Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szymon Szwarc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szymon Szwarc. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 sierpnia 2013

Zatkało się

Zatkało się, zapchało! Rura odpływowa w umywalce to jeszcze nic, ucho się zatkało, prawe (prawicowe) ucho, a przecież za parę godzin gramy z chłopakami – bez ucha jak bez ręki, już łatwiej byłoby chyba bez nogi, trzeba więc wyjść i kupić kropelki z nagietkiem (jak uroczo to brzmi, a lokalne nazwy też niczego sobie: „pazurki”, „miesięcznica”, „paznokietki”). Już mi przeschło owłosienie, wychodzę, przecież i papierosów nie ma w domu, tym bardziej nie ma co w nim siedzieć i czekać aż się pranie skończy, bo nawet tego nie usłyszę. Wyszedłem.

Ulicą Szeroką niosą się ludzie odarci z dźwięków i nadają mi w systemie mono, wszystkie głosy, szumy, trzaski, szmery zlewają się w wypiard z Tartaru, docierają do mnie głosy żywych reklam jakichś tam restauracji – chłodnik litewski, jakaś tam zupa, pewnie jakieś ziemniaki, pewnie jakieś sztućce, pewnie za jakieś pieniądze, niewielkie wprawdzie, ale na pewno nie za darmo; dociera do mnie głos ulicznego kaznodziei, źle się dzieje, mówi o bogu, którego nie znam, mówi o czymś, co widziałem na ulotkach kolportowanych przez świadków Jehowy, mówi to, jakby się męczył i męczy mnie tym samym, przecież jego głos to nie jest głos jego boga, przecież poza tym głosem to słyszę przełykanie własnej śliny, szczękanie zębów, tupot stóp po kocich łbach, no i jeszcze wciąganie powietrza, nie ma tu boga, Bóg może i jest, szczerzy się jak słońce może, ale nie na tym świecie jest, bo to nie Jego jest świat chyba, on z innego świata, którego nie rozumiem, więc tak jakby go nie było, więc go tu nie ma, nawet jak sobie ostatecznie jest.

Na szczęście zaraz mijam cyganeczkę, co to sobie gra na akordeonie i nic nie słyszę, widzę tylko, jak się uśmiecha, trochę z przymusu, trochę bo razi ją to słońce, no i rzuciłbym może jakimś klepakiem, żetonem, ale nic nie słyszę, nie dociera do mnie, gdzie jest moja wrażliwość społeczna?, chociaż może przesadzam, może sam jestem taką cyganeczką, która w podobny sposób się uśmiecha, czy ja wiem? Ciśnienie w głowie rozkłada mi się nierównomiernie, nie rozumiem słów jakiejś kobiety, która chce pieniądze albo papierosa, nic z tego co tu się dzieje nie rozumiem, moje prawicowe ucho zajęło większość mojej uwagi, ile tu obcych twarzy, ile tu rzeczy! Zupełnie jakbym się nagle znalazł w którejś ze stolic Polski!

Wreszcie trafiam do apteki i biorę te kropelki, tak, takie na odetkanie ucha, pani coś mówi, ja się tylko uśmiecham, bo tyle mogę zrobić, chociaż tego słońca z ulicy wpada tu tyle, co dźwięku do mojego lewego (lewackiego) ucha, ona też się uśmiecha, bo przecież wie, o co chodzi, dobra, mam, dziękuję, do widzenia, jeszcze Żabka, papierosy, chce pan rachunek?, nie, dziękuję, ale czekam, bo nie wiem, o jaki rachunek chodzi, bo właściwie nie dosłyszałem, bo podziękowałem być może za jakiś batonik albo marchewkę, dostaję rachunek i punkty, wychodzę i nie wiem nawet, czy trzaskam drzwiami, być może trzasnąłem tak, że pękła szyba, ale trzask tłukącego się szkła zagłuszył silnik samochodu, szczekający pies, rozpacz dziecka, samolot, karetka, prędzej, do bramy, chłopaki wiercą jak wiercili, od dwóch miesięcy, czuję się trochę pewniej, niech wiercą mi za oknem, myślę, pranie już chyba się zrobiło, no.

