Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baj Pomorski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baj Pomorski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 kwietnia 2014

Czeski Verne w Baju



Nie ulega wątpliwości, że miks powstały z nietypowej książki Juliusza Verne’a i czeskiego poczucia humoru może być istną mieszanką wybuchową! Przed trzydziestu laty „Tajemnicę zamku w Karpatach”, tuż po międzynarodowym sukcesie komedii „Adela jeszcze nie jadła kolacji”, zekranizował Oldřich Lipský – i do dziś w Czechach teksty z jego filmu „Tajemnica…” krążą w języku potocznym, tak jak w Polsce po „Seksmisji”. Można się więc było spodziewać, że będzie filmowo, „…będzie zabawa, będzie się działo…” – ale konwencja półopery i komediowego romansu gotyckiego w Teatrze Baj Pomorski – to już autentyczna eksplozja śmiechu i rewelacyjnej zabawy!

Czarodziej z Nantes w „Tajemniczym zamku w Karpatach” odszedł mocno od swych klasycznych kanonów powieści z pogranicza przygody czy wczesnej science fiction i wprowadził czytelników w wyraźnie gotycki romans, a właściwie transylwański trójkąt miłosny z tragicznym finałem. Adaptując powieść na scenę Baja Pomorskiego Vit Perina – autor scenariusza, zawęził ten pikantno-drastyczny wątek do zabawnej komedii z elementami czeskiej parodii i absurdalnym poczuciem humoru. Powstało widowisko bardzo spójne i kończące się jednak szczęśliwie, wszak Czesi i Słowacy nie chcieli wcale straszyć toruńskich siedmiolatków. Reżyser i autor scenografii do przedstawienia – Marek Zákostelecký zadbał przy tym idealnie, by całość zamknąć w koherentnym obrazie filmowo-teatralno-operowym, a właściwie półoperowym (jak dowiadujemy się już w tytule). Nie udałoby się to tak wspaniale, gdyby nie udział w projekcie wybitnego słowackiego kompozytora Vratislava Šrámka, który do spektaklu stworzył wspaniałe „pół-libretto”!

Ale o czym opowiada "Tajemniczy zamek w Karpatach, czyli fantastyczno-naukowa półopera albo Verneland"? Francuski prekursor science fiction oparł intrygę swej powieści nietypowo: na miłości Hrabiego do Stilli Alsanty, porwanej przez złego Barona Gorca do złowrogiego zamku, u którego stóp mieści się wioska zamieszkała przez przerażonych sąsiedztwem rozkosznych wieśniaków. Wolą trzymać się od zamku z daleka, gdyż sama wyprawa w jego pobliże grozi wielkim niebezpieczeństwem… Zbyt wielu szczegółów nie zdradzę, by nie psuć Państwu świetnej zabawy, uspokoję jednak rodziców, iż bez obaw mogą zabrać swe pociechy do Baja Pomorskiego, gdyż wszystko kończy się dobrze – nie tak jak u pana Verne’a. Sami przy tym bawić się będą równie wyśmienicie, gdyż skosztują w nim świata swych dziecięcych przygód z książkami Verne’a, przyrządzonego przez tak lubianych Bajowych aktorów, według przepisów zaskakujących i przezabawnych.

Marek Zákostelecký zebrał w tym przedstawieniu aktorów bukiet wyjątkowy, jak przystało na żywą zabawę mroczną historią prosto z Transylwanii, i to z dużym przymrużeniem oka. Właściwie wszystkim należałoby oddać sprawiedliwość, gdyż idealnie dostroili się do „Tajemniczego zamku…”, ale przede wszystkim, podnieść piękną rolę Marty Parfieniuk-Białowicz – Stilli, cudnie śpiewającej arie i świadomej swego operowego talentu. Dalej, przyklasnąć interesująco odtworzonej przez Jacka Pysiaka postaci Hrabiego Franciszka Teleka – dotkniętej uroczym dydaktyzmem i romantyczną miłością, lecz jednocześnie nieświadomej czyhających na nią niebezpieczeństw, przed którymi ostrzega go wierny sługa Quido Rocko (Krzysztof Grzęda). Ponadto, nie sposób nie zauważyć komicznie nawiedzonej narratorki półopery – Kustosz Bożeny (Edyta Łukaszewicz-Lisowska), jakby wyrwanej z „Pana Samochodzika i Templariuszy” Nienackiego; także zapomnieć wywołującej ból brzucha ze śmiechu Dominiki Miękus, w roli Mirioty – niemej narzeczonej Leśnika Ruperta (Mariusz Wójtowicz) oraz córki sołtysa (Jacek Pietruski), czy absolutnie ludycznych sióstr syjamskich (Grażyna Rutkowska-Kusa i Agnieszka Niezgoda). Są też mieszkańcy groźnego zamczyska: teutoński wynalazca Orfanik (Andrzej Korkuz), Robot Mirka (aż trudno uwierzyć, że to żywa Anna Katarzyna Chudek) i wreszcie ekscentryczny Baron Gorc (Krzysztof Parda), który swą rolą zachwycił najmniej. Może to wina charakteryzacji, tłumiącej jakże świetną mimikę aktora.

W tym spektaklu został wydobyty ton genialnej czeskiej satyry z nutą reżyserskiej przekory wobec osobliwej powieści Juliusza Verne’a – gotyckiej i nieco wampirycznej. Nie ma się zupełnie czego obawiać i warto dać się porwać rodzinnie w świat tajemnic zamku, sympatycznie zamkniętego w Bajowej szafie. Szczególnie teraz, gdy na co dzień traktujemy wszystko zbyt poważnie!

Aram Stern



Juliusz Verne, "Tajemniczy zamek w Karpatach,
czyli fantastyczno-naukowa półopera albo Verneland"
reż. i scenografia: Marek Zákostelecký
premiera 1 grudnia 2013
Teatr Baj Pomorski

wtorek, 15 października 2013

Młody, twórczy. Kosmos.



Z aktorami Baja Pomorskiego Dominiką Miękus i Krzysztofem Pardą rozmawia Maciej Krzyżyński

Spektakl „Najmniejszy Bal Świata” został niedawno doceniony zarówno w Rzeszowie, jak i w Opolu, gdzie poza nagrodą za najlepszy spektakl, reżyserię i muzykę, doceniono również Ciebie, Dominiko, za aktorstwo. Czy emocje już opadły?


Emocje były ogromne, gdyż rzeczywiście wróciliśmy z workiem nagród i zaczęło być głośno o „Najmniejszym Balu Świata”. Wszyscy ogromnie się cieszyliśmy i nadal cieszymy. Wiadomo, że miło jest dostać nagrodę aktorską. Jest ona na pewno dopingiem do dalszej pracy i potwierdzeniem, że warto się starać, robić wszystko, co w twojej mocy, by było jak najlepiej.
Aktor czasem przestaje wierzyć we własne siły, zastanawia się, czy to, co robi, jest w porządku, są chwile, gdy brakuje nam zapału, a energia i entuzjazm gdzieś ucieka. Wtedy potrzeba ucieszyć się tym wszystkim na nowo i nagroda od profesjonalnego jury na pewno w tym pomaga.
Teatr Baj Pomorski ma wiele naprawdę fajnych spektakli. Podejrzewam, że w samym Toruniu jest duże grono ludzi, które jeszcze tego przedstawienia nie widziało. Być może takie „zewnętrzne” uznanie spektaklu przez profesjonalne jury zachęci kolejne osoby, by przyjść na przedstawienie. Na to liczymy. Chcielibyśmy grać jak najczęściej.

KP: Dwie nagrody (zarówno Opole, jak i Rzeszów) podwójnie nas utwierdziły w przekonaniu, że to, co robimy, ma sens, że ta praca i wiara w ten spektakl przyniosły rezultaty. Nie odnoszę się do nagrody w sensie materialnym, lecz do kwestii docenienia. Ktoś zauważył i docenił naszą pracę. To jest dla nas bardzo ważne.

DM: Tym bardziej, że ten spektakl od zawsze nas cieszył. Uwielbiam go grać i świetnie się przy tym bawię. Oczywiście wymaga on ode mnie super kondycji i wysiłku, ale jeśli lubisz to, co robisz, to przestaje to być pracą i staje się przyjemnością, za którą się tęskni. Uwielbiam przygody, nowe wyzwania, nowe zdarzenia, a czas prób do tego przedstawienia był właśnie bardzo twórczy, szalony, zwariowany, wesoły. Bardzo pracowity, ale szłam do teatru z myślą: „ciekawe, jak to będzie dziś, co nowego znajdziemy, jak to wszystko dalej wykombinujemy”.

KP: Nikt z nas nie wiedział, jak funkcjonuje ten cały blue box. Uczyliśmy się tego. To było naprawdę odkrywcze.

Już od dłuższego czasu widać, że Baj wprowadza coraz to nowsze multimedia. I oto kolejny krok do przodu. Jak wam się grało w blue boxie?
DM: Jeśli chodzi o technikę blue boxu, to żaden teatr jeszcze tego nie robił! Wiązało się z tym ogromne ryzyko „czy wyjdzie”. Na początku nie mogliśmy się przyzwyczaić, że gra się w zupełnie drugą stronę, tzn. że widzimy na ekranie odwrotnie, jak w lustrze. Trochę trzeba było się zatem przestawić i uruchomić wyobraźnię. Musieliśmy pamiętać o tym, że oprócz partnera na scenie otaczają nas również postaci, których nie widać. To tak jakby rozmawiać z wyimaginowanymi bohaterami. Trochę trzeba było pozytywnie zwariować.

KP: Ważna była również precyzja. Przykładowo – musiałem wyobrazić sobie lisa i spoglądać dokładnie w jego wyobrażone oczy, bo na obrazie wygenerowanym komputerowo ten lis już był. Chodziło o to, byśmy dokładnie wiedzieli, gdzie są oczy lisa, by nie patrzeć na przykład na jego grzbiet lub ogon. Dlatego ta precyzja była niezbędna, aby widz wierzył, że patrzymy naprawdę.

DM: Komar w przedstawieniu to kamerka. Jesteśmy przyzwyczajeni do patrzenia w oczy aktora, a tu aktorem była kamerka, trzymana przez Andrzeja Korkuza. Łapałam się na tym, że patrzę na Korka, który do mnie mówi, zamiast na kamerkę. Trzeba było więc określić sobie dokładnie, gdzie są oczy naszych partnerów i odzwyczaić się od pewnych teatralnych nawyków.

KP: Zastosowanie techniki blue boxu pozwoliło połączyć teatr i telewizję. Mnie to bardzo fascynuje. Lubię innowacje w teatrze, łączenie form, dziedzin sztuki. Teatr formy, teatr lalek daje taką możliwość, by mieszać, by szukać. Chciałbym, by dziedziny sztuki częściej się przeplatały, czerpały z siebie. Obecność multimediów nie oznacza od razu, że to telewizja, że to złe, że to nie teatr już. To nadal teatr, i to jeszcze jaki!

DM: Piotr Cieplak powiedział, że zrobiliśmy coś, czego nie powinniśmy teoretycznie robić, bo wprowadziliśmy telewizję do teatru, ale zrobiliśmy to w sposób bardzo dobry. Podkreślił, że takie wprzęgnięcie technik telewizyjnych do teatru okazało się wspaniałym sposobem na rozmowę o ważnych sprawach. On jest właśnie za tym – róbcie teatr, jaki chcecie, ale żeby to był teatr dobry.
Również Maciej Nowak wspomniał o nas w „Przekroju”, mówiąc, że kompilacji technologicznej „Najmniejszego Balu Świata” nie powstydziłby się ani Marcus Óhrn ani Krzysztof Garbaczewski. To miłe że spektakl ten zrobił takie wrażenie.

Nie boicie się, że młoda publiczność przez to zacznie traktować przedstawienie jako wideo, którego nie można zatrzymać, cofnąć?
DM: Nie. Wszystko dzieje się przecież w teatrze. Można patrzeć na ekran i równocześnie śledzić to, co dzieje się na scenie. To połączenie dwóch światów. Gdybyśmy nie grali na żywo, gdyby nas tam nie było, film by się nie odtworzył. Za każdym razem „Bal” jest też trochę inny, bo to my – żywi ludzie – go tworzymy. Może w tym tkwi siła teatru, że czeka się na dane przedstawienie, na dany dzień, konkretną godzinę, biegnie się, by się nie spóźnić i nie można po prostu nacisnąć „play”, by „Bal” się zaczął. Wszystko to żywy organizm.

KP: Żadna technologia nie zastąpi stanu „tu i teraz”. To nie jest nagranie na nośniku DVD, które można odtworzyć. Trzeba przyjść do teatru i zobaczyć spektakl na żywo. Wtedy teatr ma sens, gdy dochodzi do spotkania aktora z widzem na żywo, „tu i teraz”. Czasami ten jeden jedyny raz.

Jak to się dzieje, że dwoje młodych aktorów postanawia stworzyć własny spektakl? I jak to się dzieje, że im się to udaje? Opowiedzcie o tej drodze.


DM: Zaczęło się od naszych wspólnych zainteresowań. Słuchamy podobnej muzyki, kochamy lalki na niciach, dużo gadaliśmy o teatrze i poczuliśmy potrzebę opowiedzenia czegoś swoim językiem. Na początku miał to być monodram Krzysia. Ja dopingowałam i chciałam ewentualnie służyć pomocą. Krzyś całe wakacje pracował nad lalką i plan był taki, by zrobić z marionetką małą skromną etiudę. Krzyś jednak zaprosił mnie do współpracy i machina się rozhulała. Rozrosła do wymiarów kosmiczno-podświetlanych i w konsekwencji powstał 40-minutowy spektakl.

KP: Gdy pracuje się we dwójkę, jest raźniej, łatwiej. Zachodzi tzw. burza mózgów. Jedno mobilizuje do działania drugie. Mamy podobne spojrzenie na teatr i nie obawiałem się, że moje plany co do etiudy zostaną skierowane na nowy tor. Wiedziałem, że razem stworzymy coś ciekawego, bo fascynują nas podobne klimaty.

DM: Założyliśmy nawet na facebooku tzw. „spiżarkę kosmitów”. Wrzucaliśmy tam różne inspiracje, które nam się podobają. Teledyski, obrazki, hasła, przemyślenia. Zbiory były tak obfite, iż stwierdziliśmy, że trzeba z tego już coś ulepić, bo szkoda, żeby to tylko tak dla nas egzystowało. Esencja spiżarki dała początek „Kosmicznej tajemnicy”.

KP: Moim marzeniem, zanim jeszcze powstał Franek, było zrobić swój własny spektakl, w całości mój, poczuć się jak demiurg, tj. moja muzyka, moja scenografia, pomysł, wszystko. To jest cholernie trudne, ale za to satysfakcja i emocje gwarantowane. Dopiero później narodziła się marionetka, która jest lalką pełną tajemnic. W kolejnym etapie zastanawiałem się dopiero, w jakim klimacie osadzić całą sztukę.

DM: Spiżarka kosmitów podpowiedziała w jakim. Chcieliśmy, by to wszystko sobie dojrzewało w swoim rytmie. Niestety, w teatrze czasami pewne rzeczy trzeba przyspieszyć. Są okoliczności premiery, trzeba się wyrobić i to zabija dużo rzeczy. Trzeba zdążyć na czas, co było trudne w tym przypadku. Dlatego postanowiliśmy, że tworzymy laboratorium. Przedstawienie ma ramy, ale może się zmieniać i tego sobie życzymy. Chcielibyśmy, by pomogły nam w tym dzieci, by nas inspirowały. Wspólnie z Magdą Jasińską wymyśliliśmy, żeby dzieci pisały historie po wyjściu ze spektaklu. Teraz one będą twórcami. Dzieci są mistrzami, jeśli chodzi o abstrakcyjne myślenie, pomysły i pewnie dużo nam podpowiedzą.

KP: Liczę na to, że dzieci nas zaskoczą. Że zinterpretują to, co zobaczyły po swojemu. Każda interpretacja jest dobra, bo o to nam chodzi, by prowokować wyobraźnię.

DM: Tak właśnie. „Wskrzeszać uczucia i emocje – esencje naszego istnienia” [ulubione hasło Dominiki], a także wskrzeszać wyobraźnię, która bywa dzieciakom odbierana. Poprzez nasze laboratorium chcemy stworzyć przestrzeń, w której dziecko może na swój sposób pomyśleć i wiedzieć, że to jest dobre. To ono tworzy opowieść o tym, co zobaczyło, lub zainspirowane pisze zupełnie inną opowieść, lub tez daje nam wskazówki, co należałoby jeszcze zrobić. Chcemy uwolnić głowy od schematów i dać popłynąć dziecięcej wyobraźni.

KP: Poprzez nasze laboratorium zostawiamy taką otwarta furtkę, tylko zaznaczając tematy. Cały proces ma odbywać się w głowach widzów. Cała „Kosmiczna tajemnica” to zabieg prowokacyjny, w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie musisz się bać, że nie rozumiesz, bo nie o rozumienie tu chodzi. Wszystko, co myślisz o tym, co zobaczyłeś, jest właściwe. Bardziej o odczucie chodzi, myśl jakąś, refleksję, emocję, kosmiczną falę...

DM: Jest to po prostu eksperyment. Jak ten eksperyment się powiedzie, w którą stronę będzie zmierzał – to się okaże. Być może będzie musiał się zakończyć, by powstało coś nowego. A może eksperyment się rozwinie i przekształci się w coś niewyobrażalnego. Mam taką nadzieję, bo nie musi być to przecież typowy, zamknięty spektakl.

KP: Super, że dyrektor dał nam kredyt zaufania i pozwolił szaleć twórczo. To bardzo ważne, że możemy sami siebie wyrażać, że możemy próbować. Przez to się rozwijamy. Myślenie teatralne nam się rozwija, bo będąc twórcą patrzysz z innej perspektywy. Rozwijasz swój warsztat nie tylko aktorski, ale też musisz stanąć po tej drugiej, reżyserskiej stronie, wszystko wymyślić, przez co stajesz się bardziej kreatywny. Ktokolwiek sam próbował coś zrobić od początku do końca, wie, ile to kosztuje wysiłku, cierpliwości, kompromisów, szperania, dłubania, sklejania. I jak jest to fantastyczne, gdy się udaje!

Opowiedzcie więcej o waszej spiżarce kosmitów. Skąd czerpaliście inspiracje do muzyki i scenografii? Przyznam, że kojarzyła mi się bardziej z Jean-Michelle Jarrem, niż ze współczesnymi produkcjami.
KP: Spiżarka to mieszanina ambientu, molowych dźwięków, elektronicznych, tajemniczych, postindustrialnych, osnutych oniryzmem, podwodnym światem, dream-popu, post-rocka, shoegaze. To też mocne często brzmienia, rozemocjonowane, rozedrgane.

DM: Klimat spiżarki był potrzebny, on nas inspirował. Tutaj jednak w „Kosmicznej tajemnicy” chcieliśmy dopasować dźwięki do światła, do tego wszystkiego, co widz ogląda, i muzyka poszła w bardziej elektroniczną stronę. Mieliśmy na początku ambicje zrobienia czegoś w rodzaju Sigur Ros, czy Tides from Nebula, takich podjazdów emocjonalnych, ale... nie jesteśmy muzykami i nie potrafimy tak doskonale dźwiękami czarować. Mamy tylko instrumenty brzmieniowe typu „groovebox”, które nazywamy „czekoladami”. Opanowanie ich nie było łatwe, też musieliśmy się ich uczyć. Robiliśmy, co w naszej mocy, by dźwięki pasowały do tego, co robimy. Czasem znów zaglądaliśmy do spiżarki kosmitów i szukaliśmy potem czekoladowo czegoś, co by brzmiało „tak jak tam”. Gdzieś w naszych głowach pewne spiżarkowe dźwięki zostawały i pomagały później stworzyć krótką muzykę na czekoladzie.

KP: Zależało nam na tym, by warstwa audio i wizualna się zazębiały. By jedno dopełniało drugie. Mam nadzieję, że będziemy ulepszać nasze laboratorium również z tej strony.

DM: Z perspektywy dzisiejszego dnia dużo byśmy chcieli zmienić. Gdy reżyser tworzy przedstawienie, zwykle ma muzyka, scenografa, aktorów i ogarnia całość. Zadania są jednak rozdzielone. My musieliśmy w bardzo krótkim czasie zbudować wszystko sami. Tego chcieliśmy, ale, jak się okazało, było to potężne zadanie. Tysiące dźwięków do przejrzenia, setki poprawek w lalce, ciągle nowe pomysły, szukanie materiałów, świateł, walka o salę. Na szczęście nasze kosmiczne kostiumy zaprojektowała nam Ewelina Miąsik i nie musieliśmy się o nie martwić. Cała reszta w najmniejszym szczególe należała do nas i była to ciężka praca. Właściwie nie było dnia wolnego, bo każdą chwilę coś tam szlifowaliśmy. Jesteśmy z siebie dumni, że dotrwaliśmy, że się udało, powstało, że stworzyliśmy. Warto było, bo dużo nas ta przygoda nauczyła, a Franek i Wallica (druga lalka, będąca krzyżakiem) mają teraz swoją opowieść.

Właśnie. Franek jest piękną lalką. Jaka jest jego historia? To jest pierwsza wizja, czy są jakieś prototypy, szkice?
KP: Wszystkie szkice pojawiały się na bieżąco w mojej głowie, w warsztacie pod Toruniem, gdzie się zainstalowałem na całe wakacje. Franek był początkowo lalką porcelanową, którą dostałem od koleżanki z roku, jeszcze na studiach. Ona kupiła trzy lalki porcelanowe na pchlim targu w Kutnie. Gdy mi je pokazała, Franek tak przykuł moją uwagę, że powiedziałem sobie w duchu: „on już jest mój”. Jeszcze nie wiedziałem, że to będzie marionetka, ale na pewno chciałem go ożywić. Początkowo wszędzie w środku miał watę. Wymontowałem watę, wstawiłem stawy, wszystko jakoś połączyłem i po dwóch miesiącach odłożyłem go z braku czasu do szafy. Po jakichś trzech miesiącach zobaczyła go Dominika. Też do niej przemówił i wtedy już wiedziałem, że muszę wziąć się z powrotem do pracy. Pojawiły się plany, by zrobić swój spektakl. Dopracowywałem Franka przez kolejne miesiące. Ale to, że zrobiłem lalkę, wcale nie oznaczało, że potrafię nią animować. Skoro taki mechanizm sobie wymyśliłem, to musiałem nauczyć się nim operować. Ten krzyżak jest dostosowany tylko do mojej ręki i tylko ja wiem, co tam jak funkcjonuje. Uczyłem się ożywiać Franka i cały czas się uczę – jak gry na skrzypcach.

DM: Marionetka to najtrudniejsza i najwspanialsza zarazem lalka teatralna. Najbardziej magiczna. Trudno jest ją wyważyć. Grawitacja mniej ją przyciąga. Trzeba wypracować każdy jej ruch. Krzyś bardzo kombinował z krzyżakiem, by była jak najdoskonalsza. Pewnego dnia przyszedł z zamontowanymi do krzyżaka dwoma latarkami i powiedział: „zobacz, teraz mamy dwie lalki”. W ten sposób zaczęła powstawać dalej etiuda, w której nie był już sam Franek, ale również Walllica-krzyżak, która Franka uruchamia. Niby dzieło przypadku, bo chodziło o doświetlenie marionetki z góry. Dzisiaj myślę, że tak właśnie miało być, bo nie wyobrażam sobie naszego przedstawienia bez Wallicy.

Czyli jest szansa, że za pół roku, może rok, zaprosicie nas na spektakl, który będzie odmiennym wydarzeniem.

