Józef Mamut
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felieton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felieton. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 12 maja 2014
Bełkot miasta
wtorek, 25 marca 2014
Nowe
Mój nowy wujek, z którym pani Grażynka pisze felietony, wymyślił temat, który cioci nie przypadł do gustu. Powiedziała ona, że „nowinki technologiczne na pewno są niezmiernie ciekawym zjawiskiem w kinie, nic jednak nie dorówna prawdziwym emocjom, jakie potrafi wzbudzić kino artystyczne, nie mając ani centa na produkcję”. A na to mój tata powiedział, że po prostu nie kuma bazy. Ale ja jestem w stanie zrozumieć stanowisko mojej filmowej patronki. Zresztą dorośli powiedzieli, ku mojemu zdziwieniu, że mój poprzedni felieton o Bergmanie bardzo się spodobał. Zdziwiłam się głównie dlatego, że ktokolwiek to przeczytał, bo z moich obserwacji wynika, że ludzie czytają „Wysokie Obcasy”, a nie „Menażerię”. Tak właśnie dorośli gadają do dziecka, jak do głupiego.
Tak czy siak, nowe technologie w kinie nie są mi obce, bo właściwie to innych technologii w kinie nie znam, więc co nieco napiszę.
Mistrzostwo animacji w tej kwestii to zna nawet każde dziecko. Każdy zna, kto widział sierść kotka ze „Shreka” albo włosy „Meridy Walecznej”, albo suchą skórę zwierząt pustynnych w „Rango”. Animatorzy tak potrafią pokazać rzeczy, że nawet minionki wyglądają na prawdziwie. Ale proszę zwrócić uwagę, że nie jest to też taka nowość, bo w „Śpiącej królewnie” sukienka królewny tak faluje na powietrzu, jakby była to moja sukienka, prawdziwa, a to był rok czterdziesty piąty, jak tę bajkę zrobili. Swoją drogą to bajki niby mają być dla rozbudowania wyobraźni, a to tak wszystko się prawdziwe robi, że trochę się gubię już, jakie w końcu jest to zamierzenie twórcze. One wyglądają na prawdziwsze, żebym bardziej w nie uwierzyła?
A z kolei na festiwalu Animacji w Poznaniu, jak byłam z rodzicami, to usłyszałam, co mojej mamie podczas wywiadu powiedział taki pan, Michaił Gurevich. On bardzo mądrze powiedział, że animacja niby jest niszowa, a tak naprawdę to animacja zjada film, bo film właściwie staje się już animacją, tylko aktorzy zostają prawdziwi na tym ekranie. Sprawy więc, jak zwykle, mają się różnorako, mam nadzieję kiedyś to zrozumieć.
No więc o czym zatem warto napisać, bo już niewiele miejsca mi zostało. A więc żeby nie gadać o oczywistościach takich, jak kino cyfrowe czy kino 3D - o tym pewnie zresztą napisze, jak zwykle w przewrotny sposób, mój nowy wujek - postanowiłam przybliżyć zmiany w kinie dokumentalnym związane np. z helikopterami i super kamerami.
Albowiem przez długi czas filmy dokumentalne , przyrodnicze były filmami ciekawymi, bo widzieliśmy na nich te nowe rzeczy i zwierzęta. Ale teraz, jak oczy ludzkie widziały już wszystko, na pewno przyznają mi państwo rację, że formuła filmu przyrodniczego się wyczerpała. Ileż można oglądać słonia, co się ochlapuje wodą. Poza tym widziałam już też Marrus orthocanna, rybę-wędkarza, ośmiornicę Grimpoteuthis, ćmę Argema, która nie ma otworu gębowego i nigdy nie je nic, a nawet Brazilian Threehopper (niestety, do tego filmu nie miałam polskich napisów) oraz gatunki, które jeszcze nie mają nazwy. No więc stacja BBC postanowiła wydać pieniądze na ten nowy super sprzęt, co im zrobi pierwszy film dokumentalny w HD. Stacja wydała też pieniądze na superludzi, bo film jest nie tylko superancki, ale i również bardzo mądry, to znaczy ma mądry sposób opowiadania. Owszem, nowe rzeczy się tam widzi, co się ich wcześniej nie oglądało, ale pan, co do nas z ekranu mówi trzyma się ciekawszych tematów niż losy słoni, jak np. zimne miejsca na ziemi albo polany, czyli niby tematy właśnie nudne. A tam okazuje się, że same ciekawe rzeczy się kryją, ale ciekawe nie dlatego, że są ciekawe, tylko dlatego, że są ciekawie opowiedziane. Bo nie trzeba od razu np. zwierząt pokazywać od urodzin do śmierci, tylko malutki kawałeczek o nich. Albo w ogóle nie musi być o zwierzętach. No i tam tak właśnie jest, co ma być i nie ma, co ma nie być.
A komu się wydaje, że to się dobrze ogląda tylko dlatego, że jest ładnie i nowe miejsca, to niech np. obejrzy kolejny film w HD “Blue planet”, który właśnie zrobiony jest po staremu, czyli jak dla dzieci: jak jest temat wielkiego kwitnienia glonów, to wymyślili, że raz pokazują, co się dzieje w tym miejscu z glonami, a potem, że wieloryb już się tam wybiera, i on się tam wybiera, i wybiera, bo ma daleko, a w międzyczasie się wiele rzeczy o tym wielorybie dowiadujemy, i nie jest to wcale na miejscu.
Trochę mi brakuje jeszcze słownictwa i filmoznawczego autorytetu, żeby profesjonalnie sprawy opisać, jak to jest zrobione, czyli powiedzieć o sposobach prowadzenia wątku przyrodniczego w tej produkcji zrobionej najlepszym sprzętem i jak metody narracyjne są innowacyjne, i jakiej dobrej sprawie ten wydatek BBC posłużył, ale mniemam, że jak ktoś obejrzy, to zrozumie.
Aha, a te filmy, o których piszę, nazywają się “Planet Earth”.
Tak czy siak, nowe technologie w kinie nie są mi obce, bo właściwie to innych technologii w kinie nie znam, więc co nieco napiszę.
Mistrzostwo animacji w tej kwestii to zna nawet każde dziecko. Każdy zna, kto widział sierść kotka ze „Shreka” albo włosy „Meridy Walecznej”, albo suchą skórę zwierząt pustynnych w „Rango”. Animatorzy tak potrafią pokazać rzeczy, że nawet minionki wyglądają na prawdziwie. Ale proszę zwrócić uwagę, że nie jest to też taka nowość, bo w „Śpiącej królewnie” sukienka królewny tak faluje na powietrzu, jakby była to moja sukienka, prawdziwa, a to był rok czterdziesty piąty, jak tę bajkę zrobili. Swoją drogą to bajki niby mają być dla rozbudowania wyobraźni, a to tak wszystko się prawdziwe robi, że trochę się gubię już, jakie w końcu jest to zamierzenie twórcze. One wyglądają na prawdziwsze, żebym bardziej w nie uwierzyła?
A z kolei na festiwalu Animacji w Poznaniu, jak byłam z rodzicami, to usłyszałam, co mojej mamie podczas wywiadu powiedział taki pan, Michaił Gurevich. On bardzo mądrze powiedział, że animacja niby jest niszowa, a tak naprawdę to animacja zjada film, bo film właściwie staje się już animacją, tylko aktorzy zostają prawdziwi na tym ekranie. Sprawy więc, jak zwykle, mają się różnorako, mam nadzieję kiedyś to zrozumieć.
No więc o czym zatem warto napisać, bo już niewiele miejsca mi zostało. A więc żeby nie gadać o oczywistościach takich, jak kino cyfrowe czy kino 3D - o tym pewnie zresztą napisze, jak zwykle w przewrotny sposób, mój nowy wujek - postanowiłam przybliżyć zmiany w kinie dokumentalnym związane np. z helikopterami i super kamerami.
