Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 marca 2014

KLAMRA po raz 22



12 bardzo zróżnicowanych przedstawień, po raz pierwszy zabrzmi w teatrze słowo Leszka Mądzika, Ewa Wójciak przybędzie w pojedynkę, a Teatr Wierszalin pokaże swą ludowość i metafizykę w zupełnie nowym wydaniu – w dniach 8-15 marca w „Od Nowie” odbędą się XXII Alternatywne Spotkania Teatralne KLAMRA.

Spektaklem „Lustro” otworzy je Scena Plastyczna KUL Leszka Mądzika. Tekst jest inspirowany prozą Brunona Schulza, a przede wszystkim jego opowiadaniem „Samotność”. Muzykę do dwudziestego spektaklu Sceny Plastycznej KUL napisał Piotr Klimek, w nim też po raz pierwszy padnie słowo – fragmenty prozy z offu recytuje Jerzy Radziwiłowicz. Leszek Mądzik będzie także gościem specjalnym KLAMRY. Nazajutrz 9 marca, ubiegłoroczni laureaci – wrocławski Teatr Formy, zaprezentuje pantomimę, której scenariusz oparto również na opowiadaniach Schulza. Tym razem na warsztat wzięto tekst "Ulica krokodyli". Tego dnia zobaczymy na scenie także Arkadiusza Jakubika, który wyjątkowo nie wystąpi ze swoim zespołem Dr. Misio, lecz zaśpiewa w wyreżyserowanym przez siebie spektaklu „Paląc Blanty z UFO” z towarzyszeniem Tymona Tymańskiego i grupy JAZZ OUT.

10 marca na scenach „Od Nowy” wystąpią również dwa zespoły: Sopocki Teatr Tańca w spektaklu „Puste ciało Okazja do malutkiej rozpaczy”, którego bohaterami będą Franz Kafka i Henri Toulouse Lautrec, a po nich Toruńska Grupa Improwizacyjna TERAZ w długiej formie improwizowanej „Pan Pstrong”. Pełni energii członkowie TGI "TERAZ" po raz pierwszy stawią czoła wymagającej publiczności KLAMRY! Nikt dokładnie nie wie, dokąd ją zabiorą, opowiadając 2 zupełnie inne historie zainspirowane słowem, które padnie właśnie od widzów. „Menażeria” mocno trzyma za nich kciuki, także z racji, że z TGI „TERAZ” na scenie pojawi się nasza redakcyjna koleżanka i fotoreporterka Małgorzata Drążek.

11 marca na smaczną „Ucztę”, która może pozostawić po sobie zgagę – i to moralną (!) zapraszają laureaci nagrody publiczności z 2011 roku – Teatr USTA USTA Republika. "Uczta" obśmiewa nieustanną konsumpcję, czyniące z człowieka podlegający ocenie przedmiot castingi i talent shows, znaną doskonale z reklam produktów spożywczych erotyzację języka i handel organami. W oparach absurdu pośmiejemy się szczerze i głośno, ale w końcu śmiech ugrzęźnie nam w ściśniętym gardle… Świetna zabawa czeka także na widzów w dniu kolejnym z PORYWACZAMI CIAŁ w „Partyturach rzeczywistości”, w reżyserii oraz wykonaniu, jak zawsze genialnych, Katarzyny Pawłowskiej i Macieja Adamczyka. Artyści specjalizują się w pokazywaniu współczesności w konwencji groteski. Wychodzą z tego potwory kulturowej papki, będziemy się z nich śmiać, nie pojmując niczego… Czy to znaczy, że ciągle jesteśmy neandertalczykami? Do rzeczywistości wrócimy jednak już tego samego wieczora, oglądając performance sceniczny „Strefa zagrożenia” Krzysztofa Dziemaszkiewicza i Anny Steller. Spektakl powstał z inspiracji sztuką "Zbombardowani" Sary Kane.

13 marca na scenie „Od Nowy” ze spektaklem „Muzg” wystąpi Teatr CHOREA. Przedstawienie dotyczy nowej wyroczni, nadziei i największego fetyszu XXI wieku, jakim staje się mózg. Aktorzy nie będą mówić o umyśle, o duszy, świadomości czy JA – spektakl jest po prostu próbą zapytania o to, co ludzkie w tym wszystkim. W przedostatnim dniu XXII KLAMRY zobaczymy dwa spektakle: Teatr KANA i KREPSKO theatre group pokażą „Hotel Misery de Luxe” a Teatr ME/ST – „Lady Wa-Wa”. Propozycja szczecińskiego Teatru KANA (dwukrotni laureaci nagrody publiczności w 2008 i 2010 roku) i czesko-fińskiej KREPSKO theatre group to narkotyczny mix kolorytu i czeskiego dowcipu. W pokojach do wynajęcia dziać się będą rzeczy zadziwiające i nierealne: kobieta o trzech dolnych kończynach, mężczyzna siedzący na krześle do góry nogami i fascynująca rola Bibianny Chimiak – wszystko to stworzy u widowni zapewne niezwykłe napięcie i atmosferę opiumowych wizji. Z kolei „Lady Wa-Wa” to monodram Magdaleny Engelmajer, w którym aktorka słowem, dźwiękiem oraz sytuacją porusza różne tematy dotyczące kobiecej strony świata.

W finale wystąpią stali bywalcy KLAMRY i pierwsi laureaci nagrody publiczności z 2007 roku – Teatr Wierszalin. W spektaklu nietypowym: „Boskiej komedii” wg Dantego, którą wyreżyserował… Słowak – Jakub Nvota. Nie będzie tak gęsto, jak u Tomaszuka, będzie za to żartobliwie i ironicznie, język Dantego poplącze się z papką medialną, a okultyzm z reality show. Na scenie m.in. jak zwykle znakomici: Katarzyna Sergiej, Rafał Gąsowski i Dariusz Matys – już nie możemy się doczekać! Na zakończenie KLAMRY, po ogłoszeniu werdyktu publiczności, jak przed rokiem, organizatorzy zaplanowali koncert na nowej scenie: 15 marca wystąpi tu duet Paula i Karol, jeden z najbardziej interesujących nowych polskich zespołów alternatywnych.

(AS)

XXII Alternatywne Spotkania Teatralne KLAMRA

8-15 marca 2014

Akademickie Centrum Kultury i Sztuki "Od Nowa"

czwartek, 31 października 2013

Nic, tylko bawić się w kulturę

fot. Ł. Balcerzak

Z Krystianem Wieczyńskim rozmawia Maciej Krzyżyński



Jesteś artystą wielu talentów, znanym głównie z teatru, filmu, z opowiadania historii swoim ciałem. Często się również udzielasz jako juror, trener młodych, ambitnych.
Czuję, że się spełniam w tej performersko-aktorskiej działce, choć nie tylko tym się zajmuję. Z wiekiem nabyłem nowych umiejętności. Jest coś magicznego w tym, gdy siedzisz przed kimś, kto mówi do ciebie wiersze. Widzisz ten ogrom starań, które ten młody człowiek wkłada w to, by oddać jak najlepiej literaturę. Mniejsza o to, czy dobrze opanował tekst, czy spełnia warunki techniczne. Ja nie oceniam ich pod względem zawodowym, lecz interpretacji amatorskiej. To miłe uczucie, obserwować proces uświęcania teatru poprzez zaangażowanie. Młody człowiek chce, może mu nie wychodzić, ale chce.

Odnajdujesz się więc w WOAK-u?
Tak. Będąc tam w pracy, musisz się rozwijać. Masz przymus spowodowany charakterem swojej działalności. Jestem instruktorem do spraw teatru, ale zajmuję się również cyrkiem. Instytucja musi mieć sztywne ramy, obowiązują godziny pracy, realizacja planu, ale to są rzeczy, które można znieść po to, by mieć ciągły kontakt z młodzieżą, mediami, źródłami informacji i innymi instruktorami, którzy są artystami-pedagogami. Taką ścieżkę wybraliśmy. To jest praca bardzo ubogacająca, nie zapomnijmy też o korzyściach socjalnych i finansowych.

Co daje Ci praca dla dzieci?

Praca dla dzieci odmładza. Sprawdza wciąż twoje zdolności percepcyjne i weryfikuje ciebie jako człowieka. Dziecko nigdy ci nie wybaczy, gdy nie dotrzymasz słowa. To są bardzo delikatne istoty, które trzeba traktować na partnerskich zasadach, oczywiście z zachowaniem dystansu. Dwutygodniowe warsztaty z grupą od sześciu do dwudziestu jeden lat dają ci niezłego kopa. Czujesz się odmłodzony, poznajesz slang młodzieżowy. Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby to było twoje dziecko. Ale cały czas z szacunkiem i spokojem podchodzisz do drugiego człowieka. Oni to wyczują, nie da się kitu wcisnąć.