Jeden z wiercących nawet mówi mi czasem „cześć”, po tym jak wziął mnie za złodzieja i prawie nastukał, widocznie udało mi się uzyskać status jakiegoś podmiotu po tym zdarzeniu, to ładnie z jego strony, mnie dalej boli żebro, nieważne, i tak się stąd niebawem wyniosę w cholerę, chociaż mimo wszystko było tu bezpiecznie i miło.



*



„Z tymi dziećmi to jest tak, że zaraz jak coś wyjdzie z ziemi, to się na to rzucają” – stwierdza S. i zachwycają mnie te słowa, bo akurat siedzimy na murku, a przed nami przemieszczają się i zbierają wycieczki.

Dzieci z tych wycieczek celują w nas z działka przeciwlotniczego, a także, z wielką radością, chodzą po minie wodnej, która przypomina kuliste wymię, chwytają się rączkami jego gruczołów mlecznych, ale żadnego mleka przecież te wypustki nie dadzą, będą więc dzieci musiały, jak się już zorientują, co robią, o to mleko powalczyć lub poszukać go w ziemi. Tej.



Szymon Szwarc


czwartek, 28 marca 2013

Dzienniczek uwag




Jestem. I jest. Poniedziałek, wtorek, rzeczy. Jest poniedziałek, bla, bla, są rzeczy. Środa, rzeczy. Czwartek, rzeczy, sprawy, obroty spraw. Zawrotna kariera człowieka. Oto temat na obcej ziemi, bla, bla, bla. Zawrotna kariera ludzkości w kosmosie. Kariera kosmosu w czasie, kariera chaosu w zupie, kariera historii też w zupie. Kariera w niedzielę. Święto. Kariera tu i ówdzie, wszędzie.
*
W piątek postanowiłem sobie, że kolejne partie tekstu oddzielał będę gwiazdkami. Trzeba by w tym świecie rzeczy przyczepić coś (bo przecież nie się) do firmamentu. Niech wyrazi to z grubsza niebo gwiaździste nade mną dość rzadko, a prawo moralne w tekście, szczotkę do zębów w kubeczku, robaczka świętojańskiego w nosie.
*
Skoro już jestem, to należałoby się podnieść, tak sobie pomyślałem we śnie, w którym handlowaliśmy z kolegami z podstawówki bronią i kaczkami. Ścigali nas nauczyciele będący na dyżurze, głównie wuefiści, którzy chcieli nas przechytrzyć dzięki swojemu zdobytemu na AWF’ie sprytowi. Skoro już należałoby się podnieść, podnoszę jedną z powiek na próbę (członek zdążył podnieść się wcześniej bez mojej wiedzy), dochodzę do wniosku, że jest to lewa powieka, a lewe oko widzi trochę bardziej niewyraźnie. Co widzę? Widzę kilka włosów. Czy takiego widoku się spodziewałem? Podnoszę drugą powiekę w ramach pomocy i dostrajam soczewki. Co widzę? Widzę seledynową ścianę. To za daleko. Przestrajam. Co widzę? Wydaje się, że widzę powietrze? Ale żeby się upewnić podnoszę głowę, obrzucam, a może obrzyguję spojrzeniem otaczającą mnie przestrzeń. Och, dopiero co wstałem i jestem, w moim małym pokoiku na piętrze szeregowca, patrzę na podłogę, żeby sprawdzić, która godzina w telefonie. Na podłodze cmentarzysko rzeczy. Ubrania, worki, telefonia z godziną, mysz, grzałka, torba, laptop, szklanka, i inne niezbędne, cmentarne duperele. Okno, drzwi. Za oknem okna.
*
No tak. To już będzie czwarty tydzień, nie, piąty, jak tu sobie siedzę i leżę, na tej emigracji, i tak sobie myślę teraz, że za oknem mam okna sąsiadów, kominy i kawałek nieba, obok łóżka zaś cmentarzysko rzeczy, które tak się przesuwają tylko w czasoprzestrzeni, zmieniają swoje położenie, zdarza się, że giną razem ze swoim wątłym wąteczkiem w tej animacji poklatkowej i tak to się wlecze razem z ciałem, krąży w chronotopie i nie ma się tu czego wstydzić. Co się będę krążącej w chronotopie materii wstydził, przecież to nie wiersz, czasem lepsze cmentarzysko obok łóżka, niż cudze okna za oknem, w których nie widać nikogo, tylko czyjeś włączone albo wyłączone światło (światło jako własność i potencja!), czasem właściwie wszystko to samo. Najlepsze jest cmentarzysko za oknem, bo co wstyd w wierszu przyznać i choć na co dzień niezauważalne, jakoś wyciągało z kuchni, z domu, w noc. Opadam ponownie, głową (członek także jakoś zdążył niepostrzeżenie opaść), wracam handlować kaczkami i bronią, może uda się rozwinąć jakoś ten interes, przekupiwszy uprzednio kilku wuefistów depczących nam po piętach w swoich bajeranckich dresikach i zająć się przemytem słowiańskiego błota do Anglosaskich pubów. Chociaż jest dobrze, jak jest, interesy idą całkiem nieźle, to czeka mnie trudna decyzja, o której podjęciu zapomnę, zaraz jak się znowu będę musiał podnieść. Karierę zrobię sobie we śnie.
*
Maciek się pyta czy napisałem wiersz o dokach, nie napisałem, nie wiem po co mam pisać o dokach, właściwie to jeszcze nawet nie odwiedziłem tutejszych doków, podobno bardzo tam ładnie, atrakcyjnie (turystycznie).  W Maćkowych zapytaniach urastają te doki do rangi symbolu, pies wie jakiego. Gdybym przybył tu statkiem albo statkiem planował ucieczkę. Przyleciałem samolotem, w którym miejsca siedzące były ciaśniejsze niż Autosanach, nogi mi ścierpły od podciągania kolan, w okienku noc, ciemność i skrzydło samolotu jak kładeczka nad stepami chmur w półśnie, który byłby do zniesienia, gdyby nie chciało mi się lać? No ale doki. Na miasto się przeszedłem i swoje wrażenia pierwsze mam, nie warte opisania (nie to, żebym z rozdziawioną gębą chodził), postanowiłem się zgubić w ramach wstępnego rozpoznania terenu i udało mi się, wszystko duże, wszystkiego jakby za dużo jak na ten pierwszy raz i właściwie żadnych emocji, a wiatr to mnie spychał, jakbym niewiadomo skąd przybył i zaburzył naturalny obrót zjawisk oraz towarów (kaczki!).
*
O pogodzie mógłbym przecież pisać, bo mi tu trzy pory roku w ciągu tygodnia na zmianę dają się we znaki, co też w perspektywie przemytu słowiańskiego błota do pubów Anglosaskich zaczyna mi się coraz bardziej podobać. Ale nie o tym, co mi się może podobać, napisać miałem. Nadmiar w emigracyjnej próżni. Rzeczy, ludzie, plany wypełniają ją po brzegi, jakby ta prożnia stała się magazynem pękającym w szwach, z którego nic nie można wynieść, wszystko trafia do przyczepy ciężarówki, która pędzi potem z tym wszystkim w świat, przez te maćkowe doki, a ten świat wydaje się tak jakoś prosty i nasycony, że aż obcy i robi się niedobrze. I symbol tak pojęty pośredniczy w jakiejś gównianej sprawie. A może ten zarys pustki, to właśnie owo cmentarzysko rzeczy, którego brzeg zaledwie znalazł się pod moim łóżkiem? Trudno na dzień dzisiejszy stwierdzić. Może się dowiem, a może po prostu o tym zapomnę, zaraz jak znowu padnę i zajmę się moją karierą.

Szymon Szwarc