Albowiem przez długi czas filmy dokumentalne , przyrodnicze były filmami ciekawymi, bo widzieliśmy na nich te nowe rzeczy i zwierzęta. Ale teraz, jak oczy ludzkie widziały już wszystko, na pewno przyznają mi państwo rację, że formuła filmu przyrodniczego się wyczerpała. Ileż można oglądać słonia, co się ochlapuje wodą. Poza tym widziałam już też Marrus orthocanna, rybę-wędkarza, ośmiornicę Grimpoteuthis, ćmę Argema, która nie ma otworu gębowego i nigdy nie je nic, a nawet Brazilian Threehopper (niestety, do tego filmu nie miałam polskich napisów) oraz gatunki, które jeszcze nie mają nazwy. No więc stacja BBC postanowiła wydać pieniądze na ten nowy super sprzęt, co im zrobi pierwszy film dokumentalny w HD. Stacja wydała też pieniądze na superludzi, bo film jest nie tylko superancki, ale i również bardzo mądry, to znaczy ma mądry sposób opowiadania. Owszem, nowe rzeczy się tam widzi, co się ich wcześniej nie oglądało, ale pan, co do nas z ekranu mówi trzyma się ciekawszych tematów niż losy słoni, jak np. zimne miejsca na ziemi albo polany, czyli niby tematy właśnie nudne. A tam okazuje się, że same ciekawe rzeczy się kryją, ale ciekawe nie dlatego, że są ciekawe, tylko dlatego, że są ciekawie opowiedziane. Bo nie trzeba od razu np. zwierząt pokazywać od urodzin do śmierci, tylko malutki kawałeczek o nich. Albo w ogóle nie musi być o zwierzętach. No i tam tak właśnie jest, co ma być i nie ma, co ma nie być.
A komu się wydaje, że to się dobrze ogląda tylko dlatego, że jest ładnie i nowe miejsca, to niech np. obejrzy kolejny film w HD “Blue planet”, który właśnie zrobiony jest po staremu, czyli jak dla dzieci: jak jest temat wielkiego kwitnienia glonów, to wymyślili, że raz pokazują, co się dzieje w tym miejscu z glonami, a potem, że wieloryb już się tam wybiera, i on się tam wybiera, i wybiera, bo ma daleko, a w międzyczasie się wiele rzeczy o tym wielorybie dowiadujemy, i nie jest to wcale na miejscu.
Trochę mi brakuje jeszcze słownictwa i filmoznawczego autorytetu, żeby profesjonalnie sprawy opisać, jak to jest zrobione, czyli powiedzieć o sposobach prowadzenia wątku przyrodniczego w tej produkcji zrobionej najlepszym sprzętem i jak metody narracyjne są innowacyjne, i jakiej dobrej sprawie ten wydatek BBC posłużył, ale mniemam, że jak ktoś obejrzy, to zrozumie.
Aha, a te filmy, o których piszę, nazywają się “Planet Earth”.
sobota, 25 stycznia 2014
Skutki uboczne zabawy w kulturę
Z-obrazkowani, przeobrazkowani. Nieskupieni. Zerkamy. Wciąż nierozbudzeni nie patrzymy na siebie. Natura nam spowszedniała, bo od cholery nas tu. Cudów i magii brak. Na myśli się zaczyna i na myśli się kończy. O czym jest nasza pierwsza myśl? Czy każdy zaczyna od innej? Może, że jest ciepło albo ciemno.
Nie patrząc na siebie, ego na orbitach wokół wspólnej jaźni, wczesna translokacja w szarym tunelu powietrza. Zaraz będzie jasno.
*
Kraina mrozu, śniegu i zamkniętych bibliotek. Kraina pocałowanych klamek, nieszczęsnych urojeń i niezrealizowanych spotkań. Żałosne podtopienia konieczności czy przypadku - utrata wolnej woli. Za każdym razem, by uniknąć powtórek, wycofuję się przed myśli. Obserwuję i wypatruję mglistej granicy między tą obserwacją a walką, zatopiony w Zachodnim wychowaniu rozumu. Ktoś utopił nas w kulturze - jednostkowym wrażeniu i owczym pędzie.
Chuda szkapa wchodzi do autobusu, nieskrywany topielec, pławi się w słowach i gestach bez nadziei na zbawienie. To nie jej słowa i gesty, dobrej pięknej prawdziwej. Spętano nas chorobą odczuć i reakcji wirusowych. Wolna wola to konstrukt. Wymalowała się wedle zaleceń, tak podległa. (Na Boga, to tylko zabawa!)
Uciekam przed oczywistością. Odpływam z zamkniętymi oczami w nieokreśloności szeptów, szelestu i skrzypu. Rozpuszczam emocje spakowane w skórzany worek, uważając jak oddycham.
Jest taki oddech, który powstaje z paniki, że wszyscy (nawet ci, których darzymy utajoną sympatią i fascynacją) w tej samej pozie zjedziemy pod ziemię pod własnym ciężarem. Powstaje z faktu, że to już, a nie że dopiero za jakiś czas; że jesteśmy już tutaj - w tej przestrzeni, gdzie to wszystko o czym mówią i co od lat badają, właśnie się dzieje. Nigdzie indziej. Nabonid, Da Vinci, Einstein, to właśnie tu, pod kopułą szklanej kuli śnieżnej. Jesteśmy w grze. Życie trwa w najwyższym stopniu, nie ma innego stopnia i tylko w tym można powiedzieć „życie”. Rodzi się czasem uczucie jak u głuchego biegacza, którego nikt nie powiadomił o wystrzale startowym. To jak musieć płynąć i nie mieć się czego złapać, bo to nie basen, lecz pełne morze. To serce już się nie powtórzy, a ono bije.
Jest taki oddech, kiedy druga osoba jak infantylny, nieodpowiedzialny bachor odwróci się od ciebie egocentrycznymi plecami foch i zachciewanek i pozwoli odejść ostatnią ścieżką, jaką jest wtedy w stanie sobie wyobrazić... Ścieżka-bilans zysków i strat, nieodwracalnych przebiegów nieudolności, niepowtarzalnych okazji dla historii, niewykorzystanych potencjałów sytuacji, niespontaniczności i pozbawiania siebie ludzi i przyjaźni. Zawsze będzie to strata czegoś. Jest taki oddech podczas spotkania z Bogiem i niebytem w tym samym teraz. To czysta ambiwalencja, mimowolne drżenie, nogi skaczą, zęby stukają o siebie. Mrówki na rękach, dłoniach, głowie, twarzy i szyi, a na domiar - chęć, by w tym trwać. Wiedziałem wszystko, nie wiedząc nic.
Wracam z klamką odbitą na ustach. W poczekalni na kółkach jest znów szaro, lecz tym razem będzie tylko ciemniej. Nie ma tłoku, dużo siedzeń jest wolnych, a twarze ludzi na które patrzę nie odpowiadają. Znużenie i obojętność jest jak anemia, a krwią zagadka. Wampiry tajemnic - żadne wrażenie nie pasuje lepiej. Wszyscy wyssali wszystkich, których znali. Wysłużone znajomości zostawiamy w lesie na śniegu i znów opuszcza nas energia. Kobiety mają powykrzywiane twarze, mężczyźni drwią od frustracji, wpisanej w ich naturę. Z wiekiem w tym mieście coraz mniej jest tajemnic. Doświadczenie przekłada się w nienastawianie na zdziwienie i szał. Dajcie nam nową iluzję - ludzi, z których chcemy wyssać całą ich tajemnicę, a potem rzucimy jak szmatą o podłogę tę iluzoryczną magię. Wampiry tajemnic, w jednego takiego też wchodzę skórę.
Zamykam oczy i po raz kolejny wycofuję się przed dźwięk, przed emocje i przed myśli. "Poza kulturę i poza język" próba. Cicha obecność, opoka. Po chwili słyszę głos.
Jest wewnętrzny, to kmiotek ego - iluzja tutejszego wychowania; owoc słowa "ja" w języku i noszonego przez nasz model imienia; ogólny wgląd na przeszłe doświadczenie; zgromadzona wiedza teoretyczna, połączona z obecnymi pragnieniami. My Precious!
Barszcz Błaszczyk
czwartek, 9 stycznia 2014
Bełkot miasta
| ilustr. Beata Ludwin |
- Panie ale oni protestują! Coraz bardziej protestują!
- Nie ma się co dziwić, że protestują. Okazuje się, że w tym idiotycznym miejscu można zapłacić podatek od nieotrzymanego wynagrodzenia.
Piękny dzień burdelem nas przywitał, ale na szczęście każde wiadomości są inaczej desygnowane.
