niedziela, 9 czerwca 2013

A dokąd, a dokąd, a dokąd tak gna?


Czego tu nie ma? Trzy ekrany. Dwa preparowane pianina. Syrena strażacka. Ogromna kolejka elektryczna z trasą długą na całą szerokość sceny. Kamery wzdłuż torów i na samej kolejce. Kable. Fragmenty urządzeń sterowniczych pociągu. Stoły. Lampy sygnalizacyjne. Wentylatory. Dymy. Muzyka na żywo. Statyści. Aktorzy. Tekst Szalonej „lokomotywy” Witkacego. Czasem nawet reżyser, który wchodzi na scenę, żeby poprawić krzywo stojący element scenografii. Aż dziw bierze, że to wszystko działa i bez zgrzytów sunie z coraz większą prędkością do przodu. A czemu działa? Bo, jak w porządnej lokomotywie, wszystkie elementy teatralnej maszynerii działają w precyzyjnej synchronizacji. Nawet mało uważny widz dostrzega, że kwestie aktorów bardzo często dopasowują się do rytmu muzyki. Widz bardziej uważny zorientuje się, że ten rytm jest pochodną rytmu wyznaczanego przez pędzącą z różną prędkością kolejkę elektryczną, której przemknięcia rejestrują umieszczone przy torach czujniki. W „Szalonej lokomotywie” w reżyserii Michała Zadary, najnowszej premierze Teatru Polskiego w Bydgoszczy, pierwsze skrzypce gra mechaniczna zabawka. Reżyser nabudowuje nad nią kolejne piętra spektaklu, tak, że wszystkie stają się jej przedłużeniem. Stukanie (sygnał z bramki magnetycznej przetworzony na dźwięk) rodzi muzykę, muzyka rodzi mowę, mowa rodzi emocje i zderzenia ideologii. No właśnie – maszyneria teatralna.

Można by pomyśleć, że przedstawienie, któremu narzuci się taki mechaniczny rygor, może się w końcu okazać ciekawym eksperymentem, ale za to nudnym widowiskiem. Nic z tych rzeczy – absurdalna, witkacowska fabuła działa w takim otoczeniu całkiem dobrze. Całość rozgrywa się w lokomotywie porwanej przez dwóch kolejarzy – maszynistę Tengiera (świetny Mateusz Łasowski) i palacza Wojtaszka (równie świetny Maciej Pesta). Obaj kochają się w po trochu demonicznej, a po trochu zwyczajnie głupiej (ale dlatego tym bardziej fascynującej) pannie Julii (Karolina Adamczyk). Ta idiotyczna, mroczna i niespełniona miłość skłania ich do porwania i wykolejenia pociągu – czyli czegoś równie idiotycznego i mrocznego, ale przy tym nadającego wszystkiemu odpowiednio drastyczną i ostateczną konkluzję, na którą inaczej nie mogliby liczyć. Po pewnym czasie okazuje się, że wcale nie są maszynistą Tengierem i palaczem Wojtaszkiem, tylko dwoma poszukiwanymi przez policję geniuszami zbrodni, dla których wykolejenie pociągu pełnego pasażerów może okazać się jedynym spełnieniem, na jakie stać zbrodniarza w świecie, w którym nawet zbrodnia trochę się już wyczerpała.

Witkacy napisał „Szaloną lokomotywę” w latach 20-tych jako dramat o świecie, który jest tym bardziej znudzony, im szybciej pędzi przed siebie. Lokomotywa nie jest już fetyszem obrazującym szalony postęp techniki – ale podobnych fetyszy nie brakuje, a postęp oszalał jeszcze bardziej. Tak, jak bohaterowie „Lokomotywy”, często podświadomie tęsknimy za samozagładą ludzkości przez rozpuszczenie się w doskonałym świecie maszyny. Tengier w kończącej spektakl projekcji wideo pokazującej skutki katastrofy kolejowej umiera szczęśliwy – przebity regulatorem lokomotywy. My klaszczemy, wstajemy z miejsc, włączamy telefony komórkowe i rozchodzimy się do samochodów, taksówek, autobusów, tramwajów, pociągów wreszcie. Od błyskotliwej machinerii spektaklu Zadary, do innych błyskotliwych maszyn usprawniających działanie najbłyskotliwszej machiny ludzkości. „A dokąd, a dokąd, a dokąd tak gna?”

Paweł Schreiber

S.I.Witkiewicz, Szalona lokomotywa
reż. Michał Zadara
Teatr Polski Bydgoszcz
premiera 13 kwietnia 2013

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza