Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiktor Łobażewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiktor Łobażewicz. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 czerwca 2013

Ludzie Psy, czyli my (?)



Już płyta „Maria-Awaria” wywołała sporo kontrowersji. Czy warto śpiewać o tym wszystkim? Zapuszczanie ogrodów, arktyczny wzwód, że chcesz być czyimś ciastkiem z dziurką... Czy jest to aż tak ważne?

Seksualność to bardzo ważna część człowieczeństwa, jedna z najważniejszych cech, które nas określają, określają to, kim jesteśmy. Ta płyta to już zamierzchła dla mnie przeszłość, było to parę lat temu, ale do tej pory mogę się podpisać pod każdym słowem. Seksualność jest niezmiernie ważnym tematem. U nas w Polsce nie śpiewa się, nie mówi o tych rzeczach, a nie widzę powodu, dlaczego jakiś inny temat ma być lepszy. Na twoje pytanie mogę odpowiedzieć pytaniem, dlaczego warto śpiewać o autobusach zapłakanych deszczem albo o wietrze we włosach, albo o zwiędłych kwiatach, czy o całej masie innych spraw, które są dla mnie mniej ciekawe, mniej interesujące niż śpiewanie akurat o ludzkiej seksualności. Tak więc moja odpowiedź – absolutnie warto. To jak wielki szum ta płyta zrobiła, jak ważna była dla wielu osób, pokazuje, że było to istotne i ważne.


Seks, pojmowanie patriotyzmu, zaburzeń psychicznych, prokreacji, nie są dla ciebie tematami tabu. Czy można mówić i śpiewać o wszystkim, w każdej formie? O czym Maria Peszek nie zaśpiewa?

Nie zaśpiewam o tym, co nie jest dla mnie istotne, co mnie nie przejmuje dogłębnie, co nie jest podszyte emocjami. Jeżeli nie będę miała czegoś ważnego do powiedzenia, co mnie osobiście wzrusza i dotyka, nie będę o tym śpiewać. Jeśli skończą się takie rzeczy, które mnie przejmują dreszczem, to równie dobrze mogę zająć się czymś innym niż śpiewanie.


Jednak szargasz polskie świętości. Taką świętości jest cierpiętniczy patriotyzm, mit Matki-Polki, temat prokreacji, czy też wiara w Boga. Czy taka, obrazoburcza jednak, postawa jest potrzebna? Czy nie lepiej zmieniać nastawienie Polaków powoli, w politycznie poprawny sposób? Po co wkładać kij w mrowisko?

Nie robię tego, żeby zmieniać mentalność Polaków, bo mnie średnio interesuje tak naprawdę, co Polacy cichcem czują, myślą. W przypadku płyty „Jezus Maria Peszek” miałam olbrzymią potrzebę podzielenia się moim światopoglądem, zamanifestowania moich odkryć, mojej dojrzałości i mojego światopoglądu. Musiałam odpowiedzieć sobie w pewnym momencie na podstawowe, egzystencjalne pytania. Wydawało mi się, że warto o tym powiedzieć głośno. Bardzo wyraźnie odcinam się od tego, by być głosem na przykład pokolenia. Nie miałam potrzeby, ani ochoty, by edukować Polaków, czy właśnie wkładać kij w mrowisko, żeby tylko zadrażnić. To, co śpiewa Maria Peszek na „Jezus Maria Peszek”, to jest tylko i wyłącznie dla Marii Peszek bardzo ważne. Ludzie chcą widzieć we mnie jakiś tam głos pokolenia albo chcieliby, byśmy mieli jakąś organizację, która zmieniać będzie świat. Część kobiet chciałaby, żebym była wyrazicielką ich postaw...


Marii Peszek to nie odpowiada?