- Wcale nie jesteśmy stronniczy - powiedział redaktorek kontraktowego kielona - My po prostu nie ukrywamy, że wiemy kto ma racje i jedziemy nie wiadomo gdzie, gdyż nawigacji skończyła się licencja, a nowej ściągnąć nie możemy, bo deportują własnych ziomali nawet za mega-lizaka. I penis z demokracją. Głosy kupi się na bazarze za stołki. A gdy to nie wystarczy? Zamontujemy awaryjny próg wyborczy, dzięki czemu zawsze będziemy mogli spalić parę tysięcy karteczek i nasza szkapa będzie ciągnąć dalej. So gut! Jak się ją równo pierdolnie batem to w tydzień zrobi więcej niż w trzy lata przywiązana tylko do uchwytu koryta, czyli tyle ile będzie siedzieć w gimbagu dziewczynka, która minutę bawiła się na złym ołtarzu. Na czym tam polega pomoc humanitarna? Na tym, że strażnicy zmuszają rodzinę do dostarczenia przeróżnych rzeczy lub pieniędzy, pod groźbą torturowania więźniów. Syf. Niestety zepsuła mi się drukarka laleczek voodoo więc te dranie ciągle żyją i do niczego się nie przyznają. Na tym polega kreatywna dyplomacja. – Nie, nie podsłuchiwaliśmy Pani. - Nie, nie było żadnych tajnych więzień ani zbrodniarzy komunistycznych. - Nie , nie było żadnego wybuchu, zamachu, kryzysu, pieniędzy, rozmowy, a wszyscy którzy tak twierdzą wiedzą zdecydowanie za wiele i powinni zgnić w ekstradycyjnym więzieniu lub popełnić zbiorowe samobójstwo. Gdyby jednak zawiodły wszelkie pachoły podpowiadające zza pleców tekst przemówienia, trzeba będzie tym bezmózgim trybom wszczepić w przestrzeń międzyuszną odpowiednie trybofrazesy. Wszystko kwitnie, a nie gnije – chociażbyś twierdził inaczej, to sąd najwyższy tak osądził, więc morda.
Wiecznie rozjebane te drogi. Wszystko stoi, kasa się skończyła. Poszła na te ekrany cośtamszczelne, które w szczerym polu przysłaniają gdzie się da ten zastój i premie dla nowych biurasów w stolycy. A to mi zarzuca się niespójność. Że niby style łączę i to ma być złe. Jak inaczej niż takim hipertekstem pokazać ten paradoksalny kosmochaos? Trzeba przecież wlać go jak ultradelikatny kwas mikro-menzurką prosto do zakończeń odpowiednich nerwów, a synapsy te znaleźć niełatwo. Położenie geopolityczne jest wielce niekorzystne. Wszystko jest na opak, nawet krzywa Laffera. Wszędzie klęska, nawet kryzys nie wyszedł, Brendonowi Ha też się nie udało. Nie ma szans, że pogodzą się Bolek człowiek ze styropianu i Antylolek człowiek z termodrastycznej parówki. Wszystko się rozjechało. Władza ustawodawcza odwiedza w więzieniu więźnia władzy sądowniczej , który bronił przed nią innych obywateli, a władza wykonawcza jest gdzieś głęboko w lesie, tam gdzie nie jest wstanie wytropić jej żadna policja czy straż czy chuj-wie-jaka agencja zniewolenia społecznego, zbyt zajęta bezustannie na miejskich murkach biciem i aresztowaniem podpitych awanturników, którym puściły w końcu nerwy – zwłaszcza gdy są z opozycji. Idiotyzm po drugiej stronie tej patolamentarnej barykady jest większy niż przemyt herbaty muszki staruszki i sztuczne dildo tygryska brutuska. Neutralni jeszcze przez chwile pozostają stażyści, którzy nawet nie przyznają się do przynależności do tego spróchniałego brokatobetonu. – Jesteśmy tylko biurwami Panie redaktorze…
- A ja wcale nie jestem seksistą chociaż nie jeżdżę pizdolino, a fotoszpar unikam moim kaszlakiem jak ognia.
Józef Mamut
wtorek, 19 listopada 2013
Bełkot miasta
| rys. Beata Ludwin |
To właśnie jest zaprzeczenie elektryzmu; cztery razy naprawiać uszkodzony sprzęt, nie potrafić nawet sprawdzić czy prąd w ogóle płynie, a do tego nazywać siebie fachowcem elektromonteroserwisantem? Wszystko mnie irytuje, gdy robię coś bez sensu przez jakiegoś pustostana. Dobrze, że do końca nie wierzę już w to, co widzę. Nie tylko przez ostre zawieszki i zakłócenia obrazu, ale ostatnio także dlatego, że w moim polu widzenia zaczął pojawiać się biały strzałkowaty kursor, taki jakby od myszki, tylko że jej ogon wgryza się w moją szyszynkę jak jakaś wstrętna wojskowa ameba. Znika jedynie regularnie, gdy oglądam coroczne wybory miss judeo-pastafarianizmu. Mam nadzieje, że nie zdelegalizują tej wspaniałej imprezy tylko dlatego, że przyłapali jakiegoś misjonarza z czwartego wszechświata na molestowaniu muzganów. W zasadzie ani za rękę, ani za innego członka nikt go nie złapał, ale spaghetti było zdecydowanie zbyt słone, a w więziennym menu nie było wyboru dań dla muzganów (z muzgańskich istot pozbawionych żywcem mózgu). Odkąd zamknęli Milk Roada będzie z tym ciężko w całej Gdybylandii.
Wybierać lubimy przecież bardzo, a zwłaszcza, gdy nam się coś nie podoba. Wtedy wybieramy oczywiście coś, do czego z początku ciężko się przyznać, a po kilku latach już zupełnie nie wypada. Pamięć jest tutaj wielce łaskawa swoją wybiórczą dziurawością. Nie kieruje się przy tym żadną logiką, skoro cyborgi, które ćwierć wieku temu z taką pompą wymieniliśmy na nowsze modele, znowu dopuściliśmy do koryta, by mogły wydawać te kwity na ruskoński gaz. Oczywiście w imię wspólnecznego dobra i bez żadnych emocji robi to Cyborg Minister Sekretator Naczelny i dryfuje wciąż po wątłych falach eternitu. Jak on to robi? To proste i genialne. Co mniej więcej miesiąc – dwa proponuje coś tak nieprawdopodobnie beznadziejnego, że szok i bezproduktywna dyskusja zajmują czas przeszkadzających, potrzebny coraz większej liczbie cyborgów na ogarnięcie przyrastającej z każdym dniem biurokracji. No, gdzieś jest na pewno gorzej, tylko jeszcze tam nie byłem.
Troszkę jedynie zdołował mnie obraz Brazylów, zbierających odpady na wysypisku śmieci, ubranych w te śmieci i jedzących te odpady. Najsmutniejszy natomiast był fakt, że w tej syfiastej pracy zarabiają więcej niż ja tutaj w Gdybylandii. Osiemset Neuro! Nawet gdybym jednej trzeciej swojej pensji nie oddawał tym złodziejom z Zakładu Ujebania Społecznego, i tak zarabialiby więcej. Mnie zachciało się studiować, to trzeba kombinować. Dobrze, że przynajmniej nie pracuję na uniwersytecie i mam wolne weekendy, a przez stres, dzięki Bogu, stałem się impotentem. Gdybym do tego miał dzieci, nie miałbym czasu ani dla siebie, ani dla nich. Dzięki temu mogę wydać moją mamonę, by dopingować pachołków tej bogatej świni. Ostatnio jednak nawet to traci sens. Pojechałem za rzekę i siódmą górę, a świni nie chciało się nawet wyjść z obory, więc poważnie się zastanawiam nad przyszłością mojej egzystencji. Czy naprawdę nie stać mnie na więcej? Przecież mam tak wielki dar przekonywania, że wystarczy jeden telefon, żeby wyjaśnić na czym polega duch sportu, rywalizacji i szacunek dla kibica, zwanego czasami człowiekiem. Gdy to się nie uda, mogę przecież skonstruować wehikuł czasu, cofnąć się 30 lat i dokonać aborcji samego siebie, kiedy to jeszcze było legalne. Teraz jednak musiałbym się i tak urodzić, nawet gdybym miał być puszkiem Pandory i rogami zabić matkę przy porodzie. W perspektywie reinkarnacji nie jest to zbyt bezpieczne.
poniedziałek, 14 października 2013
Pani Grażynka
Pani Grażynka, nasza sąsiadka, poprosiła mnie, żebym napisała co nieco o filmach, które lubię. Bo tekst ma być o filmach z dzieciństwa – ja mam 11 lat – czyli o tym, co oglądam teraz. Mam więc sporą dowolność w zawężaniu tematu – sprawa kusząca dla każdego autora. No chyba, żebym napisała o filmach, które dopiero obejrzę, ale futurologia jest mi obca; najbardziej lubię biologię. Filmów też dużo oglądam, bo od naszej sąsiadeczki mogę pożyczać DVD.
Z regałów osiedlowej erudytki wybieram około dziesięciu filmów tygodniowo. Choruję dużo i muszę unikać wiatru, więc przebywam najwięcej w domu i mam czas na rozwój intelektualny. Zresztą dzięki filmom mam ten dwór w wersji deluxe: skondensowane najciekawsze wydarzenia za wiatrochronem ekranu (więc bakterie na chatę nie wlecą, nawet jak jestem na dzikim zachodzie).
Ze wspomnianej, bliskiej mi geograficznie filmoteki płyty pożyczam w kolejności zgodnej z ustawieniem na półce, wykluczając przypadki, gdy jakiś krążek zmieni miejsce. Zaburzam tę kolejność tylko dla niektórych pozycji. Tak właśnie było z filmem, który obejrzałam ostatnio: „Tam, gdzie rosną poziomki”. Chciałam go zobaczyć, bo byłam świeżo po lekturze „Wigilijnej opowieści”, a po opisie fabuły filmu wywnioskowałam, że rzeczy te są o podobnej treści. Tylko chyba Bergman bardziej jest dla dorosłych, więc duchy zostały wykasowane, a właściwie zastąpione „demonami”, bo tak się o nich mówi w książce Tadeusza Szczepańskiego, którą zaraz po seansie przeczytałam, by uzyskać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Niestety, ciągle nie do końca sprawy rozumiem.
„Persona” czy „Szepty i krzyki” – to co innego. Tam cisza i pustka zasiewa pączkujące potem niepokoje, a i bez nich postaci niosą nieoczywisty dramat. Co innego w przypadku starszego pana wracającego wspomnieniami do zdarzeń młodości – mój dziadek też ciągle wspomina i panowie na przystankach też, więc nie widzę w tym nic wyjątkowego. (A drugi dziadek przed śmiercią, jak wojnę mieszał z rzeczami, które się nie wydarzyły, i opowiadał babci o swojej utraconej miłości, czyli babci tej prawdziwej, to wyobrażając sobie jego wewnętrzną projekcję lepiej zrozumiałam, czym jest poetyka snu). I taka narracja, że w trakcie jazdy samochodem jest rozmycie i przeniesienie w przeszłość, a tam się dzieją rzeczy, które wpływają na aktualne nastroje bohatera, to też mi się już znudziło, bo to w bardzo wielu bajkach jest, tak katują tym nas, dzieci, jakbyśmy inaczej zakumać nie umiały, czym jest związek przyczynowo-skutkowy. To może dlatego to dla dorosłych jest ciekawsze, bo bajek nie oglądają? No i to, że dziadek, naukowiec, szanowany człowiek orientuje się, że nie był dobry dla ludzi, i orientuje się, bo zobaczył stare kąty, to troszkę w moim mniemaniu niesmaczne. Tak więc nie rozumiem, dlaczego o tych „Poziomkach…” wie każdy wykształcony człowiek na świecie.
Przeczytałam u pana Tadeusza, że film utkany jest symbolami i erudycyjnymi korelacjami. Aktor grający profesora łączy „Poziomki…” z „Furmanem śmierci”, czyli obrazem wyreżyserowanym kiedyś przez tego artystę, Sjöström chyba on się nazywał. Czyli jak obsadzam reżysera w roli o podobnym wątku, co w jego starym filmie, to jest już odniesienie, które niesie nową treść? I tak dobrze, że nie chodzi o to, że profesor jechał, a furman też jeździ, bo jakby to było aluzją, to by wszyscy w Szwecji mieli przechlapane i nie mogli robić filmów z samochodami.
No więc tak to mi się miesza. Nie wiem, czy o to chodzi w filmach z dzieciństwa, że będę je potem wspominać i śmiać się ze swojej głupoty. Może zapomnę, czego nie rozumiałam, więc mi się będzie więcej podobać? A wspominać będę to, co wydaje mi się najfajniejsze, czyli np. takie filmy Bunuela. Bunuel jest lepszy, bo jest śmieszny. Np. „Arystokracja podziemia” – strasznie śmieszne. Teraz, jak tyle bogatych ludzi przebywa w galeriach handlowych i oni by się tak pozacinali przy wyjściach, to by było dopiero zabawne! Czyli to film też bardzo aktualny. Albo porównanie w „Drodze mlecznej” Trójcy Świętej do pasztetu – smakowity żart, można by powiedzieć, na poziomie. I uczucia takie jak w „Mrocznym przedmiocie pożądania” też jakoś bardziej do mnie przemawiają. Pani Grażynka mi mówiła, że Bunuel też jest wielkim twórcą, uznanym na świecie, ale nie tak jak Bergman. Też zostanę kiedyś wpływowym krytykiem i przekonam wszystkich, że Bunuel jest fajniejszy. Byle mi się na studiach nie pozmieniało.
Tekst: Polecam, Grażyna Torbytska
Ilustracja: Agata Królak
sobota, 24 sierpnia 2013
Zatkało się
Zatkało się, zapchało! Rura odpływowa w umywalce to jeszcze nic, ucho się zatkało, prawe (prawicowe) ucho, a przecież za parę godzin gramy z chłopakami – bez ucha jak bez ręki, już łatwiej byłoby chyba bez nogi, trzeba więc wyjść i kupić kropelki z nagietkiem (jak uroczo to brzmi, a lokalne nazwy też niczego sobie: „pazurki”, „miesięcznica”, „paznokietki”). Już mi przeschło owłosienie, wychodzę, przecież i papierosów nie ma w domu, tym bardziej nie ma co w nim siedzieć i czekać aż się pranie skończy, bo nawet tego nie usłyszę. Wyszedłem.
Ulicą Szeroką niosą się ludzie odarci z dźwięków i nadają mi w systemie mono, wszystkie głosy, szumy, trzaski, szmery zlewają się w wypiard z Tartaru, docierają do mnie głosy żywych reklam jakichś tam restauracji – chłodnik litewski, jakaś tam zupa, pewnie jakieś ziemniaki, pewnie jakieś sztućce, pewnie za jakieś pieniądze, niewielkie wprawdzie, ale na pewno nie za darmo; dociera do mnie głos ulicznego kaznodziei, źle się dzieje, mówi o bogu, którego nie znam, mówi o czymś, co widziałem na ulotkach kolportowanych przez świadków Jehowy, mówi to, jakby się męczył i męczy mnie tym samym, przecież jego głos to nie jest głos jego boga, przecież poza tym głosem to słyszę przełykanie własnej śliny, szczękanie zębów, tupot stóp po kocich łbach, no i jeszcze wciąganie powietrza, nie ma tu boga, Bóg może i jest, szczerzy się jak słońce może, ale nie na tym świecie jest, bo to nie Jego jest świat chyba, on z innego świata, którego nie rozumiem, więc tak jakby go nie było, więc go tu nie ma, nawet jak sobie ostatecznie jest.
Na szczęście zaraz mijam cyganeczkę, co to sobie gra na akordeonie i nic nie słyszę, widzę tylko, jak się uśmiecha, trochę z przymusu, trochę bo razi ją to słońce, no i rzuciłbym może jakimś klepakiem, żetonem, ale nic nie słyszę, nie dociera do mnie, gdzie jest moja wrażliwość społeczna?, chociaż może przesadzam, może sam jestem taką cyganeczką, która w podobny sposób się uśmiecha, czy ja wiem? Ciśnienie w głowie rozkłada mi się nierównomiernie, nie rozumiem słów jakiejś kobiety, która chce pieniądze albo papierosa, nic z tego co tu się dzieje nie rozumiem, moje prawicowe ucho zajęło większość mojej uwagi, ile tu obcych twarzy, ile tu rzeczy! Zupełnie jakbym się nagle znalazł w którejś ze stolic Polski!
Wreszcie trafiam do apteki i biorę te kropelki, tak, takie na odetkanie ucha, pani coś mówi, ja się tylko uśmiecham, bo tyle mogę zrobić, chociaż tego słońca z ulicy wpada tu tyle, co dźwięku do mojego lewego (lewackiego) ucha, ona też się uśmiecha, bo przecież wie, o co chodzi, dobra, mam, dziękuję, do widzenia, jeszcze Żabka, papierosy, chce pan rachunek?, nie, dziękuję, ale czekam, bo nie wiem, o jaki rachunek chodzi, bo właściwie nie dosłyszałem, bo podziękowałem być może za jakiś batonik albo marchewkę, dostaję rachunek i punkty, wychodzę i nie wiem nawet, czy trzaskam drzwiami, być może trzasnąłem tak, że pękła szyba, ale trzask tłukącego się szkła zagłuszył silnik samochodu, szczekający pies, rozpacz dziecka, samolot, karetka, prędzej, do bramy, chłopaki wiercą jak wiercili, od dwóch miesięcy, czuję się trochę pewniej, niech wiercą mi za oknem, myślę, pranie już chyba się zrobiło, no.
Jeden z wiercących nawet mówi mi czasem „cześć”, po tym jak wziął mnie za złodzieja i prawie nastukał, widocznie udało mi się uzyskać status jakiegoś podmiotu po tym zdarzeniu, to ładnie z jego strony, mnie dalej boli żebro, nieważne, i tak się stąd niebawem wyniosę w cholerę, chociaż mimo wszystko było tu bezpiecznie i miło.
*
„Z tymi dziećmi to jest tak, że zaraz jak coś wyjdzie z ziemi, to się na to rzucają” – stwierdza S. i zachwycają mnie te słowa, bo akurat siedzimy na murku, a przed nami przemieszczają się i zbierają wycieczki.
Dzieci z tych wycieczek celują w nas z działka przeciwlotniczego, a także, z wielką radością, chodzą po minie wodnej, która przypomina kuliste wymię, chwytają się rączkami jego gruczołów mlecznych, ale żadnego mleka przecież te wypustki nie dadzą, będą więc dzieci musiały, jak się już zorientują, co robią, o to mleko powalczyć lub poszukać go w ziemi. Tej.
Szymon Szwarc
Ulicą Szeroką niosą się ludzie odarci z dźwięków i nadają mi w systemie mono, wszystkie głosy, szumy, trzaski, szmery zlewają się w wypiard z Tartaru, docierają do mnie głosy żywych reklam jakichś tam restauracji – chłodnik litewski, jakaś tam zupa, pewnie jakieś ziemniaki, pewnie jakieś sztućce, pewnie za jakieś pieniądze, niewielkie wprawdzie, ale na pewno nie za darmo; dociera do mnie głos ulicznego kaznodziei, źle się dzieje, mówi o bogu, którego nie znam, mówi o czymś, co widziałem na ulotkach kolportowanych przez świadków Jehowy, mówi to, jakby się męczył i męczy mnie tym samym, przecież jego głos to nie jest głos jego boga, przecież poza tym głosem to słyszę przełykanie własnej śliny, szczękanie zębów, tupot stóp po kocich łbach, no i jeszcze wciąganie powietrza, nie ma tu boga, Bóg może i jest, szczerzy się jak słońce może, ale nie na tym świecie jest, bo to nie Jego jest świat chyba, on z innego świata, którego nie rozumiem, więc tak jakby go nie było, więc go tu nie ma, nawet jak sobie ostatecznie jest.
Na szczęście zaraz mijam cyganeczkę, co to sobie gra na akordeonie i nic nie słyszę, widzę tylko, jak się uśmiecha, trochę z przymusu, trochę bo razi ją to słońce, no i rzuciłbym może jakimś klepakiem, żetonem, ale nic nie słyszę, nie dociera do mnie, gdzie jest moja wrażliwość społeczna?, chociaż może przesadzam, może sam jestem taką cyganeczką, która w podobny sposób się uśmiecha, czy ja wiem? Ciśnienie w głowie rozkłada mi się nierównomiernie, nie rozumiem słów jakiejś kobiety, która chce pieniądze albo papierosa, nic z tego co tu się dzieje nie rozumiem, moje prawicowe ucho zajęło większość mojej uwagi, ile tu obcych twarzy, ile tu rzeczy! Zupełnie jakbym się nagle znalazł w którejś ze stolic Polski!
Wreszcie trafiam do apteki i biorę te kropelki, tak, takie na odetkanie ucha, pani coś mówi, ja się tylko uśmiecham, bo tyle mogę zrobić, chociaż tego słońca z ulicy wpada tu tyle, co dźwięku do mojego lewego (lewackiego) ucha, ona też się uśmiecha, bo przecież wie, o co chodzi, dobra, mam, dziękuję, do widzenia, jeszcze Żabka, papierosy, chce pan rachunek?, nie, dziękuję, ale czekam, bo nie wiem, o jaki rachunek chodzi, bo właściwie nie dosłyszałem, bo podziękowałem być może za jakiś batonik albo marchewkę, dostaję rachunek i punkty, wychodzę i nie wiem nawet, czy trzaskam drzwiami, być może trzasnąłem tak, że pękła szyba, ale trzask tłukącego się szkła zagłuszył silnik samochodu, szczekający pies, rozpacz dziecka, samolot, karetka, prędzej, do bramy, chłopaki wiercą jak wiercili, od dwóch miesięcy, czuję się trochę pewniej, niech wiercą mi za oknem, myślę, pranie już chyba się zrobiło, no.
Jeden z wiercących nawet mówi mi czasem „cześć”, po tym jak wziął mnie za złodzieja i prawie nastukał, widocznie udało mi się uzyskać status jakiegoś podmiotu po tym zdarzeniu, to ładnie z jego strony, mnie dalej boli żebro, nieważne, i tak się stąd niebawem wyniosę w cholerę, chociaż mimo wszystko było tu bezpiecznie i miło.
*
„Z tymi dziećmi to jest tak, że zaraz jak coś wyjdzie z ziemi, to się na to rzucają” – stwierdza S. i zachwycają mnie te słowa, bo akurat siedzimy na murku, a przed nami przemieszczają się i zbierają wycieczki.
Dzieci z tych wycieczek celują w nas z działka przeciwlotniczego, a także, z wielką radością, chodzą po minie wodnej, która przypomina kuliste wymię, chwytają się rączkami jego gruczołów mlecznych, ale żadnego mleka przecież te wypustki nie dadzą, będą więc dzieci musiały, jak się już zorientują, co robią, o to mleko powalczyć lub poszukać go w ziemi. Tej.
Szymon Szwarc
poniedziałek, 20 maja 2013
Szczęśliwego nowego roku
Piszę ten felieton na tydzień przed moimi dwudziestymi dziewiątymi urodzinami. W sztywnych ramach postu przed wielkim świętem popijam whisky, dokonując sortowania myśli. Jaki był ten miniony rok? Chyba jak bigos – trochę tego, trochę tamtego, mieszamy, mieszamy w wielkim garze… kapusta – głowa pusta, cykliczne odgrzewanie, a na koniec i tak 2 kg więcej w biodrach.
Nie będzie to nic odkrywczego. Wielu moich znajomych zauważa pewną prawidłowość. Kiedy mamy naście lat, marzymy, by być starsze. Dorosłość w naszym mniemaniu gwarantuje nam nieograniczony dostęp do wszystkich sieci. Wyobrażamy sobie, że w końcu przestaną nas pytać o dowód zza lady do „nieba bram”. Nikt nie będzie wypominał zbyt przesadnego makijażu, punkowej fryzury, a kolejnego tatuażu babcia nie zasłoni ci sweterkiem.