DM: Tak, liczymy na to. Jeśli będziemy grali, to wierzymy, że tak będzie. To widz ma nas napędzać i przynosić nowe pomysły. Chcemy, by w laboratorium wrzało. Po każdym przedstawieniu jest prowadzony warsztat marionetkowy, gdzie przybliżamy tajemnice tej lalki. Jedno z dzieci na pytanie, jak nazywa się człowiek, który animuje, ożywia marionetkę (chodziło o animatora), wykrzyknęło „czarodziej!”. I to było piękne. Chcemy być czarodziejami tego życia. Stwarzać małe-wielkie cuda i kosmosy.


Fot. Krzysztof Parda



środa, 27 marca 2013

Hej Łysy Joe!





Misie pluszowe nie lubią się gubić pod łóżkiem, zniosą jeszcze ogolenie im głowy (!), ale już z opuszczeniem i złośliwością dzieci mają duży problem. Chyba, że dziewczynka zachoruje – to zwyczajnie ogrania je smutek. Bo misie, jak i najmłodsi lubią być traktowani poważnie.Czy wolno im jednak opowiadać o śmierci? Jak najbardziej, gdyż niestety i ona bezpośrednio je dotyka. Nie zawsze wiemy, jak ze stratą najbliższych trudno się pogodzić nam,dorosłym, a tym bardziej jak wytłumaczyć ją naszym milusińskim? Okazuje się, że można mówić o tym, co jest ciągle tematem tabu u nas (ale nie jest już tak traktowane za Odrą). Cieszy więc, że Teatr „Baj Pomorski” ponownie (po Pod-Grzybku Marty Guśniowskiej) przedstawia dzieciom (od lat 7) spektakl o nieodwołanych prawach natury.

W swoim tekście Pręcik Malina Prześluga niezwykle delikatnie i z wyczuciem opowiada o chorobie Dziewczynki (Dominika Miękus), która dotąd zdrowo spała w swoim łóżku, na miękkiej Poduszce (Edyta Łukaszewicz-Lisowska), do szkoły wzywał ją Budzik (Jacek Pysiak), a na stópki wiernie czekali państwo Kapciowie (Edyta Soboczyńska i Krzysztof Grzęda). Pewnego ranka nie mają na kogo czekać i tak zwyczajnie nie wiedzą, co się stało. Przedmioty świat pojmują prosto: przecież była, teraz jej nie ma, jakże to tak? Nawet, jeśli dotąd codzienna rutyna wydawała im się męcząca i narzekały na nią, choć tego poranka cieszy je troszkę, że może mają dziś wolne – to z czasem ich niepokój zaczyna się wzmagać. Dziewczynka już ich nie potrzebuje? Czy może wyjechała? Tylko pluszowy miś, Łysy Joe (Krzysztof Parda), wie dobrze, co się stało: w nocy zabrało ją pogotowie.Przedmioty nie mają duszy, stąd nie zrozumiały powagi sytuacji, ale najwierniejszy powiernik Dziewczynki,Łysy Joe domyśla się, co to może znaczyć. Pluszowy miś ma bowiem w sobie to coś, o czym przejmująco wspomina: „Bo my, misie i ludzie, mamy w środku taki jakby pręcik. Gdy wszystko jest dobrze, to on świeci, jak w żarówce. Ale czasem jakiś inny człowiek albo przykre zdarzenie, czy choroba nam ten pręcik gasi. I wtedy boli”. Na jego nieśmiałe wezwanie wszyscy bohaterowie wskakują do torby i ruszają w podróż do szpitala.

Brzmi zbyt poważnie, by zabrać swoje dziecko na ten spektakl? Przeciwnie – sztuka Maliny Prześlugi wcale nie jest ponura, skrzy dowcipnym językiem, cytatami z filmów i reklam (może to ją nieznacznie psuje) oraz opowiada tę historię w formie literatury drogi – bo dobrze wiemy co nas czeka u jej końca.Relacje między przedmiotami opowiedziane są językiem dzieci, tak ja one to czują, ich emocjami i wyobraźnią. Stąd też tak barwny to teatr absurdu. Na uwagę zasługują świetna gra Edyty Łukaszewicz-Lisowskiej, w roli zadziornej Poduszki z dobrym sercem i bardzo wzruszająca kreacja Krzysztofa Pardy, jako obrażonego misia pluszowego. W zestawieniu z oryginalną animacją przedmiotami codziennego użytku, oraz stonowaną scenografią powstał piękny i mądry spektakl! 

