poniedziałek, 24 marca 2014
Podsumowanie filmowe roku 2013
Hubert Smolarek i Piotr Buratyński
Zachęcamy do zapoznania się z dwoma skrajnie subiektywnymi podsumowaniami filmowymi roku 2013. Dwóch toruńskich kinomanów o zupełnie odmiennych gustach, w skrótowej formie, wedle kilku wybranych kategorii, podsumowuje dla „Menażerii” to, co działo się w kinach w roku ubiegłym. Forma, na którą się zdecydowaliśmy, wydać się może czytelnikom dyskusyjna, tak samo jak kształt wypowiedzi wynikający z jej rygoru. Niemniej, zdecydowaliśmy się skrótowo opisać - mimo przeciwności - to wszystko, co nas w kinie urzekło lub po prostu zniesmaczyło. Luis Buñuel zachęcał kiedyś wszystkich, aby na chybił trafił, wedle tego, co podyktuje pióro, wskazać garść swoich upodobań i niechęci. Podążając za słowami mistrza, to właśnie czynimy. Zachęcamy do zapoznania się z oklaskiwanymi przez nas filmami. A jeśli chodzi o filmy, które zdecydowaliśmy się zanegować… tym bardziej zachęcamy do ich obejrzenia. A następnie do dyskusji.
Hubert Smolarek
Najlepsze filmy roku 2013:
Rok 2013 w kinie uważam za delikatnie lepszy niż 2012, aczkolwiek nadal z trudem przychodzi mi wyłapywanie dzieł, które okazały się naprawdę znakomite. Dlatego też przy swoich wyborach kierowałem się niekiedy sentymentem, a niekiedy własnym „widzimisie”.
„Shin-sae-gye” (reż. Hoon-jeong Park) – koreański thriller to zdecydowany numer jeden w moim zestawieniu. Doskonale skonstruowany scenariusz, ciężki klimat (jak to zwykle bywa u Azjatów), a wszystko to doprawione nostalgiczną muzyką znakomitego Yeong-Wook Jo (autora ścieżek dźwiękowych do m.in. trylogii zemsty). Shin-sae-gye to typowy przykład perfekcyjnie zrealizowanego kina gangsterskiego, które korzystając ze sprawdzonych schematów, wprowadza widza w mroczny świat podziemia. Na zakończenie warto odnotować, że obrazem debiutującego na stanowisku reżysera Hoon-jeong Parka zainteresowali się Amerykanie i już zakupili prawa do remake’u (plagiatu?). Sądząc po potencjale tej opowieści i mając w pamięci losy „Infiltracji”, możemy spodziewać się powtórki z historii.
„Wyścig” („Rush”; reż. Ron Howard) – w przypadku dzieła Rona Howarda trudno jest mi być obiektywnym. Filmu wyczekiwałem już od dawien dawna, jako fan Formuły 1, wnikliwie śledziłem wszelkie informacje na jego temat, niemniej obraz, który miał być tylko szybką rozrywką, okazał się dziełem pełną gębą. Starannie odwzorowany nastrój lat 70-tych, świetne aktorstwo (aby docenić kunszt realizatorski wystarczy obejrzeć autentyczne nagrania Jamesa Hunta i Nikiego Laudy) i przede wszystkim błyskotliwe dialogi wystarczyły, abym wyszedł z kina zachwycony. Bezpretensjonalna, inteligentna, efektowna (ale nie efekciarska) rozrywka na najwyższym poziomie. Zaiste świetny to film dla każdego widza w każdym wieku.
P.S. Po seansie naszła mnie refleksja, jaki to ogromny potencjał drzemie w sporcie i jak rzadko filmowcy sięgają po tak autentyczne i inspirujące historie – Hollywood jakimś dziwnym trafem pokochało tylko boks.
„Kraina Lodu” („Frozen”; reż. Chris Buck, Jennifer Lee) – i drugi wybór „sentymentalny”. Wychowany na filmach Disneya, jako dorosły już, skompletowałem sobie wszystkie kanoniczne, pełne metraże, nie dziwota zatem, że smutna opowieść, która jest parafrazą „Królowej Śniegu”, tak bardzo przypadła mi do gustu. Po fatalnych produkcjach z początku XXI wieku („Kurczak Mały”, „Rodzinka Robinsonów”) Disney odzyskuje formę i wraca do korzeni. Znów realizuje filmy w oparciu o wspaniałe baśnie, opakowując to wszystko urokliwą muzyką (powiewem świeżości okazali się „Zaplątani”). Nieprzypadkowo „Kraina Lodu” już dziś okazuje się drugim najbardziej dochodowym obrazem z owej wytwórni.
Największe rozczarowania 2013 roku:
“Szklana Pułapka 5” („A Good Day to Die Hard”; reż. John Moore) – litości. Klasyczna trylogia doczekała się coraz gorszych i gorszych kontynuacji. O ile czwarta część była jeszcze przyzwoita, o tyle „piątka” jest jakąś parodią kina w ogóle. Film bez fabuły, nakręcony w jakiejś dziwnej, zimnej, szaroburej i nieprzyjemnej dla widza kolorystyce, pozbawiony typowego dla serii humoru, bez charyzmatycznego terrorysty i ciętego dowcipu Johna McClane’a. Nie wskażę ani jednego elementu, który mógłby choć odrobinkę obronić ów obraz. Nawet początkowa sekwencja pościgu po ulicach Moskwy, która miała wciskać widza w fotel, okazała się klapą.
