Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karolina Wiśniewska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karolina Wiśniewska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 sierpnia 2013

Słoma



Jakkolwiek określenie „elementy małej architektury z łatwo dostępnych odpadów przemysłowych i rolniczych” brzmi dobrze dla architekta, przeciętnemu konsumentowi designu niewiele taka nazwa mówi. Sprawa ma się inaczej, gdy rzeczonym „elementom” nadamy bardziej swojską nazwę: moduł/siedzisko/kubik, bo słomiany wytwór młodego Mateusza Przybysza jest po trosze każdym z nich.

Po pierwsze, na uwagę zasługuje materiał wykorzystany do wyrobu siedzisk. W ekodesignie od dawna już święci triumfy płyta wiórowa, karton, plastik i inne materiały z recyklingu, o słomie natomiast dotychczas dość cicho. Jest to jednak materiał o niezbitych walorach: naturalny, łatwo dostępny, tani i co roku produkowany w ogromnym nadmiarze. Do tego dochodzą wspaniałe właściwości izolacyjne i wodoodporność. Na dodatek cechy wizualne słomy nie różnią się wiele od wciąż – dla mnie – pięknej, choć trochę wyczerpanej już designersko płyty OSB. Poza garstką zasługujących dotychczas na uwagę produktów ze słomy, takich jak chociażby „Baley” z 2003 roku, sygnowany przez Gusto (gustus.co.uk), oraz „Paille” autorstwa Tete Knecht (teteknecht.com) z 2005 roku, słoma jest w zasadzie pomijana w projektowaniu nowoczesnych przedmiotów użytkowych.

Czy to dziwne zjawisko? Z jednej strony – tak, bo przecież sama słoma pełni funkcję mebla niejako z urzędu – od niepamiętnych czasów ludzie spędzali na niej przerwy w pracy, korzystali z niej jako z prowizorycznych siedzisk, podnóżków, leżanek czy stolików. Z większej ilości słomianych kubików dało się budować większe elementy umeblowania, a całe stosy takich paczek, stojące gdzieniegdzie na polach, wyglądają do dziś jak domy bez okien i drzwi. Z drugiej jednak strony, zjawisko jest jak najbardziej zrozumiałe – słoma pozostaje materiałem budowlanym, izolacyjnym lub ozdobnym w ujęciu ludowym. Jest więc tak ściśle związana z przaśnym kontekstem wiejskim i twórczością folkową, że zrobienie z niej nagle przedmiotu designerskiego stanowi nie lada wyzwanie.

W ujęciu Mateusza Przybysza słomiany design znów rozwija skrzydła. Funkcja jego projektu pozostaje oczywiście w tych samych granicach prowizorycznego mebla, ale tym razem projektant bardzo dobrze przemyślał swój pomysł w kierunku dodania użytkownikowi możliwości. Przede wszystkim więc nadał słomie czysty, nowocześnie wyrafinowany kształt zwężającego się sześcianu o zaokrąglanych krawędziach. Słoma takiego elementu jest sprasowana pod dużym ciśnieniem, a jej powierzchnia – optycznie gładka; nic nie wystaje, nie kłuje i nie rozprasza wizualnie. Forma z grubsza sześcienna aż prosi się o zwielokrotnienie, pozwala estetycznie i regularnie układać na sobie elementy na zasadzie klocków. Poza tym moduły dostępne są w dwóch wielkościach, pochylone ścianki służą za wygodne oparcia, a największa ściana (zwykle podstawa, ale niekoniecznie) została sfalowana na kształt materaca gąbkowego, co wizualnie i praktycznie dodaje czegoś ekstra oszczędnej, minimalistycznej formie.