Nie, dlatego że jestem artystką i charakterystyczną moją cechą jest egocentryczność. Mówię tylko i wyłącznie o sobie. Zresztą tylko wtedy mogę być wiarygodna. W momencie, w którym będę przedstawicielką jakiejkolwiek grupy, czy większej ilości osób, totalnie ją stracę. Tego się trzymam. Nie zajmuję się tym od wczoraj i wiem, że po prostu tak tylko można. Trzeba być bardzo ostrożnym, szczególnie gdy stało się to takie szerokie, duże, głośne, gdy tak wiele osób miało potrzebę skomentowania tej płyty, albo moich wyborów, moich postaw. Trzeba być bardzo ostrożnym, nie dać się nigdzie skusić bo nie jest to czasem tego warte. Muszę powiedzieć wprost – mam taką, może nie przypadłość... jestem po prostu bardzo ostrożna, jeśli chodzi o akcje charytatywne, wpisywanie się w apele, w jakieś idee... Nie chcę uczestniczyć w takich inicjatywach. Lubię być pewna, że to, co robię, robię tak jak chcę, że jestem za to w stu procentach odpowiedzialna. Nie lubię, gdy odpowiedzialność się rozmywa.


Wywiad dla „Polityki” odbił się szerokim echem. Sama przyznałaś, że zaburzyło to odbiór płyty „Jezus Maria Peszek”. Posądzono Cię o próbę cynicznej promocji, czy też o satanistyczny nihilizm. Czy warto było w ten sposób poruszać problem załamania?
Tak, absolutnie! Zrobiłabym jeszcze raz to samo, ponieważ był to kontekst niezbędny dla płyty. Ludzie się przyzwyczaili, że każda moja płyta jest kreacją. Zmieniałam się łącznie z warunkami fizycznymi i bardzo nie chciałam, by ludzie pomyśleli, że to jakaś kolejna odsłona, rola, którą sobie wymyśliłam. Płyta „Jezus Maria Peszek” jest tak osobista i tak intymna, że wydawało mi się, że jest to ważne. Poza tym było to wyrażenie radości z tego, że jestem z powrotem. Było warto. Średnio mnie interesuje, czy ktoś ma z tym problem, czy nie, czy przykłada własną, cyniczną trochę miarę. Poza tym dostałam masę siły od ludzi, podziękowań, potwierdzeń, że było dla nich ważne to, co powiedziałam. Nigdy się wszystkich nie zadowoli, nie muszę się podobać wszystkim. Zrobiłabym jeszcze raz to samo.


W tak skrajnym stanie, w jakim byłaś, trzeba znaleźć w sobie jakąś iskrę, chęć postawienia siebie samej na nogi. Z reguły próby innych są skazane na niepowodzenie. Co było tą iskrą dla Ciebie?. Czy sama ją w sobie znalazłaś, czy inne osoby ją dały, np. Pan Edek, czy metody terapeuty?...

Tak naprawdę najważniejszym odkryciem całego doświadczenia, które było rzeczywiście bardzo trudne, było, że to, czy jestem szczęśliwa czy nieszczęśliwa, czy cierpię, czy mogę przestać cierpieć, zależy ode mnie, nie potrzebuję szukać pomocy gdzieś indziej. W najbardziej strasznym, czarnym momencie, było to pierwszym kamykiem, który poruszył wszystko. Chociaż przez półtora roku korzystałam z pomocy terapeuty, tak naprawdę moment ozdrowienia był wtedy, kiedy sobie uzmysłowiłam, że to czy mnie boli, czy mnie nie boli, ode mnie zależy. Wzięcie odpowiedzialności za to wszystko, co się dzieje. To było wyrwą w jakimś murze. Odkrycie, że właśnie Bóg, czy cokolwiek, jakakolwiek siła tak naprawdę przeszkadza, bo przejmuje odpowiedzialność. To było coś niesamowitego. Gdy człowiek sobie uzmysławia, że ma się w środku siebie wszystko, co potrzeba, by sobie poradzić, że nie potrzeba ani pieniędzy wydawać, zadręczać się z terapeutą, ani do Boga się modlić, ani go słuchać, ani szukać ratunku w ukochanej osobie, ten moment jest kluczowy. Przynajmniej tak było u mnie. Daje mi to do tej pory siłę i jasność. Jest to niesamowite i w sumie takie proste, że chciałoby się tłumom to obwieścić. Ludzie, nic wam nie potrzeba, nikt wam nie jest potrzebny, nie ma się co zajmować zbawieniem i leczeniem świata, wystarczy się sobą zająć.


Bez wątpienia trudno jest być inną, ale Tobie się to jednak udaje. Sądząc po odbiorze „Jezus Maria Peszek”, zainteresowaniu koncertami, reakcji na nie, tak naprawdę chyba nie jest przerażająco tutaj żyć, jak śpiewasz...

W Polsce? Tak, ja jestem przykładem, że to ciągłe malkontenctwo i ciągłe gadanie, że Polska jest jakimś nietolerancyjnym zaściankiem, to nie jest prawda. Szczególnie silnie to odczuwamy teraz, w drugiej, wiosennej części trasy. W jesiennej zagraliśmy paręnaście koncertów w największych polskich miastach. W wiosennej wracamy do dużych miast, ale też gramy w dużo mniejszych i często reakcje w tych mniejszych miasteczkach są światowe, to znaczy ludzie są otwarci, żywiołowo reagujący i... przede wszystkim są! Branża koncertowa jest w jakimś tam kryzysie, jak wszyscy, a my mamy to szczęście, że ci ludzie przychodzą i są to zawsze fantastyczne spotkania. Jestem więc dowodem, że inność też jest potrzebna i że my, Polacy, wcale nie mamy aż takiego problemu, jak sami sobie wmawiamy.


Czyli „ludzie-psy” potrafią zebrać się w stado. Nie jestem jednak przekonany, czy potrafią wystarczająco głośno zaszczekać razem, czy potrafią faktycznie zrobić dym... Z Twoich wypowiedzi wynika jednak, że jesteś dobrej myśli i widzisz inicjatywy dążące do poprawy sytuacji. Wiemy, śpiewasz o tym przecież wyraźnie, co Ci się w Polsce nie podoba. Co się zatem podoba, co jest wdrukowane w Ciebie z tej polskości?...

Podobają mi się ludzie. To samo mnie w Polsce zachwyca, co i przestrasza. Są ludzie fantastyczni, jest ich coraz więcej i ta płyta mi to pokazuje. Spotkała mnie niewiarygodna skala wspaniałych reakcji, listów, maili, sprawiło to, że poczułam się totalnie szczęśliwym człowiekiem, artystą. Robię to, co kocham, robię to na własnych warunkach, niezależnie od czegokolwiek i kogokolwiek, po swojemu. Oczywiście nie mam jakichś strasznie wielkich wymogów, a im jestem starsza, tym mam coraz bardziej minimalistyczne wymagania. Wiem, że warto zapłacić taką cenę za niezależność i jakość tego, co robię. Jestem w stanie się z tego utrzymać, czyli Polacy zapewniają Marii Peszek byt. To mnie zachwyca w tym kraju. Śpiewam trudne piosenki, nie są super łatwe muzycznie, ani tekstowo, to nie jest płyta, którą można sobie do sprzątania puścić, ale ludzie ją kupują masowo. Pięć miesięcy temu była premiera, a ona cięgle się strasznie wysoko trzyma w sprzedażowych rankingach. Zachwyca mnie to, że Polacy chcą Marii Peszek.


Znajduje to odbiorców...

Absolutnie! Zachwyca mnie również to, że się zmieniamy. Jeśli sobie przypomnisz jak było jeszcze paręnaście lat temu, a jak jest teraz... Jak cztery lata temu robiliśmy dużą trasę przy „Marii-Awarii”, to podróże trwały dwa razy tyle czasu, co dziś.


Są lepsze samochody.


Nie, samochód mamy ten sam. Kompletnie zmniejszyły mi się wymagania materialne... Drogi są lepsze, wszędzie da się szybciej dojechać, zatrzymujemy się w hotelach, które są przyjemne, wszędzie są uśmiechnięci ludzie, którzy cieszą się, że mają pracę, w klubach jest pełno fantastycznych zapaleńców. To się zmienia i to jest świetne, a co więcej – ta zmiana zależy od nas samych.