“The Last Days on Mars” (reż. Ruairi Robinson) – irlandzko-brytyjski film science-ficiton? Brzmi intrygująco, prawda? Pamiętając m.in. „Moon” i kilka innych kameralnych filmów tego nurtu, które ładnie nawiązują do klasycznych opowieści fantastycznych w stylu Lema, Wellsa bądź Dicka, spodziewałem się wciągającej i przejmującej historii. Otrzymałem pozbawiony klimatu „horrorek” i głupawą bieganinę za czymś co przypomina zombie.
„Gangster Squad: Pogromcy mafii” („Gangster Squad”; reż. Roben Fleischer) – kolejny film dla nikogo, bo trudno określić mi, kto tak naprawdę miał być odbiorcą tego dzieła. Tematyka i gwiazdorska obsada (takie stężenie znanych nazwisk to naprawdę rzadkość) mogły sugerować nawet kolejnego „Ojca Chrzestnego”. Niestety, pierwsze zapowiedzi pokazały wybuchową papkę połączoną z zupełnie niepasującą do epoki, hip-hopową muzyką. Już wtedy plany realizatorów wydały się podejrzane, choć miałem nadzieję, że zwyczajnie chcieli nakręcić zwyczajny, efektowny zwiastun. Ostatecznie dostaliśmy film, który nawet jako lekka rozrywka, nie sprawdza się zbyt dobrze – ni to wciągający sensacyjniak, ni to przejmujący dramat. Wielkie nic.
Zaskoczenia na plus:
“Wielki Gatsby” („The Great Gatsby”; reż. Baz Luhrmann) – pierwszy z dwóch wytypowanych przeze mnie w tej kategorii obrazów. Najnowsza ekranizacja prozy Fitzgeralda zaskoczyła urokliwą, cukierkową wręcz scenografią i ciekawą stylizacją muzyczną. Sam film nie jest wyjątkowy, ale doskonale się sprawdza w niedzielne wieczory, kiedy leżąc pod kocykiem, czujemy czasem potrzebę obejrzenia czegoś zwyczajnie ładnego i wciągającego.
„Sztanga i Cash” („Pain & Gain”; reż. Michael Bay) – a to swoiste odkrycie roku. Nigdy w życiu nie przypuszczałbym, że słynący z efekciarskich wydmuszek Michael Bay nakręci tak odważny i różnorako stylistycznie obraz. Film, który zapowiadał się jako zwyczajna komedia, okazał się bardzo zaskakującym i na swój sposób przygnębiającym dziełem, w wielu momentach epatującym brutalnym, czarnym humorem. Brawa dla aktorów za dystans do samych siebie!
Zaskoczenie na minus:
„Kapitan Phillips” („Captain Phillips”; reż. Paul Greengrass) – mam szczerze dość stylu Paul Greengrassa. Rozumiem, że reżyser lubi korzystać z ręcznych kamer, stara się być maksymalnie naturalistyczny i oddać wrażenie „bycia w centrum wydarzeń”, ale doprawdy co za dużo, to nie zdrowo. Coś, co sprawdziło się raz, drugi (m.in. w „Locie 93” czy „Krwawej niedzieli”) i stało się znakiem rozpoznawczym jego twórczości, tutaj zaczyna męczyć, a od trzęsącego się obrazu, obecnego nawet w scenach zwyczajnie niepotrzebnych (ot choćby spokojny obchód po pokładzie statku), widzowi kręci się w głowie. Inne kwestie realizatorskie i scenariuszowe również okazały się co najwyżej przeciętne (razi przede wszystkim wydźwięk polityczny dzieła).
„Baczyński” (reż. Kordian Piwowarski) – zapowiadany jako hołd dla poezji w ogóle, różnoraki stylistycznie obraz okazał się nadymanym od snobizmu filmem, który puentowany w żenujący sposób przez artystów-samozwańców (uczestników slamu poetyckiego), wydaje się raczej krytyką tego odłamu sztuki. Połączenie paradokumentu, współczesnych zdjęć ze wspomnianego już slamu, rekonstrukcja wydarzeń z zadatkami na solidny film fabularny nie przynosły oczekiwanego efektu. Oglądając „Baczyńskiego” wcale a wcale nie poczułem jego poezji, nie nabrałem szacunku do jego postaci, a jego gamoniowata postawa (o czym mówią wprost autentyczni bohaterowie tamtych czasów) zarysowuje raczej nieprzychylny portret uznanego skądinąd artysty.
„Tajemnica Westerplatte” (reż. Paweł Chochlew) – i znów zmarnowany potencjał. Film, który wzbudzał kontrowersje zanim ruszyła w ogóle machina produkcyjna, okazał się typowo polską chałą z zadatkami na coś lepszego (chociaż tyle awansuje go o poziom wyżej od upadku ostatecznego, jakim jest „Bitwa Warszawska” czy „Bitwa pod Wiedniem”). Stracono szanse na obudzenie dyskusji społecznej, może nawet zdemitologizowanie postaci niektórych bohaterów. Kuleje także strona formalna, która razi sztucznością i kiczem. Całe szczęście, obraz Pawła Chochlewa przeszedł bez większego echa.
Piotr Buratyński
Najlepsze filmy roku 2013:
„Życie Adeli – rozdział 1 i 2” („La vie d'Adèle”; reż. Abdellatif Kechiche) – Kechiche rozgromił zeszłoroczną konkurencję festiwalu w Cannes swoim nowym filmem. Podzielił zatem los wszystkich jego poprzednich filmów, które począwszy już od debiutu, zdobywały najważniejsze nagrody filmowe. Choć nie zwykło się już mówić o nowych filmowych arcydziełach, ten film niewątpliwie nim jest. Autor wyprowadza na nowy poziom realizmu nie formę filmu o homoseksualizmie, ale właśnie formę melodramatu w ogóle, który jest obecnie najbardziej postępowym czy wręcz awangardowym gatunkiem filmowym. To ten film, a nie „Czarna Wenus” stawia w końcu Kechicha wśród najważniejszych twórców współczesnych w typie Hanekego.
„Upstream Color” (reż. Shane Carruth) – Drugi film najoryginalniejszego chyba współczesnego reżysera z USA. Choć na kolejne swoje totalne dzieło (Carruth zajmuje się jednocześnie reżyserią, zdjęciami, produkcją, montażem, jest autorem scenariusza oraz aktorem) od czasów niezwykłego „Wynalazku” kazał czekać 9 lat, to widzowie otrzymują coś, czego nie można było w kinie zobaczyć od czasu niektórych filmów P. P. Pasoliniego czy Godarda. Tajemniczy film quasi sci-fi, w przypadku którego próba streszczenia i konceptualizacji naraża go/nas na śmieszność. Podążę więc drogą Antonioniego, który twierdził, iż dobry film to taki, którego nie da się opowiedzieć. „Upstream Color” hipnotyzuje.
„Jimmy P.” (reż. Arnaud Desplechin) – Najważniejszy przedstawiciel współczesnego kina francuskiego powraca z nowym filmem produkcji głównie amerykańskiej, w gwiazdorskiej obsadzie – Benicio Del Toro i Mathieu Amalric. Nie jest on utrzymany w rozpoznawalnym dlań stylu rozbuchanego dramatu obyczajowego, lecz stanowi oparty na faktach zapis relacji samozwańczego psychoterapeuty antropologa i cierpiącego na PTSD indiańskiego weterana drugiej wojny światowej. Paradoksalnie, to jednak film nie o dwóch mężczyznach, a o kobietach. ”Jimmy P.” jest wręcz feministyczny i nawiązuje do Desplechina „Ester Kahn” z 2000 roku. Na podziw zasługuje rzetelne potraktowanie narzędzi i stanu ówczesnych badań antropologicznych i psychologicznych. Wszelkie skojarzenia do „Mistrza” Andersona niewskazane.
Największe rozczarowania 2013 roku:
„W imię…” (reż. Małgorzata Szumowska) – Szeroko dyskutowany i komentowany przez najróżniejsze opcje ideologiczne film Małgorzaty Szumowskiej utwierdza mnie w przekonaniu, iż jej twórczość, wbrew obiegowej opinii, nie jest czymś w polskiej kinematografii wyjątkowo szczególnym. Wiedziony reklamą i dyskusją spodziewałem się rodzimego „Dziennika wiejskiego proboszcza”, a w zamian otrzymałem populistyczny, a jednocześnie zamknięty na inteligencję widza kicz.
„W ukryciu” (reż. Jan Kidawa-Błoński) – Trudno mówić o rozczarowaniu w przypadku twórców tak złych (pod względem estetycznym i etycznym) filmów jak „Różyczka” czy „Skazany na bluesa”, gdyż nie spodziewałem się niczego szczególnego po nowym filmie Kidawy-Błońskiego i scenarzysty Karpińskiego. Niemniej film jest na tyle zły, że warto o nim wspomnieć. „W ukryciu” to nagromadzenie absurdów i kiczów scenariuszowych w płaszczu przedziwnej reżyserii, któremu nie pomoże nawet fachowa campowo-postmodernistyczna interpretacja. Porażająca - bo polska - odwrotność tego, co zrobił Kechiche w „Życiu Adeli”.
Zaskoczenie na plus:
„Chce się żyć” (reż. Maciej Pieprzyca) – Biorąc pod uwagę, że ostatni film, który wzruszył mnie w podobny, co dzieło Macieja Pieprzycy, sposób to pochodzący z 1952 roku obraz Vittorio De Sici „Umberto D.”, można uznać „Chce się żyć” za swego rodzaju sukces (przede wszystkim mój osobisty). Tak mądry sentymentalizm jest w polskim kinie piękną nowością. Tym bardziej, że poparty jest doskonałą, profesjonalną filmową robotą w każdym calu.
„Grawitacja” („Gravity”; reż. Alfonso Cuarón) – Gdybym próbował opowiedzieć komuś, czym jest „Grawitacja”, to mówiąc, że przez godzinę i trzydzieści minut Sandra Bullock i George Clooney dryfują w kosmosie, sypiąc, jak z rękawa, przeciętnymi dowcipami, sam czułbym się z tym niekomfortowo. Oraz zraniłbym ten film. Nie dziwię się, że na zeszłorocznym festiwalu w Wenecji „Grawitacja”, wyświetlana poza konkursem, okrzyknięta została mimo to największym sukcesem włoskiej imprezy. Mimo patosu i miałkości filozofii w nim zawartej, jest to dzieło niezwykle filmowe, w którym – że tak ujmę – siła ciężkości została postawiona na dzianie się, ruch i atrakcyjny suspens. Hitchcock byłby dumny. Kosmiczne źródło przyjemności, kino, które znowu bawi nas za pośrednictwem oczu, a nie mózgu.
„Don Jon” (reż. Joseph Gordon-Levitt) – To, co absolutnie urzekło mnie w tej mainstreamowej komedii rodem ze Stanów, to doskonale wywarzona reżyseria, nie szarżująca w rejony Levittowi niedostępne, a jednocześnie zaskakująco przyjemnie bawiąca się konwencją. Scenariusz i decyzje obsadowe zwodzą widza, serwując dozę przyjemnej rozrywki, która pozostaje po prostu rozrywką.
Zaskoczenie na minus:
„Tylko Bóg wybacza” („Only God Forgives”; reż. Nicolas Winding Refn) – Zdecydowanie największe rozczarowanie ubiegłego roku. Już przy okazji „Valhalla Rising” Refn skręcał ku postmodernistycznej pustce w pejoratywnym tego słowa znaczeniu, „Drive” potwierdzał te lęki, choć stanowił ciekawą zabawę z formą melodramatu w stylu Jacquesa Audiarda, natomiast „Tylko Bóg wybacza” stanowi przedziwny, kolorystycznie nieznośny hołd dla „Santa Sangre” Jodorowskiego. Refn nie powróci już do naturalizmu pierwszych dzieł, lecz decydując się na komponowanie filmów jak muzyki popularnej, szkodzi swoim scenariuszom. Lub to one szkodzą formie.
Złe gliny (Wrong Cops; reż. Quentin Dupieux) – Z ciężkim sercem włączam nowy, pełnometrażowy film Mr. Oizo do kategorii rozczarowań. Od czasu prezentacji krótkometrażowej zapowiedzi pod tytułem „Wrong Cops: Charter I” na festiwalu w Cannes z doskonałymi rolami Marka Burnhama i Marilyna Mansona oczekiwałem na rozwinięcie tych pomysłów w dłuższym metrażu. Niestety, w porównaniu z formą krótszą, długi metraż rozczarowuje... niemniej jest to film rewelacyjny, zabawny i oryginalny na tyle, by zachwycał mnie mimo rozczarowania, jakie mi sprawił! Twórca „Wrong” i „Morderczej opony”, dla jednych niestrawny, dla mnie będący jedną z najciekawszych osobistości filmu niezależnego, ma u mnie zawsze olbrzymią taryfę ulgową.
środa, 12 marca 2014
Czołem
Z uzasadnienia orzeczenia Sądu Okręgowego: oskarżony Wasyl Stus
„Nie zawiadamiać żony”
Jak wynika z akt podstawowe obowiązki
zachowania niegodne nie zaznawszy miejsca
co świadczy i należy wskazać zarazem
dlaczego porzucił pomimo rozpoczęcia?
W kopalni złota po raz kolejny
zważywszy ustawiczne jak choćby stan zdrowia
leżenie na pryczy stanowczo wykluczające
jako pozbawione podstaw podległe przepisowi.
Co prawda w pełni zasługuje albowiem
cynicznie niczym nieuzasadnione i niezdrowe
czym dezorganizując czysto subiektywne głodówki
mając powyższe mimo wypełniania normy.
W takim wypadku wykluczające uwzględnienie
co potwierdza niezależna i w pełni obiektywna
jednak mógłby rozważyć aczkolwiek niebezpiecznie
wyprostowany nijak mające odniesienie jak w sentencji.
Wtrącony do karceru bez ciepłych szmat i bielizny
należy bowiem wykazać czego nie uczynił zasadnie
zatem lat karceru i zesłania w kwaterze pod ósemką
„bo nic nie zmieni dyspozycji Prawa bo i nie może”.
Pozostaje tylko wyrazić zdziwienie
w jaki sposób do podręczników szkolnych
i w czym lepszy: „Nie zmyjecie całą waszą czarną krwią,
sprawiedliwej krwi poety!”. Państwo Sędziowie.
Ural. Obóz Kuczino 28.08.1985.
