praw człowieka, podnoszenia przez władzę ręki na wolność i demokrację.

A właśnie 10 grudnia obchodzimy Dzień Praw Człowieka – to jeszcze jedna okazja, by przemyśleć parę spraw istotniejszych od choinki i prezentów. Rokrocznie Amnesty International organizuje w okolicach tego święta maraton pisania listów w obronie prześladowanych przez władze lekceważące te prawa. W tym roku Amnesty również wysyła swój własny sygnał do Ukraińców: http://amnesty.org.pl/maraton-pisania-listow/kogo-bronimy/ukraina-pokojowi-demonstranci-z-majdanu.html

Ale nie tylko do nich: każdorazowy maraton obejmuje wybrane, szczególnie rażące przypadki naruszeń praw człowieka z całego świata. Gdy zdamy sobie sprawę z tego, że i te przypadki są zaledwie wierzchołkiem góry lodowej, to już spokojnych świąt mieć nie będziemy... Czego gorąco nam wszystkim życzę!


Tekst: Marek Rozpłoch
Ilustracja: Justyna Krzywicka

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Rozmowy ze świetnymi dziewczynami

W grudniu ukaże się książka Magdy Wichrowskiej „Toruń. Miasto kobiet” – powstająca dzięki stypendium Miasta Torunia, a złożona z trzynastu wywiadów z szesnastoma rozmówczyniami. Przepytywane zostaną też zaproszone na spotkanie autorskie z okazji premiery. Do tego czasu wszelkie informacje o tymże zbiorze wywiadów będzie można znaleźć na fanpage: https://www.facebook.com/torun.miastokobiet.

W „Toruniu. Mieście kobiet” Magda Wichrowska rozmawia z: Magdą Hamerą – współtwórczynią Cafe Draże i bohaterką zmagań o lepsze jutro toruńskiej kultury niezależnej; z szefową kina Niebieski Kocyk i festiwalu Klamra, Justyną Bieluch, z Joanną Czajkowską – bardzo utalentowaną wokalistką i nauczycielką śpiewu, z aktorkami – Teresą Stępień-Nowicką i Aleksandrą Nowicką, z Magdaleną Kujawą – redagującą Toruński Informator Kulturalno-Artystyczny „Ikar”, z Martyną Bianką Tokarską i Lilianą Piskorską – twórczyniami projektu aktywistyczno-artystyczno-przygodowego „Podróż”, z Kariną Bonowicz, pisarką, dziennikarką i tłumaczką – odpowiedzialną również za promocję Teatru Horzycy, z Kafką Jaworską, kierującą pracami Kina Centrum i festiwalu filmowego Tofifest, z historyczką sztuki i feministką Katarzyną Lewandowską, z filozofkami z Instytutu Filozofii UMK promującymi problematykę genderową – Aleksandrą Derrą i Ewą Bińczyk, z menagerką kultury i socjologiem Joanną Scheuring-Wielgus z Fundacji Win-Win, z Katarzyną „Kombi” Jankowską – animatorką kultury, konstruktorką Fabryki UTU oraz z Ewą Doroszenko, malarką, fotograficzką, ilustratorką; w tej ostatniej roli występującą w książce także po raz drugi – zaprojektowała bowiem jej okładkę.

Sama autorka hipotetycznie też mogłaby się stać jedną z bohaterek książki, choć na zadane przeze mnie pytanie o pytania, jakie Magdalenie Wichrowskiej w wywiadzie by zadała, odpowiada: „Codziennie stawiam sobie mnóstwo pytań, ale nie nadają się one do publikacji. Trudno mi wyobrazić sobie siebie w roli bohaterki książki »Toruń. Miasto kobiet«. Bo cóż ja takiego wyjątkowego robię?”. Magda – filozofka, filmoznawczyni – oprócz swej zasadniczej obecnej pracy, polegającej na kierowaniu Pracownią Kultury Medialnej w Wyższej Szkole Gospodarki w Bydgoszczy i prowadzeniu zajęć ze studentami, wydaje też bardzo niestandardowy blog „Czytnik Kultury” (http://czytnikkultury.blogspot.com/), pisze omawianą w tym artykule książkę, a w 2010 roku stworzyła „Musli Magazine”, którego misję stara się kontynuować nasz miesięcznik. W zeszłym roku zorganizowała w Od Nowie jedyny w swoim rodzaju festiwal Bella Women in Art. Zapytana o wzajemny stosunek festiwalu i „Torunia. Miasta Kobiet”, Magda mówi: „Festiwal dał mi możliwość spotkania ciekawych kobiet. Kilka z nich zaprosiłam do rozmowy. Jednak to są dwa różne projekty. Teraz najważniejsza jest dla mnie książka. Festiwal mam za sobą. Być może kiedyś wrócę do tego pomysłu w trochę innej formule, ale jeszcze nie teraz. Muszę poczuć, że to właściwy moment”.

Nawiązanie do filmu Felliniego „Miasto kobiet” – nieprzypadkowe, ale też zależność filmu i książki nie jest wyłożona jasno ani precyzyjnie. Daje to czytelnikowi i jego wyobraźni spore pole do popisu! Możemy sobie zadawać pytania, czy Magda jest Fellinim, czy Mastroiannim, czy też może jednym i drugim – a może to czytelnikowi mają zostać powierzone obie role – albo przynajmniej ta, odgrywana w oryginale przez Marcella Snàporaza...

W odróżnieniu od filmowego krewniaka „Toruń. Miasto kobiet” nie ma w sobie ani grama oniryczności ni odrealnienia. Wręcz przeciwnie – konsekwentnie odsłaniane są kolejne fragmenty bardzo namacalnej toruńskiej rzeczywistości, by naprowadzić nas jednakowoż na wyłaniającą się gdzieś między wierszami tezę, że tak, że zaiste, Toruń jest miastem kobiet! Książka nie pokazuje jedynie kobiecej strony toruńskiego medalu, ale w sposób zawstydzający moją płeć pokazuje, że jeśli ktoś poważnie w naszym mieście bierze sprawy kultury w swoje ręce, to są to właśnie kobiety. Dokładnie te kobiety, z którymi Magda Wichrowska rozmawia. Bo kto ożywia najważniejszy klub studencki w Toruniu wciąż nowymi ciekawymi inicjatywami? Justyna Bieluch. Kto odważył się zaprotestować przeciwko byle jak skleconemu pod patronatem miasta megaprojektowi strategii kultury? Uczyniła to Joanna Scheuring-Wielgus. Kto stworzył najciekawszy w ostatnich latach klub – będący zarazem inspirującym, nie tylko dla torunian, centrum animacji kultury niezależnej? To zasługa twórczyń Cafe Draże! Podobną wyliczankę mógłbym jeszcze ciągnąć, ale same podane przykłady – szczególnie dla obserwatora naszej lokalnej rzeczywistości z bliska – powinny brzmieć przekonująco. Z jednej strony jest to wiedza – jak już wspomniałem – zawstydzająca panów, z drugiej jednak – może ta książka stanowić ważne źródło inspiracji dla pań. Książka zdaje się mówić: drogie Panie, mimo wszechobecnego w naszym konserwatywnym kraju patriarchatu, nawet w niespecjalnie wielkim mieście sprawy w swoje ręce potrafimy wziąć my i to jeszcze w jaki sposób, z jaką klasą! Więc ten zbiór wywiadów nie powinien obrastać w kurz w toruńskich bibliotekach, ale powinien trafić do jak najszerszego grona odbiorców, a nade wszystko – odbiorczyń. Idealną adresatką byłby nieśmiała kobieta o dużych zdolnościach i potencjale do działania, która jest przekonana, że taka, a nie inna posiadana przez nią płeć zmusza ją do wyciszenia i odstawienia w kąt wszelkich marzeń i ambicji. Książka jej mówi: do dzieła!

Sama problematyka kobieca nie stanowi esencji książki, choć pojawia się w niektórych rozmowach jako ważny wątek. Chyba najbardziej przejmujące są fragmenty wywiadu z Katarzyną Lewandowską, w których opisuje swój proces wyzwalania spod jarzma patriarchatu. Nie był to proces bezbolesny, ale konieczny i potrzebny...

Każda rozmowa koncentruje się głównie na najważniejszych osiągnięciach przepytywanych albo na sprawach, w które są aktualnie najbardziej zaangażowane. W tych z pozoru małych wycinkach kryje się całkiem sporo treści – niejako portret każdej z kobiet, ukazany przez Magdę za pomocą pytań i... aparatu fotograficznego.

A tak o „Toruniu. Mieście kobiet” mówi autorka: „Ta książka to efekt ogromnej potrzeby i chęci rozmowy ze świetnymi dziewczynami. Robią kapitalne rzeczy. Moja rola w tej książce jest znikoma. Ja im po prostu dałam się wygadać”. Mówi też Magda: „Każde spotkanie traktuję jak lekcję. Każdy człowiek, którego spotykam na swojej drodze, czegoś mnie uczy. To, kim dzisiaj jestem, to suma rozmów i spotkań, które są za mną”.



Marek Rozpłoch

środa, 18 grudnia 2013

W dziewiątym miesiącu


"Lampart" Sabina Sokół

Dziewięć miesięcy, czyli czas na pewne podsumowania. W odróżnieniu od biologicznej ruletki genowej, na każdym etapie życia „Menażerii” każdy z nas – czyli ekipa redakcyjna, ale nie tylko – mógł dołożyć własną, przemyślaną i  precyzyjnie odmierzoną drobinę materiału genetycznego. Tak więc postać obecna naszego maleństwa nie jest bynajmniej owocem przypadku - można zachwalać i ganić konkretne nasze działania, a nie zrządzenie losu czy Matkę Naturę, choć i one pewnie maczały w tym wszystkim palce.
O pochwały i utyskiwania (te ostatnie szczególnie!) proszę Was bardzo gorąco. Z perspektywy wewnątrzredakcyjnej widoczny jest wciąż niedosyt Waszych opinii, zarówno mailowych, jak i ustnych. Co widzicie dobrego w „Menażerii”? Czego Wam brak? Czy to dobrze, że istniejemy? Że co miesiąc tworzymy i zbieramy materiały, redagujemy, korygujemy, składamy – po prostu dbamy, by wszystko miało ręce i nogi, a zarazem kusiło różnorodnością?