I potem nadchodzi ten dzień. Stopniowo twój wygląd przestaje budzić wątpliwości pani z monopolowego, nikt ci się nie wtrąca, wszyscy od ciebie wymagają, a najbardziej twój przyjaciel – operator sieci komórkowej, upominający się o zapłatę faktury. Aż chciałoby się rzec za Villonem: „gdzież te niegdysiejsze śniegi”?
Zaczyna się myślenie strategiczne w tej wielkiej grze, gdzie w rolę Stanisławy Ryster wciela się bóg, fatum, szef – jak zwał, tak zwał. Ubywa niekontrolowanych wyprysków na twarzy, sercowych rozterek, klasówek z matematyki, przybywa godzin, wstawania na szóstą rano, wypitych drinków i wypalonych papierosów, obowiązków, kilogramów i zmarszczek (czyt. „zmartwień”). Dokoła ludzie, twoi znajomi, którzy spędzali beztroskę na winie w parku. Kolejno odlicz – słucham – postanawiają legalizować związki i zmieniają swoje zdjęcia profilowe na obrazki berbecia upaćkanego kaszką. Nagle przestają mieć czas. A ty i pozostałe niedobitki czasami pozwalają się wolno zdmuchiwać na wietrze.
My, ludzie z „Pokolenia Y”, bez piątych klepek, za to z klapką i IPodem, ludzie z globalnych wiosek, pożeracze dnia do cna, uzależnieni od wszystkiego,co możliwe, prócz wyboru tysiąca kolorów lakierów, dostępu do morza i prasy światowej, nie mamy wiele. Hołubimy albo realizmowi magicznemu, albo totalnemu realizmowi. Kochamy na 105% albo wcale. Biegniemy za karierą, jakby miała nam uciec. Nie uciekamy się za to do świętości, coraz mniej ich w wiadomościach, poza newsem o wyborze nowego papieża – co i szczególnie nas ani ziębi, ani parzy. Przecierają się pojęcia – te najprostsze, na rzecz kreowania rzeczywistości i ułudy. I pokażcie mi kogoś, kto nie ma „swojego psychiatry”. Nie posiadamy już byłych partnerów, tylko byłych współpracowników bez rozdzielności majątkowej i alimentów za stracony czas i złamaną wiarę. A nieumiejętność zawalczenia o związek tłumaczymy tym, że mleko do ogórka nie pasuje i nic na to nie poradzimy – wszak wynikiem tego ryzykownego połączenia może być tylko… i tylko jedno. Więc, po co psuć żołądek? Miłość otwarcie manifestujemy, rozstania po mistrzowsku, jak u Bergmana, zamiatamy pod dywan. I mieszamy, będąc ze sobą po drugich stronach ulic. Rozmawiając przez telefon, machamy żółtym ręcznikiem przez okno na wzór Mii Farrow i Woody`ego Allena. Dobrze opierać się na publicznym wzorcu.
Słucham współczesnej muzyki i zastanawiam się, czy my wszyscy jesteśmy skażeni genem nadwrażliwości? A może ja tylko tak mam. W tym miejscu pragnę podziękować Przyjaciołom za miłość. Kto by wytrzymał człeka kontemplującego niebo.
Do meritum. Jechałam autobusem do mieszkania siostry, której życie się udało i patrzę… Wsiadły TRZY sztuki młodych osób. Długie włosy, szczupłość, trzepot i takie tam, jakie się miało. Dwie dziewczyny i chłopak – niczego sobie, nastoletni, buntowniczy. I wiecie, co? Patrzyłam na te smukłe talie, długie włosy, nieświadomość w oczach i myślałam… „już to przerobiłam”. Czytelnicy (jeśli są jacyś) – największą miłość mam za sobą. Tę jedyną, wybaczalną,wszystko, każdy wygląd…swąd – nie ukrywajmy. Teraz pozostają mi wyrachowania. Będzie dobrze, nie martwcie się.
Karolina Natalia Bednarek
czwartek, 2 maja 2013
Bełkot miasta
I znowu to samo. Drzwi zamknięte zazwyczaj nie zapowiadają niczego aż tak strasznego. Trupy na podłodze filharmonii przypomniały Stefanowi jego niesławne lata osiemdziesiąte, o których starał się zapomnieć w letargu lat dziewięćdziesiątych. I teraz znowu twarz fiuta okryła się rozpromienionym rumieńcem hasania wśród kropelek krwi na partyjnym betonie. Pijąc „Żytnią”, zagryzając przeterminowany szczaw, gapił się na ślady zbrodni północnokoreańskich wyznawców myszki Kim Chi na swoim ultralekkim wyświetlaczu LCD.
Wtedy wpadł na pomysł tej głośnej konferencji prasowej, na którą zaprosi jakiegoś piosenkarza-narodowca, który w trakcie wielkiego wejścia na tablecie, będzie grał hymn Rosji w stylu reggae i palił papierosy bez akcyzy, mówiąc, że to nie są dopalacze, bo się spalają tylko do połowy.
Wtedy zadzwonił telefon. Nie miał ochoty rozmawiać ze swoim transseksualnym mężem z pierwszego związku partnerskiego, rzucił więc słuchawką w twarz sekretarza, przydzielonego mu przez tajne służby za czasów, kiedy jeszcze miał możliwość wzwodu na zebraniu i noszenia ponczo. Pewnie spóźnił się przed północą z urodzeniem ustawy i nie przysługuje mu dodatek podatkowy.
„Zatweetuję później” – pomyślał – i przeprosi, że wypadło mu coś ważnego: Kasia, Madzia albo dym z komina w kolorze czarno-białej tęczy. Wtedy nawet nagłe opodatkowanie kont bankowych ujdzie mu na sucho. Zresztą wszystko ostatnio uchodzi wszystkim na sucho jak pustynna bryza. Priorytety przeszły na plan dalszy, a zaszczytne miejsce komentatora spraw społeczno-politycznych zajął bezpański wibrator spuszczony ze złotego łańcucha.
Fajnie czasem pomarzyć o nierozklekotanych samochodach pędzących niedziurawymi drogami, mimo że daleko im do autostrad. Bardzo fajnie, zwłaszcza, gdy w radiu słychać ciepły głosik pani blond-redaktor, która, zapraszając do studia kolejnych ekspertów od moralności, będzie tłumaczyć kolejne wspaniałe posunięcia Ministerstwa Edukacji Narodowej wprowadzające zakaz noszenia do szkoły kanapek z koniną.
Przecież konina jest zdrowsza od wieprzowiny – pomyśli przy tym niejeden tirowiec znużony dietą przydrożnych jadłodajni. Ale co tam. Ważna jak zawsze jest data ważności – zarówno konserw, jak i liberalnych pomysłów tego pajaca z wąsami. Demokracji się zachciało, to marsz do koryta, parszywe gamonie. Gdyby tak brzmiały wszystkie rezolucje – tak jasno i dosłownie – można by się nawet pokusić o pójście na wybory w odświętnych stringach.
Wtedy nawet chodziłbym w sposób świecki ze święconką, pełną darów naszych pól i obór, nie obrażając napiętych do granic wytrzymałości uczuć religijnych ateistów. Oni przecież tak mocno wierzą, że powstali z przypadku, że to nie może być przypadek.
sobota, 27 kwietnia 2013
Ego-rcyzmy
Moja przyjaciółka powiedziała kiedyś: „Życie jest podłe”. Jej opowieść o nieszczęśliwej relacji z kimś, kogo nie może mieć, kogo i tak nie kocha żona pozwoliła mi się z nią zgodzić. Przytaknęłam, nie znajdując innego rozwiązania. Chwilę potem dodała: „Ale i wspaniałe! Dziś zastanawiasz się, co dalej, jak przetrwać, a jutro ktoś potrąca cię niechcący na ulicy i okazuje się, że to miłość twojego życia”. Przytaknęłam. Żadne to odkrycie, że codzienność bywa przewrotna. To, co wydaje się pewniakiem zamienia się w mrzonkę, a z beznadziei może wyciągnąć scena pisana jak z filmu.
Siedziałam na dworcu. Zaopatrzona w najnowszy magazyn mody na takie podróżnicze przejrzenie i Marlboro Light. Naprzeciwko mnie para Wielkich Brązowych Oczu. Znudzona spojrzałam na zegar, na pijanego staruszka, któremu pewien sokista uprzykrzał letarg w poczekalni. Pomyślałam, że brakuje mi wspólnych podróży, podczas których zawsze kogoś wybawiał z opresji – to matkę z dzieckiem, to niewidomą Matyldę – podróżniczkę z identyfikacyjnym pudełkiem na szyi. Westchnęłam – czas ruszyć do pociągu.