Jakie dalsze plany, co po tej płycie?
Na razie będziemy grali dużo koncertów. W lecie będziemy grali na wielu festiwalach. Na pewno na jesieni zagramy kolejną trasę. Potem chcę wyjechać znowu w długą podróż, około półroczną. Odpocznę i zastanowię się, co chcę dalej robić i w jaką stronę ma potoczyć się to, co chcę robić w sztuce. Mam dużo różnych pomysłów, nie tylko związanych z muzyką. Trzeba dozować pracę. Teraz bardzo dużo pracujemy, to jest fantastyczne, ale już wiem, że muszę sobie zaplanować taki przestój. Odpocząć, wywietrzyć głowę i wtedy na pewno coś świetnego, ważnego dla mnie się pojawi.




z Marią Peszek rozmawiał Wiktor Łobażewicz
zdjęcia (z koncertu w Bydgoszczy 23 marca br.): Adam Braszczyński

wtorek, 11 czerwca 2013

Czerwcowe recenzje muzyczne


Junip, Junip




Junip to szwedzkie trio, które tworzą przyjaciele ze szkolnych czasów – Jose Gonzalez (wokal i teksty), Tobias Winterkorn (klawisze) i Elias Araya (instrumenty perkusyjne). Najbardziej znany z tej trójki jest Gonzalez, którego wersję utworu „Heartbeats” grupy The Knife znają chyba wszyscy za sprawą reklamy telewizorów Sony (z kolorowymi piłeczkami).

Grupa Junip powstała w 1998 roku, jednak pierwsza ich pełna płyta, „Fields”, wyszła w 2010 roku. W międzyczasie Gonzalez zajmował się solową twórczością. Płyta „Junip” jest kontynuacją pomysłów z „Fields”, jednak bogatszą aranżacyjnie, trudniejszą, z poupychanymi smaczkami, których odkrycie wymaga kilkukrotnego jej przesłuchania.

Ich muzyka jest określana, jako psychodeliczny folk. Można spotkać się z opinią, że jest to muzyka, której słucha się dobrze zarówno przy robieniu obiadu, jak i robieniu dzieci. Faktycznie, jest delikatna, a odrealniony śpiew, ciepłe syntezatorowe dźwięki, bogata aranżacja tworzą wrażenie pewnej przytulności i intymności. Wszystko jest tu wyważone i wzajemnie się uzupełnia. Nie można nawet powiedzieć, by któryś z członków próbował dominować. Słychać wspólną koncepcję i umiejętność współpracy. Dynamiczne utwory niosą tu z sobą dawkę spokoju, a ballady nie pozwalają usnąć. Taka homogeniczność albumu może wydawać się nudna, nie jest on odkrywczy brzmieniowo, jednak można się przyjemnie unosić na fali jego dźwięków i odkrywać piękno detali.
Dojrzała, bezpretensjonalna, kojąca płyta.

Junip, „Junip”

City Slang, 2013





Foals, „Holy Fire”




To trzeci album grupy, która powstała w 2005 roku w Oxfordzie. Poprzednie okazały się sukcesem. „Antidotes” (2008) dobił do 3. miejsca pod wzgledem sprzedaży w UK, „Total Life Forever” do 8. i został nominowany do Mercury Prize 2010, obie pokryły się złotem. Współpracowali z U2, Nickiem Cavem, Smashing Pumpkins, PJ Harvey, Nine inch Nails, Depeche Mode, The Killers. Całkiem nieźle.

Byłem ciekawy tej płyty, ale muszę przyznać, że nie stała się moją ulubioną płytą grupy. Trzy pierwsze utwory są bezdyskusyjnie świetne i... skrajnie różne, co może wywołać pewną konsternację. „Prelude” – świetny początek albumu, rozkręcający się powoli z mocną końcówką. „Inhaler” – mocne, rockowe riffy. „My Number” – funkujący, w klimacie Talking Heads, który bardzo lubię. Reszta... ma swój klimat, który udało im się osiągnąć w dużej mierze przez to, że spora część materiału była nagrywana nie ścieżka po ścieżce, remasterowana i składana w całość, ale „na setkę”, czyli mamy nagranie muzyków grających razem w studio. Słychać więc troszkę koncertową dynamikę, która mi odpowiada. Podczas przesłuchiwania utworów, nie miałem ochoty, by przełączyć którykolwiek z nich, ale też i nie przykuły zanadto mojej uwagi. Może przy kolejnym przesłuchaniu?