Za nic nie pozwolimy sobie skostnieć – więc choć mnożą się u nas punkty stałe i kontynuacje tematów, bezustannie myślimy o zmianach na lepsze. Niedługo nastąpi dość widoczna transformacja, o której nie raz jeszcze będziemy dokładniej informować: nasze PDF-owe dotychczas pismo przekształci się w aktualizowany co miesiąc serwis. W gronie redakcyjnym zmiana ta jest akceptowana i pożądana, będziemy szczęśliwi jeśli również Czytelnikom będzie ona odpowiadała. Wszystko to dokona się za sprawą pomocnej dłoni stowarzyszenia „Tłok”, a możliwe jest tylko i wyłącznie dzięki pozarządowemu, Megafonowemu, fundamentowi naszego pisma. Mam nadzieję, że nadchodząca przemiana, ale też i cała nasza działalność, będzie żywą reklamą trzeciego sektora.

Żałuję przy tym, że w minionych numerach nie dość miejsca poświęciliśmy problematyce pozarządowej, bardzo bym chciał, żebyśmy i pod tym względem nieco się polepszyli. A też nie powinniśmy chyba pozostawać obojętni na inne zjawiska społeczne - przecież prowadzenie działalności prasowej zobowiązuje do nieobojętności... Czy starczy nam odwagi?

Marek Rozpłoch

piątek, 15 listopada 2013

Wolne i jego obywatele

Mural Po Prostu Andrzej - ul. Wschodnia - fot. A. Sobierajski

Z Andrzejem Kilanowskim o melancholijnym nosorożcu, bulwarach nadwiślańskich, a nade wszystko o „Wolnym Rubinkowie” rozmawia Marek Rozpłoch


MR: To może zaczniemy od samego autora i takie oto pytanie. W Twoim życiorysie są widoczne dwa wątki - ilustratorsko-plastyczny i filozoficzny. Na ile jeden na drugi miał wpływ, na ile się zazębiają, co było pierwsze, i jaki wpływ ma filozofia w ogóle albo jakaś konkretna filozofia na to, co robisz obecnie?

AK: Część biografii ilustratorsko-rysunkowo-plastyczna zdecydowanie była pierwsza. Komiksy były moimi pierwszymi lekturami, całe moje dzieciństwo to właściwie rysowanie, oglądanie rysunków, grafik, animacji, wszystkiego, co jest narysowane ludzką ręką – i moje czasy szkolne, właściwie aż do studiów, to jest właściwie tylko i wyłącznie siedzenie i bazgranie po marginesach. Więc filozofia z tego wszystkiego pojawiła się najpóźniej i można powiedzieć, że była tylko epizodem, bo po studiach wróciłem do swojej pasji i udało mi się pracować jako ilustrator i grafik komputerowy, ale bez wątpienia filozofia wpływa na to, jakie rzeczy mnie interesują, jakie książki czytam, co myślę o świecie, tyle że rysunek jako działalność artystyczna czy wyraz osobistych jakichś przemyśleń – był zawsze pierwszy. Pierwsze było rysowanie.

Powiedz coś o nosorożcu – jak się narodził, czym go karmisz, jaką wróżysz mu przyszłość?
Nosorożec to dobry przykład tego, jak filozofia i moja własna osobowość wpływają na rysunek. To zupełnie autorski osobisty pasek komiksowy. Byłem zawsze pod wielkim wrażeniem „Fistaszków” Charlesa Schulza. To niewiarygodnie na wskroś amerykański, ale też zupełnie nieamerykański komiks i to tylko pokazuje, jak naprawdę skomplikowana i zagadkowa jest dusza amerykańska, bo Charlie Brown, alter ego Charlesa Schulza, to największy amerykański egzystencjalista, osoba niewiarygodnie smutna, przesiąknięta jakimś wewnętrznym bólem, nierozumiana. Snoopy też jest filozofem, pisarzem i tak dalej… Można to śledzić… I nosorożec po części jest taką moją wersją „Fistaszków”, tyle że oczywiście ubogą, bo nosorożec jest sam jedyny w świecie, a „Fistaszki” to była cała galeria postaci, więc nawet nie śmiem się porównywać do tego paska rysowanego z grusza przez trzydzieści pięć lat regularnie. Ja robię to od dwóch, trzech. To było coś, co wyszło zupełnie samoistnie – jako rysunek na serwetce, z dodanym dymkiem – i sprawia mi to dużą satysfakcję, więc ludzie zaczynają poznawać mnie ze strony tej nosorożcowatej, chociaż zawsze podkreślam, że to nie do końca jestem ja: czasami spojrzenie świata nosorożca jest jakby przekręceniem przełącznika depresji z dwójki, jaką noszę w sobie, do dziesiątki – więc to jestem troszeczkę ja do potęgi trzeciej.

Czy uważasz, że w gałęziach plastyki, którymi się zajmujesz i którymi też się zajmujesz w ramach „Wolnego Rubinkowa” powstały jakieś dzieła, które wzniosły się na takie wyżyny artyzmu, że można je uznać za sztuką wysoką – czy też do czegoś takiego Ty byś pretendował, by się w pełni, głęboko wyrazić? Czy w ogóle może nie uznajesz takiej hierarchii w sztuce?
Nie – to, czym ja się zajmuję i czym w o wiele większym stopniu i na wyższym poziomie zajmują się osoby, z którymi rozmawiam w książce, to sztuka użytkowa. To jest projektowanie graficzne, to jest plakat, to są różne różnego typu ilustracje. I właściwie wszystkie osoby, z którymi rozmawiałem bardzo unikały słowa „artysta”. Wszyscy, oprócz tego, że są niewiarygodnie skromnymi ludźmi, mówili, że to jest bardziej rzemiosło. Zajmują się plastyką, malując murale czy robiąc komiksy – jednak nie używali pojęć z wysokiej półki. I ja nigdy nie myślałem o sobie jako o artyście, nie skończyłem żadnej szkoły, nigdy się tego nie uczyłem, nie stałem nigdy przed sztalugą. Grafika może być sztuką, czy rysunek jest sztuką, jest dziedziną sztuki – ale to, o czym jest ta książka, to bardziej żywot rzemieślniczy osób, które robią grafikę, jaka nas otacza wszędzie dookoła: na słupach ogłoszeniowych, na stronach internetowych, które otwieramy, na ulotkach, to jest ta prawdziwa sól tej ziemi graficznej. Coś takiego mnie interesowało. „Wolne Rubinkowo” nie jest katalogiem współczesnej sztuki graficznej, ono w ogóle do tego nie pretenduje. To jest subiektywne spotkanie z dziesięcioma osobami, które znam, które poznałem i które opowiadają mi o swojej pracy, ale w żaden sposób nie jest to przegląd tego, co się dzieje w grafice w Toruniu czy gdziekolwiek. Chciałbym to zaznaczyć: ja nie jestem krytykiem sztuki, ja się sztuką nie zajmuję.

Na czym opierał się, jaki był klucz doboru twórców, z którymi rozmawiałeś w „Wolnym Rubinkowie”? Czy opierał się tylko na Twoich własnych, subiektywnych ocenach, czy też może było jeszcze jakieś podłoże ideowe? 
Klucz był absolutnie subiektywny, niektóre z tych osób znałem osobiście, ale nigdy nie miałem okazji zapytać, czemu robią to, co robią i skąd się to wzięło. To było ciekawe spojrzenie na biografię, która się przede mną odsłoniła, ale chciałem też, żeby w miarę szerokie spektrum tego, co grafiką możemy nazwać, było w tej książce ujęte – i mamy tu malarstwo wielkoformatowe, mamy plakat, mamy projektowanie graficzne, użytkowe, aplikacje na smartfony. Każdy grafik – bo chodziło mi przede wszystkim o ludzi, którzy pracują jako graficy – komercyjnie musi robić całe spektrum niewiarygodnie różnych od siebie rzeczy. I to są osoby, które potrafią rysować, ale są też osoby, które interesują się typografią, które składają teksty i chciałem to ukazać w całej różnorodności, robiłem to zupełnie bez klucza, jedyne kryterium było takie, by były to osoby, które pracują i tworzą w Toruniu. Nie wszystkie z nich pochodzą z Torunia, choć większość rzeczywiście też tu się urodziła, ale „Wolne Rubinkowo” to dziesięć historii postaci, które z jakichś różnych powodów postanowiły tutaj, w tym mieście, uprawiać grafikę. Mówiąc najprościej. Ale, naprawdę, nawet nie chcę myśleć, ilu wielce utalentowanych ludzi pominąłem w tej książce… Wybrałem tych dziesięć uzdolnionych osób, które znałem, które jakoś w jakimś momencie pojawiły się na horyzoncie. Nie poszedłem na przykład na Wydział Grafiki UMK i nie pytałem ludzi, którzy ją kończą; to nie to spektrum.