Z biuletynu wewnętrznego: Kazimierz Malewicz
malować uczył już w Kijowie
jednak w Moskwie o własnej formule
w tym samym czasie dostrzegł już nowe
problematykę ruchu i kubizm
pomysł pierwszego obrazu
zaczął przenosić coraz bliżej ciszy
odkrył zbędność
ostatnią z przeszkód do pokonania
spieszył – od tego momentu
nareszcie własny etap
obrawszy tę drogę porzucił dzieciństwo
a 5 czerwca 1927 – Zachód
Dariusz Jacek Bednarczyk - ur. w Jeleniej Górze. Absolwent Wydz. Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego. Mgr administracji. Dotychczasowe publikacje: „Migotania”, „Kultura Connect Magazine” (Australia), „Inter-„, „Znaj”, „Menażeria”, „Poezja dzisiaj”, „Protokół Kulturalny”, „Galeria” (Częstochowski Magazyn Literacki), „Dworzec Wschodni”, „Jutrzenka” (Pismo Polaków w Mołdawii), „Akant”, „Nestor”, „Kozirynek”. Tłumaczony na angielski.
„Nie zawiadamiać żony”
Jak wynika z akt podstawowe obowiązki
zachowania niegodne nie zaznawszy miejsca
co świadczy i należy wskazać zarazem
dlaczego porzucił pomimo rozpoczęcia?
W kopalni złota po raz kolejny
zważywszy ustawiczne jak choćby stan zdrowia
leżenie na pryczy stanowczo wykluczające
jako pozbawione podstaw podległe przepisowi.
Co prawda w pełni zasługuje albowiem
cynicznie niczym nieuzasadnione i niezdrowe
czym dezorganizując czysto subiektywne głodówki
mając powyższe mimo wypełniania normy.
W takim wypadku wykluczające uwzględnienie
co potwierdza niezależna i w pełni obiektywna
jednak mógłby rozważyć aczkolwiek niebezpiecznie
wyprostowany nijak mające odniesienie jak w sentencji.
Wtrącony do karceru bez ciepłych szmat i bielizny
należy bowiem wykazać czego nie uczynił zasadnie
zatem lat karceru i zesłania w kwaterze pod ósemką
„bo nic nie zmieni dyspozycji Prawa bo i nie może”.
Pozostaje tylko wyrazić zdziwienie
w jaki sposób do podręczników szkolnych
i w czym lepszy: „Nie zmyjecie całą waszą czarną krwią,
sprawiedliwej krwi poety!”. Państwo Sędziowie.
Ural. Obóz Kuczino 28.08.1985.
Z biuletynu wewnętrznego: Kazimierz Malewicz
malować uczył już w Kijowie
jednak w Moskwie o własnej formule
w tym samym czasie dostrzegł już nowe
problematykę ruchu i kubizm
pomysł pierwszego obrazu
zaczął przenosić coraz bliżej ciszy
odkrył zbędność
ostatnią z przeszkód do pokonania
spieszył – od tego momentu
nareszcie własny etap
obrawszy tę drogę porzucił dzieciństwo
a 5 czerwca 1927 – Zachód
Dariusz Jacek Bednarczyk - ur. w Jeleniej Górze. Absolwent Wydz. Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego. Mgr administracji. Dotychczasowe publikacje: „Migotania”, „Kultura Connect Magazine” (Australia), „Inter-„, „Znaj”, „Menażeria”, „Poezja dzisiaj”, „Protokół Kulturalny”, „Galeria” (Częstochowski Magazyn Literacki), „Dworzec Wschodni”, „Jutrzenka” (Pismo Polaków w Mołdawii), „Akant”, „Nestor”, „Kozirynek”. Tłumaczony na angielski.
piątek, 7 marca 2014
KLAMRA po raz 22
12 bardzo zróżnicowanych przedstawień, po raz pierwszy zabrzmi w teatrze słowo Leszka Mądzika, Ewa Wójciak przybędzie w pojedynkę, a Teatr Wierszalin pokaże swą ludowość i metafizykę w zupełnie nowym wydaniu – w dniach 8-15 marca w „Od Nowie” odbędą się XXII Alternatywne Spotkania Teatralne KLAMRA.
Spektaklem „Lustro” otworzy je Scena Plastyczna KUL Leszka Mądzika. Tekst jest inspirowany prozą Brunona Schulza, a przede wszystkim jego opowiadaniem „Samotność”. Muzykę do dwudziestego spektaklu Sceny Plastycznej KUL napisał Piotr Klimek, w nim też po raz pierwszy padnie słowo – fragmenty prozy z offu recytuje Jerzy Radziwiłowicz. Leszek Mądzik będzie także gościem specjalnym KLAMRY. Nazajutrz 9 marca, ubiegłoroczni laureaci – wrocławski Teatr Formy, zaprezentuje pantomimę, której scenariusz oparto również na opowiadaniach Schulza. Tym razem na warsztat wzięto tekst "Ulica krokodyli". Tego dnia zobaczymy na scenie także Arkadiusza Jakubika, który wyjątkowo nie wystąpi ze swoim zespołem Dr. Misio, lecz zaśpiewa w wyreżyserowanym przez siebie spektaklu „Paląc Blanty z UFO” z towarzyszeniem Tymona Tymańskiego i grupy JAZZ OUT.
10 marca na scenach „Od Nowy” wystąpią również dwa zespoły: Sopocki Teatr Tańca w spektaklu „Puste ciało Okazja do malutkiej rozpaczy”, którego bohaterami będą Franz Kafka i Henri Toulouse Lautrec, a po nich Toruńska Grupa Improwizacyjna TERAZ w długiej formie improwizowanej „Pan Pstrong”. Pełni energii członkowie TGI "TERAZ" po raz pierwszy stawią czoła wymagającej publiczności KLAMRY! Nikt dokładnie nie wie, dokąd ją zabiorą, opowiadając 2 zupełnie inne historie zainspirowane słowem, które padnie właśnie od widzów. „Menażeria” mocno trzyma za nich kciuki, także z racji, że z TGI „TERAZ” na scenie pojawi się nasza redakcyjna koleżanka i fotoreporterka Małgorzata Drążek.
11 marca na smaczną „Ucztę”, która może pozostawić po sobie zgagę – i to moralną (!) zapraszają laureaci nagrody publiczności z 2011 roku – Teatr USTA USTA Republika. "Uczta" obśmiewa nieustanną konsumpcję, czyniące z człowieka podlegający ocenie przedmiot castingi i talent shows, znaną doskonale z reklam produktów spożywczych erotyzację języka i handel organami. W oparach absurdu pośmiejemy się szczerze i głośno, ale w końcu śmiech ugrzęźnie nam w ściśniętym gardle… Świetna zabawa czeka także na widzów w dniu kolejnym z PORYWACZAMI CIAŁ w „Partyturach rzeczywistości”, w reżyserii oraz wykonaniu, jak zawsze genialnych, Katarzyny Pawłowskiej i Macieja Adamczyka. Artyści specjalizują się w pokazywaniu współczesności w konwencji groteski. Wychodzą z tego potwory kulturowej papki, będziemy się z nich śmiać, nie pojmując niczego… Czy to znaczy, że ciągle jesteśmy neandertalczykami? Do rzeczywistości wrócimy jednak już tego samego wieczora, oglądając performance sceniczny „Strefa zagrożenia” Krzysztofa Dziemaszkiewicza i Anny Steller. Spektakl powstał z inspiracji sztuką "Zbombardowani" Sary Kane.
13 marca na scenie „Od Nowy” ze spektaklem „Muzg” wystąpi Teatr CHOREA. Przedstawienie dotyczy nowej wyroczni, nadziei i największego fetyszu XXI wieku, jakim staje się mózg. Aktorzy nie będą mówić o umyśle, o duszy, świadomości czy JA – spektakl jest po prostu próbą zapytania o to, co ludzkie w tym wszystkim. W przedostatnim dniu XXII KLAMRY zobaczymy dwa spektakle: Teatr KANA i KREPSKO theatre group pokażą „Hotel Misery de Luxe” a Teatr ME/ST – „Lady Wa-Wa”. Propozycja szczecińskiego Teatru KANA (dwukrotni laureaci nagrody publiczności w 2008 i 2010 roku) i czesko-fińskiej KREPSKO theatre group to narkotyczny mix kolorytu i czeskiego dowcipu. W pokojach do wynajęcia dziać się będą rzeczy zadziwiające i nierealne: kobieta o trzech dolnych kończynach, mężczyzna siedzący na krześle do góry nogami i fascynująca rola Bibianny Chimiak – wszystko to stworzy u widowni zapewne niezwykłe napięcie i atmosferę opiumowych wizji. Z kolei „Lady Wa-Wa” to monodram Magdaleny Engelmajer, w którym aktorka słowem, dźwiękiem oraz sytuacją porusza różne tematy dotyczące kobiecej strony świata.
W finale wystąpią stali bywalcy KLAMRY i pierwsi laureaci nagrody publiczności z 2007 roku – Teatr Wierszalin. W spektaklu nietypowym: „Boskiej komedii” wg Dantego, którą wyreżyserował… Słowak – Jakub Nvota. Nie będzie tak gęsto, jak u Tomaszuka, będzie za to żartobliwie i ironicznie, język Dantego poplącze się z papką medialną, a okultyzm z reality show. Na scenie m.in. jak zwykle znakomici: Katarzyna Sergiej, Rafał Gąsowski i Dariusz Matys – już nie możemy się doczekać! Na zakończenie KLAMRY, po ogłoszeniu werdyktu publiczności, jak przed rokiem, organizatorzy zaplanowali koncert na nowej scenie: 15 marca wystąpi tu duet Paula i Karol, jeden z najbardziej interesujących nowych polskich zespołów alternatywnych.
(AS)
XXII Alternatywne Spotkania Teatralne KLAMRA
8-15 marca 2014
Akademickie Centrum Kultury i Sztuki "Od Nowa"
środa, 12 lutego 2014
PIEŚŃ O RYCERZU AYMARZE
W roku pańskim 1085 królestwo Francji trapią głód i susze. Ziemia jest własnością króla, Kościoła i rycerstwa. Możni feudałowie są jedynymi panami swych poddanych. Panuje chaos i bezprawie. Drogami średniowiecznej Europy, pełnymi okrucieństwa i przemocy, podąża Aymar de Bois-Maury, rycerz, któremu pozostał tylko honor…
Tak wygląda tło serii komiksów „Wieże Bois-Maury” autorstwa Hermanna Huppena. Francuski rysownik i scenarzysta zaczął pracę nad pierwszymi tomami w latach osiemdziesiątych XX wieku, jednak polski czytelnik może zapoznać się z twórczością Huppena dopiero teraz. Wydawnictwo Komiksowe wypuściło bowiem na rynek polski pierwsze trzy tomy serii o przygodach Aymara. Każdy z nich jest poświęcony innemu bohaterowi, chociaż łączy je postać błędnego rycerza, niegdyś właściciela zamku Bois-Maury. Seria liczy sobie dziesięć tomów, a całość ma się ukazać już w przyszłym roku. Przedsięwzięcie na wielką skalę, jednak sądząc po pierwszych tomach, Huppen i na polskim rynku stanie się prędko autorem kultowym.
Hermann stworzył dzieło monumentalne, istny fresk historyczny i panoramę wczesnego średniowiecza ujętą w ramy komiksu. Akcja pierwszego tomu rozpoczyna się około roku 1085, zaś kończy się w okresie pierwszej krucjaty. Głównym bohaterem serii uczynił postać tajemniczą i niejednoznaczną, rycerza bez majątku, Aymara de Bois-Maury. Rycerz ten podróżuje po kraju wraz z giermkiem Olivierem, trudniąc się częstym w owych czasach fachem najemnika. Nie jest jednak typowym osiłkiem czy płatnym zabójcą. Aymar to postać niezwykła, człowiek wykształcony i wrażliwy, przestrzegający swoistego kodeksu rycerskiego. Utracił majątek, rodowy zamek w Bois-Maury i chce zebrać dość złota, by opłacić armię zdolną pomóc mu odzyskać zagrabione ziemie. Cenne umiejętności walki wykorzystuje w służbie feudalnych panów, jak i banitów. Za sprawą pomysłowości autora, spotyka na swej drodze wielu pozytywnych i negatywnych postaci. Jest tu Germain, kamieniarz skazany za zbrodnię, której nie popełnił. Heloiza de Montgri, młoda szlachcianka, która poszukuje zaginionego narzeczonego i zemsty, trupa wędrownych komediantów-złodziei, ocalony z masakry rodziny dziedzic zamku, pewien starzec oraz tajemniczy pasterz…
Postać pana de Bois-Maury jest z rozmysłem odsuwana na dalszy plan, przychodzi mu być czasem zaledwie statystą dla historii innych bohaterów tej opowieści. Wątki postaci przeplatają się ze sobą niezwykle finezyjnie. Widać tu precyzję w łączeniu poszczególnych epizodów, ale wątek przewodni każdego tomu w odpowiednim momencie powraca do znanego nam Aymara. Hermann wydaje się doskonale panować nad wieloma nićmi tego gobelinu, jakim jest seria poświęcona Bois-Maury. W odpowiednim momencie powraca do głównego wątku, ale czytelnik bez trudu śledzi wydarzenia i nie sposób jest się tu zgubić. Z każdą odsłoną kolejnego tomu bohaterowie są coraz ciekawsi, coraz częściej też zadajemy sobie pytanie, jak cienka jest granica między dobrem i złem? Czy jesteśmy skazani na wypełnianie swego przeznaczenia, czy – przeciwnie – sami możemy pokierować naszym losem.
Aymar i jego przygody są tylko pretekstem do ukazania panoramy średniowiecznej Francji wraz z całą jej skomplikowaną strukturą społeczną, podziałem na klasy, rolą Kościoła, króla i możnowładców. Jest to fresk, trzeba przyznać, dość niepochlebny. Natykamy się tu na głodnych i wykorzystywanych chłopów, okrutnych rycerzy sprawujących władzę nad życiem i śmiercią swych poddanych, Kościół walczący z heretykami za pomocą stosu, biedę, głód i bezprawie. Hermann doskonale oddaje niuanse zagmatwanej średniowiecznej historii. Warto przyjrzeć się epizodom, by dostrzec, że nic nie jest dla autora jednoznaczne. Chłopi wprawdzie biedni i uciskani, ale jednocześnie ciemni i okrutni. Rycerze bez lśniących zbroi, zajęci bardziej własnym stołem lub co nadobniejszymi wieśniaczkami, ewentualnie grabiący ziemię słabszego sąsiada. Alianse małżeńskie i polityczne stworzone dla zdobycia władzy i wpływów. Rycerze-rabusie, najemnicy i brak jakiejkolwiek władzy królewskiej. Całe połacie średniowiecznej Francji i nie tylko były minikrólestwami w rękach możnych. To najlepszy opis realiów, w których przyszło żyć bohaterom Hermanna. Radzą sobie z brutalną rzeczywistością na swój własny sposób. Jedni lepiej, inni gorzej, ale wszyscy usiłują po prostu przeżyć. W walce o życie przestają liczyć się ideały czy honor, a celem staje się po prostu zemsta. Pomysłowość w tworzeniu barwnych, krwistych postaci pozwala nam polubić Germaina, Heloizę, Aldę czy wzruszyć się historią Babette. Paradoksalnie, okazuje się, że pośród okrucieństwa i bezprawia jedynym pozytywnym bohaterem stara się być Aymar de Bois-Maury, choć trudni się niezbyt uczciwym fachem najemnika.
