Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja muzyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja muzyczna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 czerwca 2013

Czerwcowe recenzje muzyczne


Junip, Junip




Junip to szwedzkie trio, które tworzą przyjaciele ze szkolnych czasów – Jose Gonzalez (wokal i teksty), Tobias Winterkorn (klawisze) i Elias Araya (instrumenty perkusyjne). Najbardziej znany z tej trójki jest Gonzalez, którego wersję utworu „Heartbeats” grupy The Knife znają chyba wszyscy za sprawą reklamy telewizorów Sony (z kolorowymi piłeczkami).

Grupa Junip powstała w 1998 roku, jednak pierwsza ich pełna płyta, „Fields”, wyszła w 2010 roku. W międzyczasie Gonzalez zajmował się solową twórczością. Płyta „Junip” jest kontynuacją pomysłów z „Fields”, jednak bogatszą aranżacyjnie, trudniejszą, z poupychanymi smaczkami, których odkrycie wymaga kilkukrotnego jej przesłuchania.

Ich muzyka jest określana, jako psychodeliczny folk. Można spotkać się z opinią, że jest to muzyka, której słucha się dobrze zarówno przy robieniu obiadu, jak i robieniu dzieci. Faktycznie, jest delikatna, a odrealniony śpiew, ciepłe syntezatorowe dźwięki, bogata aranżacja tworzą wrażenie pewnej przytulności i intymności. Wszystko jest tu wyważone i wzajemnie się uzupełnia. Nie można nawet powiedzieć, by któryś z członków próbował dominować. Słychać wspólną koncepcję i umiejętność współpracy. Dynamiczne utwory niosą tu z sobą dawkę spokoju, a ballady nie pozwalają usnąć. Taka homogeniczność albumu może wydawać się nudna, nie jest on odkrywczy brzmieniowo, jednak można się przyjemnie unosić na fali jego dźwięków i odkrywać piękno detali.
Dojrzała, bezpretensjonalna, kojąca płyta.

Junip, „Junip”

City Slang, 2013





Foals, „Holy Fire”




To trzeci album grupy, która powstała w 2005 roku w Oxfordzie. Poprzednie okazały się sukcesem. „Antidotes” (2008) dobił do 3. miejsca pod wzgledem sprzedaży w UK, „Total Life Forever” do 8. i został nominowany do Mercury Prize 2010, obie pokryły się złotem. Współpracowali z U2, Nickiem Cavem, Smashing Pumpkins, PJ Harvey, Nine inch Nails, Depeche Mode, The Killers. Całkiem nieźle.

Byłem ciekawy tej płyty, ale muszę przyznać, że nie stała się moją ulubioną płytą grupy. Trzy pierwsze utwory są bezdyskusyjnie świetne i... skrajnie różne, co może wywołać pewną konsternację. „Prelude” – świetny początek albumu, rozkręcający się powoli z mocną końcówką. „Inhaler” – mocne, rockowe riffy. „My Number” – funkujący, w klimacie Talking Heads, który bardzo lubię. Reszta... ma swój klimat, który udało im się osiągnąć w dużej mierze przez to, że spora część materiału była nagrywana nie ścieżka po ścieżce, remasterowana i składana w całość, ale „na setkę”, czyli mamy nagranie muzyków grających razem w studio. Słychać więc troszkę koncertową dynamikę, która mi odpowiada. Podczas przesłuchiwania utworów, nie miałem ochoty, by przełączyć którykolwiek z nich, ale też i nie przykuły zanadto mojej uwagi. Może przy kolejnym przesłuchaniu?

To przyjemny materiał na letnie festiwale. Jest tu coś z klasycznego popu lat 80-tych, etnicznych rytmów, trochę psychodeli i nostalgicznych wokali. Ciepły wieczór, niezobowiązująca atmosfera, taneczny nastrój – to muzyka w sam raz na takie chwile.


Foals, „Holy Fire”

Transgressive Records, 2013





The Fat White Family





Spowodowali spore zamieszanie na londyńskiej scenie, a ich koncerty są, zdaniem wielu ludzi je komentujących, czymś, co koniecznie trzeba zobaczyć. Ba, określa ich się nawet jako najlepszą londyńską grupę koncertową. Są dowodem na to, że rock nie dobił do ściany i coś ciekawego można jeszcze usłyszeć. Nie przez innowacyjność tego co robią, ale przez zaangażowanie w to co robią. Na koncert z ich udziałem można wejść za 2 funty, przy czym przy ich nazwie na plakacie, zamiast jakiejkolwiek charakterystyki, widoczne jest tylko stwierdzenie „fucking legends”.

Na pewno ich celem nie jest pojawienie się na listach przebojów. Świadczy o tym i ich muzyka, bluesowo-punkowa, niepokorna i bezkompromisowa, pełna energii, z wyraźnym antykorporacyjnym i antykonsumpcjonistycznym wydźwiękiem. Także ich wygląd przeczy wszelkim regułom promocji, zdradza squatterskie korzenie i tendencje do zdecydowanie, mówiąc najbardziej łagodnie, niehigienicznego trybu życia.

Nihilistyczna, perwersyjna, zabawna, chaotyczna, melodyjna – każde z tych określeń pasuje do tej płyty. Wrzaski i piski współgrają z przyjemną melodią, a dźwięk szarpanych na różne sposoby strun z harmonijnym śpiewem. Świetnie sprawdziłaby się jako podkład w filmach Lyncha. Sądząc tylko po muzyce, można by uznać, ze jest to jedna z awangardowych rockowych grup z lat 60-tych. Aż dziw bierze, że nie są szerzej znani. Może nie chcą? Może to znak czasów?