Teatr Wiczy wszedł również w naukę poprzez sztukę.
Science Show – paragatunek, który staje się popularny. Amerykanie w tym celują, mają nawet lekcje prowadzone przez kosmonautów w przestrzeni kosmicznej. To są ciekawe lekcje, z których dowiesz się na przykład, że nie zmoczysz tkaniny w kosmosie, bo woda się tam trzyma kropli. W Toruniu zaczął czymś takim Instytut B61. Teraz edukacja została przytłumiona samą widowiskowością, ale faktycznie to Instytut tak zabłysnął. Natomiast Teatr Wiczy wyprodukował dla Centrum Nowoczesności jeden z lepszych science show możliwych w Polsce do obejrzenia. Oczywiście na licencji amerykańskiej. „Naukowy Cyrk Braci Nano” to świetna opowieść o świecie nanotechnologii i mogę się poszczycić, że myśmy z Teatrem Wiczy to zrobili. Przy okazji zainaugurowaliśmy odnogę Klamry teatralnej, skierowaną dla młodzieży i dzieci, tak zwaną Klamerkę. Kto wie, może uda się to utrwalić, by był na Klamrze taki dział?

Teatr alternatywny dla dzieci?
Nie widzę żadnych przeszkód. Mam przy sobie czterdziestominutowe przedstawienie robione technikami teatru alternatywnego przez dzieci pod opieką instruktorów. Dzieci są wykonawcami muzyki, scenografii i kreacji aktorskich. Jest muzyka rockowa grana na żywo przez dzieciaki. Prawdziwy teatr alternatywny.

Jak się czujesz, obserwując amatorów obecnie, pamiętając swoje początki w Brodnicy, gdy z Wiczą rozpoczynaliście działalność teatralną?
Mógłbym mówić bardzo długo o Wiczy jako o przyjacielu, nauczycielu i towarzyszu życiowym. Spędziliśmy razem ponad dwadzieścia lat. Patrzę na tych młodych ludzi i staram się działać z nimi tak, jak on działał z nami na początku. Wicza przekazywał nam zdolności, które zdobywał w Toruniu, Warszawie, przywoził do nas wiedzę. Staram się stać na podobnej pozycji dzisiaj. Cały czas się czuję amatorem. Nie mam wykształcenia formalnego.

I ciągle się rozwijasz. Udzielasz się w projektach teatralnych, jak w Biurze Podróży, czy ostatnio w gdańskim Teatrze Miniatura.
Współpraca z teatrem Biuro Podróży była przygodą mojego życia. W ciągu czterech sezonów zwiedziłem kawał świata, co i tak jest ostatnią z zalet tej przygody. Poznałem przecież świetnych ludzi, amatorów teatru, którzy podziwiali sztukę z różnych regionów kulturowych i znają się na swoim fachu jak mało kto. Spędzanie czasu z takimi ludźmi jest czystą przyjemnością. Jak cygańskie życie. Tak musiało wyglądać życie średniowiecznej trupy teatralnej, od jarmarku do jarmarku, od festiwalu do festiwalu. Tak wyglądało życie w teatrze Biuro Podróży.

Ruch oddolny obcy ci nie jest. Jak widzisz lokalne grunty kultury niezależnej?
Tu są bardzo dobre warunki, natomiast Toruń ma kłopot z tym, że posiada przerost oferty nad potencjalnym popytem. To jest nieogarnięte przez nikogo. Powstają instytucje wspierające działania niezależne. Można się spierać co do kształtu misji, jakie one obrały, natomiast bez wątpienia w Toruniu powstają nowe instytucje kultury, przybytki sztuki. Jest infrastruktura i organizacje przygotowują się na rozwój kultury oddolnej, jednak ostatecznie coś nie styka. Często w tym mieście widać konflikty pomiędzy organizacjami a artystami, czy magistratem. Obecne są głosy mówiące o tym, że można polepszyć politykę kulturalną w Toruniu. Niestety, mamy ten kłopot, że tutaj nie rządzi jedna sztuka. Tu każdy chce robić filmy, teatr, muzykę, malować, być happenerem. To są słuszne chęci i żądania, lecz Toruń ma tylko dwieście tysięcy ludzi.

Czyli mamy zbyt małą publiczność?
Być może sama liczba by wystarczyła, gdyby więcej wysiłku włożono w proces wychowania publiczności. Byłem ostatnio w Jeleniej Górze na festiwalu teatrów ulicznych, gdzie prezentowaliśmy widowisko Lecha Raczaka wyprodukowane przez teatr Miniatura i tam całe miasto przychodzi na festiwal. Siedzą na rynku od samego rana. Być może chodzi też o przyciągnięcie turysty. Jednak nie tego, który przyjedzie tak czy siak na wydarzenie, lecz tego, który z jakąś aplikacją w telefonie może podążać za mapą, która go poprowadzi po aktualnych wydarzeniach, czy chociaż punktach gastronomii. Toruń jest okazją dla turysty. To jest miasto historyczne, a historia może iść w parze z kulturą i ze sztuką. Przykładem takiego działania jest Żywe Muzeum Piernika, gdzie możesz we wszystkim uczestniczyć, dotknąć, sam produkujesz. Takie rzeczy mogłyby się znaleźć na takiej mapie. Drugą sprawą jest bulwar. Dlaczego u nas nie ma ludzi na bulwarze? Warszawskie plaże są zaliczane do najbardziej atrakcyjnych miejskich plaż na świecie.

Skupmy się może na nowej jakości toruńskiej sztuki. Filmy. Powstał „Panopticon”, powstała „Caissa”.
Bardzo chętnie! Nie mam porównania z innymi miastami, ale w Toruniu tworzy się naprawdę ciekawa sytuacja. Jest kilka zespołów, które się ze sobą przenikają. W tym projekcie ktoś jest aktorem, a w innym jest asystentem reżysera, czy po prostu jeździ samochodem, bo ma samochód i prawo jazdy. I robimy filmy. Jest taką bolączką tego miasta, że nie ma organizacji, która ułatwiałaby tworzenie filmów. Trwają rozmowy na temat funduszu filmowego bydgosko-toruńskiego. Ja się nie skarżę, bo wierzę, że świat polega na zasadach wolnego rynku. Jak chcesz robić film, to znajdź sobie pieniądze i go zrób. Ale trzeba zauważyć, że można z filmu uczynić narzędzie promocji miasta i regionu. Przyciągać tym ludzi, odświeżyć tradycję filmu toruńskiego. Tu zawsze robiło się dużo filmów. Mamy znakomitych aktorów, którzy są obecni na deskach teatrów w całym kraju i na ekranach. Jest festiwal Tofifest, który wykonuje potężną robotę. Jest festiwal muzyki filmowej. Jest Festiwal Przejrzeć Kino od Kuchni, kino Tumult, multipleksy. Jest gdzie pokazywać i jest co pokazywać. Teraz przymierzamy się do kolejnego filmu, który będziemy robić z Marcinem Gładychem i jego ekipą. Wzięliśmy nowych ludzi, zaprosiliśmy aktorów, których mieliśmy ochotę zaprosić. Film robimy bezkosztowo, dopiero się rozglądamy, kto mógłby nam w tym pomóc. Koniecznie chcemy to zrobić, bo to będzie fabuła, nie dokument, czy paradokument, jak „Panopticon”, czy „Hakerzy Wolności”, film, który zrobiliśmy wcześniej. Moja przygoda z filmem już dawniej istniała, ale zaczęła się na poważnie, gdy poznałem Marcina Gładycha. To mogło być już dziesięć lat temu. Wrócił tu z Warszawy i zaczął organizować performance, widowiska multidyscyplinarne w Baju Pomorskim. Angażował masę ludzi. Zaczęliśmy robić razem większe rzeczy, po drodze nakręciliśmy kilkanaście etiud filmowych opartych na Rolandzie Toporze, Kołakowskim. Marcin przynosił te inspiracje i robiliśmy filmy. One są dostępne w internecie, na youtube. Dostałem nawet Flisaka na Tofifeście za wkład w rozwój kultury filmowej! Ja bardzo się cieszę z takich nagród. Nie jestem artystą solowym, zawsze pracowałem w jakiejś grupie i odbieram te zaszczyty jako docenienie całej grupy ludzi, która ze mną pracowała nad tą sprawą.

Uderzmy na moment mocniej w politykę. Co sądzisz o spawie z Cafe Draże, o której ostatnio było głośno w toruńskim świecie artystycznym?
To są przedstawiciele środowiska, o którym cały czas rozmawiamy. Mamy sytuację, w której spotkały się dwa jeże. Obie strony się siebie obawiają i podejrzewają o niecne zamiary, kiedy nie można nawet wierzyć w to, że któraś ze stron ma niecne zamiary. Widać też nieporozumienie polegające na braku wspólnej definicji kultury, którą można udostępniać za przysłowiową złotówkę od metra. Jedni twierdzą, że coś jest już taką działalnością, a inni nie. I to jest przyczyną tego, że jakaś organizacja pozarządowa może popłynąć na czynszu.

Czyli znowu zgrzyty na łączach.

Brak dogadania się. Obserwujemy przecież akty wyciągania dłoni, tworzenie zespołów wspomagających i komisji, ale nie ma zachowanej równowagi. Przecież przyciągamy Toruniowi ludzi interesujących się kulturą, rzeczami wzniosłymi. Jako Teatr Wiczy jeździliśmy po całym świecie i zawsze na samochodzie był naklejony herb Torunia. We wszystkich informacjach chwalimy się, że jesteśmy z tego miasta. Byliśmy dwa razy w Edynburgu, gdzie przewija się pięć milionów ludzi w ciągu jednego miesiąca, teraz jesteśmy w Dżakarcie z monodramem Anny Skubik i tam też mówimy otwarcie, że jesteśmy z Torunia. Widać jednak brak porozumienia, docenienia tego, co się robi, a co jest nieuchwytne w sprawozdaniach i tabelkach.

Pomówmy więc o dobrej współpracy, czyli o Wiczy, Norwegach i Kumpie.
Ja dojechałem na kilka ostatnich dni, zrobiłem rolę i zagrałem w przedstawieniu. Zauważyłem jednak, że obie strony mocno zżyły się ze sobą. To miało być spotkanie dwunarodowe, a z Norwegii przyjechała do nas grupa złożona z Pakistańczyka, Palestyńczyka wydalonego z izraelskiego więzienia pod warunkiem, by nie wracał na palestyńską ziemię, Polki, która od urodzenia mieszka w Norwegii, Serba, który wyemigrował z rodzicami i... była jedna Norweżka. To świadczy o przekroju społeczności norweskiej w Oslo. To była ciężka praca, obserwowałem ich, bo sam byłem w Edynburgu z monodramem Wiczy Pokojskiego wykonywanym przeze mnie („Ja, dyktator” – przyp. red.). Obserwowałem ich ciężką racę od rana do wieczora.

Spektakl pokazywaliście zarówno w Polsce, jak i w Norwegii. Jak tam zostaliście przyjęci?
Norwegia jest zimnym krajem. Ludzie tam oczywiście okazują sobie emocje, ale są one stonowane. Po reakcjach rodzin mogłem wnieść, że to nie był dla nich typowy rodzaj teatru, ale nie był też do końca obcy. W Norwegii w co trzecim domu stoi fortepian albo gitara elektryczna. Tam jest łatwiejszy dostęp do edukacji, także artystycznej, czy po prostu do pracy, która daje tobie zadowolenie. Nic, tylko się bawić w kulturę. Każdy tam śpiewa, pisze, maluje, czy chociaż próbował coś z tym zrobić. Rozmawiamy o kraju, który ma bardzo demokratyczne społeczeństwo. Norwedzy mieli zeszłego lata problem z Romami, którzy wtargnęli im do parków i na trawniki. Nie przychodziło im do głowy, że można ich stamtąd po prostu eksmitować. Przy okazji tragedii na wyspie Utøya dowiedzieliśmy się, że policja w Norwegii nie nosi przy sobie broni.

A Kump z tą tragedią właśnie był związany.
On był związany z kilkoma rzeczami, ale przede wszystkim z tą tragedią, która była świeża. Ta historia była bardzo mocna. Ale Kump był też związany z obrządkami świętojańskimi. Okazuje się, że w Norwegii jest podobna tradycja. Krąg kulturowy północnej Europy świętował przesilenie w sposób szczególny. Przedstawialiśmy to na Kaszubach, gdzie też mają swoje specyficzne tradycje świętojańskie. Warto o tym poczytać. Polegało to na odwróceniu ról, jak podczas karnawału we Włoszech, prosty parobek mógł zatańczyć z córką sołtysa.

W wielokulturowym, licznym towarzystwie czułeś się dobrze. Jak się czujesz sam na scenie? 
Staram się zachować parę prostych zabiegów przed spektaklem, by poczuć się pewnie. Na przykład obchodzę krok po kroku całą scenę. Może to się wydawać absurdalne, ale po kilku latach pracy na scenie potrafisz zapamiętać, gdzie jest trzeszcząca deska, czy wystający element. Staram się poznać również akustykę pomieszczenia, uczestniczę w ustawianiu świateł, w nagłaśnianiu. Nie jestem aktorem, który wychodzi z garderoby i po prostu gra. Wiem, co i gdzie zostało postawione, gdzie świecą światła. To daje więcej swobody, ale oczywiście takim występom towarzyszy wysoki poziom adrenaliny. Bycie samemu na scenie to jest mierzenie się ze sobą samym i z materią teatru.

Wcielenie się w dwie role naraz sprawia Ci trudność?
Trudność sprawia praca nad tym, by to wymyślić. By to przyszło do ciebie. Szuka się różnych inspiracji: literackich, z pracy na scenie, z ruchu, życia. Z tego trzeba skleić rolę, a gdy już to zrobisz, odczuwasz przyjemność. Zazdroszczę aktorom, którzy tworzą swoje postaci ot tak. Ja z próby na próbę staram się sytuację popchnąć chociaż o kawałek. Tkam swoje role. Jestem amatorem, wciąż się kształcę. Lubię wyzwania, które ciągle ode mnie wymagają opanowania czegoś nowego. Czy to kilku słów w języku obcym, czy umiejętności. Teraz uczestniczę w projekcie, którego operatorem ze strony polskiej jest Miejskie Centrum Kultury w Bełchatowie. Rzecz nazywa się Dictat i dzieje się między teatrami z Włoch, Hiszpanii, Rumunii i Polski. Dla mnie to jest ambitne wyzwanie. Obracam się w czterech kręgach podkulturowych, bo to przecież cały czas jednak Europa. Cały czas otacza cię pięć języków i musisz się orientować, o co chodzi. Nic, tylko pracować w ten sposób.

A często masz okazję stepować na scenie?
Teraz tylko w monodramie. Kiedyś przez ponad dwa lata intensywnie pracowaliśmy nad stepem. Było nas w porywach pięć osób, tak naprawdę trzy. By ukoronować tę naukę, użyłem stepu w „Dyktatorze”. Nie jestem steperem, profesjonalnym tancerzem. To jest kolejna poprzeczka, która mnie podnieca w pracy nad spektaklem. Muszę się czegoś nauczyć, rozwinąć, popchnąć do przodu.

Dlatego kuglarstwo?
Dziwne jest to, jak życie samo cię pcha w niektórych kierunkach. To nie są do końca twoje świadome wybory. Kuglarstwo jest strategią osiągania celu krok po kroku. Nikt od razu pięcioma kulami żonglował nie będzie. To jest też typ sztuki, który cię weryfikuje w bardzo prosty sposób – albo to umiesz, albo nie. Pokaż to. Aktorstwo jest trudniej ocenić pod tym kątem, bo opiera się na sferze emocji. Nawet bez warsztatu można być wiarygodnym na scenie. W cyrku tak nie ma. Teraz zostałem przekonany, by zaśpiewać w spektaklu, w Miniaturze. W „Poobiednich igraszkach” w reżyserii Jacka Gierczaka. Tworzy w nim muzykę Tymon Tymański, który przekonał mnie, że jestem w stanie zaśpiewać. Więc śpiewam wokalizę Whitney Houston z piosenki „I will always love you”. To jest wyzwanie! Ja ze swoim skrzeczącym półgłosem śpiewam w spektaklu.

Jak Cię ocenił Tymon?
Mówi, że się mieszczę, więc nie jest źle (śmiech). Nie narzucał mi określonej interpretacji, miałem po prostu mieścić się w tonacji. Publiczność zostaje do końca, są oklaski – jest jak w prawdziwym teatrze. Tymon jest postacią bardzo pozytywną, pełną energii. Wprost nią naładowaną.

Wspominałeś coś o nowych wyzwaniach na przyszłość.
Centrum Nowoczesności mnie wzywa, by mówić o kolejnym science show. Wzywa mnie też Teatr Miniatura, żeby wziąć udział w jednym z projektów. Dla mnie bardzo ambitne zadanie, bo to ma być muzyczna rzecz. Etiuda, krótki metraż i już mamy koniec grudnia. I jeszcze coś nowego, o czym nie chcę jeszcze wspominać. Ale chyba będzie to w Toruniu. To, że jesteśmy bezdomni uprawnia mnie do tego, bym czuł się obywatelem całego świata. Bym mógł pracować i tworzyć właśnie tam, gdzie chcę. Ale w Toruniu by było fajnie, bo to jest naprawdę super miasto.

wtorek, 15 października 2013

Młody, twórczy. Kosmos.



Z aktorami Baja Pomorskiego Dominiką Miękus i Krzysztofem Pardą rozmawia Maciej Krzyżyński

Spektakl „Najmniejszy Bal Świata” został niedawno doceniony zarówno w Rzeszowie, jak i w Opolu, gdzie poza nagrodą za najlepszy spektakl, reżyserię i muzykę, doceniono również Ciebie, Dominiko, za aktorstwo. Czy emocje już opadły?