W tym miejscu rola projektanta się kończy, a zaczyna – przewidziana przez niego przestrzeń użytkownika. Dzięki dwóm wielkościom elementów oraz odpowiedniemu kształtowi i powierzchni, otwierają się tutaj nieskończone możliwości konstrukcyjne, w których wzajemne zazębianie się słomianych modułów będzie pięknie stabilizować większe formy z nich zbudowane. Co więcej, mobilność takich modułów ułatwia odciążenie ich struktury wewnętrzną komorą powietrza. Zadanie usprawniają też otwory-rączki po bokach kubików. Każdy może się teraz wykazać własnymi zdolnościami designerskimi, tworząc z jednorodnych modułów to, co sam chce uzyskać na potrzeby – no właśnie, czego?

„Elementy” Mateusza Przybysza to raczej nie projekt do prywatnego wnętrza. Oczywiście ekscentryczny właściciel może skorzystać z takiego rozwiązania, ale słomiany moduł to wymarzony mebel do wszelkich obszarów publicznych. W mieście pozwoli ludziom ustawicznie kreować estetyczne chwilowe „pokoje”, które wraz z przyjaciółmi można zasiedlić podczas koncertu czy na patio alternatywnego klubu. Na imprezach plenerowych, koncertach, warsztatach czy obozach za miastem projekt da podobne możliwości, ale z pewnością o wiele lepiej dojdą tam do głosu właściwości izolacyjne słomy. Korzystając z pomysłu młodego projektanta, można zastąpić niewygodę i chaos karimat czy swojskich kocyków – bardziej praktycznymi konstrukcjami ze słomianych modułów. Według mnie stanowi to pomost pomiędzy potrzebami praktycznymi i estetycznymi, ale również między środowiskiem ludzkim i naturą. Kropką nad „i” niech będzie fakt, że zużyte moduły mogą zostać wykorzystane jako ekologiczne paliwo, więc, właściwie użyte, nigdy nie obrócą się w śmieci.

Projekt uzyskał wyróżnienie w międzynarodowym przeglądzie projektów dyplomowych Graduation Project 2012.


Tekst: Karolina Wiśniewska


piątek, 31 maja 2013

UCZTA DLA OCZU

Czy dom bez dywanu jest kompletny? 
Pomysł na kolejny „Obiekt pożądania” przychodzi do mnie całkiem naturalnie. To, o czym chcę tym razem pisać, to równocześnie coś, czego sama pilnie potrzebuję. Jest to mianowicie dywan. Podobno można bez niego żyć, czerpiąc estetyczną radość z rysunku drewna podłogi, albo – co dla mnie niepojęte – ciesząc się praktycznością kafli lub wykładziny plastikowej. Dla mnie salon bez dywanu wygląda niekompletnie, meble zdają się chaotycznie rozsypane po pokoju, a podłoga, nawet drewniana, wydaje się duża, pusta i zimna.
Moja historia z dywanem w tle zaczyna się od funkcji. Uprzytulnia on wnętrza i wycisza je, daje poczucie komfortu. Co najważniejsze, czyni z podłogi przestrzeń zamieszkaną – ekstra miejsce do siedzenia, zabawy i relaksu. Z tym użytkowym ujęciem splata się jednak ściśle – i często dominuje – aspekt wizualny, a więc dywan jako element wnętrza, w którym, tak samo jak na ścianach czy w doborze mebli, można wykazać się stylem w urządzaniu własnego „M”. Liczy się więc przede wszystkim kształt, kolor, wzór i faktura.
W projektowaniu dywanów dużo się dzieje. Mimo że w designie każdy materiał ma prawo bytu, jakość reprezentowana przez nieśmiertelną wełnę lub jedwab pozostaje absolutnie na topie i, chcąc utrzymać produkt na najwyższym poziomie, większość projektantów nie ucieka się do tanich włókien sztucznych. Wełna to jednak nie nowość, tylko pewien standard, a sam materiał nie czyni projektu. Liczy się przede wszystkim pomysł, a na wartość docelową składają się kolejne wysmakowane szczegóły, takie jak ręczne wykonanie, powrót do korzeni rzemieślniczych w dziedzinie tkania i farbowania, sprytne nagięcie klasycznych kanonów wzorniczych. Świat przetrząsany jest w poszukiwaniu tego, co rdzennej jest to potem miksowane odważnie z tym, co przynoszą wzory czerpane garściami z każdej dziedziny życia (a, jak zobaczymy, czasem nawet i śmierci). Tematycznie – wyniki takich eksperymentów mogą zaskakiwać, ale produkty te, tak czy inaczej, satysfakcjonują swoimi kompozycjami kolorystycznymi, nietypowym kształtem i mistrzowskim wykonaniem.

