niedziela, 19 maja 2013

Ludzie Psy, czyli my (?)


Relacja z koncertu Marii Peszek


23 marca br. w bydgoskim klubie Egoist przystanek miała Maria Peszek ze swoją trasą koncertową. Zastanawiałem się, jak wypadnie koncert artystki dość kontrowersyjnej, o której często można usłyszeć opinie dość niewybredne, w mieście bądź co bądź średniej wielkości. Nie spodziewałem się wprawdzie tłumu rozwrzeszczanych starszych pań wiadomej proweniencji (taka rzecz mogłaby się zdarzyć w Toruniu), ale jakiejś mniejszej próby zakłócenia koncertu – owszem. Po szumie, jaki wywołała ostatnia płyta Marii Peszek, „Jezus Maria Peszek”, mogłem się tego obawiać... Niestety, wszystko przebiegło w świetnej atmosferze.

Egoist jest położony w samym centrum Bydgoszczy, przy Gdańskiej 15. Mimo, że na co dzień oferuje imprezy w klubowych rytmach, okazał się świetnym miejscem również do tego rodzaju koncertów. Niezłe nagłośnienie, przyjemny wystrój i sporo miejsca, które się przydało, gdyż przyszło naprawdę wiele osób. W pierwszym momencie moją uwagę zwrócił szeroki przekrój publiczności wypełniającej klub. Nastolatki, ludzie w średnim wieku, zarówno kobiety, jak i mężczyźni, kobiety w zaawansowanej ciąży... Pokazuje to, że twórczość Peszek jest uniwersalna, a to, co artystka ma do powiedzenia – atrakcyjne.

Trasa „Jezus Maria Peszek” nie jest tak teatralna jak poprzednie(„Miastomania” i „Maria-Awaria”), bardziej chodzi tu o treść, niż o formę. Co prawda, już przy płycie „Maria-Awaria”, na której Peszekporusza głównie temat seksualności, przylgnęła do niej łatka artystki kontrowersyjnej. Ostatnim albumem, w ramach którego otwarcie zmierzyła się z tematem wiary, patriotyzmu, prokreacji i załamania nerwowego, wywołała już prawdziwą burzę. Odsądzano ją od wiary (z czym się pewnie zgadza), czci (nie wiadomo, czy wypowiadające się autorytety moralne posiadały wzorzec moralności z ważnym atestem), a po wywiadzie Jacka Żakowskiego dla „Polityki” oskarżano ją o cyniczną próbę promocji i szerzenie satanistycznego nihilizmu. Mimo to,koncerty zbierają komplet słuchaczy, którzy znają teksty i bez skrępowania je wyśpiewują. Tak było i w Bydgoszczy. Nie zabrakło elementów teatralnych, jak czerwona korona cierniowa i płomienie. Nie zabrakło zwyczajnej zabawy. Bez bufonady, bez zbędnych słów i gestów. Z wielokrotnymi bisami.

Jest coś dziwnego w koncertach Marii Peszek. Porusza ona tematy trudne, używa brzydkich słów, przedstawia radykalne poglądy, a jednak robi to w inteligentny, ujmujący i pełen wdzięku sposób. Rozmawiałem o niej z moją mamą, która, jako osoba starsza, wiedziała, że to taka dziewczyna, która przeklina i nieodpowiednio się zachowuje. Nie zdziwiła się jednak, gdy jej powiedziałem, że to tak naprawdę osoba grzeczna i odważna.

Przed koncertem, dzięki uprzejmości samej Marii Peszek, jak i organizatorów koncertu z klubu Egoist, miałem okazję przeprowadzić rozmowę. Wypytać o to, co mnie samego interesowało, czyli... czy łatwo jest istnieć takiej indywidualności w Polsce, czy zasadne jest szarganie świętości i wkładanie kija w nasze polskie mrowisko i czy nie żałuje wydźwięku, towarzyszącego jej ostatniej płycie. Okazało się, jak z reguły w takich wypadkach bywa, że odpowiedzi były o wiele bardziej interesujące od pytań, o czym przekonacie się w następnym numerze „Menażerii”.

Tekst: Wiktor Łobażewicz
Zdjęcia: Adam Braszczyński

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza