Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja teatralna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja teatralna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 kwietnia 2014

Czeski Verne w Baju



Nie ulega wątpliwości, że miks powstały z nietypowej książki Juliusza Verne’a i czeskiego poczucia humoru może być istną mieszanką wybuchową! Przed trzydziestu laty „Tajemnicę zamku w Karpatach”, tuż po międzynarodowym sukcesie komedii „Adela jeszcze nie jadła kolacji”, zekranizował Oldřich Lipský – i do dziś w Czechach teksty z jego filmu „Tajemnica…” krążą w języku potocznym, tak jak w Polsce po „Seksmisji”. Można się więc było spodziewać, że będzie filmowo, „…będzie zabawa, będzie się działo…” – ale konwencja półopery i komediowego romansu gotyckiego w Teatrze Baj Pomorski – to już autentyczna eksplozja śmiechu i rewelacyjnej zabawy!

Czarodziej z Nantes w „Tajemniczym zamku w Karpatach” odszedł mocno od swych klasycznych kanonów powieści z pogranicza przygody czy wczesnej science fiction i wprowadził czytelników w wyraźnie gotycki romans, a właściwie transylwański trójkąt miłosny z tragicznym finałem. Adaptując powieść na scenę Baja Pomorskiego Vit Perina – autor scenariusza, zawęził ten pikantno-drastyczny wątek do zabawnej komedii z elementami czeskiej parodii i absurdalnym poczuciem humoru. Powstało widowisko bardzo spójne i kończące się jednak szczęśliwie, wszak Czesi i Słowacy nie chcieli wcale straszyć toruńskich siedmiolatków. Reżyser i autor scenografii do przedstawienia – Marek Zákostelecký zadbał przy tym idealnie, by całość zamknąć w koherentnym obrazie filmowo-teatralno-operowym, a właściwie półoperowym (jak dowiadujemy się już w tytule). Nie udałoby się to tak wspaniale, gdyby nie udział w projekcie wybitnego słowackiego kompozytora Vratislava Šrámka, który do spektaklu stworzył wspaniałe „pół-libretto”!

Ale o czym opowiada "Tajemniczy zamek w Karpatach, czyli fantastyczno-naukowa półopera albo Verneland"? Francuski prekursor science fiction oparł intrygę swej powieści nietypowo: na miłości Hrabiego do Stilli Alsanty, porwanej przez złego Barona Gorca do złowrogiego zamku, u którego stóp mieści się wioska zamieszkała przez przerażonych sąsiedztwem rozkosznych wieśniaków. Wolą trzymać się od zamku z daleka, gdyż sama wyprawa w jego pobliże grozi wielkim niebezpieczeństwem… Zbyt wielu szczegółów nie zdradzę, by nie psuć Państwu świetnej zabawy, uspokoję jednak rodziców, iż bez obaw mogą zabrać swe pociechy do Baja Pomorskiego, gdyż wszystko kończy się dobrze – nie tak jak u pana Verne’a. Sami przy tym bawić się będą równie wyśmienicie, gdyż skosztują w nim świata swych dziecięcych przygód z książkami Verne’a, przyrządzonego przez tak lubianych Bajowych aktorów, według przepisów zaskakujących i przezabawnych.

Marek Zákostelecký zebrał w tym przedstawieniu aktorów bukiet wyjątkowy, jak przystało na żywą zabawę mroczną historią prosto z Transylwanii, i to z dużym przymrużeniem oka. Właściwie wszystkim należałoby oddać sprawiedliwość, gdyż idealnie dostroili się do „Tajemniczego zamku…”, ale przede wszystkim, podnieść piękną rolę Marty Parfieniuk-Białowicz – Stilli, cudnie śpiewającej arie i świadomej swego operowego talentu. Dalej, przyklasnąć interesująco odtworzonej przez Jacka Pysiaka postaci Hrabiego Franciszka Teleka – dotkniętej uroczym dydaktyzmem i romantyczną miłością, lecz jednocześnie nieświadomej czyhających na nią niebezpieczeństw, przed którymi ostrzega go wierny sługa Quido Rocko (Krzysztof Grzęda). Ponadto, nie sposób nie zauważyć komicznie nawiedzonej narratorki półopery – Kustosz Bożeny (Edyta Łukaszewicz-Lisowska), jakby wyrwanej z „Pana Samochodzika i Templariuszy” Nienackiego; także zapomnieć wywołującej ból brzucha ze śmiechu Dominiki Miękus, w roli Mirioty – niemej narzeczonej Leśnika Ruperta (Mariusz Wójtowicz) oraz córki sołtysa (Jacek Pietruski), czy absolutnie ludycznych sióstr syjamskich (Grażyna Rutkowska-Kusa i Agnieszka Niezgoda). Są też mieszkańcy groźnego zamczyska: teutoński wynalazca Orfanik (Andrzej Korkuz), Robot Mirka (aż trudno uwierzyć, że to żywa Anna Katarzyna Chudek) i wreszcie ekscentryczny Baron Gorc (Krzysztof Parda), który swą rolą zachwycił najmniej. Może to wina charakteryzacji, tłumiącej jakże świetną mimikę aktora.