Zacznę od Sonyi Winner (sonyawinner.com). Jako designer Sonya przeszła drogę od grafiki do dywanów i widać to bardzo dobrze w jej geometrycznych kompozycjach. Jak sama mówi, tworzy z radością i swobodą metodą prób i błędów. Jej gotowe produkty to mocno nieregularne kształty, zrywające na zawsze z prostokątną połacią dywanu, jaki znamy. To bardzo sprytny zabieg, bo zwielokrotnione rogi, wcięcia i zatoczki pozwalają na wiele różnych orientacji tego samego produktu w przestrzeni, a tym samym – dają szereg unikatowych możliwości zgrania dywanu z meblami. Wizytówką Sonyi Winner są jednak przede wszystkim piękne, soczyste kolory, wspaniale ze sobą połączone. Całe dywany są niby osobne kwadratowe, okrągłe lub trójkątne szkiełka nakładające się na siebie pod światło w pozornym chaosie, tworząc w konsekwencji szerokie pasmo umiejętnie zaplanowanych kolorów pochodnych. Produkty marki Sonya Winner powstają w Nepalu z nowozelandzkiej wełny oraz jedwabiu, a artystka osobiście nadzoruje każdy etap ich produkcji. Tradycyjnie farbowana wełna występuje często aż w 23 kolorach w jednym dywanie, jest też delikatnie zróżnicowana pod względem wysokości włosia, co wzmaga efekt nakładania się poszczególnych elementów. Niektóre krótkie serie limitowane zawierają zaledwie 10 lub 15 egzemplarzy, można też zamówić dowolny wzór w wymarzonym rozmiarze.


 
 „Flat Surgery” to również nieregularny kształt. Dywan autorstwa Mathieu Lehanneur (http://www.mathieulehanneur.fr/) dla Carpenters Workshop Gallery (http://carpentersworkshopgallery.com/) uderza, mimo że to zaledwie kilka prostych, żywych kolorów. Styl będzie tu bardziej przemawiał do wielbicieli komiksu. Dodatkowo, idea przewodnia już na pierwszy rzut oka szokuje, bo tematem są spłaszczone ludzkie narządy. Trzeba więc mieć wielki dystans albo mocne nerwy, tym bardziej że artysta sugeruje dopasowanie zestawu rozjechanych wesolutko wnętrzności do pomieszczeń domowych z nimi powiązanych; tak więc do kuchni polecane są fragmenty układu pokarmowego, w sypialni sprawdzą się organy płciowe, a w wystroju miejsca pracy przyda się rozpłaszczony mózg. Kontrowersyjny temat odbity został w najwyższej jakości wełnie, a kolor wspomagany jest przepiękną fakturą załamań, wgłębień i wypustek, wszystko to przemawia ponad okrutnym tematem i mimo wszystko trafia w mój czuły punkt estetyczny.

Teraz mój ulubieniec od pierwszego wejrzenia, a więc „Losanges Rug” genialnych braci Bouroullec (http://www.bouroullec.com/) dla znanego dywanowego królestwa Nanimarquina (http://www.nanimarquina.com/). Tym razem mamy przed sobą płaski kilim perski, tworzony od podstaw przez afgańskich rzemieślników. Wełna jest więc od podstaw ręcznie wytwarzana, farbowana, a potem tkana z czułością i gęstościa 156 000 pętli na metr kwadratowy. Godny podziwu ogrom pracy i wielowiekowe tradycje, a dla zachodnich konsumentów gwarancja unikatowości każdego egzemplarza z racji lekko odmiennych wyników barwienia, drobnych zmian we wzorach. Wizualnie – dla mnie bomba; wielki romb z powtarzającym się wielokrotnie charakterystycznym wzorem mniejszych, kolorowych lub tylko zarysowanych konturem. W wersji pierwotnej wykorzystano zaledwie trzynaście tradycyjnych wschodnich kolorów, stonowanych i pięknie współgrających z naturalną złamaną bielą surowej wełny. Od niedawna kilim dostępny jest również w monochromie wełnianej bieli i czerni.

W temacie dywanów Polacy również mają czym się pochwalić, jak chociażby firma mohodesign (mohodesign.com), która w 2008 roku zgarnęła prestiżową Red Dot Award za swój dywan „Mohohej! DIA” z kolekcji Folk. Projekt już teraz nieco opatrzony, ale wciąż bardzo fajny; wykonany z kilkuwarstwowego filcu krąg imituje wzorem ludowe wycinanki, w ten sposób, zarówno materiałem, jak i wzorem nawiązując do polskich korzeni. Inne dywany mohodesign, na przykład „Immortal Rugs”, także zasługują na uwagę. Tu motywem jest noszony przez żołnierzy na szyjach identyfikator-nieśmiertelnik. Jego obła forma obleczona jest w kolory kamuflażowe i zarysy map, a więc nieregularne plamy szarości i zieleni, z okazjonalnym cięciem kontrastowego koloru, błękitu lub żółci. Podoba mi się!
 



Zakończę niedawną propozycją słynnej Patricii Urquioli, „Mangas Rugs” dla GAN (http://www.gan-rugs.com). Ponownie materiałem jest tu jakościowa wełna, ale efekt końcowy nieco mniej wymuskany, a bardziej swojski. Dywany „Mangan” wyglądają jak nieregularne fragmenty wielkich swetrów robionych samodzielnie na drutach. Utrzymane są w tonacjach szarości i barw ziemi, z kilkoma bardzo modnymi akcentami żółci, brudnego różu (moje ulubione), stonowanego turkusu, ale także mniej zaskakującej zgaszonej czerwieni czy zieleni. Wielkoformatowy, typowo swetrowy wzór manewruje swobodnie poprzez kolejne pasy dywanu, pojawia się i znika. Zmieniają się także faktury i ściegi. Bardzo przyjemna, ciepła, zimowo-jesienna kompozycja, odarta z wszelkiego zadęcia wielkiego designu. Ot, taki hipisowski dotyk w świecie wysublimowanej perfekcji. Wydaje się niemalże, że przy odrobinie wysiłku damy radę sami sobie wykonać takie cudo, za oryginał trzeba jednak słono zapłacić.



Niepohamowany postęp w kolorach i wzorach, niezachwiana pozycja luksusu wełny. Takie dywany to majstersztyk rzemiosła oraz kropka nad „i” w wystroju wnętrza. Wystarczy jednak zerknąć na ceny, żeby dojść do wniosku, że dzisiejsze modne dywany nie są dla zwykłych śmiertelników. Designerski kilim może i daje komfort dla ciała, ale psychicznie wykończyłby niejednego: zwierzęta, dzieci i goście w domu odpadają w przedbiegach, a drobne wypadki w postaci plam i dziur mogą przy takich cenach odebrać człowiekowi rozum. Można jednak przecież pomarzyć i popodziwiać pomysłowość i kunszt projektantów w temacie, a do kupna takiego cuda podejść tak jak do samego użytkowania – ucztować głownie okiem.