Emocje były ogromne, gdyż rzeczywiście wróciliśmy z workiem nagród i zaczęło być głośno o „Najmniejszym Balu Świata”. Wszyscy ogromnie się cieszyliśmy i nadal cieszymy. Wiadomo, że miło jest dostać nagrodę aktorską. Jest ona na pewno dopingiem do dalszej pracy i potwierdzeniem, że warto się starać, robić wszystko, co w twojej mocy, by było jak najlepiej.
Aktor czasem przestaje wierzyć we własne siły, zastanawia się, czy to, co robi, jest w porządku, są chwile, gdy brakuje nam zapału, a energia i entuzjazm gdzieś ucieka. Wtedy potrzeba ucieszyć się tym wszystkim na nowo i nagroda od profesjonalnego jury na pewno w tym pomaga.
Teatr Baj Pomorski ma wiele naprawdę fajnych spektakli. Podejrzewam, że w samym Toruniu jest duże grono ludzi, które jeszcze tego przedstawienia nie widziało. Być może takie „zewnętrzne” uznanie spektaklu przez profesjonalne jury zachęci kolejne osoby, by przyjść na przedstawienie. Na to liczymy. Chcielibyśmy grać jak najczęściej.

KP: Dwie nagrody (zarówno Opole, jak i Rzeszów) podwójnie nas utwierdziły w przekonaniu, że to, co robimy, ma sens, że ta praca i wiara w ten spektakl przyniosły rezultaty. Nie odnoszę się do nagrody w sensie materialnym, lecz do kwestii docenienia. Ktoś zauważył i docenił naszą pracę. To jest dla nas bardzo ważne.

DM: Tym bardziej, że ten spektakl od zawsze nas cieszył. Uwielbiam go grać i świetnie się przy tym bawię. Oczywiście wymaga on ode mnie super kondycji i wysiłku, ale jeśli lubisz to, co robisz, to przestaje to być pracą i staje się przyjemnością, za którą się tęskni. Uwielbiam przygody, nowe wyzwania, nowe zdarzenia, a czas prób do tego przedstawienia był właśnie bardzo twórczy, szalony, zwariowany, wesoły. Bardzo pracowity, ale szłam do teatru z myślą: „ciekawe, jak to będzie dziś, co nowego znajdziemy, jak to wszystko dalej wykombinujemy”.

KP: Nikt z nas nie wiedział, jak funkcjonuje ten cały blue box. Uczyliśmy się tego. To było naprawdę odkrywcze.

Już od dłuższego czasu widać, że Baj wprowadza coraz to nowsze multimedia. I oto kolejny krok do przodu. Jak wam się grało w blue boxie?
DM: Jeśli chodzi o technikę blue boxu, to żaden teatr jeszcze tego nie robił! Wiązało się z tym ogromne ryzyko „czy wyjdzie”. Na początku nie mogliśmy się przyzwyczaić, że gra się w zupełnie drugą stronę, tzn. że widzimy na ekranie odwrotnie, jak w lustrze. Trochę trzeba było się zatem przestawić i uruchomić wyobraźnię. Musieliśmy pamiętać o tym, że oprócz partnera na scenie otaczają nas również postaci, których nie widać. To tak jakby rozmawiać z wyimaginowanymi bohaterami. Trochę trzeba było pozytywnie zwariować.

KP: Ważna była również precyzja. Przykładowo – musiałem wyobrazić sobie lisa i spoglądać dokładnie w jego wyobrażone oczy, bo na obrazie wygenerowanym komputerowo ten lis już był. Chodziło o to, byśmy dokładnie wiedzieli, gdzie są oczy lisa, by nie patrzeć na przykład na jego grzbiet lub ogon. Dlatego ta precyzja była niezbędna, aby widz wierzył, że patrzymy naprawdę.

DM: Komar w przedstawieniu to kamerka. Jesteśmy przyzwyczajeni do patrzenia w oczy aktora, a tu aktorem była kamerka, trzymana przez Andrzeja Korkuza. Łapałam się na tym, że patrzę na Korka, który do mnie mówi, zamiast na kamerkę. Trzeba było więc określić sobie dokładnie, gdzie są oczy naszych partnerów i odzwyczaić się od pewnych teatralnych nawyków.

KP: Zastosowanie techniki blue boxu pozwoliło połączyć teatr i telewizję. Mnie to bardzo fascynuje. Lubię innowacje w teatrze, łączenie form, dziedzin sztuki. Teatr formy, teatr lalek daje taką możliwość, by mieszać, by szukać. Chciałbym, by dziedziny sztuki częściej się przeplatały, czerpały z siebie. Obecność multimediów nie oznacza od razu, że to telewizja, że to złe, że to nie teatr już. To nadal teatr, i to jeszcze jaki!

DM: Piotr Cieplak powiedział, że zrobiliśmy coś, czego nie powinniśmy teoretycznie robić, bo wprowadziliśmy telewizję do teatru, ale zrobiliśmy to w sposób bardzo dobry. Podkreślił, że takie wprzęgnięcie technik telewizyjnych do teatru okazało się wspaniałym sposobem na rozmowę o ważnych sprawach. On jest właśnie za tym – róbcie teatr, jaki chcecie, ale żeby to był teatr dobry.
Również Maciej Nowak wspomniał o nas w „Przekroju”, mówiąc, że kompilacji technologicznej „Najmniejszego Balu Świata” nie powstydziłby się ani Marcus Óhrn ani Krzysztof Garbaczewski. To miłe że spektakl ten zrobił takie wrażenie.

Nie boicie się, że młoda publiczność przez to zacznie traktować przedstawienie jako wideo, którego nie można zatrzymać, cofnąć?
DM: Nie. Wszystko dzieje się przecież w teatrze. Można patrzeć na ekran i równocześnie śledzić to, co dzieje się na scenie. To połączenie dwóch światów. Gdybyśmy nie grali na żywo, gdyby nas tam nie było, film by się nie odtworzył. Za każdym razem „Bal” jest też trochę inny, bo to my – żywi ludzie – go tworzymy. Może w tym tkwi siła teatru, że czeka się na dane przedstawienie, na dany dzień, konkretną godzinę, biegnie się, by się nie spóźnić i nie można po prostu nacisnąć „play”, by „Bal” się zaczął. Wszystko to żywy organizm.

KP: Żadna technologia nie zastąpi stanu „tu i teraz”. To nie jest nagranie na nośniku DVD, które można odtworzyć. Trzeba przyjść do teatru i zobaczyć spektakl na żywo. Wtedy teatr ma sens, gdy dochodzi do spotkania aktora z widzem na żywo, „tu i teraz”. Czasami ten jeden jedyny raz.

Jak to się dzieje, że dwoje młodych aktorów postanawia stworzyć własny spektakl? I jak to się dzieje, że im się to udaje? Opowiedzcie o tej drodze.


DM: Zaczęło się od naszych wspólnych zainteresowań. Słuchamy podobnej muzyki, kochamy lalki na niciach, dużo gadaliśmy o teatrze i poczuliśmy potrzebę opowiedzenia czegoś swoim językiem. Na początku miał to być monodram Krzysia. Ja dopingowałam i chciałam ewentualnie służyć pomocą. Krzyś całe wakacje pracował nad lalką i plan był taki, by zrobić z marionetką małą skromną etiudę. Krzyś jednak zaprosił mnie do współpracy i machina się rozhulała. Rozrosła do wymiarów kosmiczno-podświetlanych i w konsekwencji powstał 40-minutowy spektakl.

KP: Gdy pracuje się we dwójkę, jest raźniej, łatwiej. Zachodzi tzw. burza mózgów. Jedno mobilizuje do działania drugie. Mamy podobne spojrzenie na teatr i nie obawiałem się, że moje plany co do etiudy zostaną skierowane na nowy tor. Wiedziałem, że razem stworzymy coś ciekawego, bo fascynują nas podobne klimaty.

DM: Założyliśmy nawet na facebooku tzw. „spiżarkę kosmitów”. Wrzucaliśmy tam różne inspiracje, które nam się podobają. Teledyski, obrazki, hasła, przemyślenia. Zbiory były tak obfite, iż stwierdziliśmy, że trzeba z tego już coś ulepić, bo szkoda, żeby to tylko tak dla nas egzystowało. Esencja spiżarki dała początek „Kosmicznej tajemnicy”.

KP: Moim marzeniem, zanim jeszcze powstał Franek, było zrobić swój własny spektakl, w całości mój, poczuć się jak demiurg, tj. moja muzyka, moja scenografia, pomysł, wszystko. To jest cholernie trudne, ale za to satysfakcja i emocje gwarantowane. Dopiero później narodziła się marionetka, która jest lalką pełną tajemnic. W kolejnym etapie zastanawiałem się dopiero, w jakim klimacie osadzić całą sztukę.