Ale czy przez okres pracy nad „Wonym Rubinkowem” udało Ci się, mimo ograniczenia do tych dziesięciu osób, poznać jakieś nowe obszary tego środowiska?
Oj tak, tak, oczywiście, to cały czas trwa – te dziesięć osób zaprowadziło mnie do kolejnych stu czy pięćdziesięciu, których pracę zacząłem obserwować, Internet jest medium, które działa na zasadzie chodzenia po rozgałęziającym się trochę korytarzu: jedne drzwi otwierają dziesięć innych, a te kolejne dziesięć innych i mamy takie drzewko, i jestem, wydaje mi się, już dosyć mocno zorientowany w tym, kto w Toruniu robi rzeczy, które możemy zobaczyć na banerach, na słupach; kto robi plakaty, kto murale. Zaczynam już wiedzieć, kto za tym stoi, a o to właśnie mi chodziło, taki jest cel tej książki: nadać tym ludziom twarze i nazwiska, bo widzimy gotowy produkt, nie zastanawiając się, kto za nim stoi, kto zaprojektował logo restauracji, do której chodzisz,; to jest rzemiosło anonimowe, to jest jakby skrywane w cień, tak jak kiedyś malarstwo było zupełnie anonimowe i mistrzowie podpisywali się pod obrazami, które robiły całe małe manufaktury i nie uważano tego za sztukę. Nie porównuję tutaj tych sytuacji, ale troszeczkę chciałem spojrzeć na to, jak wygląda praca tych ludzi – bo pod tymi projektami się nie podpisują, projekt logotypu nie jest sygnowany nazwiskiem…

A kiedy już wydasz książkę, będziesz miał ten etap za sobą, czy będziesz – a jeśli tak, to w jaki sposób – chciał kontynuować taką właśnie działalność?
Chciałbym, chociaż jak na razie przyznaję się, że nie wychodzi mi to najlepiej. Chciałbym, żeby „Wolne Rubinkowo”– albo strona na Facebooku, albo ta główna strona – stało się pewnego rodzaju bazą tych artystów. Oni doskonale radzą sobie sami z własną promocją i każdy grafik istnieje bardzo mocno w Internecie – przynajmniej każda z tych dziesięciu osób, ale chciałbym, żeby było jakieś zbiorcze miejsce, w którym będę dopisywał kolejne nazwiska, by był taki (oczywiście to są duże słowa i nie wiem, czy mi się to uda, czy mam na to czas i siły) adres, który będzie pokazywał coraz szerszy obraz różnych ciekawych rzeczy, które się w Toruniu dzieją właśnie w dziedzinie ilustracji komiksu i grafiki użytkowej. Moim największym marzeniem byłoby, by stronę odwiedzali też ludzie odpowiedzialni za zatrudnianie tych osób – szefowie festiwali, klubów muzycznych, z tym cały czas nie jest najlepiej, chciałbym, żeby zajrzeli do tej bazy ludzie zajmujący się promocją w dużych firmach albo promocją uniwersytetu, różnych przedsięwzięć… Dzięki temu naprawdę poziom tych prac, które widzimy, projektów graficznych, które nas otaczają, wzrósłby – i byłoby fajnie, gdyby spojrzeli na tę bazę danych jako właśnie na miejsce, gdzie mogą spotkać utalentowanych ludzi. A to nie jest przedsięwzięcie komercyjne, ja nie jestem tutaj pośrednikiem tych osób, trzeba je po prostu na tej stronie pokazać, dać link do ich strony i tyle… Nie wiem, jak to będzie wyglądać, bo sam pracuję jako grafik i wiem, jak ciężko znaleźć zlecenie; jak skomplikowany, czasami mętny, jest światek szukania, znajdowania pracy nad jakąś realizacją i sam jeszcze nie wiem, czy znajdę na to czas…

Jak może takim właśnie osobom pomóc taka inicjatywa jak nasze czasopismo – w jaki sposób może pomóc, wypromować…?
Myślę, że może, powiedziałbym górnolotnie, zajmować się edukowaniem plastycznym społeczeństwa. Nie pretenduję tutaj do roli osoby, która wie, co jest udanym projektem, a co nie, ale czuję, że mam już pewien zmysł estetyczny, konfrontuję to, co widzę z pracami z pracowni graficznych z innych miast, mówię tu specyficznie o projektowaniu graficznym – nie o komiksie, o graffiti. Dobrze byłoby, gdybyście pisali, pokazywali ciekawe projekty, ciekawą tę właśnie użytkową stronę grafiki – rozmawiając z projektantami i pytając ich o ocenę pewnego zjawiska czy ocenę pewnych trendów: żeby informować, czym zajmuje się typograf, jakie ludzie popełniają błędy, jak nisko postawiona jest poprzeczka, jeżeli chodzi o reklamy wielkoformatowe… To jest bolączka Polski, polskich miast – ulotki walające się po Szerokiej i tak dalej. Jest jakby lepiej niż kiedyś, ale cały czas wydaje mi się, że dużo można by zrobić; zmysł estetyczny przedsiębiorców jest wyjątkowo niski, a mógłby być lepszy… Pamiętajmy – to ma służyć ludziom, projektowanie graficzne jest sztuką użytkową, ma służyć jakiejś komunikacji, więc to wszystko powinno zaczynać się od chęci danego przedsiębiorcy, czy osoby z jakimś kapitałem – chęci, by jego projekt wyglądał lepiej, żeby nie zadowalał się absolutnym minimum, kolorowym zdjęciem, czcionką z cieniem i jakimś najtańszym offsetowym drukiem. To, oczywiście, nie jest zadanie, które da się wykonać za sprawą jakiejś takiej zaplanowanej akcji, wydaje mi się, że to jest po prostu coś, o czym warto pisać. Wydaje mi się, że warto patrzeć na słupy ogłoszeniowe, które są dobrym reprezentantem, niejako wypadkową tego, czego ludzie zarządzający kulturą oczekują od plakatu. Albo szkoły prywatne – i tak dalej… To są projekty, które naprawdę mogłyby być lepsze. I wystarczyłoby zaprosić kilku projektantów – żeby opowiedzieli o tym, co tam widzimy… Warto też, żeby osoby zlecające nam jako grafikom różne zlecenia wiedziały, ile pracy stoi za danym projektem… To cały czas jest praca niedoceniana finansowo, troszeczkę traktowana po macoszemu. Andrzej PoProstu mówi w jednym z wywiadów, że czasami dostaje zlecenia czy propozycje, by pomalować komuś mural na ścianie w domu, jakiś projekt dekoracyjny – i kiedy podaje swoją cenę, ludzie się dziwią, czemu to kosztuje tak dużo. A pomalowanie tej ściany przez malarza jest lepiej wyceniane… Czyli malarz malujący pokój na biało dostaje więcej niż Andrzej chciałby za pomalowanie jakiegoś projektu, portretu na ścianie – do tego typu sytuacji dochodzi i chciałbym, żeby może ktoś zajął się tym…

Właśnie – czy znalazłeś w Toruniu czy w Polsce jakieś chwalebne miejsca, inicjatywy, które sprzyjają rozwojowi czy lepszej promocji?
Przez ostatnie lata zdarzyło się bardzo dużo. Niedawno wyszła książka wydawnictwa Karakter „Miliard rzeczy dookoła” – to są rozmowy z polskimi projektantami z najwyższej półki, opowiadają o swojej pracy. Mamy Stowarzyszenie Twórców Grafiki Użytkowej, które organizuje różne konkursy, sympozja. Świadomość wzrosła, mamy ośrodki polskiego projektowania, jak Łódź czy Katowice, prężnie działające studia graficzne. To wszystko się dzieje – i mam wrażenie, że powoli zaczyna też dziać się w Toruniu, bo naprawdę pod względem ilości talentu nie odstajemy wcale od innych miast, odstajemy tylko pod względem zapotrzebowania na tego typu rzeczy. Jeżeli spojrzy się na konkursy na przykład logotypów muzeów z ostatnich lat, na przykład Muzeum w Gliwicach, ale też projekty, które realizowane są dla instytucji warszawskich – to są to naprawdę nieodstające od poziomu europejskiego realizacje. Portal www.printcontrol.pl jest zbiorczą inicjatywą, która prezentuje prace polskich projektantów graficznych, publikacje, druki, różnego rodzaju pozycje książkowe. Warto na tę stronę zajrzeć, ona, jeżeli się nie mylę, dwukrotnie już wydała w formie papierowej podsumowania. Wspomniane już przeze mnie wydawnictwo Karakter dużo robi. Wydaje książki o dizajnie, książki o składzie książek, jest coraz lepiej. Przyznam się, że śledzę to tak mocno dopiero od kilku lat, więc nie jestem w stanie podsumować polskiego projektowania na przestrzeni dziesięcioleci, ale ostatnie lata przyniosły dużo pozycji w księgarniach, dużo powstaje stron, projekty są komentowane w Internecie, jest dobrze.

A w samym środowisku – może na przykładzie toruńskiego, ale może nie tylko – dominuje chęć, wola samopomocy czy chęć konkurowania?
Jeżeli chodzi o artystów z „Wolnego…”, to muszę zaznaczyć, że to są osoby specjalnie wzięte z różnych dziedzin – osoba zajmująca się rysowaniem storyboardów czy ilustracji nie będzie konkurencją dla studia zajmującego się składem poligraficznym, składaniem katalogów czy logotypów, więc specjalnie takie szerokie spektrum osób wybrałem. Ciężko mi mówić per se, bo nie wiem, co środowisko na to… Toruń ma tę specyfikę, że my i tak na siebie zawsze wpadamy – osoby ze wszystkich dziedzin, osoby zajmujące się w Toruniu grafiką poznają się prędzej czy później. Osoby malujące murale będą ze sobą współpracować wcześniej czy później. Jest kilka ośrodków, gdzie się spotykamy. Inicjatywy nowopowstałego Kulturhauzu, jakaś taka mieszanina różnych pomysłów. Jeden grafik będzie pracował i dla firmy A, i dla firmy B, i to się wszystko wymiesza. Problemem nie jest to, że my nie umiemy ze sobą współpracować – tak mi się wydaje – tylko że nie ma co robić… Mamy Plaster, mamy festiwal typografii w CSW - pewnie na sali są wszystkie osoby, które w ogóle zajmują się grafiką.

Inna sprawa, że te osoby, z którymi rozmawiałem, akurat są zupełnie samodzielne, doskonale sobie radzą i nie narzekały wcale na brak kontaktu twórczego ze środowiskiem. Jeżeli cokolwiek chciałyby zmienić, jeżeli o czymś takim mówiły, to po prostu możliwości wykazania się w tych swoich dziedzinach… Ale nie zmienimy wielkości rynku wydawniczego czy jakiegokolwiek, więc… Tu wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z miejsca, w jakim się znajdują i o to też troszeczkę pytałem: „Jeżeli wiesz, jaki jest Toruń, to czemu dalej tu jesteś?” - i o tym też jest mowa w książce.

Mówiłeś o samej sztuce, ale też sama sztuka może promować różne rzeczy i co myślisz – też chyba ocierałeś się o jakieś rodzaje sztuki zaangażowanej - o sztuce, która chce za pomocą swojego przekazu sama też coś zmieniać? Czy to jest dla ciebie istotne?

Oczywiście, że jest istotne, tyle że ja jestem odbiorcą takiej sztuki, ale nie jej twórcą ani nie krytykiem. Projekt „Wolne Rubinkowo” to właściwie tak naprawdę amatorsko-publicystyczno-dziennikarskie przedsięwzięcie, gdzie siadam i rozmawiam z grafikami z Torunia i nie pytam ich o tworzenie sztuki, która zmienia świat, bo za każdym razem słyszę: „Andrzej, ja nie robię sztuki, ja zajmuję się rysunkiem” albo: „Zrobiłem w życiu dwa komiksy”. To są osoby, które dopiero zaczynają swoją drogę, to nie są artyści z czterdziestoletnim stażem. To jest obszar, który nie chce pretendować do zmiany świata, więc byłbym ostrożny w mówieniu czegokolwiek na ten temat, bo się po prostu na tym nie znam. Wierzę kuratorom w muzeum, chodzę do już wspomnianego CSW, obserwuję wystawy, wiem, że sztuka ma taką moc, plakat ma taką moc, projektowanie ma taką moc. Podczas rozmów z Nikodemem Pręgowskim, plakacistą, rozmawialiśmy troszeczkę o takim projektowaniu odpowiedzialnym społecznie, o tym, jak możemy wyrażać swoje poglądy polityczne, społeczne, ekologiczne za pomocą projektowania, ale to nie jest obszar, na którym ja bym był kompetentny, by o nim mówić…

Ocierałeś się też o street art, który stoi chyba jednak po stronie sztuki zaangażowanej…
Tak, rzeczywiście – rozmawiałem z artystami z grupy Wyjazd, właśnie z Andrzejem, z Agatą Wilkowską. Rozmawiałem z Andrzejem o jego inspiracjach - ale, i to mi się akurat podoba, oni podchodzą do malowania bardzo odpowiedzialnie w sensie estetycznym, bo ściana to nie jest miejsce, gdzie chcą wyrazić swoje ego całkowicie i swoje poglądy, od tego mamy kibiców, którzy piszą przekleństwa na murach. A on chce coś estetycznego, pasującego do tkanki miasta, on chce zrobić coś, co nie będzie upolitycznione. To jest ten rodzaj street artu, który mi się podoba, bo się nie zestarzeje. Agata Wilkowska zrobiła „Legendografię” na bulwarze i to są rozciągające się na przestrzeni kilkudziesięciu metrów ornamenty nawiązujące do legend toruńskich, do baśni, taki matematyczny urok ma to wszystko i estetyczny. To jest spacerowy deptak Torunia i mural z hasłem przeciwko wojnie w Iraku tam by się po prostu nie sprawdził. Wydaje mi się, że to jest równie wartościowe, a może i bardziej… Po prostu zaangażowanie estetyczne w miasto, a nie polityczne. Ale to tylko takie moje zdanie.

Coś o Twoim procesie twórczym. Czy tworząc, myślisz o odbiorcy, o tych osobach, które będą czytały przekaz – czy po prostu starasz się, by ten przekaz jak najpełniejszy, jak najbardziej wyrażał to, co chcesz oddać, a wiedza, do kogo on dotrze, pozostawałaby już w sferze niedookreślonej?

To nie będzie do końca odpowiedź na Twoje pytanie. Oprócz nosorożca i kilku rysunków, które robię dla siebie, 98% tego, co robię, są zlecenia komercyjne dotyczące plakatu, składu, ulotki, zrobienia jakiegoś czasopisma; to tylko i wyłącznie rzeczy, które robię na czyjeś polecenie, tak zarabiam. Jeżeli coś ma być zielone, to robię to zielone, jeśli ma być większe, robię większe, generalnie używam komputera jako narzędzia i jestem rękoma dla osoby, która jest głową. Oczywiście staram się, żeby to były rzeczy estetyczne i wykonywane z zachowaniem jakichś podstawowych zasad, proporcji i rozkładu strony, ale to są zlecenia, jestem grafikiem komputerowym, jestem do wynajęcia, więc zrobię wszystko, o co mnie ktoś poprosi! Tak zarabiam na życie. Nie jestem artystą.

A w którym momencie, w jaki sposób zabłysła ta iskra zapalna „Wolnego Rubinkowa”?
„Wolne Rubinkowo” to po prostu chęć zobaczenia, kim są te wszystkie osoby, których prace znam, a których nie znam. Pracowałem i do teraz pracuję jako freelancer albo po części jako freelancer, ale kiedy zaczynałem prace nad „Wolnym…”, mój dom był moim miejscem pracy, moim biurem, praca grafika w takim układzie to dosyć izolujące samotnicze zajęcie – siedzi się w domu i patrzy w komputer, czasami po prostu dwanaście godzin non stop, robiąc rzeczy, o których chce się najczęściej od razu zapomnieć. I z takiej izolacji narodziła się chęć poznania innych osób. Mówiąc najprościej, „Wolne Rubinkowo” było dla mnie jakby pretekstem do tego, by spotkać się z innymi grafikami. Naprawdę, miałem szczęście, że dzięki temu spotkałem bardzo utalentowane, niezmiernie sympatyczne osoby, z którymi wciąż mam kontakt, które poznałem, które weszły w moje życie troszeczkę i mam nadzieję, że i ja w ich też. Po prostu poznałem dziesięć nowych osób i to jest coś zupełnie bezcennego. Bez względu na to, jak mi ta książka wyjdzie i co z tego wyniknie, mam już te osoby wśród swoich znajomych i pojawiły się w moim życiu.

Czy ostateczna postać, jaką przybierze ta książka, będzie wierna pierwotnym założeniom, czy będzie bardzo od nich odbiegała?
No niestety… Nie robiłem niczego podobnego wcześniej, miałem na początku troszeczkę większe ambicje. Robię to w wolnym czasie - fakt, że trzeba zajmować się pracą, wszystkim, co jest dookoła, sprawił, że nie mogę poświęcić temu projektowi tyle czasu, ile bym chciał i nie wiedziałem, co z tego wyjdzie; wiedziałem, że chcę porozmawiać z dziesięcioma osobami. Niektóre rozmowy są dłuższe, niektóre krótsze – jedno trzeba zaznaczyć: jeżeli w jakikolwiek sposób będzie to odbiegać od tego, co sobie zamierzyłem, to tylko i wyłącznie z mojej własnej winy, bo pomoc, jaką uzyskałem, cierpliwość wszystkich tych osób była nieoceniona.

Muszę to też powiedzieć - „Wolne Rubinkowo” to wynik tego, że na „Wolne Rubinkowo” dostałem stypendium Wydziału Kultury, dostałem na to pieniądze, miałem czas, żeby się tym zajmować, mogłem kupić serwer, zrobić stronę – zaczęło się od tego, że projekt został zaopiniowany przez wiele osób, które bym musiał teraz wymieniać, wszystkie… Ale podziękowania wiszą na stronie. Miałem duże wsparcie i zaufania tych osób nie chcę zawieść. Chciałem, żeby Małgorzata Replińska zrobiła zdjęcia do tej książki, bo chciałem, jak powiedziałem już, żeby te osoby dostały twarz, chciałem, żeby czytelnik mógł zobaczyć ich warsztat pracy, więc są to zdjęcia w miejscach, gdzie pracują, ich portrety. Nawet jeżeli zawiodłem jako dziennikarz i rozmówca, to zdjęcia, które zrobiła Małgorzata są fenomenalne i one zostaną; warto by im poświęcić – tak mi się wydaje – oddzielną wystawę, mielibyśmy serię portretów, poprosiłem ją także, żeby zrobiła zdjęcia Rubinkowa. Drugi bohater tej książki i też wywiązała się z tego niesamowicie… I tutaj na łamach „Menażerii” chcę jeszcze raz podziękować Gosi za te zdjęcia! One na dobrą sprawę sprawiają, że to będzie – tak mi się wydaje – jakiś obraz czasów, ci ludzie na konkretnym etapie życia zostali uchwyceni i jeżeli nic nie zostanie z „Wolnego Rubinkowa”, to chociaż zostanie właśnie to, ten dokument czasów.

Myślisz, że to będzie właśnie też w jakiś szczególny sposób wartościowe przez to właśnie, że Ty też jesteś elementem tego środowiska, że masz do tego podejście emocjonalne, że to nie jest studium antropologiczne, socjologiczne czy studium z historii sztuki?
Mam nadzieję, że tak będzie. Jedyne, co mnie usprawiedliwia - i pewnie będzie usprawiedliwiać w oczach osób, które tę książkę wreszcie przeczytają - to fakt, że jest to tylko i wyłącznie wynik jakiejś własnej osobistej pasji czy fascynacji, a chciałem to zrobić, nie było mi zlecone przez nikogo i mam nadzieję, że będzie to troszeczkę pewnym usprawiedliwieniem niedociągnięć redakcyjnych tej książki - nie mam redaktora, nie miałem tutaj kwestionariusza, który wysyłałbym do tych osób. Z niektórymi rozmawiałem o miejscach, do których lubili chodzić, a z innymi rozmawiałem o książkach, które przeczytali, czy aktualnie czytają. Więc pewnie moja nieznajomość teorii sztuki czy teorii street artu czy czegokolwiek będzie minusem, ale może nadrobię to autentyczną chęcią; mam nadzieję, że będą czytelnicy właśnie przez ten pryzmat patrzeć na tę książkę…

Ja tu specjalnie nie dodaję przypisów. Jeżeli mówimy o chodzeniu do Tratwy, to zakładam, że czytelnik wie, co to Tratwa. To jest skromny PDF, który właściwie kieruję do mieszkańców Torunia. To nie książka, w której chcę dawać przypisy do linii autobusowej albo miejsca, którego już nie ma. Jeżeli ktoś nie spacerował po Bydgoskiem, to ja tego nie będę tłumaczył… To jakby rozmowa, ja się zajmuję tym samym, co oni, być może pytam o rzeczy zbyt techniczne, nie tłumacząc, o co chodzi… Starałem się, żeby tak nie było... Wszystko robię na wyczucie, nie miałem przewodnika po tym świecie dziennikarskim, nigdy nic takiego wcześniej nie robiłem i nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze zrobię, więc chciałbym, żeby wszystkie osoby, które po sięgną po tę książkę, miały to na uwadze.

Czy w czasie tych poszukiwań i rozmów miały miejsce jakieś szczególne, wyjątkowe odkrycia, którymi mógłbyś się podzielić?
Bardzo podobało mi się i ciekawe było spojrzenie na Toruń oczami rodowitych torunian. To może się wydawać banalne… Nie jestem osobą, która tu przyjechała tylko na studia: nagle się okazało, że tu mieszkam tu pracuję i minęło już naprawdę sporo lat, od kiedy studia skończyłem. Ale zawsze Toruń był miejscem, który odkrywałem już jako osoba dorosła; zupełnie inne jest spojrzenie na Toruń tych osób, które się w nim urodziły - i muszę przyznać, że bardzo ciekawie słuchało mi się o dzieciństwie w Toruniu, o Rubinkowie, o bieganiu za piłką po różnych zakamarkach miasta, o życiu na wielkim osiedlu. Pochodzę z małego miasta, więc Toruń wydawał mi się wielkim miastem, kiedy przyjeżdżałem tutaj na wycieczki szkolne. Nikodem opowiada w wywiadzie o otwarciu McDonalda w Toruniu, o tym, że był tam z wycieczką szkolną. I to są ciekawe historie - moim zdaniem przeważające grono osób, z którymi rozmawiam, to są osoby w moim wieku, trzydziestolatkowie, osoby około trzydziestoletnie, i mamy bardzo podobne dzieciństwa - tyle że ich przebiegało w Toruniu i mogłem posłuchać też o miejscach, których już nie ma, o tym, co tu się zmieniło; jak na przykład standardowym punktem życia było picie na bulwarze, co teraz jest już absolutnie przeszłością – teraz działania służb miejskich dawno już wykorzeniły ten zwyczaj. To takie troszeczkę spojrzenie ludzi, którzy ten Toruń widzieli od zawsze - jak na niego patrzą, jakie mają sympatie związane z tym miastem i ciężko tak naprawdę ocenić miasto, w którym się żyje od dziecka. I to były dla nich, wydaje mi się, trudne pytania: co oni tak naprawdę myślą o Toruniu, czemu Toruń, co im się tu podoba. To nie są rzeczy, na które łatwo odpowiedzieć, kiedy się tu żyje trzydzieści lat i było to ciekawe, mnie ta część zainteresowała - nie mówiąc już, że poznałem historie stojącymi za niektórymi pracami, które znałem. Bardzo fajnie dowiedzieć się, w jakim kontekście powstał dany plakat; to strasznie krótkotrwała rzecz, pojawia się i znika – gdzieś tam zrywana, zaklejana. A za tym stoi konkretny pomysł, konkretna inspiracja, konkretna praca, różne wersje - i dostajemy rzecz, która ma już swoją historię.

Więc myślę, że wszystko było ciekawe, wszystkie te rozmowy; jeżeli nawet nie udało mi się oddać tego w tekście, to były dla mnie niesamowitą przygodą. Dosyć samolubne na razie, zupełnie osobiste, korzyści przynosi mi ta książka.



niedziela, 27 października 2013

Toruń na walizkach

Ilustracja: Maria Dek


Raczej nie szliśmy dotychczas w stronę numerów tematycznych, stawiając bardziej na różnorodność problematyki – tak, by każdy mógł w naszej menażerii znaleźć jakiegoś ciekawego zwierza dla siebie. Jednakowoż wyszedł nam tym razem – niemal przypadkowo – numer mocno tematyczny…

Narzekamy, że Toruń pustynnieje – coraz mniej ciekawych jednostek i zjawisk z nim się utożsamia. Okazuje się jednak, że są postaci i wydarzenia, które w tym pesymistycznym obrazie naszej lokalnej rzeczywistości stanowią jasne punkty. Możemy je potraktować jako dobrą wróżbę na przyszłość, światełko w tunelu – bądź jako ostatnie wysepki twórczego fermentu… Parę krzepiących przykładów możemy odnaleźć w publicystyce tego numeru „Menażerii”.

Co się stało, że Toruń, który po wojnie stał się jednym z ważniejszych centrów polskiej inteligencji (za sprawą jednego z nielicznych wówczas w Polsce uniwersytetów i w wyniku przesiedleń ze wschodu), obecnie wykształconych, twórczych postaci raczej nie zachęca do pozostania i tworzenia? Dlaczego jako znaki rozpoznawcze ostały się jeno pierniki, Kopernik i gotyk, a jedyną widoczną z zewnątrz nową jakością jest pewien bardzo nieciekawy ośrodek medialno-polityczny… Który wręcz – o zgrozo – nadał przymiotnikowi „toruński” nowe, równie nieciekawe znaczenie… Czy jesteśmy skazani na odpływ mocy twórczych z tego tak wartościowego miejsca?

Oczywiście – czymś koniecznym jest poznawanie świata, wędrówka przez lądy i morza, znajdowanie nowego miejsca dla siebie – poza dotychczasowym własnym miastem, krajem, kręgiem kulturowym… Jednak dobrze by było, gdyby Toruń mógł być miejscem, do którego po takiej wędrówce chciałoby się wrócić. Albo – by coraz więcej poszukujących swojego miejsca na ziemi przybyszów z innych stron odnajdowało to miejsce właśnie tutaj… A tak się dzieje coraz rzadziej... Co jest przyczyną? I jak temu zaradzić? Myślę, że nie należy zadowalać się łatwą odpowiedzią zrzucającą odpowiedzialność tylko na polityków, samorząd itp. Tak wiele jest w naszych rękach… I w głowach. I może tam szukajmy odpowiedzi…


Marek Rozpłoch

wtorek, 22 października 2013

Wieszcz słowacki


„Mówili, że »Pejzaż« atakuje wszystkie tradycyjne wartości słowackie, że nie pokazuje pozytywnego obrazu rodziny, tylko rodziny dysfunkcjonalne, niepełne, używające wulgarnego języka. Recenzent twierdził, że przez ten film została zaatakowana Słowacja. Że pokazujemy Holokaust i że dużo powiedziane jest o złych rzeczach, które się tutaj wydarzyły. Nie uważam, żeby to była prawda. Jest tam historia żydowska, dlatego oni sądzą, że wszystko zostało opłacone przez Żydów. Prawdę mówiąc, to jest jedyna recenzja, która mnie uszczęśliwiła”.

Uszczęśliwiła dlatego, że Šulík nie chce, by jego filmy odbierane były na chłodno, z obojętnością. Inna sprawa to to, że sam reżyser na pewno nie pozostał obojętny wobec słów pewnego nieistniejącego już, na całe szczęście, miesięcznika. Ale czytelnik polski mógł się od razu poczuć jak w domu!

Również w filmach Šulíka – przy odrobinie dobrej woli, bo to wszak niepolski twórca (a jak niepolski, to potencjalnie antypolski), nawet nie polskojęzyczny – widz polski może się poczuć jak w domu. Przy odrobinie dobrej woli, ale bez potrzeby nadmiernej cierpliwości: filmy Šulíka bowiem bardzo lekko, łatwo i przyjemnie się ogląda, mając przy okazji satysfakcję z niezmarnowania czasu. A satysfakcja stąd, że niemal każdy film tego reżysera jest dziełem z naprawdę bardzo – w moim skromnym przekonaniu – wysokiej półki.

Slovenskočesko i tym podobne


Urodzony w 1962 roku u podnóży Małej Fatry Martin Šulík w wieku 5 i pół roku przeżył najazd wojsk radzieckich. Zatem najlepsze lata dzieciństwa i młodości dane mu było spędzić w „normalizującej się” Husakowskiej Czechosłowacji. W tych też latach odkrył, jakże trafnie, swe powołanie. Można przypuszczać – zważywszy też na ostatnie przedsięwzięcia Šulíka – że prowadziła go ku temu powołaniu żywa jeszcze legenda pogrzebanej żywcem czechosłowackiej nowej fali.

Aż dwukrotnie postanowił oddać jej hołd – i to hołd pozostający na lata. W roku 2002 nakręcił fabularyzowany dokument (albo dokumentalizowaną fabułę) „Klucz do oznaczania karłów albo ostatnią podróż Lemuela Guliwera”, poświęconą postaci Pavla Juráčka – twórcy „Przypadku dla początkującego kata” – a w 2009 zajął się kręceniem dokumentalnego serialu złożonego z 26 odcinków, z których każdy jest portretem kolejnego twórcy czechosłowackiego kina z lat największej świetności.

Tak, jak zdarzało się nieraz w dawniejszych czasach mówić o Czeskich Tatrach, tak i teraz zdarza nam się mówić o „czeskiej” nowej fali. Trzeba pamiętać nie tylko o słowackim wkładzie w ten fenomen – jeden z najjaśniejszych punktów miedzy Łabą a Cieśniną Beringa i między rokiem 1945 a 1989 – ale też o tym, że Czesi i Słowacy tworzyli wtedy jedno, choć dwuczłonowe, społeczeństwo jednego państwa.

A i dzisiaj – jak wynika z wypowiedzi Šulíka i chociażby jego „Słonecznego miasta” – mamy do czynienia ze szczególną więzią obu krajów, rodzajem symbiozy, której nie moglibyśmy porównać z żadną relacją łączącą nasz kraj z jakimkolwiek innym. Choć najczęściej, co nie cieszy Šulíka, jest to jednostronny zachwyt… Co również widzimy w „Słonecznym mieście”.

Choć może zamiast zachwytu mamy w tym filmie zwykłą potrzebę materialną – przeniesienia się w trudnych warunkach do czeskiej Ostrawy, ośrodka słynącego z prężnego przemysłu. Okazuje się, że i tu najniezbędniejsze potrzeby materialne zaspokojone nie zostają, a pozbawieni pracy Słowacy muszą na własną rękę szukać nowych pomysłów na pomyślniejszą przyszłość. Jedni i drudzy jadą na tym samym wózku, tak samo nadużywając słowa na literę „k”, jak ich pobratymcy zza (wyjątkowo bliskiej w przypadku Ostrawy) miedzy.

Jednak jest to film Šulíka, który we mnie wywołał najsłabsze emocje, ale intuicja mi podpowiada, że musiał przynajmniej na paru Czechach i Słowakach odcisnąć jakieś piętno.

Na mnie niemałe piętno odcisnęły inne filmy Martina Šulíka. W tym uznawany za najsłabszy „Orbis Pictus”, który kojarzy mi się nieco z – nakręconym w podobnym czasie i również opowiadającym o poszukującej sensu nastolatce z kraju postkomunistycznego – filmem Wajdy „Panna Nikt”, który sam nasz mistrz uważa za wpadkę artystyczną – ale ja nie… De gustibus non est disputandum…

O wartości artystycznej „Ogrodu” nikt chyba nie dyskutuje. Film jest nakręcony po mistrzowsku. W finałowej scenie oddaje Šulík hołd innemu mistrzowi, Tarkowskiemu – przez nawiązanie do jednej ze scen „Ofiarowania”. A przecież i sam mistrz Tarkowski w każdym chyba z filmów oddawał pokorne hołdy swoim mistrzom. Więc Šulík z własnej woli znalazł się w doborowym towarzystwie.

Piekło-niebo

Wspomniany we wstępnym cytacie „Pejzaż” miał być w zamierzeniu autora pewną osobną wizją dwudziestowiecznej Słowacji. Choć opowieść ściśle zachowuje chronologię, to trudno by było powiedzieć, że głównym bohaterem jest czas czy historia. Jest nim tytułowa „Krjinka”. Swoją drogą: po co tłumaczyć na „Pejzaż” tak mile brzmiący i adekwatny do treści tytuł…

W każdym z tych filmów widzimy zaklęty w swoich własnych szyfrach świat, który może ograniczać się do mapy, wiejskiego ogrodu, czy do doliny, która oddziela miasteczko od reszty niewartego poznania czegoś tam... Dlatego niewartego, że na takim skrawku zawarte jest wszystko – tylko trzeba się lekko wysilić, by to dostrzec.

Niestety, mieszkańcy, koncentrując się na czymś innym niż otaczająca rzeczywistość, nie dostrzegają potworności wywózek Żydów, a we współczesnej Słowacji budują mury przeciwko Romom… Co musi stanowić przerażający zgrzyt i dysonans dla sympatyka Słowacji (za którego i ja się uważam) – sympatyka sympatycznego kraju, wyzbytego, jak by się mogło zdawać, tych wszystkich bliskich nam i jego południowemu sąsiadowi nadęć, arogancji i wszelkich podobnych głupot.

Tylko dla dorosłych
Reżyser, który boleje nad obojętnością swojego narodu wobec Holokaustu, również musi dostrzec problem relacji słowacko-romskich. I robi to – w filmie „Cygan” – z perspektywy Romskiego nastolatka i z perspektywy języka romskiego (jak się można dowiedzieć – dialektu spiskiego tego języka: „obcy” są tak głęboko zakorzenieni, że mają nawet swoje regionalne słowackie odmiany języka…). Po serii filmów reprezentujących swoisty Šulíkowy realizm magiczny, za sprawą „Słonecznego miasta” – jako czołowy artysta środkowoeuropejskiego kraju musiał poczuć wewnętrzny imperatyw, misję stworzenia kina zaangażowanego społecznie, pokazującego nie metafizykę, ale socjologię. Okazało się, że bez czarów twórca nie może wytrzymać, i wróciły one w „Cyganie”, maskowane przez wątek hamletowski, który wydaje mi się jednak zaledwie pretekstem dla artysty uzależnionego od magii i transcendencji.

Choć nie można owego Szekspirowskiego wątku w „Cyganie” przeoczyć, wydaje mi się on jednak formą zabawy, podobnej do zabawy z wielkimi filozofami w „Ogrodzie”, tylko tym razem – zabawy na poważnie.

Šulíkus Magnus

Šulík jest laureatem wielu nagród. Średniometrażowe „Staccato” uhonorowano w asturyjskim Gijon, druga pełnometrażówka, „Wszystko, co lubię”, dostała nominację do Oscara za film nieangielskojęzyczny. „Ogród” został nagrodzony na festiwalach w Karlowych Warach, Mannheim-Heidelbergu, Cottbus, Tutynie i Rotterdamie.

Reżyser boleje nad lichą kondycją słowackiego kina. Nie jest chyba jednak tak licha, skoro mają Šulíka…


tekst: Marek Rozpłoch

ilustracja/e: Maria Dek

poniedziałek, 30 września 2013

Misja z pasją


Niepokojąco brzmią kolejne doniesienia o użyciu przemocy przez osoby chcące wbijać nam do głowy pięścią i różnymi przyrządami, kto jest, a kto nie jest prawdziwym Polakiem, kto i gdzie może co wykładać, albo jakie i gdzie może organizować przedsięwzięcia kulturalne – albo raczej, że nie może. Są to doniesienia z kraju i, niestety, także z Torunia. Źle się dzieje, ale nie można dać się zastraszyć, żyć w permanentnym strachu – trzeba śledzić bacznie kolejne przejawy barbarzyństwa i zastanawiać się, co począć dalej…

Myślę, że najgorszym rozwiązaniem byłoby rozbudzanie w sobie negatywnych uczuć w stosunku do tych biednych młodzieńców. Należy im współczuć – sami tak intensywnie pielęgnowali negatywne uczucia, że poprowadziły ich do czegoś, czego, patrząc z trochę innej perspektywy, na pewno by się wstydzili.

Co można zrobić, żeby samemu się post factum nie wstydzić, nie dać się porwać spirali przemocy? Sam bym – sobie i Menażeryjnie – zaproponował kurację profilaktyczną. Kurs rozmawiania albo wręcz mówienia. Tak, to, co najprostsze jest tu podstawą. Nie dość, że najprostsze, to jeszcze z pozoru naiwne do bólu.

Trzeba by pielęgnować w sobie bez końca taką postawę, która umożliwia rozmowę; która sprawia, że wymiana zdań, prezentacja zdania własnego, nie staje się formą przemocy, a otwarciem na drugiego człowieka, na jego odmienność. Prezentowanie poglądów nie po to, by przyprzeć rozmówcę do muru, by obezwładnić słownie, ale by rozmówca mógł mnie lepiej i głębiej zrozumieć. Słuchanie racji drugiej strony nie po to, by dostrzec każdy słaby punkt wypowiedzi i ewentualnie tę drugą stronę zmiażdżyć, zasztyletować sarkazmem, wbić złośliwą szpilę – ale po to,by się wsłuchać, dowiedzieć czegoś nowego. Umieć przyznać się do wątpliwości, umieć zadać pytanie… Rzeczy najprostsze, a często najtrudniejsze – sam też biję się w pierś.

I tu pojawia mi się deus ex machina sprawa misyjności naszego pisma. Byłbym bardzo dumny i rad, gdyby „Menażeria” – przez język, postawę otwartą, propagowanie kultury dialogu – przyczyniła się,choćby tycio, do plenienia z naszego życia przemocy. Albo przynajmniej nie ulegała jej magii.



Marek Rozpłoch





wtorek, 14 maja 2013

Zachęta do debaty

Myślę, że warto zadać sobie parę fundamentalnych pytań dotyczących naszego pisma i naszego w nim pisania. Jesteśmy otwarci na opinie Czytelników – nie chcę, by tak istotne kwestie, jak te, o których napiszę, omawiane były jedynie w szczelnie zamkniętym gronie redakcyjnym. Opisywane problemy są, oczywiście, jedynie wycinkiem spraw dla pisma najistotniejszych, więc nawet najowocniejsza debata wyczerpująca temat nie będzie w stanie rozwiązać wszystkich możliwych kwestii otwartych, dyskusyjnych; ale najważniejsze, by wciąż rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać…

W poprzednim numerze Iwona Stachowska opowiadała o niemożności pisania na temat zbyt osobisty, jakim jest dla niej muzyka. Dla każdego sfera nienadająca się do opisu ma inny kształt, inaczej wyznaczone granice. Pytanie – czy granice trzeba wyznaczać, czy je przekraczać i unieważniać?

Już na samym wstępie naszych prac nad „Menażerią” uznałem, że niezależnie od wszelkich – zarówno nadrzędnych, jak i drugorzędnych – celów naszej działalności, nade wszystko powinna nam przyświecać wiara w wolność słowa. Jest to wartość, o którą trzeba non stop walczyć i która nie jest nam dana raz na zawsze – a pojawiają się zawsze pokusy, by ją ograniczyć, nagiąć, uszczuplić...

Koordynując pracę czasopisma, trzeba nierzadko podejmować trudne decyzje o dopuszczeniu lub niedopuszczeniu do publikacji materiału z trudem akceptowalnego. I zadaję sobie wciąż pytanie, czy odrzucenie nieakceptowalnego materiału jest zamachem na wolność słowa, czy też wynika z konieczności wyznaczenia jej niezbędnych granic? Ale czy z wyznaczonymi ściśle granicami wolność słowa jest jeszcze wolnością? A może właśnie – dopiero mając wytyczone granice, zyskuje głębszy sens?

Czy jednak usprawiedliwianie wytyczania granic wolności nie jest pierwszym stopniem do piekła?
A może nad wolnością słowa stoją w niewidzialnej hierarchii jakieś wartości od niej donioślejsze, którym ta ma jedynie pokornie służyć? Mógłby to być wzajemny szacunek, mogłaby to być godność drugiego człowieka, poszanowanie jego osobności, odmienności… Jeśli w imię wolności słowa zaprzeczałoby się temu, co najważniejsze, stanowiłoby to jej nadużycie, wypaczenie jej najgłębszej podstawy. Takie jest też
moje obecne głębokie przekonanie. Nie unieważnia ono jednak w najmniejszym stopniu żadnego z pytań, które postawiłem po drodze. A co Wy, Czytelniczko i Czytelniku, o tym wszystkim myślicie?

Marek Rozpłoch


wtorek, 30 kwietnia 2013

Tetrocini i jego bracia



Nie jest to premiera, film ma już parę lat. Francis Ford Coppola kręcący dzieło na podstawie własnego scenariusza: rzadko się to zdarza, więc stwierdziłem, że należy przyjrzeć się nieco lepiej Tetro.

Spotykamy tam pewne znane z wcześniejszych filmów Coppoli motywy i wątki, które przeglądają się jak w lustrze w Buenos Aires, metropolii po drugiej stronie amerykańskiego lądu, wyjątkowo ciekawej dla Amerykanina włoskiego pochodzenia - jako największe południowoamerykańskie skupisko ludności o włoskich korzeniach. I kraj, i kultura – choć hiszpańskojęzyczne - z bardzo widocznym wkładem włoskiego żywiołu.

Ale nie włoskość ani argentyńskość poddaje Coppola analizie, lecz relacje międzyludzkie, w których, ocierając się nawet nieraz - odważnie - o sentymentalny banał, stara się dotrzeć do tego, co stanowi istotę więzi. I nie należy w uproszczony sposób odpowiadać sobie na podstawie filmu na pytanie o charakter owej istoty; wszędzie, gdzie odpowiedź wydaje się bliska, umyka nam. Oglądając film, można też zadawać pytanie o drogę do samego siebie, o sposób odnalezienia czegoś dla siebie najbardziej fundamentalnego: czy szukać tego w swym wnętrzu, czy wśród innych, czy też w odnalezionym na mapie własnym zakątku ziemi? I jak pogodzić potrzebę tego poszukiwania z odpowiedzialnością za bliskiego człowieka?

Nie jest to jednak dogłębna analiza, film psychologiczny ani dramat egzystencjalny. Reżyser w ciekawy sposób bawi się samą materią filmową - nie tylko po to, by wydobyć więcej z ukazanych w filmie problemów, dotrzeć głębiej; ale też z czystej przyjemności poszukiwania artystycznego zanurzonego po uszy w żywiole i języku filmu (przez duże ef).

Jednak i te swobodne poszukiwania pomagają Coppoli lepiej wydobyć to, co się dzieje między postaciami i w ich wnętrzach. Bardzo udany zabieg polegający na przedstawieniu obrazów z przeszłości w kolorze, podczas gdy zasadnicza akcja filmu toczy się wyłącznie w czerni i bieli: jakby przeszłość była bardziej żywa i namacalna od tego, co dzieje się tu i teraz… Chyba na to wskazywałyby i inne elementy filmu; zatem byłaby to przeszłość, która rządzi nami, nie pozwala w sposób pełny czerpać z tego, co przynosi teraźniejszość. Dopiero uporanie się z przeszłością może pomóc odnaleźć jakiś sens w tym, co dane na co dzień.

W podobnie ciekawy jak w Tetro sposób wykorzystuje Coppola kolor w czarno-białym filmie sprzed lat Rumble Fish. Swoją drogą – także opisywane w obu filmach relacje moją sporo podobieństw. Zresztą pierwotnie starszego brata w Tetro miał zagrać Matt Dillon, czyli młodszy z Ruble Fish. Może reżyser nie chciał aż tak mocno zbliżać do siebie obu filmów, a może intuicja po prostu wskazała mu Vincenta Gallo jako bardziej nadającego się do tej roli? I chyba się nie pomylił… Naprawdę, Gallo (który nigdy wcześniej mnie osobiście nie zachwycił) zagrał swą rolę bezbłędnie.

Również wszystkie pozostałe zasadnicze role zostały bardzo ciekawie zagrane. Klaus Maria Brandauer po mistrzowsku zmierzył się z  rolą z pozoru drugoplanową. Ojciec i mistrz Tetrocini jest postacią charyzmatyczną, egoistyczną, bezwzględną i trzeba było znaleźć aktora, który w zaledwie paru gestach i słowach - na więcej nie pozwala złośliwy scenariusz - potrafiłby ukazać wszystko, co ta postać de facto centralna niesie z sobą. Tego typu zabieg nie jest nowością u Coppoli, wcześniej idealnym odtwórcą podobnych ról był wielki Marlon.

Mój zarzut wobec Coppoli byłby zarzutem o rodzaj męskiego szowinizmu: świetnie ukazana przez Mirabel Verdu postać Mirandy zdaje się być tylko po to, by rozumieć ze współczuciem problemy bliskich mężczyzn; jej mądrość polega jedynie na umiejętnym odczytywaniu ich uczuć, pragnień, blizn z przeszłości. Piękna rola, ale tylko służebna – podmiotowość tradycyjnie usunięta w cień…

Tekst: Marek Rozpłoch

Tetro
reż. Francis Ford Coppola
Gutek Film
2010

wtorek, 23 kwietnia 2013

Jak kubek gorącego mleka z miodem







Tegoroczny festiwal jazzowy w Od Nowie był o tyle wyjątkowy, że po raz pierwszy mógł wybrzmieć w jej nowo wybudowanej części; o tyle był zwyczajny, że coś muzycznie bardzo przewidywalnego dominowało i nawet opisy na stronie klubu świadczą bardziej o nabożnym traktowaniu ciągłości i tradycji niestarego przecież festiwalu, niż o chęci usatysfakcjonowania głodnego dobrej muzyki fana jazzu. Należę (autorzy tekstu są dwaj, ale każdy z nich mógłby spokojnie podpisać się obiema rękoma pod całością wyrażanych opinii, więc nie komplikujmy sobie życia liczbą mnogą) do tych odbiorców jazzu, którzy traktują go jak powietrze - nawet gdy lichej jakości, oddychać trzeba, bo organizm się tego domaga.

Organizm został nasycony, bo aż cztery dni – tak jest od czasów dziesiątego festiwalu – ale wyższe potrzeby estetyczne nieco rzadziej bywały w pełni zaspokojone. Z drugiej strony, trzeba jasno i wyraźnie podkreślić, że nie było żadnego rzucającego się w oczy słabego punktu.

Muzyka dość często skręcała w stronę przeciwną ortodoksji.Słychać było rytmy latynoamerykańskie, ethno jazz, muzykę świata, ale to chyba nie zarzut – sam jazz przecież ulepiony został z pozornie niepasujących do siebie elementów i wciąż żyje nam między innymi właśnie dzięki próbom muzycznego dialogu z obszarami oddalonymi od Nowego Orleanu nawet o tysiące mil. O tyle jest to ciekawe dla miłośnika jazzu, o ile nie ociera się o banał, nie razi ostrożnością, nie czuje się atmosfery czysto kawiarnianej. Niestety, czuło się parę razy coś takiego na tegorocznym jazzie w Od Nowie. Choć i tego z przyjemnością można było posłuchać, a niemal za każdym razem w nagrodę za cierpliwość dostawało się jakiś poruszający moment zaskoczenia, czy to w postaci całego utworu, czy jego fragmentu, czy rewelacyjnego sola.

Dobry występ yassowego kwartetu A-Kinetonna samym początku festiwalu. Dobry, choć nieprzekonujący mnie w pełni koncert Kwintetu Zbigniewa Namysłowskiego - z rewelacyjnym czarodziejem fortepianu Sławkiem Jaskułke. Szkoda, że tak go mało i głównie w tle – wszak to zdecydowanie najlepszy pianista festiwalu! Po ethnojazzowym, rozgrzewającym i pobudzającym wyobraźnię PGR – LatinFire! można było wrócić na łono tradycji i nasycić się muzyką Eryk Kulm International Quartet z piątym na dokładkę Piotrem Wojtasikiem. Słychać było, że każdy z muzyków zespołu jest indywidualnością wysokiej rangi, a wspólne granie w takiej konstelacji również daje wyśmienity efekt. Pierwsze moje spełnienie, jako słuchacza festiwalu. Brawa!

Drugie spełnienie i brawa dla grupy Fumanek, czyli Mamadou Dioufa, Włodzimierza Kiniorskiego i Tadeusza Sudnika. Znowu muzyka uciekająca od ortodoksji, za to z jaką klasą! Genialne elektroniczne popisy Sudnika! 

Zespołowi towarzyszyła na scenie płaskorzeźba autorstwa Jacka Wudarczyka. Stanowiła ona niejako zapowiedź tego, co za moment przetoczyło się przez scenę i ekran. Widowisko audiowizualne Marka Stryszowskiego Ananke miało w sobie coś ujmującego nieraz i przekonującego, ale momentami tak mocno parło w stronę ewidentnego kiczu, że przed katastrofą ratowało je tylko to, co najistotniejsze, czyli ciekawa warstwa muzyczna.   

Ballister był najjaśniejszym punktem festiwalu. Muzyka mocno improwizowana, noise'owa, nieprzekombinowana i nieprostacka. Perkusista Paal Nilssen-Love tworzył solidną podstawę, saksofonista Dave Rempis grał w dobrym freejazzowym stylu, wiolonczelista Fred Lonberg-Holm dodawał chropowatości, używał przesterów, zapętleń. Było głośno. Publiczność generalnie zdzierżyła Ballistera, część wyszła, część się przemęczyła (słyszałem komentarze, że generalnie było warto, że trochę to dziwne, ale ciekawe, "jak Penderecki", "Warszawska Jesień na Jazzowo"), a części zwyczajnie się podobało - żywe reakcje, brawa za ciekawe solo, był bis.

Urbaniak grał ładnie. Fajnie brzmiały organy Hammonda (przy zastrzeżeniu, że brzmienie ogólnie było takie sobie). Urbaniak podobał się publiczności - dużo ludzi, dużo braw, nawet klaskanie w rytm muzyki.Wieczór sobotni był kontrastowy muzycznie i społecznie. Społecznie - bywalcy imprez, na których „się bywa” i fani. Muzycznie -free i fusion. Dla mnie zbyt kontrastowo; jak się wczułem w Ballistera, to dla Urbaniaka serca już nie miałem (pewnie i w odwrotną stronę to działa).