Tekst: Karolina Wiśniewska

piątek, 26 kwietnia 2013

B.I.B., czyli Czarne Jest Piękne



Na projekt Black Is Beutiful Kanadyjczyka Allistera Lee trafiam przypadkiem i od razu docierają do mnie pozytywne wibracje. Przypadkiem, bo chociaż używam czarnego markera tu i ówdzie, nie mogę nazwać siebie w tej kwestii pasjonatką. Sprawa ma się inaczej dla Lee, który z tematu czarnego markera uczynił życiowe przedsięwzięcie.
Projekt istnieje od ponad dekady, a powstał całkiem naturalnie. W pudełku po butach służącym za przybornik zebrało się nagle uderzająco dużo czarnych markerów. Allister zaczął powiększać i katalogować zbiór, przenosząc go na blog w postaci rysunków poszczególnych pisaków. „Czarny marker jest wszechstronnie użyteczny, niedrogi i szeroko dostępny, jest też czymś, czego używam na porządku dziennym w procesie tworzenia – do szkicowania, robienia notatek, wykończenia prac. Dla mnie idealny przedmiot do zbierania”. Wydawałoby się, że to pomysł z pogranicza obsesji, na dodatek mało odkrywczy. Jednak, obok samej kolekcji przedmiotów, temat czarnego pisaka swobodnie rozwija się na pograniczu sztuki, designu, grafiki i komiksu. 
Po pierwsze więc: rośnie baza danych o czarnych markerach całego świata, zdobytych w sklepach papierniczych i artystycznych, na ebayu, na targowiskach i od znajomych. Tu trzeba zwrócić uwagę na dbałość, z jaką każdy marker w kolekcji opatrzony jest kompletem zdjęć naturalnej wielkości oraz uwagami, co do sposobu jego użytkowania. Wizualnie wygląda to nowocześnie, elegancko i przejrzyście, jak na rasowego grafika przystało: białe tło, wyraziste kontury flamastrów i oszczędny tekst pisany ładną czcionką. Katalog umożliwia szukanie alfabetyczne lub według słów kluczowych, są też kategorie obejmujące stare markery o wartości muzealnej oraz podróbki znanych marek. Czarno na białym przemówi to do profesjonalnych użytkowników czarnego markera, ale intuicyjna obsługa pozwala każdemu przygodnemu laikowi swobodnie wędrować po zbiorze zdjęć.
To jednak nie koniec Black Is Beautiful, a właściwie to dopiero początek. Krążąc po stronie projektu, bardzo szybko trafiamy na jego kolejne odsłony. Najpierw świetny plakat „500 markers”, a więc 500 pisaków w jednym ujęciu. I tu znów – niby nic, ale to ciekawy powrót do korzeni kolekcji. W tym pomyśle marker jest równocześnie środkiem i celem, każdy element plakatu został najpierw w ciągu kilku lat nakreślony odręcznie w naturalnej wielkości, po czym z kolażu jednostkowych prac powstała całość. Prostota takiego manewru ujmuje; w dobie wszechobecnej cyfrówki Lee popłynął tu pod prąd i sam uwiecznił swoją kolekcję krok po kroku i to na najzwyklejszym szarym papierze. Po plakacie trafiamy na grafiki, wśród których jest na przykład „czarne” ujęcie komiksowych superbohaterek. Z grafik powstają dalej naklejki i projekty spodów deskorolek, kupić można też T-shirty zakreślone czarnymi kreskami o różnych grubościach. Całości dopełnia animacja kroczącego markera, upamiętniająca założenie projektu. Składa się na nią 16 ręcznie rysowanych, ponumerowanych i sygnowanych klatek, które również wystawione są na sprzedaż. 


Black Is Beautiful powstał prozaicznie, ale cały czas się rozwija dzięki elastycznej kreatywności młodego artysty. „Uncapped” – „odkryty”, czyli całkiem nowa zakładka w projekcie, co miesiąc przedstawia wywiad przeprowadzony z innym profesjonalnym użytkownikiem czarnego markera. Jak mówi Allister: „łączy to kropki pomiędzy ludźmi i ich sposobem na użycie czarnego markera w życiu codziennym”.
Dziś w kolekcji jest 141 markerów, 9 kolejnych zasila zbiór każdego tygodnia. Taka determinacja i pasja dają pewność, że zgromadzone dotychczas 750 pisaków trafi kolejno na listę Black is Beautiful. Przy takim tempie starczy to zaledwie na kolejny rok, ale czarny marker Allistera Lee żyje już dziś własnym – i to całkiem barwnym życiem.  Nie wiadomo, co dokładnie z projektu jeszcze wyniknie, ale to właśnie stanowi o sensie tej kreatywnej przygody. To niewątpliwie historia obsesji, ale jakże łagodnej i zaprzężonej do twórczych celów. We wciąż rosnącym, międzynarodowym zbiorze czarnych flamastrów widać pomysłowego młodego artystę, robiącego coś z niczego, całkowicie po swojemu i w godny podziwu sposób. Zainspirowana takim przykładem, inaczej teraz spoglądam na własne małe kolekcje niczego ważnego, a gdy znów wpadnie mi w ręce czarny marker, na pewno sprawdzę czy Allister Lee już taki ma na swojej liście. 
              


Tekst: Karolina Wiśniewska  

środa, 24 kwietnia 2013

KONKRETNIE, CZYLI BETON

Były czasy, że doświadczenia z wielkopłytową architekturą skutecznie wyleczyły designerów z szukania w betonie wartości estetycznych. I chociaż architektura miejska siłą rzeczy nigdy z betonem całkowicie nie zerwała, to jednak bezdusznie utylitarny charakter tego materiału wymazał go przez chwilę z projektowania użytkowego przedmiotów. Jest to jednak produkt z różnych względów doskonały: tani i wytrzymały, wodo- i ognioodporny, idealny jako szkielet, wizualnie neutralny. Dobrej jakości beton jest niewrażliwy na warunki pogodowe, łatwy w konserwacji, a przede wszystkim bardzo łatwo kształtowalny. Dziś w projektowaniu niewielkich betonowych elementów odchodzi się też od wzmacniania konstrukcji metalem. Zastępuje go wówczas włókno węglowe, co znacznie redukuje wagę wykonanych z betonu przedmiotów. Chociaż w Polskim designie z betonem obchodzimy się wciąż ostrożnie, nowoczesna architektura oraz wzornictwo w Europie i na świecie korzystają z betonu chętnie, dając dobry przykład zarówno w ujęciu typowo użytkowym, jak i dekoratorskim.
Chociaż płynny beton może przyjąć niemalże dowolny kształt, jego industrialna estetyka – po części z racji odwiecznie przypisanej mu funkcji – wciąż najlepiej zgrywa się z prostymi bryłami geometrycznymi. Rozliczne transformacje betonu są zazwyczaj utrzymane w duchu wyrachowanej prostoty, coraz częściej jednak ktoś rzuca wyzwanie kanciastej oczywistości betonowej bryły. Powstają wówczas kształty nietypowe dla betonu u samych podstaw: obłe, krągłe, a nawet po prostu miękkie. W związku z tym pomysły na wykorzystanie betonu również przechodzą wielki renesans. Powstają betonowe meble, betonowa rzeźba, betonowa tkanina, przeróżne przedmioty i części przedmiotów, gdzie jeszcze niedawno tani, zimny i szary beton nie miał prawa logicznie zaistnieć. Oto kilka takich designerskich niespodzianek.
Lavazza zaskoczyła designerski rynek wypuszczając betonowy ekspres do kawy Lavazza Solo. Maszyna, zaprojektowana przez Shmuela Linskiego (www.linskidesign.com), została perfekcyjnie wpisana w stylistykę materiału poprzez wybitne okrojenie z ozdób. Mechanizm ukryty jest tu w zaokrąglonej nowocześnie bryle betonu, a dwa tylko przyciski na fasadzie urządzenia mogą nam zrobić odpowiednio espresso małe i espresso duże; żadnych regulacji, kombinacji i bajerowania. Do tego kropka nad „i”, a więc miejsce na jedną tylko filiżankę. Praktyczność projektu można dyskutować – wiadomo, że z uwagi na ciężar i porowatość nie jest to najlepsza kuchenna alternatywa, lecz mimo to robi bardzo świeże wrażenie.