W tym spektaklu został wydobyty ton genialnej czeskiej satyry z nutą reżyserskiej przekory wobec osobliwej powieści Juliusza Verne’a – gotyckiej i nieco wampirycznej. Nie ma się zupełnie czego obawiać i warto dać się porwać rodzinnie w świat tajemnic zamku, sympatycznie zamkniętego w Bajowej szafie. Szczególnie teraz, gdy na co dzień traktujemy wszystko zbyt poważnie!

Aram Stern



Juliusz Verne, "Tajemniczy zamek w Karpatach,
czyli fantastyczno-naukowa półopera albo Verneland"
reż. i scenografia: Marek Zákostelecký
premiera 1 grudnia 2013
Teatr Baj Pomorski

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Kronika tyranii



Człowiek węgierskiego renesansu teatralnego, Béla Pintér (rocznik 1970) jest postacią bardzo mocno polaryzującą widzów, gdyż w swoich dramatach konsekwentnie porusza bardzo ciężkie problemy, które podkreśla do tego specyficznie czarnym humorem, obrazującym niezauważalne przejścia od władzy do przemocy lub odwrotnie. Jeden z trzech twórców all-round znad Balatonu (wraz z Viktorem Bodó i Zoltánem Balázs’em), sam często gra główne role w napisanych przez siebie sztukach, które do tego reżyseruje. O ile przygotowany przez Pintéra spektakl „Szmata”, prezentowany na ostatnim Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Kontakt, swoją ludowo-baśniową konwencją wprawił widownię w percepcyjny niesmak, o tyle jego dramat „Królowa ciast”w Teatrze im. Wilama Horzycy pokazał, jakim jest świetnym dramaturgiem. Również sama inscenizacja w reżyserii Uli Kijak zaskoczyła bardzo pozytywnie: słowa w ustach aktorów Horzycy dawno nie brzmiały tak autentycznie i przejmująco.

Akcję „Królowej ciast” Pintér umieścił w czasach swojego dzieciństwa, w rodzinie tyranizowanej przez jej głowę: Stefana Kosára, alkoholika i podpułkownika milicji. Połowa lat 80-tych, ale masa zakazów komunistycznej władzy u tej familii pozostaje jednak za drzwiami. Wraz z siedmioletnią Eriką (ciekawa rola Mirosławy Sobik), powoli wchodzimy w świat groteskowy oraz surrealistyczny wytwór wyobraźni dziecka, budowany z marzeń dziewczynki tuż przed jej urodzinami. Takie zachowanie to jedyny ratunek przed kolejnym atakiem ojca – potwora, którego jeszcze nie widać, pracuje ciężko uwięziony w kieracie, ukryty pod hełmem, by nie słyszał, o czym mówi jego rodzina. Jak komunikują się zimnymi zdaniami, paraliżowani strachem: matka Olga (Maria Kierzkowska), ciotka Anikó (Jolanta Teska), kuzyni Tibi i Zoli, dziadek (Niko Niakas) oraz upośledzony wujek Feri z kartonem ma głowie (Grzegorz Wiśniewski). Makabryczno-komiczne maski pojawiły się już w „Szmacie”, tam skrywały prawicowych oprawców, w „Królowej ciast” zaś maska daje schronienie ofierze. Kat na razie również ukrywa swoją twarz,ale po powrocie do domu pokaże wszystkim, na co go stać. Mała Erika tymczasem z zamieszonej na linie opony prowadzi dość prowokacyjnie mroczny dialog z nauczycielem Panem Ludwikiem (Michał Marek Ubysz), podczas gdy jej równie zastraszeni kuzyni swoim zachowaniem wywołują śmiech widowni. Zoli (świetny Łukasz Ignasiński), obleczony kilkoma grubymi swetrami, z pióropuszem nadmuchanych rękawic lateksowych na głowie, wyjątkowo złośliwie dokucza bratu – Tibi (udany debiut Macieja Raniszewskiego) – kłamie, kradnie pomysły i jest wyjątkowo prawdziwy w swojej roli. Rolami chłopców reżyser Uli Kijak udało się idealnie podkreślić wachlarz pintérowskich postaci, które śmieszą, przerażając jednocześnie. Tak było również w pokazywanej na Kontakcie w 2005 roku „Operze chłopskiej” tegoż autora. Tam kazirodztwo i dzieciobójstwo, w „Królowej ciast”tylko przemoc rodzinna. Tylko? Przecież to początek, to stan, w którym ofiara staje się całkowicie bierna. Sparaliżowana strachem już wie, że „z otwartej dłoni łatwo powstaje pięść” i tylko pragnie, by cios nie był zbyt mocny. Wtedy pojawia się ojciec (Paweł Tchórzelski), ten co się stara, by rodzinie niczego nie zabrakło, także jego dyscypliny. Bez szarżowania, najbardziej przerażającej wówczas, gdy jest uśmiechnięta.

Mimo inscenizacyjnej „nierealności” przedstawienia, całość brzmi niezwykle sugestywnie. Prowokacyjne ataki Stefana w zaczepkach, szyderstwach z żony, wmawianiu „przestępstw” członkom rodziny, wreszcie umizgach ofiar i ich smutnym tańcu – to jedne z najważniejszychobrazów pozostających w głowie po obejrzeniu spektaklu. Ich rejestr trafia we współczesną wrażliwość teatralną: reżyser Ula Kijak za autorem (bez moralizatorskiego szyderstwa), oryginalnym prowadzeniem toruńskiego zespołu perfekcyjnie naznacza „przyzwolenie” na przemoc. Groteskowa tragedia rodziny Kosár nie ma niestety happy endu: całość w drugiej połowie mocno puchnie i zapętla się do najgrubszych pokładów bezsilności. Wówczas Erika czarodziejskim znakiem zatrzymuje akcję w najbardziej niebezpiecznym momencie i dalej buja w obłokach na swojej huśtawce. Rozmaitość stosowanych  przez reżyser środków teatralnych oraz fantazyjna scenografia Dominiki Skazy sprawiają, że trudno zarzucić „Królowej ciast” tak charakterystyczną dla Pintéra stylistykę kampu. W przeciwieństwie do „Szmaty”, toruński spektakl „nie jest tak zły, że aż dobry” – on jest po prostu dobry. Poprzez absurdalny wydźwięk nie wywołuje wstrząsu, a aktorsko odbija tendencje panujące bardziej w teatrach Berlina niż Budapesztu. Nie ma w nim ani jednej słabej roli, wprawdzie pojawia się nieco dłużyzn, a z widowni ustawionej na dużej scenie nie widać wszystkiego, to jednak „Królowa ciast” może być impulsem do pozytywnych zmian w Teatrze im. Wilama Horzycy.



Aram Stern


Béla Pintér, „Królowa ciast”

reż. Ula Kijak

Teatr im. Wilama Horzycy

premiera 6 kwietnia 2013


niedziela, 9 czerwca 2013

A dokąd, a dokąd, a dokąd tak gna?


Czego tu nie ma? Trzy ekrany. Dwa preparowane pianina. Syrena strażacka. Ogromna kolejka elektryczna z trasą długą na całą szerokość sceny. Kamery wzdłuż torów i na samej kolejce. Kable. Fragmenty urządzeń sterowniczych pociągu. Stoły. Lampy sygnalizacyjne. Wentylatory. Dymy. Muzyka na żywo. Statyści. Aktorzy. Tekst Szalonej „lokomotywy” Witkacego. Czasem nawet reżyser, który wchodzi na scenę, żeby poprawić krzywo stojący element scenografii. Aż dziw bierze, że to wszystko działa i bez zgrzytów sunie z coraz większą prędkością do przodu. A czemu działa? Bo, jak w porządnej lokomotywie, wszystkie elementy teatralnej maszynerii działają w precyzyjnej synchronizacji. Nawet mało uważny widz dostrzega, że kwestie aktorów bardzo często dopasowują się do rytmu muzyki. Widz bardziej uważny zorientuje się, że ten rytm jest pochodną rytmu wyznaczanego przez pędzącą z różną prędkością kolejkę elektryczną, której przemknięcia rejestrują umieszczone przy torach czujniki. W „Szalonej lokomotywie” w reżyserii Michała Zadary, najnowszej premierze Teatru Polskiego w Bydgoszczy, pierwsze skrzypce gra mechaniczna zabawka. Reżyser nabudowuje nad nią kolejne piętra spektaklu, tak, że wszystkie stają się jej przedłużeniem. Stukanie (sygnał z bramki magnetycznej przetworzony na dźwięk) rodzi muzykę, muzyka rodzi mowę, mowa rodzi emocje i zderzenia ideologii. No właśnie – maszyneria teatralna.