DM: Spiżarka kosmitów podpowiedziała w jakim. Chcieliśmy, by to wszystko sobie dojrzewało w swoim rytmie. Niestety, w teatrze czasami pewne rzeczy trzeba przyspieszyć. Są okoliczności premiery, trzeba się wyrobić i to zabija dużo rzeczy. Trzeba zdążyć na czas, co było trudne w tym przypadku. Dlatego postanowiliśmy, że tworzymy laboratorium. Przedstawienie ma ramy, ale może się zmieniać i tego sobie życzymy. Chcielibyśmy, by pomogły nam w tym dzieci, by nas inspirowały. Wspólnie z Magdą Jasińską wymyśliliśmy, żeby dzieci pisały historie po wyjściu ze spektaklu. Teraz one będą twórcami. Dzieci są mistrzami, jeśli chodzi o abstrakcyjne myślenie, pomysły i pewnie dużo nam podpowiedzą.

KP: Liczę na to, że dzieci nas zaskoczą. Że zinterpretują to, co zobaczyły po swojemu. Każda interpretacja jest dobra, bo o to nam chodzi, by prowokować wyobraźnię.

DM: Tak właśnie. „Wskrzeszać uczucia i emocje – esencje naszego istnienia” [ulubione hasło Dominiki], a także wskrzeszać wyobraźnię, która bywa dzieciakom odbierana. Poprzez nasze laboratorium chcemy stworzyć przestrzeń, w której dziecko może na swój sposób pomyśleć i wiedzieć, że to jest dobre. To ono tworzy opowieść o tym, co zobaczyło, lub zainspirowane pisze zupełnie inną opowieść, lub tez daje nam wskazówki, co należałoby jeszcze zrobić. Chcemy uwolnić głowy od schematów i dać popłynąć dziecięcej wyobraźni.

KP: Poprzez nasze laboratorium zostawiamy taką otwarta furtkę, tylko zaznaczając tematy. Cały proces ma odbywać się w głowach widzów. Cała „Kosmiczna tajemnica” to zabieg prowokacyjny, w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie musisz się bać, że nie rozumiesz, bo nie o rozumienie tu chodzi. Wszystko, co myślisz o tym, co zobaczyłeś, jest właściwe. Bardziej o odczucie chodzi, myśl jakąś, refleksję, emocję, kosmiczną falę...

DM: Jest to po prostu eksperyment. Jak ten eksperyment się powiedzie, w którą stronę będzie zmierzał – to się okaże. Być może będzie musiał się zakończyć, by powstało coś nowego. A może eksperyment się rozwinie i przekształci się w coś niewyobrażalnego. Mam taką nadzieję, bo nie musi być to przecież typowy, zamknięty spektakl.

KP: Super, że dyrektor dał nam kredyt zaufania i pozwolił szaleć twórczo. To bardzo ważne, że możemy sami siebie wyrażać, że możemy próbować. Przez to się rozwijamy. Myślenie teatralne nam się rozwija, bo będąc twórcą patrzysz z innej perspektywy. Rozwijasz swój warsztat nie tylko aktorski, ale też musisz stanąć po tej drugiej, reżyserskiej stronie, wszystko wymyślić, przez co stajesz się bardziej kreatywny. Ktokolwiek sam próbował coś zrobić od początku do końca, wie, ile to kosztuje wysiłku, cierpliwości, kompromisów, szperania, dłubania, sklejania. I jak jest to fantastyczne, gdy się udaje!

Opowiedzcie więcej o waszej spiżarce kosmitów. Skąd czerpaliście inspiracje do muzyki i scenografii? Przyznam, że kojarzyła mi się bardziej z Jean-Michelle Jarrem, niż ze współczesnymi produkcjami.
KP: Spiżarka to mieszanina ambientu, molowych dźwięków, elektronicznych, tajemniczych, postindustrialnych, osnutych oniryzmem, podwodnym światem, dream-popu, post-rocka, shoegaze. To też mocne często brzmienia, rozemocjonowane, rozedrgane.

DM: Klimat spiżarki był potrzebny, on nas inspirował. Tutaj jednak w „Kosmicznej tajemnicy” chcieliśmy dopasować dźwięki do światła, do tego wszystkiego, co widz ogląda, i muzyka poszła w bardziej elektroniczną stronę. Mieliśmy na początku ambicje zrobienia czegoś w rodzaju Sigur Ros, czy Tides from Nebula, takich podjazdów emocjonalnych, ale... nie jesteśmy muzykami i nie potrafimy tak doskonale dźwiękami czarować. Mamy tylko instrumenty brzmieniowe typu „groovebox”, które nazywamy „czekoladami”. Opanowanie ich nie było łatwe, też musieliśmy się ich uczyć. Robiliśmy, co w naszej mocy, by dźwięki pasowały do tego, co robimy. Czasem znów zaglądaliśmy do spiżarki kosmitów i szukaliśmy potem czekoladowo czegoś, co by brzmiało „tak jak tam”. Gdzieś w naszych głowach pewne spiżarkowe dźwięki zostawały i pomagały później stworzyć krótką muzykę na czekoladzie.

KP: Zależało nam na tym, by warstwa audio i wizualna się zazębiały. By jedno dopełniało drugie. Mam nadzieję, że będziemy ulepszać nasze laboratorium również z tej strony.

DM: Z perspektywy dzisiejszego dnia dużo byśmy chcieli zmienić. Gdy reżyser tworzy przedstawienie, zwykle ma muzyka, scenografa, aktorów i ogarnia całość. Zadania są jednak rozdzielone. My musieliśmy w bardzo krótkim czasie zbudować wszystko sami. Tego chcieliśmy, ale, jak się okazało, było to potężne zadanie. Tysiące dźwięków do przejrzenia, setki poprawek w lalce, ciągle nowe pomysły, szukanie materiałów, świateł, walka o salę. Na szczęście nasze kosmiczne kostiumy zaprojektowała nam Ewelina Miąsik i nie musieliśmy się o nie martwić. Cała reszta w najmniejszym szczególe należała do nas i była to ciężka praca. Właściwie nie było dnia wolnego, bo każdą chwilę coś tam szlifowaliśmy. Jesteśmy z siebie dumni, że dotrwaliśmy, że się udało, powstało, że stworzyliśmy. Warto było, bo dużo nas ta przygoda nauczyła, a Franek i Wallica (druga lalka, będąca krzyżakiem) mają teraz swoją opowieść.

Właśnie. Franek jest piękną lalką. Jaka jest jego historia? To jest pierwsza wizja, czy są jakieś prototypy, szkice?
KP: Wszystkie szkice pojawiały się na bieżąco w mojej głowie, w warsztacie pod Toruniem, gdzie się zainstalowałem na całe wakacje. Franek był początkowo lalką porcelanową, którą dostałem od koleżanki z roku, jeszcze na studiach. Ona kupiła trzy lalki porcelanowe na pchlim targu w Kutnie. Gdy mi je pokazała, Franek tak przykuł moją uwagę, że powiedziałem sobie w duchu: „on już jest mój”. Jeszcze nie wiedziałem, że to będzie marionetka, ale na pewno chciałem go ożywić. Początkowo wszędzie w środku miał watę. Wymontowałem watę, wstawiłem stawy, wszystko jakoś połączyłem i po dwóch miesiącach odłożyłem go z braku czasu do szafy. Po jakichś trzech miesiącach zobaczyła go Dominika. Też do niej przemówił i wtedy już wiedziałem, że muszę wziąć się z powrotem do pracy. Pojawiły się plany, by zrobić swój spektakl. Dopracowywałem Franka przez kolejne miesiące. Ale to, że zrobiłem lalkę, wcale nie oznaczało, że potrafię nią animować. Skoro taki mechanizm sobie wymyśliłem, to musiałem nauczyć się nim operować. Ten krzyżak jest dostosowany tylko do mojej ręki i tylko ja wiem, co tam jak funkcjonuje. Uczyłem się ożywiać Franka i cały czas się uczę – jak gry na skrzypcach.

DM: Marionetka to najtrudniejsza i najwspanialsza zarazem lalka teatralna. Najbardziej magiczna. Trudno jest ją wyważyć. Grawitacja mniej ją przyciąga. Trzeba wypracować każdy jej ruch. Krzyś bardzo kombinował z krzyżakiem, by była jak najdoskonalsza. Pewnego dnia przyszedł z zamontowanymi do krzyżaka dwoma latarkami i powiedział: „zobacz, teraz mamy dwie lalki”. W ten sposób zaczęła powstawać dalej etiuda, w której nie był już sam Franek, ale również Walllica-krzyżak, która Franka uruchamia. Niby dzieło przypadku, bo chodziło o doświetlenie marionetki z góry. Dzisiaj myślę, że tak właśnie miało być, bo nie wyobrażam sobie naszego przedstawienia bez Wallicy.

Czyli jest szansa, że za pół roku, może rok, zaprosicie nas na spektakl, który będzie odmiennym wydarzeniem.

DM: Tak, liczymy na to. Jeśli będziemy grali, to wierzymy, że tak będzie. To widz ma nas napędzać i przynosić nowe pomysły. Chcemy, by w laboratorium wrzało. Po każdym przedstawieniu jest prowadzony warsztat marionetkowy, gdzie przybliżamy tajemnice tej lalki. Jedno z dzieci na pytanie, jak nazywa się człowiek, który animuje, ożywia marionetkę (chodziło o animatora), wykrzyknęło „czarodziej!”. I to było piękne. Chcemy być czarodziejami tego życia. Stwarzać małe-wielkie cuda i kosmosy.


Fot. Krzysztof Parda



piątek, 9 sierpnia 2013

Pierwszy Kontakt wymarzony




Toruńscy miłośnicy teatru łatwo nie mają: zobaczenie propozycji innych polskich scen wiąże się z wyprawą – bliższą do Bydgoszczy, czy dalszą do Poznania, Gdańska lub Wawy – ale to już przynajmniej dwudniowa eskapada w alternatywie z powrotem nocą, skutkującym prezencją porannego zombie za biurkiem. Szczęśliwie co dwa lata Teatr im. Wilama Horzycy organizuje w Toruniu Festiwal „Pierwszy Kontakt”, w którym nagradza najlepszych reżyserskich i aktorskich debiutantów, a tym samym umożliwia lokalnym miłośnikom Melpomeny podziwianie ich wszechstronnych talentów. Skrajnie różnych, jak aura ostatniego tygodnia maja, kiedy każdego dnia pojawiały się różne wrażenia, poziomy, ciekawe dyskusje po spektaklach, nocne rozmowy i koncerty. Warto było poświęcić siedem wieczorów plus kilka nadszarpniętych nocy dla tak wspaniałej teatralnej uczty, zarazić się energią młodych twórców i uciec w…

Marzenia

To one wygrały: spektakl „Marzenie Nataszy” debiutantów: (z Teatru Powszechnego w Warszawie) aktorek Joanny Osydy i Anny Próchniak oraz reżysera Wojciecha Urbańskiego wyjechał z Torunia aż z trzema nagrodami. Dwie rosyjskie nastolatki, każda o skrajnie innym pochodzeniu, charakterze i perspektywach, relacjonują chłodno swoje dążenia do celu: Natasza Joanny Osydy, dziewczyna z sierocińca zakochuje się w dziennikarzu, który zainteresował się jej próbą samobójczą. Świat drugiej Nataszy (Anna Próchniak) wydaje się być bajką: jest bogaty, wykształcony i pewny siebie. Obie rozdzielone ścianką z pleksi, wpatrzone w widzów nie prowadzą dialogu z sobą. W pewnym momencie jednak ich światy zaczną się przenikać, choć paradoksalnie przez obrót ścianki nigdy się nie zetkną. Świetne, ascetycznie emocjonalne przedstawienie publiczność dwukrotnie nagrodziła długo owacją i już trzeciego dnia Festiwalu rozmawialiśmy o pewnych kandydatkach do tytułu najlepszej aktorki, ale której się należał? Albo żadnej, albo obu – i tak też się stało. Jury w składzie Gabriela Muskała, Wojciech Majcherek i Marcin Wierzchowski nagrodziło także reżysera przedstawienia za „(…) umiejętność precyzyjnej pracy z aktorem oraz odwagę powściągliwej sztuki”. W pamięci pozostanie także wręcz „prywatne” spotkanie z obiema aktorkami w klubie festiwalowym eNeRDe, na które przybyło zaledwie kilkoro widzów, co pozwoliło na mniej oficjalne rozmowy o ich pracy nad zwycięską sztuką. Moim faworytem do nagrody dla najlepszego reżysera był Cezary Iber za spektakl „Blanche i Marie” z Teatru Polskiego we Wrocławiu, który swoje przedstawienie przygotował również bardzo precyzyjnie, choć nie tak powściągliwie.

Teatr wielki z Zagłębia


Drugą nagrodę za debiut w roli żeńskiej Jury przyznało Edycie Ostojak za rolę Ester Pławner w „Korzeńcu” z Teatru Zagłębia z Sosnowca. Któż by się spodziewał, że prawie trzygodzinna historia Sosnowca sprzed stu lat tak potrafi wciągnąć toruńską widownię! Wiedzieliśmy, że „Korzeniec” w reżyserii Remigiusza Brzyka zebrał już wiele nagród na kilku festiwalach, ale zachwyciła już sama inscenizacja, perfekcyjnie wykorzystująca cały budynek teatru, od gigantycznych końskich lejcy rozpiętych nad widownią, przez górniczą orkiestrę dętą, po kilkudziesięcioosobową obsadę na scenie. Jakże rzadko już można zobaczyć w teatrze tak wielkie widowisko! Do tego kryminalna historia morderstwa sosnowieckiego glazurnika Alojzego Korzeńca, umiejscowiona na granicy trzech zaborów, utkana była fantastycznymi monologami silnych kobiet: Jadwigi Korzeniec (Maria Bieńkowska) i jej matki Antoniny Zimorodzic (Agnieszka Bieńkowska). Finałowy monolog, o niezwykle wzruszających marzeniach debiutantki Edyty Ostojak, Jury nagrodziło drugą nagrodą „(…) za naturalność, niewinność i intensywność sceniczną, dzięki którym stworzyła przejmujący portret dziewczyny, której w brudnym świecie udaje się zachować czystość”.

Na workach z tuńczykiem

Z czystością i formy, i powietrza nie było prosto na spektaklu „Emigranci” krakowskiego Teatru Łaźnia Nowa, w reżyserii Wiktora Rubina. Reżyser usadził publiczność na jutowych workach jak na cyrkowej arenie i stłoczył niewygodnie w fetorze tuńczyka z puszki. Zamknięci w jasnym kręgu mogliśmy zobaczyć własne wykrzywione oblicza i wzajemnie obserwować reakcje: śmiechu, porażenia i zniesmaczenia rybim odorem. Wszyscy równi, z ciągłym napięciem, które narastało, udzielało nam się od dwóch aktorów: chłoporobotnika XX (debiutujący aktor-amator Mariusz Cichoński) i inteligenta AA (szarżujący nieźle Krzysztof Zarzecki), w rolach społecznych i ciągłych podziałach w dyskusji, w każdej chwili gotowi do zamiany. I wówczas nic nie wydało się constans, gdzieś rozmyte, przerywane – bez pomocy suflerki (Agata Marzec) dalej nie dało rady. Nierówność społeczna przemieszała się zupełnie z warsztatowymi amatora w kontrze z aktorem, a teza Mrożka o nierównościach klasowych została wręcz ośmieszona. Ten spektakl zapamiętam długo, gdyż ani na chwilę nie pozostawiał obojętnym i wypełniał żarem uczuciowego ekshibicjonizmu. Tak Wiktor Rubin hartuje widza, ale debiut Mariusza Cichońskiego nie do końca mnie jednak przekonał. Jury uznałojego „wiarygodność, profesjonalizm aktorski, głęboką świadomość sceniczną i obronę granego przez siebie bohatera”, nagradzając dyplomem dla najlepszego aktora Festiwalu.

Poza werdyktem

Jury w II edycji Festiwalu miało zapewne niezły kłopot: aż 6 debiutujących aktorek i zaledwie trzech aktorów, stąd zdecydowało się przyznać dodatkową nagrodę paniom stawiającym pierwsze kroki na scenie. Wybór był naprawdę trudny, wielu widzów zachwyciła brawurowa kreacja naiwnej i religijnej Bess McNeill w wykonaniu Sary Celler-Jezierskiej w spektaklu „Przełamując fale” wg filmu Larsa von Triera o tym samym tytule. Może to, iż przedstawieniu przygotowanemu przez Macieja Podstawnego w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu tak blisko było do filmowego pierwowzoru, wpłynęło na pominięcie tego przedstawienia w werdykcie Jury? Przed dwoma laty Podstawny zachwycił debiutem reżyserskim kameralnego „Don Kiszota”, tym razem pokazał spektakl pełen odniesień filmowych, czy to w „tandetnych” nagraniach z wesela Bess i Jana (Dobromir Dymecki), czy w niezwykle barwnym w swym pięknie i namiętności spotkaniu obojga kochanków w lesie. Mroczny klimat kalwińskiej społeczności przerywały niespieszne sekwencje filmowe, jakbyśmy mieli do czynienia z dokumentalną stop klatką. Na pustej, pokrytej parkietem scenie, obok sterty brunatnej ziemi byle jakiego świata, rozgrywał się prawdziwy dramat Bess i Jana, ich miłości pięknej tylko na ekranie, świat wesoły tylko za sprawą krążącej wokół bohaterów komentatorki Sylwii (kapitalna rola Izabeli Beń), której każde pojawienie się na scenie wywoływało salwy śmiechu u części publiczności. Jednak naprawdę wesoło nie było: poświęcenie przez Bess wszystkiego w imię miłości do sparaliżowanego Jana i wiara w to, że jej prostytuowanie się jest w stanie go uzdrowić, wstrząsa tak jak przed laty w filmie twórcy manifestu Dogmy ’95. „Przełamując fale” to spektakl, który mocno odurzył i nie pamiętam jak tego wieczora dotarłem na spotkanie z aktorami. Pozostałe dwie debiutantki: Agnieszka Bała („Proces” Teatru Polskiego z Bielska-Białej) i Diana Zamojska z warszawskiego Studia Teatralnego Koło („Kalino, malino, czerwona jagodo”) raczej nie miały szans w typowaniu do nagród. Ten ostatni spektakl z debiutantką pozostanie jednakże w pamięci za sprawą udziału polskiej Janis Joplin – Natalii Sikory, która tak jak na scenie „ The Voice Of Poland” i tegorocznego Festiwalu w Opolu zwycięsko pokazała, iż dysponuje nie tylko imponująco potężnym głosem, ale również bardzo dobrym warsztatem aktorskim. Siurpryza Sikora zagrała i… uciekła na poranną próbę w stolicy,na miejscu zaś pozostał toruński debiutant Davey w „Poruczniku z Inishmore”– Arkadiusz Walesiak. Jest, gra w Horzycy świetnie porusza się w tonacji farsowo-groteskowej, płynnie przechodząc z jednej do drugiej! Zachwyca od czasu dyplomu w krakowskiej PWST („Mroczna gra, albo historia dla chłopców”), przez swój znakomity debiut u Any Nowickiej, po „Upadek pierwszych ludzi” Iwony Kempy. Na nagrody przyjdzie jeszcze czas, czego aktorowi szczerze życzę. Trzeci debiutant, Patryk Kośnicki zagrał w przedstawieniu „My w finale 2014” Teatru Bagatela z Krakowa, w zespołowej kreacji polskich kompleksów piłkarskich i jedynych uczestników Festiwalu, których chciałem opuścić w przerwie meczu. Kusił jednak „legendarny” już w środowisku kilkunastominutowy rzut karny wykonywany przez Kośnickiego i przyznam, że warto było wytrzymać dla tak niepowtarzalnej atmosfery stadionowej na widowni! Brakowało tylko wuwuzeli i polskich flag, co zauważyła jedna z uczestniczek bardzo wesołego spotkania z zespołem i reżyser Iwoną Jerą w klubie festiwalowym. Mnie jednak bardziej rozbawił przewrotny teatr w teatrze debiutującej reżyser, Agaty Puszcz pt. „Freddie reż. Irmina Kant” z Teatru Studio w Warszawie.

Spotkania z młodością

„Pierwszy Kontakt” to także wieczorne rozmowy z aktorami i reżyserami, prowadzone przez Karinę Bonowicz i Bartłomieja Oleszka, mniej formalne niż podczas „Kontaktu” międzynarodowego. Niektóre gromadziły tłumy, inne – kameralne rejestrowali na przykład autorzy dokumentu o amatorze Mariuszu Cichońskim. Klub eNeRDenie przygotował oprawy Festiwalu tak perfekcyjnie jak podczas pierwszej edycji, a majowe chłody przeganiały nas to z podniszczonego patio do sali koncertowej, to z powrotem. Miało to jednak i swoje ciekawe oblicze. Deszcz nagły spowodował, że uczestników spotkania z zespołem Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu po spektaklu „Szczęśliwe dni/Komedia/Ostatnia taśma Krappa” (debiut reżyserski Pawła Świątka) zagnał pod kamienny krąg z parasolem. A ja nie mogłem oderwać wzroku od najstarszej aktorki Festiwalu, Zofii Bielewicz, która już w czasie Powstania Warszawskiego brała udział w koncertach słowa i muzyki polskiej dla powstańców, dzieci i mieszkańców Żoliborza. Burza zaś prawdziwa rozszalała się w finale przedstawienia bydgoszczan z Teatru Polskiego (debiut reżyserski Wojciecha Farugi pt. „Wszyscy święci”).To był kolejny niesamowity wieczór: ksiądz opasany bombą (Mateusz Łasowski), którą chce właśnie odpalić, a w dach Klubu „Od Nowa” uderzają pioruny.I tak to „wyjątkowo zimny maj” sprawił, że imprezy towarzyszące tej edycji skrywały się cichaczem po kątach miasta – nawet w plenerowych „Ślepcach” Teatru KTO z Krakowa. Ostatnie spotkanie ze studentami krakowskiej PWST po ich dyplomowym spektaklu „Przekleństwa niewinności” (reż. Łukasz Zaleski) odbyło się już w nowej i eleganckiej poczekalni Sceny na Zapleczu. Wydarzeniem muzycznym Festiwalu pozostanie bezdyskusyjnie koncert Domowych Melodii, na którym po raz pierwszy w życiu zobaczyłem tak roześmianą Panią dyrektor „Pierwszego Kontaktu” Jadwigę Oleradzką.

2. Festiwal Debiutantów „Pierwszy Kontakt” odbiegł mocno od swej pierwszej edycji, nie poziomem, lecz atmosferą i coraz większym tempem życia, które przekłada się także na to,że polskie teatry nie obawiają się już obsadzać świeżych adeptów sztuki aktorskiej w rolach pierwszoplanowych. Dziś młodzi swoją przygodę ze sceną zaczynają szybko i równie doskonale jak początkujący reżyserzy.Warszawa, Kraków orazzachwycający Sosnowiec – to stolice debiutantów 2013. Tylko marzyć, by z Torunia było do nich bliżej.



Aram Stern


2. Festiwal Debiutantów „Pierwszy Kontakt”

25 – 31 maja 2013

Teatr im. Wilama Horzycy














piątek, 3 maja 2013

Trup w galerii

Zblazowany, zarabiający krocie, a do tego wytatuowany od stóp do głów artysta Tiger (Paweł Kowalski) wpada na radykalny pomysł – postanawia zapisać ciało w testamencie przyjaciołom, jako swoje ostatnie dzieło. Przyjaciele – Lea (Aleksandra Bednarz) i Fred (Tomasz Mycan) z początku nie traktują jego zapowiedzi poważnie, ale kiedy do ich drzwi puka asystent Tigera, Alex (Arkadiusz Walesiak) z zabalsamowanym trupem, wiedzą, że czekają ich liczne kłopoty. Zwłaszcza, że o całej sprawie dowiaduje się wkrótce Naomi (Matylda Podfilipska) – siostra Lei, kochanka Tigera, właścicielka galerii sztuki współczesnej.

Wyreżyserowana w Teatrze Horzycy przez Anę Nowicką sztuka Igora Bauersimy i Rejane Desvignes Body Art, choć na pierwszy rzut oka może wydawać się drapieżna i kontrowersyjna, po bliższym przyjrzeniu okazuje się niezbyt odkrywcza i w sumie dość niewinna. Meandruje między makabryczną farsą i (odrobinę poważniejszą) krytyką komercjalizacji współczesnego świata sztuki. Ma jasno zarysowane, uproszczone morały, które słyszeliśmy już dziesiątki razy: ludzie są dzisiaj w stanie zrobić za pieniądze wszystko (nawet sprzedać zwłoki najlepszego przyjaciela), a tzw. „sztuka współczesna” jest tworzona przez łasych na pieniądze szarlatanów.

Nowicka wybrała, niestety, chyba jeden z gorszych pomysłów na inscenizację spektaklu – potraktowała tekst bardzo poważnie, postanowiła przy tym uwypuklić jego, i tak już uwypuklone, przesłania. W pierwszej scenie Tomasz Mycan napisze więc od niechcenia kredą na ścianie słowa „forsa” i „mamona”, żeby było jasne, o czym będzie mowa. W galerii Naomi, zamiast obecnej w tekście arcydrogiej kanapy, pojawi się krzesło, z którego siedzenia po naciśnięciu specjalnej dźwigni wyskakuje wesoło gumowy penis, żeby widz po raz kolejny nie miał wątpliwości, co powinien myśleć o współczesnej sztuce.

Dużo tu zabiegów, które mają pachnieć prowokacyjną nowoczesnością, ale okazują się chybione i archaiczne. Projekcje wideo zasypujące widza dziesiątkami obrazów (traumy wojny, ludzkie zwłoki i ich preparowanie, świat mody i wielkich pieniędzy) są albo zupełnie zbędne, albo stanowią naiwny, dosłowny komentarz do fabuły spektaklu. Ostre techno i migające światła w przerwach między scenami mocno trącą myszką. Z zamierzenia naturalistyczna scena seksu Freda i Lei jest na tyle niepotrzebna i nieporadna, że zamiast przekonywać – śmieszy.

Niezbyt dobrze spisują się toruńscy aktorzy. Grają z płaską, przerysowaną manierą. Na uwagę zasługuje jedynie rola Pawła Kowalskiego – jego Tiger jest odpowiednio enigmatyczny, niepokojący, dostojny i zblazowany. Zapada w pamięć – a zagrać dobrą rolę w kiepskim spektaklu bywa bardzo trudno.

W finałowej scenie Tiger wyładowuje rozczarowanie podłymi przyjaciółmi, którzy chcieli sprzedać jego trupa, śpiewając na tle malowniczej projekcji wideo Hymn o miłości św. Pawła. Trudno przy tym zachować powagę. Pominięte przez Nowicką zakończenie dramatu Body Art bierze w ironiczny nawias całą jego fabułę. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że właśnie tej ironii w przedstawieniu zabrakło. Body Art dołącza niestety do serii nieciekawych spektakli na scenie Horzycy.