The Fat White Family, „Champagne Holocaust”

Trashmouth Records, 2013



Tekst: Wiktor Łobażewicz







wtorek, 2 kwietnia 2013

Marcowe recenzje muzyczne



 Atoms for Peace – Amok. XL, Recordings 2013.

 
Płyta, w momencie pisania tego tekstu, jest jeszcze niedostępna. Można posłuchać singli (Default, Judge Jury and Executioner), obejrzeć nagrania z koncertów, lecz pełny materiał ukaże się 25 lutego. Z jednej strony nic nowego pod słońcem, Thom Yorke trzyma się swojej estetyki. Z drugiej... to jeden z kilku wykonawców, których mogę słuchać ciągle, wszędzie, którego utwory są na playlistach wszystkich, będących w moim posiadaniu, urządzeń służących do odtwarzania muzyki. Od wielu lat.
Thom zebrał świetnych muzyków (Flea - Red Hot Chilli Peppers, Nigel Godrich - producent Radiohead, Becka, McCartneya, R.E.M., Joey Waronker - Beck i R.E.M. i Mauro Refosco) na potrzeby swojego solowego projektu (The Eraser). By móc to, co sam stworzył, przedstawić na koncertach. Współpraca najwyraźniej okazała się udana i zaowocowała omawianą płytą.
Powstał kompromis. Pomiędzy mechanicznymi, laptopowymi samplami Thoma, a materią żywych instrumentów. Thom chciał stworzyć taneczną płytę, jednak musiał wpleść w nią swój wokal. W innym wypadku, jak powiedział (choć mniej cenzuralnie), nikt nie zwróciłby na nią uwagi. Starał się więc, by jego głos podkreślił jej charakter.
Projekt Thoma Yorke pozostaje otwarty. Sam, jak mówi, nie wie co z niego wyniknie. Ja również jestem ciekaw. Czekam na te dziewięć utworów... dziewięć utworów na dobry początek tego projektu.



Piers Faccini – My Wilderness. Six Degrees Records, 2011.





Niezmiernie rzadko, ale zdarza się, że podczas przeszukiwania zasobów internetu trafiamy na jego jasną stronę. Znajdują sie tam tacy wykonawcy jak Piers Faccini. Muzyk, malarz i znakomity tekściarz. Urodził się w Londynie, jego ojcem jest Włoch, matka jest Angielką, wychował się we Francji. Trójjęzyczny, lecz teksty pisze po angielsku, gdyż uważa że tym językiem posługuje sie najlepiej i w nim potrafi zawrzeć najwięcej znaczeń. To słychać. Jego muzyka jest różnorodna, są w niej ślady angielskiego folku, bluesa z delty Missisipi, włoskich, jak i afrykańskich rytmów.
My wilderness jest czwartym solowym albumem Facciniego, w całości przez niego wymyślonym, nagranym w domu we Francji i samodzielnie wyprodukowanym. Moim ulubionym. Utwory są stylistycznie mocno zróżnicowane, ale nie zrezygnowałbym z żadnego z trzynastu utworów, które się na nim znajdują. Ciekawe jest instrumentarium. Na pierwszym planie słychać gitarę, perkusję, trąbkę, wiolonczelę i skrzypce. Oszczędnie użyte zostały egzotyczne instrumenty, których nazw nawet nie będę wymieniał, nadają one jednak specyficzny koloryt utworom i sprawiają, że z zaciekawieniem słucha się każdego z nich. Na swoich dzikich bezdrożach, myślę że tak można interpretować tytuł płyty, Faccini znajduje i transowe rytmy, i ciekawie opowiedziane ballady, zachęca też do nieskrępowanego tańca. Jeśli nie znacie Facciniego, a nie sądzę byście znali, zachęcam stanowczo do posłuchania. Zmusić nie mogę. Niestety.


Alt-J – An Awesome Wave. Infectious Music, 2012.


By być na bieżąco, sprawdzam, kto otrzymuje ważne muzyczne nagrody. Szperam, przeglądam i... strasznie się przy tym nudzę. Z reguły. Nie ustaję jednak w wysiłku, gdyż czasem trafia się taki zespół jak Alt-J.
An awesome wave to ich debiutancki album, choć trudno w to uwierzyć. Brzmi jakby muzycy mieli za sobą duży dorobek, a nie zaledwie dwa lata prób przed podpisaniem kontraktu z wytwórnią i wydaniem EPki. Już teraz maja duże grono fanów, szerokie plany koncertowe, zbierają świetne recenzje, no i zdobyli Mercury Prize dla najlepszej płyty w Wielkiej Brytanii i Irlandii w 2012 roku.
Muzyka Alt-J składa sie z elementów, które nie powinny ze sobą współgrać. Hip hop, folk, chóralne śpiewy, duża doza elektroniki, przesterów i żywe, paradoksalnie dominujące w każdym utworze, brzmienia gitary. Kluczową rolę odgrywa charakterystyczny wokal. Wszechstronny, czasem kojący, czasem drażniący, na pewno magnetycznie przyciągający. Nie będę go opisywał. Nie umiem. Trzeba go usłyszeć.
Wydaje sie to niemożliwe, a jednak powstał album spójny, klimatyczny, o pulsującej emocjonalnie dynamice. Dziwaczność i eklektyzm udało im się połączyć z uniwersalnością. Coś nowego i intrygującego. Polecam również rewelacyjne teledyski do utworów Breezeblocks i Tesselate.


Wiktor Łobażewicz