Można by pomyśleć, że przedstawienie, któremu narzuci się taki mechaniczny rygor, może się w końcu okazać ciekawym eksperymentem, ale za to nudnym widowiskiem. Nic z tych rzeczy – absurdalna, witkacowska fabuła działa w takim otoczeniu całkiem dobrze. Całość rozgrywa się w lokomotywie porwanej przez dwóch kolejarzy – maszynistę Tengiera (świetny Mateusz Łasowski) i palacza Wojtaszka (równie świetny Maciej Pesta). Obaj kochają się w po trochu demonicznej, a po trochu zwyczajnie głupiej (ale dlatego tym bardziej fascynującej) pannie Julii (Karolina Adamczyk). Ta idiotyczna, mroczna i niespełniona miłość skłania ich do porwania i wykolejenia pociągu – czyli czegoś równie idiotycznego i mrocznego, ale przy tym nadającego wszystkiemu odpowiednio drastyczną i ostateczną konkluzję, na którą inaczej nie mogliby liczyć. Po pewnym czasie okazuje się, że wcale nie są maszynistą Tengierem i palaczem Wojtaszkiem, tylko dwoma poszukiwanymi przez policję geniuszami zbrodni, dla których wykolejenie pociągu pełnego pasażerów może okazać się jedynym spełnieniem, na jakie stać zbrodniarza w świecie, w którym nawet zbrodnia trochę się już wyczerpała.

Witkacy napisał „Szaloną lokomotywę” w latach 20-tych jako dramat o świecie, który jest tym bardziej znudzony, im szybciej pędzi przed siebie. Lokomotywa nie jest już fetyszem obrazującym szalony postęp techniki – ale podobnych fetyszy nie brakuje, a postęp oszalał jeszcze bardziej. Tak, jak bohaterowie „Lokomotywy”, często podświadomie tęsknimy za samozagładą ludzkości przez rozpuszczenie się w doskonałym świecie maszyny. Tengier w kończącej spektakl projekcji wideo pokazującej skutki katastrofy kolejowej umiera szczęśliwy – przebity regulatorem lokomotywy. My klaszczemy, wstajemy z miejsc, włączamy telefony komórkowe i rozchodzimy się do samochodów, taksówek, autobusów, tramwajów, pociągów wreszcie. Od błyskotliwej machinerii spektaklu Zadary, do innych błyskotliwych maszyn usprawniających działanie najbłyskotliwszej machiny ludzkości. „A dokąd, a dokąd, a dokąd tak gna?”

Paweł Schreiber

S.I.Witkiewicz, Szalona lokomotywa
reż. Michał Zadara
Teatr Polski Bydgoszcz
premiera 13 kwietnia 2013

piątek, 3 maja 2013

Trup w galerii

Zblazowany, zarabiający krocie, a do tego wytatuowany od stóp do głów artysta Tiger (Paweł Kowalski) wpada na radykalny pomysł – postanawia zapisać ciało w testamencie przyjaciołom, jako swoje ostatnie dzieło. Przyjaciele – Lea (Aleksandra Bednarz) i Fred (Tomasz Mycan) z początku nie traktują jego zapowiedzi poważnie, ale kiedy do ich drzwi puka asystent Tigera, Alex (Arkadiusz Walesiak) z zabalsamowanym trupem, wiedzą, że czekają ich liczne kłopoty. Zwłaszcza, że o całej sprawie dowiaduje się wkrótce Naomi (Matylda Podfilipska) – siostra Lei, kochanka Tigera, właścicielka galerii sztuki współczesnej.