Tekst: Paweł Schreiber


Igor Bauersima/Rejane Desvignes, Body Art
reż. Ana Nowicka
Teatr im. Wilama Horzycy
prapremiera polska 9 marca 2013

poniedziałek, 25 marca 2013

Mono dream


Pierwsze chłody listopada nie nastrajają specjalnie do opuszczania domowych pieleszy i udania się w stronę „Baja Pomorskiego”, w którym na jeden weekend cichnie gwar dziecięcej widowni, gaśnie ogień w kominku, a lalki chowają się w zakamarkach wielkiej szafy. W tych dniach na obu scenach królują ONI –samotni aktorzy, często bez rekwizytów, wymyślnych kostiumów i w niewielkiej przestrzeni; bez konkretnego wzoru na swoją sztukę –gdyż taki zwyczajnie nie istnieje. Monodram: najwyższy poziom skupienia uwagi widza na aktorze, przez godzinę lub dłużej. 

„27 Toruńskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora” zaczęły się od wielkiej i małej retrospektywy. Zanim Olgierd Łukaszewicz przypomniał swój słynny monodram Psalmy Dawida (premiera w 1974 roku), widzowie i my – piszący nocami recenzje do „Informatora Festiwalowego”,mogliśmy poznać wytwory pracy naszych poprzedników, autorów tekstów do „Antraktu”, tworzonych z niezwykłą pasją i poczuciem humoru podczas kolejnych edycji OFTJI. To w jednym z nich znalazłem taki oto komentarz z 1992 roku: "Jedna pani powiedziała: aktorka S.C. wyglądała na scenie jak skrzyżowanie pomnika Mikołaja Kopernika z Jarosławem Kaczyńskim". Tym razem jednak w krótkich przerwach pomiędzy monodramami widzowie nie rozmawiali na szczęście o polityce, lecz o swoich emocjach i bardzo subiektywnych wrażeniach teatralnych. Do mnie nie trafił metafizyczny przekaz rozmowy z Bogiem w Psalmach Dawida, choć mistrzowsko dopięty przez Łukaszewicza, to jednak już mocno niedzisiejszy. Zaskoczyła za to współczesność w języku Wesela Wyspiańskiego, na bazie którego Sławomir Maciejewski stworzył swój autorski monodram Cosi, gdziesi, kajsi, ktosi. Jeden z najlepszych aktorów Teatru im. Wilama Horzycy pożegnał się tym spektaklem z Toruniem: głośno, rockowo i z przytupem. Tak jak przed wiekiem ostrzegał wieszcz: nas wiecznie pijanych i walczących przeciw sobie „prawdziwych” Polaków. Aktor drwił, poił wódką i kazał trzymać kosę tak, że nie dało się tylko biernie patrzeć. Całość oscylowała bowiem pomiędzy gorzkim śmiechem a zadumą, kolejni widzowie zaś prowokowani byli do ciągłego przypominania sobie do jak „chorego” społeczeństwa należą. Biesiada w polskim zoo – nie dziwi, że Sławomir Maciejewski został pierwszym aktorem uhonorowanym w historii TSTJA nową nagrodą „Jednego Widza dla Jednego Aktora”, ufundowaną przez Sklepy Zoologiczne „Nerro”.

Maciejewski jest jedynym aktorem, który wywiózł z Torunia wyróżnienie – w pozostałych kategoriach (dla najlepszego przedstawienia i kreacji aktorskiej) zwyciężyły kobiety. Żałuję, że w tym gronie nie znalazł się Krzysztof Grabowski (zwycięzca 25 edycji TSTJA), który zaprezentował monodram Partyk K. Jego gra mieniła się podobną wielością barw, co u Sławomira Maciejewskiego. W fabule i zapętlonej warstwie słownej książek Jerzego Pilcha oraz satyrycznym przekazie „ciężkiego” losu swojego bohatera – typa, któremu niewiele się udaje, brakowało tylko zespołu muzycznego, za to wystarczyły zadziorne teksty piosenek („Hitler in my heart”)gra świateł, wreszcie scenografia. Tam była kosa – tu siekiera, obie w rękach obydwu aktorów spowodowały emocjonalną gorączkę, stając się silną emanacją zbiorowej psychiki (nie należy bowiem zapominać, jak wielką rolę odegrał także świetny kontakt z publicznością obydwu aktorów). Zabrakło jej w manierycznej grze laureata Turnieju Jednego Aktora w Słupsku (2011),Mateusza Nowaka, który pokazał spektakl Teatralność. Również monodram Najstarszy zawód popularnego armeńskiego aktora, Roberta Hakobyan’a potraktować można było tylko jako wschodnią ciekawostkę i lekki przerywnik między poważnymi tematami. Muzyka Bartosza Chajdeckiego w Cosi, gdziesi, kajsi, ktosi i piosenki Antony and the Johnsons w Patryku K. – to rockowy miód na uszy, za to naiwna melodyjka w monodramie Hakobyan’a, powtarzana kilkanaście razy w tej samej scenie, rozdrażniła tak, że ledwo wytrzymałem do końca.

Przedostatni akapit tej relacji poświęcam najlepszym – aktorkom, które są prawdziwymi czarodziejkami wyobraźni: Brytyjce Caryl Swift (Nagroda Kapituły Publiczności dla najlepszego przedstawienia) i Birute Mar z Litewskiego Narodowego Teatru Dramatycznego (Nagroda X Oddziału ZASP za kreację aktorską). Po suchym i martwym monodramie Mur Ewy Dąbrowskiej z Teatru Żydowskiego w Warszawie o życiu Ireny Sendlerowej, wydawać się mogło, że kolejny spektakl oparty na dokumentach z eksterminacji ludności będzie równie trudny do zniesienia. Tymczasem kreacja aktorska Caryl Swift w monodramie Matka Mejra i jej dzieci(wg reportaży Wojciecha Tochmana i Ryszarda Bilskiego) złożyła się na teatr niezwykły. Pełen emocji, ale nie emocjonalny, ani chłodną relację reportera, ani tym bardziej opowiadanie pełne zwrotów akcji – raczej teatr ludzkich cieni. Matka Mejra wiele lat po bałkańskiej masakrze swojej rodziny przyjmuje postawę heroicznej poszukiwaczki śladów, jak w hipnozie wymienia skrawki informacji, pyta jak zginęli, dlaczego, czy katem córki był jej chłopak? I najbardziej przejmujące jest to, że o konsekwencjach wojny nie opowiada rozpaczliwie, lecz z wyjątkowym spokojem. Caryl Swift się uśmiecha, w jej monologu szeleści język polski, a relacja o składaniu kości syna staje się tym bardziej przejmująca, im silniej postać jest spokojna, że wreszcie je znalazła. Ona żyje, w jej ustach wojna staje się naszą osobistą porażką, choć jesteśmy bezpieczni tutaj, to myślimy o Syrii i pamiętamy o Serbii. Płacz kilku kobiet z widowni i owacja na stojąco dwojga członków Jury Kapituły Publiczności uświadomiły, jak silnie Swift poruszyła ukrytymi demonami wojny w każdym z nas. Natomiast Birute Mar w Antygonie Sofoklesa przeniosła nas w zupełnie inny świat: najwyższej klasy aktorskiej maestrii. Grając w języku rosyjskim, (którego lawina słów przypominała ludowe zawodzenie sześciu postaci greckiej tragedii), aktorka budowała niezwykle piękne obrazy, tworząc je głosem,mimiką i kostiumem, w sposób tak genialny, by w sekundę stać się z Antygony dużo młodszą Ismeną, czy demonicznym Kreonem. Przyznam, że rzadko stykam się z grą na tak wysokim poziomie! Zgoda: nie wszystko można było zrozumieć, mógł niektórych razić chór w projekcji video (świetny!), czy elektroniczne echo komnaty króla Teb – to jednak wszystko współgrało niezwykle efektownie, ale nie efekciarsko. 

Antygona Birute Mar, jak i inne pokazane na TSTJA monodramy dla mnie liczą się przede wszystkim, jako model tego, co w tej sztuce najbardziej aktualne, jednak bez potrzeby dorabiania jej ideowych koturnów. Tutaj w głównej mierze na pierwszy plan wysuwa się kunszt aktorski –nie ideologiczne togi, choć w monodramach wyraźnie było widać odniesienia do rzeczywistości i wspólny mianownik emocji zawartych w tej edycji Festiwalu. Smutna jest natura ludzka (Terezjasz), nerwowa (Patryk Kręcichrost i Katarzyna Bretloch) i błazeńsko zadziorna (Polak).By posprzątać jej zło (Matka Mejra) i by się jej nie bać (Irena Sendlerowa) – trzeba umieć marzyć. Samotnie.


Aram Stern


27 Toruńskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora
Teatr Baj Pomorski
23-25 listopada 2012