Na pokój Dziewczynki i salę szpitalną patrzymy z góry, co niesamowicie oddaje wrażenie dystansu do świata, który kiedyś wszyscy będziemy musieli opuścić. Autorem tej scenografii, jak i reżyserem spektaklu jest Zbigniew Lisowski. To kolejne już przedstawienie dyrektora „Baja Pomorskiego”, w którym tak wspaniale potrafi skupić uwagę najmłodszych. Zawsze zaskakują skupienie i otwarte z wrażenia buzie maluchów, zachwyconych multimediami oraz tym, że teatr jest nie tylko na scenie, a może otaczać je ze wszystkich stron. W Pręciku chmury płyną po suficie, następnie pojawia się biel szpitala a Smutne Łóżko (Mirosław Szczepański) przejmująco, jako anioł śmierci wynurza się w finale zza pleców widowni. Całość utrzymana jest jednak w barwach stonowanych, bez wielkich zwrotów akcji, migotania świateł, bez głośnej muzyki – o ilustrację dźwiękową spektaklu zadbali Rafał Skonieczny i Mateusz Jagielski. Spokojna, wykonywana na żywo muzyka tylko w finale narasta, Dziewczynka z Łysym Joe znikają za łóżkiem, a my w piosence Hotelu Kosmos słyszymy słowa:„(…) apogeum srogiej zimy, wiatr zatrzymał wskazówki (…)”. Apogeum? Nie – to nie koniec, w pamięci na długo pozostanie liryczność tekstu Prześlugi, w Pręciku zostaną przedmioty, miłość, empatia i przekonanie, że choć tak to już z każdą stratą być musi i „coś się tu nie odbywa, jak być powinno” – to warto o tym rozmawiać.


Aram Stern



Pręcik, Malina Prześluga
reż. Zbigniew Lisowski
Teatr Baj Pomorski
premiera: 30 grudnia 2012

poniedziałek, 25 marca 2013

Mono dream


Pierwsze chłody listopada nie nastrajają specjalnie do opuszczania domowych pieleszy i udania się w stronę „Baja Pomorskiego”, w którym na jeden weekend cichnie gwar dziecięcej widowni, gaśnie ogień w kominku, a lalki chowają się w zakamarkach wielkiej szafy. W tych dniach na obu scenach królują ONI –samotni aktorzy, często bez rekwizytów, wymyślnych kostiumów i w niewielkiej przestrzeni; bez konkretnego wzoru na swoją sztukę –gdyż taki zwyczajnie nie istnieje. Monodram: najwyższy poziom skupienia uwagi widza na aktorze, przez godzinę lub dłużej. 

„27 Toruńskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora” zaczęły się od wielkiej i małej retrospektywy. Zanim Olgierd Łukaszewicz przypomniał swój słynny monodram Psalmy Dawida (premiera w 1974 roku), widzowie i my – piszący nocami recenzje do „Informatora Festiwalowego”,mogliśmy poznać wytwory pracy naszych poprzedników, autorów tekstów do „Antraktu”, tworzonych z niezwykłą pasją i poczuciem humoru podczas kolejnych edycji OFTJI. To w jednym z nich znalazłem taki oto komentarz z 1992 roku: "Jedna pani powiedziała: aktorka S.C. wyglądała na scenie jak skrzyżowanie pomnika Mikołaja Kopernika z Jarosławem Kaczyńskim". Tym razem jednak w krótkich przerwach pomiędzy monodramami widzowie nie rozmawiali na szczęście o polityce, lecz o swoich emocjach i bardzo subiektywnych wrażeniach teatralnych. Do mnie nie trafił metafizyczny przekaz rozmowy z Bogiem w Psalmach Dawida, choć mistrzowsko dopięty przez Łukaszewicza, to jednak już mocno niedzisiejszy. Zaskoczyła za to współczesność w języku Wesela Wyspiańskiego, na bazie którego Sławomir Maciejewski stworzył swój autorski monodram Cosi, gdziesi, kajsi, ktosi. Jeden z najlepszych aktorów Teatru im. Wilama Horzycy pożegnał się tym spektaklem z Toruniem: głośno, rockowo i z przytupem. Tak jak przed wiekiem ostrzegał wieszcz: nas wiecznie pijanych i walczących przeciw sobie „prawdziwych” Polaków. Aktor drwił, poił wódką i kazał trzymać kosę tak, że nie dało się tylko biernie patrzeć. Całość oscylowała bowiem pomiędzy gorzkim śmiechem a zadumą, kolejni widzowie zaś prowokowani byli do ciągłego przypominania sobie do jak „chorego” społeczeństwa należą. Biesiada w polskim zoo – nie dziwi, że Sławomir Maciejewski został pierwszym aktorem uhonorowanym w historii TSTJA nową nagrodą „Jednego Widza dla Jednego Aktora”, ufundowaną przez Sklepy Zoologiczne „Nerro”.

Maciejewski jest jedynym aktorem, który wywiózł z Torunia wyróżnienie – w pozostałych kategoriach (dla najlepszego przedstawienia i kreacji aktorskiej) zwyciężyły kobiety. Żałuję, że w tym gronie nie znalazł się Krzysztof Grabowski (zwycięzca 25 edycji TSTJA), który zaprezentował monodram Partyk K. Jego gra mieniła się podobną wielością barw, co u Sławomira Maciejewskiego. W fabule i zapętlonej warstwie słownej książek Jerzego Pilcha oraz satyrycznym przekazie „ciężkiego” losu swojego bohatera – typa, któremu niewiele się udaje, brakowało tylko zespołu muzycznego, za to wystarczyły zadziorne teksty piosenek („Hitler in my heart”)gra świateł, wreszcie scenografia. Tam była kosa – tu siekiera, obie w rękach obydwu aktorów spowodowały emocjonalną gorączkę, stając się silną emanacją zbiorowej psychiki (nie należy bowiem zapominać, jak wielką rolę odegrał także świetny kontakt z publicznością obydwu aktorów). Zabrakło jej w manierycznej grze laureata Turnieju Jednego Aktora w Słupsku (2011),Mateusza Nowaka, który pokazał spektakl Teatralność. Również monodram Najstarszy zawód popularnego armeńskiego aktora, Roberta Hakobyan’a potraktować można było tylko jako wschodnią ciekawostkę i lekki przerywnik między poważnymi tematami. Muzyka Bartosza Chajdeckiego w Cosi, gdziesi, kajsi, ktosi i piosenki Antony and the Johnsons w Patryku K. – to rockowy miód na uszy, za to naiwna melodyjka w monodramie Hakobyan’a, powtarzana kilkanaście razy w tej samej scenie, rozdrażniła tak, że ledwo wytrzymałem do końca.

Przedostatni akapit tej relacji poświęcam najlepszym – aktorkom, które są prawdziwymi czarodziejkami wyobraźni: Brytyjce Caryl Swift (Nagroda Kapituły Publiczności dla najlepszego przedstawienia) i Birute Mar z Litewskiego Narodowego Teatru Dramatycznego (Nagroda X Oddziału ZASP za kreację aktorską). Po suchym i martwym monodramie Mur Ewy Dąbrowskiej z Teatru Żydowskiego w Warszawie o życiu Ireny Sendlerowej, wydawać się mogło, że kolejny spektakl oparty na dokumentach z eksterminacji ludności będzie równie trudny do zniesienia. Tymczasem kreacja aktorska Caryl Swift w monodramie Matka Mejra i jej dzieci(wg reportaży Wojciecha Tochmana i Ryszarda Bilskiego) złożyła się na teatr niezwykły. Pełen emocji, ale nie emocjonalny, ani chłodną relację reportera, ani tym bardziej opowiadanie pełne zwrotów akcji – raczej teatr ludzkich cieni. Matka Mejra wiele lat po bałkańskiej masakrze swojej rodziny przyjmuje postawę heroicznej poszukiwaczki śladów, jak w hipnozie wymienia skrawki informacji, pyta jak zginęli, dlaczego, czy katem córki był jej chłopak? I najbardziej przejmujące jest to, że o konsekwencjach wojny nie opowiada rozpaczliwie, lecz z wyjątkowym spokojem. Caryl Swift się uśmiecha, w jej monologu szeleści język polski, a relacja o składaniu kości syna staje się tym bardziej przejmująca, im silniej postać jest spokojna, że wreszcie je znalazła. Ona żyje, w jej ustach wojna staje się naszą osobistą porażką, choć jesteśmy bezpieczni tutaj, to myślimy o Syrii i pamiętamy o Serbii. Płacz kilku kobiet z widowni i owacja na stojąco dwojga członków Jury Kapituły Publiczności uświadomiły, jak silnie Swift poruszyła ukrytymi demonami wojny w każdym z nas. Natomiast Birute Mar w Antygonie Sofoklesa przeniosła nas w zupełnie inny świat: najwyższej klasy aktorskiej maestrii. Grając w języku rosyjskim, (którego lawina słów przypominała ludowe zawodzenie sześciu postaci greckiej tragedii), aktorka budowała niezwykle piękne obrazy, tworząc je głosem,mimiką i kostiumem, w sposób tak genialny, by w sekundę stać się z Antygony dużo młodszą Ismeną, czy demonicznym Kreonem. Przyznam, że rzadko stykam się z grą na tak wysokim poziomie! Zgoda: nie wszystko można było zrozumieć, mógł niektórych razić chór w projekcji video (świetny!), czy elektroniczne echo komnaty króla Teb – to jednak wszystko współgrało niezwykle efektownie, ale nie efekciarsko. 

Antygona Birute Mar, jak i inne pokazane na TSTJA monodramy dla mnie liczą się przede wszystkim, jako model tego, co w tej sztuce najbardziej aktualne, jednak bez potrzeby dorabiania jej ideowych koturnów. Tutaj w głównej mierze na pierwszy plan wysuwa się kunszt aktorski –nie ideologiczne togi, choć w monodramach wyraźnie było widać odniesienia do rzeczywistości i wspólny mianownik emocji zawartych w tej edycji Festiwalu. Smutna jest natura ludzka (Terezjasz), nerwowa (Patryk Kręcichrost i Katarzyna Bretloch) i błazeńsko zadziorna (Polak).By posprzątać jej zło (Matka Mejra) i by się jej nie bać (Irena Sendlerowa) – trzeba umieć marzyć. Samotnie.


Aram Stern


27 Toruńskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora
Teatr Baj Pomorski
23-25 listopada 2012