To przyjemny materiał na letnie festiwale. Jest tu coś z klasycznego popu lat 80-tych, etnicznych rytmów, trochę psychodeli i nostalgicznych wokali. Ciepły wieczór, niezobowiązująca atmosfera, taneczny nastrój – to muzyka w sam raz na takie chwile.


Foals, „Holy Fire”

Transgressive Records, 2013





The Fat White Family





Spowodowali spore zamieszanie na londyńskiej scenie, a ich koncerty są, zdaniem wielu ludzi je komentujących, czymś, co koniecznie trzeba zobaczyć. Ba, określa ich się nawet jako najlepszą londyńską grupę koncertową. Są dowodem na to, że rock nie dobił do ściany i coś ciekawego można jeszcze usłyszeć. Nie przez innowacyjność tego co robią, ale przez zaangażowanie w to co robią. Na koncert z ich udziałem można wejść za 2 funty, przy czym przy ich nazwie na plakacie, zamiast jakiejkolwiek charakterystyki, widoczne jest tylko stwierdzenie „fucking legends”.

Na pewno ich celem nie jest pojawienie się na listach przebojów. Świadczy o tym i ich muzyka, bluesowo-punkowa, niepokorna i bezkompromisowa, pełna energii, z wyraźnym antykorporacyjnym i antykonsumpcjonistycznym wydźwiękiem. Także ich wygląd przeczy wszelkim regułom promocji, zdradza squatterskie korzenie i tendencje do zdecydowanie, mówiąc najbardziej łagodnie, niehigienicznego trybu życia.

Nihilistyczna, perwersyjna, zabawna, chaotyczna, melodyjna – każde z tych określeń pasuje do tej płyty. Wrzaski i piski współgrają z przyjemną melodią, a dźwięk szarpanych na różne sposoby strun z harmonijnym śpiewem. Świetnie sprawdziłaby się jako podkład w filmach Lyncha. Sądząc tylko po muzyce, można by uznać, ze jest to jedna z awangardowych rockowych grup z lat 60-tych. Aż dziw bierze, że nie są szerzej znani. Może nie chcą? Może to znak czasów?


The Fat White Family, „Champagne Holocaust”

Trashmouth Records, 2013



Tekst: Wiktor Łobażewicz







niedziela, 19 maja 2013

Ludzie Psy, czyli my (?)


Relacja z koncertu Marii Peszek


23 marca br. w bydgoskim klubie Egoist przystanek miała Maria Peszek ze swoją trasą koncertową. Zastanawiałem się, jak wypadnie koncert artystki dość kontrowersyjnej, o której często można usłyszeć opinie dość niewybredne, w mieście bądź co bądź średniej wielkości. Nie spodziewałem się wprawdzie tłumu rozwrzeszczanych starszych pań wiadomej proweniencji (taka rzecz mogłaby się zdarzyć w Toruniu), ale jakiejś mniejszej próby zakłócenia koncertu – owszem. Po szumie, jaki wywołała ostatnia płyta Marii Peszek, „Jezus Maria Peszek”, mogłem się tego obawiać... Niestety, wszystko przebiegło w świetnej atmosferze.

Egoist jest położony w samym centrum Bydgoszczy, przy Gdańskiej 15. Mimo, że na co dzień oferuje imprezy w klubowych rytmach, okazał się świetnym miejscem również do tego rodzaju koncertów. Niezłe nagłośnienie, przyjemny wystrój i sporo miejsca, które się przydało, gdyż przyszło naprawdę wiele osób. W pierwszym momencie moją uwagę zwrócił szeroki przekrój publiczności wypełniającej klub. Nastolatki, ludzie w średnim wieku, zarówno kobiety, jak i mężczyźni, kobiety w zaawansowanej ciąży... Pokazuje to, że twórczość Peszek jest uniwersalna, a to, co artystka ma do powiedzenia – atrakcyjne.