Podobnie rzecz się ma z wazonem Weight Vase. Przedmiot jest ogólnie ciekawy, bo młoda projektantka Decha Archajnanun dokonała tu genialnego odcięcia od siebie dwóch podstawowych funkcji, idealnie zachowując przy tym ich wzajemną komunikację. Funkcję stabilności i utrzymania wody przejął surowy betonowy blok, podczas gdy stalowy pręt zwieńczony obręczą zapewnia piękną prezencję każdej ilości kwiatów. Chociaż beton i metal nie uwolnią się od klasycznego skojarzenia z niechlubnym „żelbetem”, ten projekt stanowi jego wyrafinowaną redefinicję. Stabilna konstrukcja nie przeciąża całości, a stalowy pręt kreśli kontur w powietrzu, dając nieodparte wrażenie przejrzystości, o tyle fajniejszej niż szklana, że całkowicie prawdziwej. 


Trzeba przyznać, że idea betonowej rzeźby też zaskakuje. Po pierwsze, oczywiście materiał, ani szlachetny, ani wymagający kunsztownych umiejętności obróbki, a jednak wspaniale wykorzystany do celów artystycznych. Stalowy szkielet otrzymuje tu intensywny, prosty kolor i nieregularny, kanciasty kształt. Beton natomiast niczego nie udaje, jest zimny i ciężki, bo taki właśnie ma być. Mówię tu o Measures autorstwa Fabrice Le Nezet (www.fabricelenezet.com), a więc serii konstrukcji, w których, jak sam mówi, chce zmaterializować pojęcie ciężaru i sprawić, by siły naprężenia i wytrzymałości stały się wizualnie namacalne. Wrażenie dynamiki jest przeogromne: patrzę na betonowe bloki ujęte w stalową sieć i widzę przedmioty wiszące na włosku. Nieruchomość odgrywa rolę zwolnionej klatki, beton jest coraz cięższy, a metal wydłuża się niewiarygodnie. Chwilę trwa zanim przyzwyczajam się do myśli, że jednak nie pęknie.



Na koniec Concrete Canvas, okrzyknięty materiałem roku 2009 (concretecanvas.co.uk). Równy, gruby splot daje betonowej „tkaninie” idealny rys i wrażenie miękkości. Niemożliwej bardziej, niż niewiarygodnej, bo przecież to w końcu beton, a raczej warstwy PCV i płótna pokryte betonowym pyłem. Materiał da się swobodnie formować, ale wkrótce potem stwardnieje pod wpływem wilgoci zawartej w powietrzu i przyjmie standardowe betonowe właściwości, zachowując przy tym strukturę tkaniny wraz z jej fałdami, zagięciami i splotem. To pomysł przełomowy i niesamowicie użyteczny, szczególnie w sytuacjach awaryjnych. Po katastrofie naturalnej można szybko zbudować z niego wodoodporne schronienia, można też jedną wstęgą położyć ścieżkę przez grząski teren. Designer Florian Schmid poszedł tu o krok dalej i zaprosił Concrete Canvas do wnętrza. Jego wielokrotnie nominowany i nagradzany projekt Stitching Concrete, to meble szyte z betonowej tkaniny grubym, kolorowym, po domowemu niedbałym ściegiem. Prześmiewcze, bo w rzeczywistości ostatecznie twarde i ciężkie, sprawiają wrażenie miękkiego braku stabilności, niemalże bylejakości. Kolor znów daje głośny akcent. Mamy tu więc grę kontrastów: miękkie i twarde, solidne i chwiejne, kolorowe i szare, a wszystko to w jednej i tej samej rzeczy.



via: Dezeen
via: Dezeen

Te zaskakujące przedmioty to jedynie próbka możliwości, wierzchołek betonowej góry. Chociaż dla niektórych wciąż brzmi jak echo socrealizmu, beton jest dziś raczej manifestem ponadczasowego designu, a upodobanie najprostszych form oraz wiecznie modny kolor uczyniły z niego materiał kultowy. Co ciekawe, zachowanie wartości unikatowych jest w beton wpisane na stałe nie mniej niż jego naturalna szarość, bo przecież naturalnie powstałe drobne wady odlewu decydują o wyjątkowym charakterze każdego przedmiotu. To niemalże okcydentalna reprezentacja japońskiego konceptu „wabi”, idea poszukiwanej, drobnej wady podkreślającej paradoksalnie ideał. Dopiero z niej wynika wyjątkowość, a więc też ostateczna doskonałość całości. 


Tekst: Karolina Wiśniewska

czwartek, 28 marca 2013

Joyrider



Joyrider by Moritz Waldemayer, images courtesy of Moritz Waldemayer


Projekt Joyrider Moritza Waldemeyera jest kombinacją roweru z maleńkim elementem świetlnego tuningu montowanym na dwóch szprychach każdego koła. Układ z mikrochipem i pojedynczą diodą z każdej strony zestraja obrót koła i zapalanie się diody w taki sposób, żeby podczas jazdy na kole pojawiał się stary, dobry Smiley rozsyłający wokół swój żółty uśmiech zawsze w kierunku patrzącego z boku przechodnia.

Gdy rower osiągnął zawrotną cenę 2000 Funtów na charytatywnej aukcji, oczy zwróciły się w jego kierunku z mieszanym odczuciem zachwytu i rozczarowania. Wow! Ale... to wszystko? Designer-inżynier, znany już wcześniej z realizowanych z wielkim rozmachem świetlnych projektów we współpracy chociażby z Zahą Hadid, Kylie Minogue czy Dom Perignon, tym razem zaskoczył minimalizmem, prostotą i ciepłem przekazu.
Mogłoby się wydawać, że Waldemeyer obniżył nieco swój technologiczny lot, ale efekt wyjściowy tego projektu jest drobiazgowo przemyślany w kierunku ostatecznego tuningowego Zen. Zgodnie z regułą minimalizmu, gdzie odejmowanie szczegółów oznacza dodanie wartości estetycznej, Joyrider natychmiast przerósł o głowę swojego poprzednika Spoke POV, który krzykliwie wyświetla obrazy i wzory na całości rowerowych lub samochodowych kół. W ujęciu Waldemeyera zostały z tego niezbędne dwie żółte kropki i jedna żołta kreska układające się z znany wzór, uniwersalny symbol radości i złoty (żółty?) środek między glamour, kiczem i swojskością retro.

Proste, ale czy warte rzeczone 2000 Funtów? Coż, powszechnie wiadomo, że w designie płaci się głównie za ideę, ale jak na wielkiego designera przystało Waldemeyer nie zapomniał o dotyku luksusu i wyrafinowania także w kwestii materiałów wykorzystanych w projekcie. Układy scalone wykonane są ze srebra sygnowanego przez Svarovskiego,  a całość zamknięta jest w maleńkiej skórzanej szkatułce, na kształt jubilerskiego cacka.  

Za to sam żółty rower jest najprostszy na świecie. To znów zabieg celowy, mający na celu swoisty powrót do korzeni, zbalansowanie świetlnego tuningu i wyrównanie płynącego z produktu przekazu: po co kombinować, skoro można po prostu pojeździć, z przyjemnością, tak jak kiedyś?  
Mariaż designu z technologią, nieuchronnie wpisany w rytm naszych czasów, wydaje czasem cierpkie owoce; przekombinowane w formie kosmiczne kształty, zaburzający harmonię nadmiar wrażeń wizualnych albo brak jakiegokolwiek sensu użytkowego. Joyrider nie przekona jedynie zagorzałych przeciwników wprowadzania w codzienne życie technologicznych nowinek. Pozostali, także nie-rowerzyści, bez wątpienia znajdą w nim jednak coś dla siebie: ikoniczną wyrazistość znanego symbolu, designerski akcent niemalże obrazoburczy w swej prostocie, elegancki minimalizm konstrukcji, sprytny technologiczny gadżet, praktyczne oświetlenie boczne roweru oraz niezwykły posmak vintage, na poły modny i ckliwy, zawarty w nawiązaniu do zwykłej przyjemności jazdy na rowerze i radości wprost z niej płynącej, bez względu na to czy koła śmieją się wokół modnym gadżetem, czy nie. 

Be a joyrider!



Tekst: Karolina Wiśniewska