W przedziałach tłok. To dziwne w tym „nieświątecznym” czasie. Ruszyłam w poszukiwaniu wolnego miejsca. Tu nic, tu nic. Przypomniało mi się, jak jeździliśmy razem na próby do teatru. On tam grywał. Także była wtedy zima. Patrzyłam na niego z takim zachwytem – zawsze. Miał w sobie tyle odwagi, energii i chęci, by robić wszystko, wszystko i więcej. Raz nawet z powodu mrozów mieliśmy problem, by wrócić do domu. On rozwalił nogę na scenie, moje nogi marzły przy minus do nieskończoności. Poruszył niebo i ziemię, żeby nas ktoś stamtąd zabrał – łącznie z wierutnym kłamstwem, jakobym była w ciąży. Nadjechało jednak żelastwo, ale bez ogrzewania. Na stopy wsadził mi swoje rękawiczki, imitujące łapy Myszki Miki.
Jest wolne miejsce. Pytam Wielkie Brązowe Oczy, czy można. Przytakuje i wyrywa się do bagażu, co by go umieścić na półce. Ruszamy. Wkładam słuchawki do uszu, wyciągam gazetę. Śmieję się w duchu z kolorystyki naszych strojów. Widocznie ja tak jak i mój współpasażer lubimy wszystkie odcienie szarości. Co chwilę patrzę za okno. W przerwie pomagam sąsiadowi doprowadzić do użyteczności uparty pojemnik na śmieci. I tak, bez większych nadziei, mija podróż. Przyłapuję Wielkie Brązowe Oczy na gapieniu się, zaczynam się zastanawiać, czy wypisać im mandat także za wiercenie? Piętnaście minut przed moim przystankiem wyciągam z uszu słuchawki. Majstrujące od jakiegoś czasu przy aparacie telefonicznym ręce podają mi mały ekranik. A na nim czytam: „Nie pomyśl, że to głupie. Całą drogę nie daje mi to spokoju. Mogę Cię prosić o numer telefonu”? Chwilę potem gadamy, tydzień później jemy kolację. Po dwóch tygodniach ma dla mnie kupiony, miesiąc za wcześnie, prezent urodzinowy. Tak, życie bywa przewrotne – szczególnie, że się pewnie nigdy więcej nie zobaczymy, bo ktoś musi leczyć się z posłuszeństwa wobec Ego, które za drogę życiową obrało sobie „bycie żoną męża”.
Natomiast moja przyjaciółka rozpoczęła romans z totalnie zapracowanym facetem o wyglądzie Adonisa. Ona ciągle zajęta doktoratem, publikacjami, odczytami – nie ma za wiele czasu. On – prowadzi własny biznes (show) i ledwo sypia. O seksie tylko gadają. W nocy, nad ranem, że on by jej „to”, a ona mu „tamto”. I tak po pełnej sesji zasypiają w dwóch osobnych łóżkach, nie wiedząc nawet, gdzie te kanty łóżek się znajdują – w której z dzielnic Torunia.
Inna przyjaciółka – niezwykle zaradna pani na stanowisku. Sama wyznaczyła zasady. Oddała coś starego, szuka czegoś nowego. I tak, dzięki swojemu sprytowi, ma już obiekt zainteresowań. O seksie też tylko prawią, snują, deliberują, ale wszystko w wiadomościach nie przekraczających pojemności ekraniku w komórce.
I zaczynam się zastanawiać, co z tym światem, skoro nie mamy czasu nawet sobie „pobrykać”, bo każdy biegnie jak ten goniony przeszłością, a może i przyszłością bohater Samotności długodystansowca. Zostawiamy bliskie relacje, odrzucamy fajnych ludzi, bo projekt, bo nadgodziny, bo kasa, kasa, kasa. I kiedy przychodzi noc możemy się przytulić jedynie do koca. Czy to daje satysfakcję? O miłości śnimy, myślimy w wolnej chwili, podczas stania w korku. Bliskość relacji damsko-męskich zastępują nam „lajki” na Facebooku, smsy i maile, w których to rozwijamy swoje fantasmagorie, w konsekwencji czego tworzy się niezła beletrystyka. Czy my się boimy o swoją emeryturę? Istotnie, sytuacja w kraju nie jest pocieszająca. Ale może zacząć myśleć o budowaniu relacji aż do emerytury? Bo w końcu nic nam nie zostanie, nawet ktoś, kto będzie pił z nami „herbatę bez herbaty”. Chyba, że wykorzystamy obszerną listę kontaktów i zaczniemy obdzwaniać z pytaniami: „kto samotny?” i „czy z uwagi na dawną współpracę nie można by się zewspólnić?”. Dobrze, że mam chociaż czas na przyjaciół. Właśnie! Inna kochana znajoma – sama robi kremy do twarzy i stara się ze swoim narzeczonym o dziecko! Ergo? Można mieć czas. Życie bywa naprawdę przewrotne.
Tekst: Karolina Natalia Bednarek
Przestrzeń intymna
Kto z konieczności lub z zamiłowania podróżuje środkami transportu zbiorowego (nie bez kozery zwanymi „środkami zbiorowej komunikacji”), dobrze wie, jak pokaźny bagaż historii i doświadczeń, zdobytych zarówno metodą tzw. „gumowego ucha” jak i mieszczących się w kategorii kontaktu bezpośredniego, można zabrać ze sobą w domowe pielesze.
Wiadomo, że „czas wolnopłynący” trzeba czymś wypełnić. Spoiwa są różne. Ostatnio padło na Oskary (skądinąd znakomity środek łączący obce elementy). W wigilię nocy oskarowej wszyscy w przedziale typowaliśmy i obstawialiśmy, kto zasłużył, komu się należy, kto otrzyma i dlaczego. Dyskusja była zażarta, szybko zboczyła z wątku głównego, utrzymując się jednak w klimacie „frywolno-filmoznawczym”. Ktoś coś komuś polecił, ktoś się od czegoś odżegnywał. Z ust niepokornego młodzieńca padł zadziorny komentarz dotyczący produkcji Nieulotne Jacka Borcucha, który określił mianem „filmu o różnych rodzajach dyszenia”. Ile treści zawiera się w tej opinii? Nie wiem, bo filmu jeszcze nie widziałam, więc do wypowiedzi współpasażera ustosunkować się nie mogę, ale zachowałam ją w pamięci jako element sytuacyjnej anegdoty.
Po raz kolejny okazało się, że kino to temat uniwersalny i mimo wszystko bezpieczny. Bezpieczny, bo nieco oswojony, dający się ubrać w słowa, rozłożyć na czynniki pierwsze, przeanalizować, zinterpretować, zakomunikować, przeżyć indywidualnie i zbiorowo. Jest jeszcze kilka takich obszarów, po których chętnie podróżuję: literatura, sztuki wizualne, media, nauka. Ale jest też obszar, którego opisać nie potrafię i nie chcę, wobec którego powściągam analityczne skłonności, do którego semantyczne kategorie nijak nie przystają i to właśnie z tego powodu zapewne nie zagoszczę w roli recenzentki w dziale muzycznym.
Gdy pracowałam z młodzieżą licealną, drogą przez mękę były dla mnie zajęcia poświęcone fonii w kulturze. Bo jak opowiadać o czymś, co nie daje się łatwo ubrać w rzeczowniki, przymiotniki, przysłówki? Ograniczałam ten etap kształcenia do granic możliwości, oddając pałeczkę uczniom, którzy z kolei chętnie dzielili się swoimi doświadczeniami. Specjalnie mnie to nie dziwiło, gdyż na tym stadium budowania tożsamości muzyka stanowi istotny (o ile nie najistotniejszy) składnik samoidentyfikacji, ale wartość merytoryczna tych lekcji była znikoma i ograniczała się do refleksji z gatunku „co się komu podoba”, nie zahaczała nawet o odpowiedź na pytanie „dlaczego?”.
Przyznaję – to co trafia w głąb mojego ucha i potrafi skutecznie rozedrgać błonę bębenkową, buduje dość osobliwe terytorium. Jest to sfera doświadczeń równie osobistych jak te, które rozgrywają się za drzwiami sypialni i nie jest to jedyna „pościelowa” analogia. W jednym i w drugim przypadku, choć emocje pozostają indywidualne, to lepiej smakują przeżywane w umiejętnie wyselekcjonowanym towarzystwie. Takim, którego błona bębenkowa drga w podobnym rytmie i z tego względu nie wymaga dodatkowych komentarzy, przez co też skutecznie wymyka się natrętnej artykulacji.
Czasami jednak pojawia się pytanie: „a może warto by było spróbować w pojedynkę?”. Tak sobie myślę, gdy już zrezygnowałam z pójścia na występ Soap&Skin. Bo niby dlaczego do kina bez problemu mogę wybrać się sama, a na koncert już nie? Chociaż z drugiej strony zadowolę się płynącymi wprost do mojego ucha dźwiękami w formacie mp3… Jak to jest z tą muzyką?
W słowie wstępnym do wydanej niedawno biografii Zygmunta Kałużyńskiego (Pół życia w ciemności) Tomasz Raczek konstatuje zaczepnie – „Muzykę ochraniał najskrzętniej. Prawie nigdy o niej nie pisał, a przecież do życia potrzebował jej bezwzględnie. Słuchał godzinami, zamykając oczy (…). Muzyka w jego domu-pracowni brzmiała zawsze: głośno, gdy trzeba było słuchać forte, i cicho, gdy gubiła się w diminuendach. (…) Nie wiedzieli tego Państwo o Zygmuncie Kałużyńskim? Pewnie nie – bo on tego nie chciał”.
Doskonale to rozumiem. To była jego przestrzeń intymna.
Tekst: Iwona Stachowska
sobota, 30 marca 2013
Niedosko się nie czuję, nie wszystko kapuję...
Osoba X, którą dobrze znam, zgadza się na opisanie
swojej historii. Od dawna świat nie jest dla niej najweselszym miejscem, a sama
egzystencja jawi się jako przykry obowiązek. Życie, życie jest nowelą, nie
przyjazną – raczej wrogą. Jazda na sinusoidzie, odruch wymiotny, nieżyt,
nieżywot. A przecież nie zawsze tak było: coś się w trybikach przestawiło.
X postanawia zasięgnąć
porady specjalisty.
Dowiaduje się, że w jednej z pobliskich przychodni
przyjmuje „bardzo dobra pani psycholog, która niejednej osobie pomogła”.
Spróbujmy. Jako że X była ostatnimi czasy dość zestresowana i w dodatku mało
spała, wizyta pięknie, acz dość fałszywie realizuje kliszowy obrazek spotkania
z „lekarzem od duszy”. Pacjentka rzeczywiście czuje się źle, mówi cicho i bez
energii, unikając wzroku rozmówczyni opowiada dramatyczne koleje swojego losu.
Psycholożka zadaje niedorzeczne w ocenie X pytania, jednak ostatecznie stawia
straszliwą diagnozę – ciężka depresja.Bez farmakologii (a może i
hospitalizacji) się nie obejdzie. Tu pomóc może tylko psychiatra. X zna siebie
troch ę lepiej i elegancko wyraża powątpiewanie, jest jednak osobą otwartą,
toteż ostatecznie zgadza się zapisać na wizytę do tego, kto teoretycznie więcej
może (i może pomoże). Mózg to narząd jak każdy inny i jeśli rzeczywiście jest
chory, lekarstwo się przyda. Ciało nie jest doskonałe, a to, jak czuje się
„dusza”, bardziej zależy od jakości działania materialnej reszty, niż od wahań
natężenia energii kosmosu.
Psychiatra po wysłuchaniu opowieści X podtrzymuje
diagnozę Psycholożki, mimo iż tym razem pacjentka ma znacznie lepszy dzień i
nie roztacza wokół siebie zapachu stęchłej ziemi. Lekarka jest jednak osobą
rozważną i nie działa pochopnie (co podoba się X). Pewne symptomy depresji
widzi, innych nie. Tłumaczy trudności w odróżnianiu choroby (depresji) od
choroby (afektywnej dwubiegunowej) i „zwykłych zaburzeń osobowości”. Nigdy nic
nie wiadomo (tu X zaczyna powątpiewać w swoje istnienie, zresztą nie po raz
pierwszy). Sposób na wyjście z decyzyjnego impasu: propozycja ośmiotygodniowego
pobytu diagnostycznego w znanym szpitalu psychiatrycznym, którego nazwa
notorycznie powtarza się w lokalnych żartach. X może i miałaby na to ochotę,
zastanawia się jakie obserwacje mogłaby tam poczynić, a jakie poczyniono by na
niej. Poza tym dwumiesięczny urlop na koszt NFZ, z daleka od wszystkiego kusi.
Jednak psychiatryk to nie wakacje pod palmami – rozsądek
zwycięża. X uprzejmie dziękuje, chowając skierowanie do torebki. Obiecuje Pani
Doktor, że się zastanowi, a sobie samej, że już więcej do tej przychodni nie
wróci.
Odstraszenie od konkretnej placówki nie równa się
odstraszeniu od poszukiwania pomocy – X tym razem kieruje swe kroki ku
przybytkowi wyspecjalizowanemu – ośrodkowi psychoterapii i leczenia uzależnień.
Tam spotyka uśmiechniętą Psycholożkę 2, która odnosi się do opisanych problemów
w sposób zgoła odmienny – złe samopoczucie jest wynikiem trudnej sytuacji
życiowej. X traci energię psychiczną nie tam, gdzie należy i to właśnie trzeba
zmienić. Pacjentka oddycha z ulgą, podoba jej się ta teoria, usterka zdaje się
łatwa do naprawienia. Psycholożka 2 proponuje sesje u bardziej podobno
odpowiedniego Psychologa 3 w gabinecie obok. Naładowana pozytywnymi emocjami
płynącymi od terapeutki X oczywiście się zgadza.
Wkrótce okazuje się jednak, że Psycholog 3 dopiero
się uczy. Pacjentkę odrobinę deprymuje opowiadanie o swoich problemach osobie
młodszej o dobrych parę lat (sprawdziła w internecie). Kontynuuje jednak, miło
się rozmawia, chociaż to głównie X daje popis swoich oratorskich zdolności .
Psycholog 3 po kilku spotkaniach stwierdza jednak, że nie są one potrzebne –
pacjentce nic nie dolega, musi tylko zacząć konstruktywnie działać. Ale jak tu
działać kiedy napędu brak? – zastanawia się X. Potrzebuje innej, motywującej
perspektywy i przede wszystkim odpowiedzi na pytanie, dlaczego czuje się źle, i
to często bez wyraźnego powodu.
Podjęcie tematu powoduje ponowne odwołanie się do
archetypicznej postaci uczonego medyka, tym razem w osobie Psychiatry 2. Tego
akurat X zna, kiedyś już przepisał jej leki które ostatecznie zaszkodziły, więc
odstawiła. Spotkaniem po latach lekarz nie jest najwyraźniej wzruszony. Złapany
na pięć minut przed zakończeniem czasu przyjęć, praktycznie nie słucha tego, co
pacjentka stara się mu wyłożyć. Spieszy się do domu. „Skoro lekarstwo A nie
pasowało, może zadziała lekarstwo B” – mruczy pod nosem, pospiesznie wypisując
receptę. Urażona X z kamienną twarzą przyjmuje ten łaskawy dar. W domowym
zaciszu postanawia jednak nie kupować leku – internetowa ulotka straszy
skutkami ubocznymi nieprzyjemnymi i niebezpiecznymi daleko bardziej, niż jej
chwiejne nastroje.
X w dalszym ciągu uważa, że przydałaby jej się
pomoc psycho-specjalistów. Nie ma już jednak na to siły. Podiagnozuje się sama
oraz w towarzystwie najbliższych jej „duszy” osób. Depresja? Niekoniecznie.
ChAD? Możliwe. Skrzywienie osobowości? Z pewnością. Rozdwojenie jaźni? „Nie,
dziękuję”.
Beata Jurkiewicz
Subskrybuj:
Posty (Atom)