Trasa „Jezus Maria Peszek” nie jest tak teatralna jak poprzednie(„Miastomania” i „Maria-Awaria”), bardziej chodzi tu o treść, niż o formę. Co prawda, już przy płycie „Maria-Awaria”, na której Peszekporusza głównie temat seksualności, przylgnęła do niej łatka artystki kontrowersyjnej. Ostatnim albumem, w ramach którego otwarcie zmierzyła się z tematem wiary, patriotyzmu, prokreacji i załamania nerwowego, wywołała już prawdziwą burzę. Odsądzano ją od wiary (z czym się pewnie zgadza), czci (nie wiadomo, czy wypowiadające się autorytety moralne posiadały wzorzec moralności z ważnym atestem), a po wywiadzie Jacka Żakowskiego dla „Polityki” oskarżano ją o cyniczną próbę promocji i szerzenie satanistycznego nihilizmu. Mimo to,koncerty zbierają komplet słuchaczy, którzy znają teksty i bez skrępowania je wyśpiewują. Tak było i w Bydgoszczy. Nie zabrakło elementów teatralnych, jak czerwona korona cierniowa i płomienie. Nie zabrakło zwyczajnej zabawy. Bez bufonady, bez zbędnych słów i gestów. Z wielokrotnymi bisami.

Jest coś dziwnego w koncertach Marii Peszek. Porusza ona tematy trudne, używa brzydkich słów, przedstawia radykalne poglądy, a jednak robi to w inteligentny, ujmujący i pełen wdzięku sposób. Rozmawiałem o niej z moją mamą, która, jako osoba starsza, wiedziała, że to taka dziewczyna, która przeklina i nieodpowiednio się zachowuje. Nie zdziwiła się jednak, gdy jej powiedziałem, że to tak naprawdę osoba grzeczna i odważna.

Przed koncertem, dzięki uprzejmości samej Marii Peszek, jak i organizatorów koncertu z klubu Egoist, miałem okazję przeprowadzić rozmowę. Wypytać o to, co mnie samego interesowało, czyli... czy łatwo jest istnieć takiej indywidualności w Polsce, czy zasadne jest szarganie świętości i wkładanie kija w nasze polskie mrowisko i czy nie żałuje wydźwięku, towarzyszącego jej ostatniej płycie. Okazało się, jak z reguły w takich wypadkach bywa, że odpowiedzi były o wiele bardziej interesujące od pytań, o czym przekonacie się w następnym numerze „Menażerii”.

Tekst: Wiktor Łobażewicz
Zdjęcia: Adam Braszczyński

wtorek, 2 kwietnia 2013

Marcowe recenzje muzyczne



 Atoms for Peace – Amok. XL, Recordings 2013.

 
Płyta, w momencie pisania tego tekstu, jest jeszcze niedostępna. Można posłuchać singli (Default, Judge Jury and Executioner), obejrzeć nagrania z koncertów, lecz pełny materiał ukaże się 25 lutego. Z jednej strony nic nowego pod słońcem, Thom Yorke trzyma się swojej estetyki. Z drugiej... to jeden z kilku wykonawców, których mogę słuchać ciągle, wszędzie, którego utwory są na playlistach wszystkich, będących w moim posiadaniu, urządzeń służących do odtwarzania muzyki. Od wielu lat.
Thom zebrał świetnych muzyków (Flea - Red Hot Chilli Peppers, Nigel Godrich - producent Radiohead, Becka, McCartneya, R.E.M., Joey Waronker - Beck i R.E.M. i Mauro Refosco) na potrzeby swojego solowego projektu (The Eraser). By móc to, co sam stworzył, przedstawić na koncertach. Współpraca najwyraźniej okazała się udana i zaowocowała omawianą płytą.
Powstał kompromis. Pomiędzy mechanicznymi, laptopowymi samplami Thoma, a materią żywych instrumentów. Thom chciał stworzyć taneczną płytę, jednak musiał wpleść w nią swój wokal. W innym wypadku, jak powiedział (choć mniej cenzuralnie), nikt nie zwróciłby na nią uwagi. Starał się więc, by jego głos podkreślił jej charakter.
Projekt Thoma Yorke pozostaje otwarty. Sam, jak mówi, nie wie co z niego wyniknie. Ja również jestem ciekaw. Czekam na te dziewięć utworów... dziewięć utworów na dobry początek tego projektu.



Piers Faccini – My Wilderness. Six Degrees Records, 2011.





Niezmiernie rzadko, ale zdarza się, że podczas przeszukiwania zasobów internetu trafiamy na jego jasną stronę. Znajdują sie tam tacy wykonawcy jak Piers Faccini. Muzyk, malarz i znakomity tekściarz. Urodził się w Londynie, jego ojcem jest Włoch, matka jest Angielką, wychował się we Francji. Trójjęzyczny, lecz teksty pisze po angielsku, gdyż uważa że tym językiem posługuje sie najlepiej i w nim potrafi zawrzeć najwięcej znaczeń. To słychać. Jego muzyka jest różnorodna, są w niej ślady angielskiego folku, bluesa z delty Missisipi, włoskich, jak i afrykańskich rytmów.
My wilderness jest czwartym solowym albumem Facciniego, w całości przez niego wymyślonym, nagranym w domu we Francji i samodzielnie wyprodukowanym. Moim ulubionym. Utwory są stylistycznie mocno zróżnicowane, ale nie zrezygnowałbym z żadnego z trzynastu utworów, które się na nim znajdują. Ciekawe jest instrumentarium. Na pierwszym planie słychać gitarę, perkusję, trąbkę, wiolonczelę i skrzypce. Oszczędnie użyte zostały egzotyczne instrumenty, których nazw nawet nie będę wymieniał, nadają one jednak specyficzny koloryt utworom i sprawiają, że z zaciekawieniem słucha się każdego z nich. Na swoich dzikich bezdrożach, myślę że tak można interpretować tytuł płyty, Faccini znajduje i transowe rytmy, i ciekawie opowiedziane ballady, zachęca też do nieskrępowanego tańca. Jeśli nie znacie Facciniego, a nie sądzę byście znali, zachęcam stanowczo do posłuchania. Zmusić nie mogę. Niestety.


Alt-J – An Awesome Wave. Infectious Music, 2012.


By być na bieżąco, sprawdzam, kto otrzymuje ważne muzyczne nagrody. Szperam, przeglądam i... strasznie się przy tym nudzę. Z reguły. Nie ustaję jednak w wysiłku, gdyż czasem trafia się taki zespół jak Alt-J.
An awesome wave to ich debiutancki album, choć trudno w to uwierzyć. Brzmi jakby muzycy mieli za sobą duży dorobek, a nie zaledwie dwa lata prób przed podpisaniem kontraktu z wytwórnią i wydaniem EPki. Już teraz maja duże grono fanów, szerokie plany koncertowe, zbierają świetne recenzje, no i zdobyli Mercury Prize dla najlepszej płyty w Wielkiej Brytanii i Irlandii w 2012 roku.
Muzyka Alt-J składa sie z elementów, które nie powinny ze sobą współgrać. Hip hop, folk, chóralne śpiewy, duża doza elektroniki, przesterów i żywe, paradoksalnie dominujące w każdym utworze, brzmienia gitary. Kluczową rolę odgrywa charakterystyczny wokal. Wszechstronny, czasem kojący, czasem drażniący, na pewno magnetycznie przyciągający. Nie będę go opisywał. Nie umiem. Trzeba go usłyszeć.
Wydaje sie to niemożliwe, a jednak powstał album spójny, klimatyczny, o pulsującej emocjonalnie dynamice. Dziwaczność i eklektyzm udało im się połączyć z uniwersalnością. Coś nowego i intrygującego. Polecam również rewelacyjne teledyski do utworów Breezeblocks i Tesselate.


Wiktor Łobażewicz