Duża sala (ostatni wieczór festiwalu wybrzmiał zamiejscowo w Auli UMK) nie sprzyja zazwyczaj takim zespołom jak Ballister, a wychodzi na dobre rozrywkowemu Urbaniakowi,lecz tym razem było chyba inaczej. Ballister brzmiał bardziej przejrzyście, dynamiczniej i głośniej, Urbaniak tak sobie, bez werwy, czasami wszystko się zlewało. I Ballister, i Urbaniak bardzo profesjonalni, tyle że Ballister to była całość, synteza, a w zespole Urbaniaka muzycy grali „razem”, lecz nie tworzyli „jedności”, czasami jakby trochę każdy z osobna. Miało niby być groove'owo, ale ja tego nie czułem…

Powinno być to tak parami zestawione: 3. Dzień estiwalu - Fumanek i Ballister, 4.dzień- Namysłowski i Urbaniak.



Tekst: Wojciech Włoch, Marek Rozpłoch

Ilustracje: Andrzej Kilanowski






Jazz Od Nowa Festival

20-23 lutego 2013

Akademickie Centrum Kultury i Sztuki „Od Nowa”

środa, 27 marca 2013

Szymon Słupnik. Windą do nieba




Nakręcony przez Luisa Buñuela w roku 1965 Szymon Pustelnik (Simón del desierto) jest ostatnim filmem tryptyku nawiązującego do tematyki religijnej – przed nim były Viridiana i Anioł Zagłady. Co ciekawe, w podobnym czasie podobny tryptyk stworzył Bergman; mistrzowie kina gdzie indziej stawiali akcenty i nieco inną wymowę miały ich filmy, a jednak podobne, a może i te same pytania zdają się w tych dziełach zadawać – w tym pytanie o sens religii i potrzebę odniesień religijnych we współczesnym świecie.

W sprawie odniesień religijnych Buñuel od razu musiałby odpowiedzieć pewnie „tak” – widoczna jest w tych jego filmach potrzeba przywołania, choćby przewrotnego i ukazanego w krzywym zwierciadle wątku religijnego – chrześcijańskiego, rzecz jasna. 

W przypadku hiszpańsko-meksykańskiego twórcy, chciałoby się dodać „katolickiego”, ale w obliczu hagiografii, która była inspiracją do stworzenia Szymona Pustelnika, byłaby to już uzurpacja, jako że święty Szymon Słupnik - do którego i naśladowców nawiązuje film – choć czczony w chrześcijaństwie zachodnim, przynależy nade wszystko do tradycji wschodniej, prawosławnej. 

Podobnie nurt, który zapoczątkował – stylityzm (z rosyjska - stołpniczestwo). Nurt ten w ogóle nie został przez chrześcijański Zachód przyswojony, zaś w Bizancjum i na Rusi zdobywał przez wieki ochotników i czcicieli tych ochotników. Powołany do słupnictwa stawiał sobie kilku lub kilkunastometrową kolumnę (albo wybierał naturalny twór geologiczny kolumnę przypominający), na której szczycie postanawiał spędzić resztę życia. Możemy sobie wyobrazić coś przypominającego nieco greckie Meteory – tyle tylko że w wersji znacznie pomniejszonej i solo; i często bez żadnej ochrony przed deszczem, słońcem, wiatrem. 

Tak żył sam święty Szymon Słupnik. Na podstawie zebranych informacji – z których część pozostaje ze sobą w sprzeczności i te staram się tu pomijać – ów charyzmatyczny asceta żył w IV i V w. w Syrii – zatem w określanej później mianem Bizancjum wschodniej odnodze podzielonego Imperium Romanum. Wschodniej, czyli greckojęzycznej (jeszcze nie urzędowo, ale był to język najpowszechniej używany) i bardzo głęboko już schrystianizowanej, w tamtych czasach pozbywającej się też pozostałości pogańskiej spuścizny antycznej. 

Pochodził z ubogiej wiejskiej rodziny, w wieku kilkunastu lat postanowił wybrać życie monastyczne, ale potrzeba głębszej ascezy nie została zaspokojona przez konwencjonalne życie zakonne i musiał szukać własnej drogi. Po jakimś czasie znalazł ją na rzeczonej kolumnie, która na początku jego samoudręczenia miała mieć parę metrów wysokości, a pod koniec życia (parę dekad później) – paręnaście. Potrzeba ascezy zatem nieustannie się pogłębiała i wznosiła Symeona Stylitę (jak też bywa nazywany) ku niebu. Gromadziły się tłumy pielgrzymów przybywających z różnych stron świata, miejsce kultu przekształciło się wkrótce w osadę. Asceta nie składał ślubów milczenia i głosił z wysokości słupa nauki podbudzające instynkt moralny i religijny, a wśród wielu budzące także potrzebę zbudowania własnych słupów. 

Miejsce to położone niedaleko syryjskiego Aleppo zostało po śmierci świętego Słupnika obdarzone przez cesarza bizantyjskiego Zenona największym w ówczesnym chrześcijańskim świecie kościołem, z którym konkurencję wygrała po latach dopiero konstantynopolitańska Hagia Sophia.

Również na wschodzie Polski możemy znaleźć parę cerkwi czczących jako patrona świętego Stylitę. Są śladami kultu stylityzmu, który rozpowszechnił się w całym prawosławnym średniowiecznym świecie. Jeszcze wiele wieków po świętym Szymonie Ruś wydała słynnych stylitów: Nikitę i Sawę i mniej znanych innych, w bliższych zaś Szymonowi czasach – wśród rzeszy naśladowców pojawił się w jego ojczystej Syrii Szymon Słupnik Młodszy. Wyróżniał się intensywną działalnością intelektualną i piśmienniczą, której nie stały na przeszkodzie specyficzne warunki słupnicze. Znana jest też opowieść o trudnościach, jakie napotkał biskup chcący udzielić mu święceń kapłańskich – musiał się mianowicie wspiąć po drabinie do wyświęcanego. 

Ta historia, jak też masa różnych mniej lub bardziej prawdopodobnych przypowieści o cudach, uzdrowieniach, szczególnie wymyślnych formach ascezy pokazuje, jak wiernie został przez Buñuela oddany fenomen stylityzmu. Nie chodziło Buñuelowi o stworzenie tylko groteskowej wizji absurdalnego zaangażowania religijnego, ale o ukazanie różnych odcieni ascetyzmu i chrześcijańskiej religijności – w sposób przewrotny i mogący szokować, ale w oparciu o autentyczny fenomen. W tym to fenomenie skupia się cała masa istotnych do rozważenia spraw związanych z chrześcijańskim zaangażowaniem religijnym – także we wspomnianej na początku konfrontacji ze współczesnością.

Przede wszystkim sprawa uzależnienia przeżywanej indywidualnie religijności od obowiązującego w kulturze danych czasów paradygmatu. Oddzielenie od społeczeństwa nie oznacza niezawisłości od niego, lecz wejście z nim w rodzaj gry; gra się kończy, gdy okazuje się, że ludzie, przed którymi przeniesiony do współczesności Szymon Pustelnik siedzi, nie podzielają wiary w ów paradygmat. Czy faktycznie autentyczna jest religijność tak mocno powiązana z realiami kulturowymi…?

Sprawa ascezy. Ascezy, która uszlachetnia, a zarazem sprawia, że asceta zamyka się w świecie lęków przed zaprzeczeniem choćby na moment swojej misji. Komizm postaci łączy się z tragizmem sytuacji, w jaką się postać uwikłała i z której jakby nie ma wyjścia.

Sprawa charyzmy, kultu świętego za życia. Człowiek taki traci cechy ludzkie, staje się prorokiem, głosem transcendencji. Można uznać to za niedostępne nam, grzesznym przebóstwione życie będące dla rzesz ludzkich odpowiedzią na potrzebę posiadania autorytetów – w tym przypadku autorytetu religijnego. Można też, w nawiązaniu do wcześniejszego pytania o autentyzm religijności, zadać pytanie, czy w przypadku, gdy mamy do czynienia wyłącznie z pewną szczególną rolą w religijnym społeczeństwie, nie jest to okaleczenie (względnie – samookalecznie się) człowieka, który zastępuje głębsze relacje międzyludzkie niekończącym się teatrem – i to teatrem na wysokich koturnach. W tym przypadku – kilku lub kilkunastometrowych.

Odchodząc od filmu, a wracając do fenomenu stylityzmu, warto dodać, że formą ascezy, która pojawiła się wcześniej od wynalazku Szymona, było samoudręczanie się staczy, którzy też w jednym miejscu, stojąc, spędzali swój żywot, ale nie było to miejsce podwyższone, wywyższone. Podwyższenie utrudnia zejście i bezpośredni kontakt ze światem, lecz też i przez swą niezwykłość i naturalną w człowieku fascynację tym, co większe – bardziej sakralizuje ascetę, który staje się lepiej widocznym dla wyznawców przykładem pobożności, ale też bardziej przez to teatralizuje swe życie. Zresztą stanie postaci na kolumnie nie kojarzy nam się chyba z poniżeniem, lecz jakimś szczególnym (nomen omen) uwzniośleniem – czego przykłady zobaczymy na londyńskim Trafalgar Square czy placu Zamkowym w naszej stolicy.

Czy nie jest ciekawsza inna droga do świętości wybierana przez pomazańców Bożych na wschodzie chrześcijańskim – również zapoczątkowana w Bizancjum i rozpropagowana na Rusi, później w Rosji – droga saloityzmu (zwanego z rosyjska jurodstwem)? Droga świętego szaleńca, idioty, który nie wznosi się ponad ludzi, by przemawiać z wysokości kilkunastometrowej kazalnicy, ale idzie prosto do nich – zmuszając swoją niestandardową postawą do koncentracji na sprawach niedoczesnych. Do polskiej humanistyki w szczególny sposób postać rosyjskiego jurodiwego wprowadził Cezary Wodziński – zmuszając do zastanowienia się, czy w tej postawie nie było czegoś więcej niż tylko powierzchowna religijna egzaltacja. Chyba trudniej coś takiego dostrzec u Słupnika…?


Tekst: Marek Rozpłoch

Ilustracje: Gosia Herba