Wyreżyserowana w Teatrze Horzycy przez Anę Nowicką sztuka Igora Bauersimy i Rejane Desvignes Body Art, choć na pierwszy rzut oka może wydawać się drapieżna i kontrowersyjna, po bliższym przyjrzeniu okazuje się niezbyt odkrywcza i w sumie dość niewinna. Meandruje między makabryczną farsą i (odrobinę poważniejszą) krytyką komercjalizacji współczesnego świata sztuki. Ma jasno zarysowane, uproszczone morały, które słyszeliśmy już dziesiątki razy: ludzie są dzisiaj w stanie zrobić za pieniądze wszystko (nawet sprzedać zwłoki najlepszego przyjaciela), a tzw. „sztuka współczesna” jest tworzona przez łasych na pieniądze szarlatanów.

Nowicka wybrała, niestety, chyba jeden z gorszych pomysłów na inscenizację spektaklu – potraktowała tekst bardzo poważnie, postanowiła przy tym uwypuklić jego, i tak już uwypuklone, przesłania. W pierwszej scenie Tomasz Mycan napisze więc od niechcenia kredą na ścianie słowa „forsa” i „mamona”, żeby było jasne, o czym będzie mowa. W galerii Naomi, zamiast obecnej w tekście arcydrogiej kanapy, pojawi się krzesło, z którego siedzenia po naciśnięciu specjalnej dźwigni wyskakuje wesoło gumowy penis, żeby widz po raz kolejny nie miał wątpliwości, co powinien myśleć o współczesnej sztuce.

Dużo tu zabiegów, które mają pachnieć prowokacyjną nowoczesnością, ale okazują się chybione i archaiczne. Projekcje wideo zasypujące widza dziesiątkami obrazów (traumy wojny, ludzkie zwłoki i ich preparowanie, świat mody i wielkich pieniędzy) są albo zupełnie zbędne, albo stanowią naiwny, dosłowny komentarz do fabuły spektaklu. Ostre techno i migające światła w przerwach między scenami mocno trącą myszką. Z zamierzenia naturalistyczna scena seksu Freda i Lei jest na tyle niepotrzebna i nieporadna, że zamiast przekonywać – śmieszy.

Niezbyt dobrze spisują się toruńscy aktorzy. Grają z płaską, przerysowaną manierą. Na uwagę zasługuje jedynie rola Pawła Kowalskiego – jego Tiger jest odpowiednio enigmatyczny, niepokojący, dostojny i zblazowany. Zapada w pamięć – a zagrać dobrą rolę w kiepskim spektaklu bywa bardzo trudno.

W finałowej scenie Tiger wyładowuje rozczarowanie podłymi przyjaciółmi, którzy chcieli sprzedać jego trupa, śpiewając na tle malowniczej projekcji wideo Hymn o miłości św. Pawła. Trudno przy tym zachować powagę. Pominięte przez Nowicką zakończenie dramatu Body Art bierze w ironiczny nawias całą jego fabułę. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że właśnie tej ironii w przedstawieniu zabrakło. Body Art dołącza niestety do serii nieciekawych spektakli na scenie Horzycy.


Tekst: Paweł Schreiber


Igor Bauersima/Rejane Desvignes, Body Art
reż. Ana Nowicka
Teatr im. Wilama Horzycy
prapremiera polska 9 marca 2013

środa, 27 marca 2013

Hej Łysy Joe!





Misie pluszowe nie lubią się gubić pod łóżkiem, zniosą jeszcze ogolenie im głowy (!), ale już z opuszczeniem i złośliwością dzieci mają duży problem. Chyba, że dziewczynka zachoruje – to zwyczajnie ogrania je smutek. Bo misie, jak i najmłodsi lubią być traktowani poważnie.Czy wolno im jednak opowiadać o śmierci? Jak najbardziej, gdyż niestety i ona bezpośrednio je dotyka. Nie zawsze wiemy, jak ze stratą najbliższych trudno się pogodzić nam,dorosłym, a tym bardziej jak wytłumaczyć ją naszym milusińskim? Okazuje się, że można mówić o tym, co jest ciągle tematem tabu u nas (ale nie jest już tak traktowane za Odrą). Cieszy więc, że Teatr „Baj Pomorski” ponownie (po Pod-Grzybku Marty Guśniowskiej) przedstawia dzieciom (od lat 7) spektakl o nieodwołanych prawach natury.

W swoim tekście Pręcik Malina Prześluga niezwykle delikatnie i z wyczuciem opowiada o chorobie Dziewczynki (Dominika Miękus), która dotąd zdrowo spała w swoim łóżku, na miękkiej Poduszce (Edyta Łukaszewicz-Lisowska), do szkoły wzywał ją Budzik (Jacek Pysiak), a na stópki wiernie czekali państwo Kapciowie (Edyta Soboczyńska i Krzysztof Grzęda). Pewnego ranka nie mają na kogo czekać i tak zwyczajnie nie wiedzą, co się stało. Przedmioty świat pojmują prosto: przecież była, teraz jej nie ma, jakże to tak? Nawet, jeśli dotąd codzienna rutyna wydawała im się męcząca i narzekały na nią, choć tego poranka cieszy je troszkę, że może mają dziś wolne – to z czasem ich niepokój zaczyna się wzmagać. Dziewczynka już ich nie potrzebuje? Czy może wyjechała? Tylko pluszowy miś, Łysy Joe (Krzysztof Parda), wie dobrze, co się stało: w nocy zabrało ją pogotowie.Przedmioty nie mają duszy, stąd nie zrozumiały powagi sytuacji, ale najwierniejszy powiernik Dziewczynki,Łysy Joe domyśla się, co to może znaczyć. Pluszowy miś ma bowiem w sobie to coś, o czym przejmująco wspomina: „Bo my, misie i ludzie, mamy w środku taki jakby pręcik. Gdy wszystko jest dobrze, to on świeci, jak w żarówce. Ale czasem jakiś inny człowiek albo przykre zdarzenie, czy choroba nam ten pręcik gasi. I wtedy boli”. Na jego nieśmiałe wezwanie wszyscy bohaterowie wskakują do torby i ruszają w podróż do szpitala.

Brzmi zbyt poważnie, by zabrać swoje dziecko na ten spektakl? Przeciwnie – sztuka Maliny Prześlugi wcale nie jest ponura, skrzy dowcipnym językiem, cytatami z filmów i reklam (może to ją nieznacznie psuje) oraz opowiada tę historię w formie literatury drogi – bo dobrze wiemy co nas czeka u jej końca.Relacje między przedmiotami opowiedziane są językiem dzieci, tak ja one to czują, ich emocjami i wyobraźnią. Stąd też tak barwny to teatr absurdu. Na uwagę zasługują świetna gra Edyty Łukaszewicz-Lisowskiej, w roli zadziornej Poduszki z dobrym sercem i bardzo wzruszająca kreacja Krzysztofa Pardy, jako obrażonego misia pluszowego. W zestawieniu z oryginalną animacją przedmiotami codziennego użytku, oraz stonowaną scenografią powstał piękny i mądry spektakl! 

Na pokój Dziewczynki i salę szpitalną patrzymy z góry, co niesamowicie oddaje wrażenie dystansu do świata, który kiedyś wszyscy będziemy musieli opuścić. Autorem tej scenografii, jak i reżyserem spektaklu jest Zbigniew Lisowski. To kolejne już przedstawienie dyrektora „Baja Pomorskiego”, w którym tak wspaniale potrafi skupić uwagę najmłodszych. Zawsze zaskakują skupienie i otwarte z wrażenia buzie maluchów, zachwyconych multimediami oraz tym, że teatr jest nie tylko na scenie, a może otaczać je ze wszystkich stron. W Pręciku chmury płyną po suficie, następnie pojawia się biel szpitala a Smutne Łóżko (Mirosław Szczepański) przejmująco, jako anioł śmierci wynurza się w finale zza pleców widowni. Całość utrzymana jest jednak w barwach stonowanych, bez wielkich zwrotów akcji, migotania świateł, bez głośnej muzyki – o ilustrację dźwiękową spektaklu zadbali Rafał Skonieczny i Mateusz Jagielski. Spokojna, wykonywana na żywo muzyka tylko w finale narasta, Dziewczynka z Łysym Joe znikają za łóżkiem, a my w piosence Hotelu Kosmos słyszymy słowa:„(…) apogeum srogiej zimy, wiatr zatrzymał wskazówki (…)”. Apogeum? Nie – to nie koniec, w pamięci na długo pozostanie liryczność tekstu Prześlugi, w Pręciku zostaną przedmioty, miłość, empatia i przekonanie, że choć tak to już z każdą stratą być musi i „coś się tu nie odbywa, jak być powinno” – to warto o tym rozmawiać.


Aram Stern



Pręcik, Malina Prześluga
reż. Zbigniew Lisowski
Teatr Baj Pomorski
premiera: 30 grudnia 2012