Cykl o Bois-Maury jest rodzajem średniowiecznego skrzyżowania „Don Kichota” z „Pieśnią o Rolandzie” i ,,Filarami Ziemi” Kena Folleta. Przygody rycerza przypominają pieśni trubadurów o rycerskich czynach oraz poszukiwaniu Świętego Gralla i należy w nich upatrywać inspiracji dla nieco pokrętnej wersji minnesingera Hermanna Huppena. Trzeba dodać, że na pomysł całej serii miało wpływ zainteresowanie Hermanna architekturą średniowiecza. W komiksie odtworzył on wiernie miejsca z dzieciństwa – rodzinną Walonię. Te zainteresowania przekładają się na jakość i styl rysunków, zwłaszcza tam, gdzie widać architekturę. Niezwykle wiernie i szczegółowo, z ogromnym rozmachem, wprowadza nas autor na średniowieczny plac budowy katedry czy do komnat warownego zamku. Walory architektury i poszczególnych plansz podkreśla kolorystyka Fraymonda. Stonowana i utrzymana w pastelowych różach oraz błękitach doskonale oddaje porę dnia, niuanse pogody, świt lub wieczór. Także fizjonomie bohaterów, również Aymara, są zaskakująco zwyczajne, nasz błędny rycerz nie przypomina herosów. Postaci zaludniające świat Hermanna są jak najbardziej oryginalne w swej powierzchowności, bardzo ekspresyjne i naturalistyczne. Brzydkie, chore, czasem piękne, ale celem rysownika nie było tworzenie superbohaterów. Za to dostajemy pełnokrwistych ludzi, dosadnych, rubasznych, głupich, podłych, ale i czasem czyniących dobro. Słowem, istna panorama ludzkości.
Joanna Wiśniewska
piątek, 7 lutego 2014
rach - ciach
Spotkaliśmy się ostatnio w Turcji, tuż przed moim wylotem do Polski. Wówczas rozpoczynała się tam nowa produkcja. Cieszę się, że mogłam Ci pomóc w zdobyciu pracy przy niej.
Cham: Uwielbiam być protegowanym kobiet. Wychowały mnie babcia, matka i siostra - osoby nie znoszące sprzeciwu. Właściwie to nie zależało mi na tej pracy, bo pochodzę z bardzo bogatej rodziny. Zrobiłem to dla Ciebie. To ważne, żeby wiedzieć, że, pomimo starszego wieku, nadal możemy się na coś przydać, prawda?
Oczywiście, mój mąż lekarz wie to najlepiej, bo pracuje ze starszymi pacjentami.
Robimy ten wywiad dla redakcji Menażerii, czasopisma dla którego stale piszemy. Opowiedz, jak rozpoczęła się Twoja współpraca z magazynem.
Cham: Zapewne ktoś z redakcji trafił na moje mini-recenzje i wpadł w zachwyt.
Przepraszam, że wejdę Ci w słowo. Ilu masz obecnie fanów na swoim profilu z tymi recenzjami?
Cham: 134.
Być może czytelnicy nie wiedzą, że są to wyłącznie osoby bardzo znaczące we współczesnym kinie. Wiem, że “lubi” Twojego fanpage’a sam Haneke.
Ale wróćmy do tematu. To jak z tą współpracą?
Cham: Właściwie to nie dopytywałem. Mało mnie to obchodzi. Do Menażerii piszę niechętnie, trochę z potrzeby wypełnienia sobie wolnego czasu. Nie urośnie mi nos, jeśli nazwę Menażerię amatorszczyzną. Spójrz na szatę graficzną, mizerny skład, wysoki współczynnik wybrakowania. Gazetki promocyjne z Polo marketu mają większy rozmach. Ale tak to jest, kiedy zadanie domowe odrabia się na kolanach.
Często bywasz w Toruniu?
Cham: Nie.
Widziałeś jakieś dobre, toruńskie produkcje?
Cham: Stosunkowo rzadko widuję dobre produkcje. Spośród tych związanych z toruńskim środowiskiem polecić mogę “Caissę”, kłącze na miarę Nabokova. Powiedziałbym kilka słów więcej, ale nie potrafię dobierać banalnych określeń równie zręcznie co ty, a właśnie takie byłyby tu najbardziej na miejscu.
A co sądzisz o kinie zagranicznym? Które najbardziej cenisz?
Cham: W kinie cenię przede wszystkim szczerość. Życzyłbym wszystkim filmowcom, żeby potrafili realnie ocenić swoje możliwości. Świat nie potrzebuje kolejnych Tarkowskich. Jeśli chcę zobaczyć klasykę, jakkolwiek słaba by nie była, sięgam po torrenty, bo wiem, że rachunek za prąd mnie nie wkurwi. Nie zapłacę złamanej złotówki wizjonerom, którzy pachę pływającą w wazonie zwykli nazywać fiołkami. 99% kina to odrzuty, rzeczy wymóżdzone, niestrawne i - nie bójmy się tego powiedzieć - gówniane. Podsumowując, gardzę zagranicznym kinem jak Schopenhauer Heglem. Przechodzę do drugiego członu pytania. Cenię kino austriackie. Austriacy to ludzie, którzy stawiają sprawy wprost.
Zapewne podobał ci się film “Chwała dziwkom”
Cham: Zgadza się, podczas transmisji kilkakrotnie zdarzyło mi się wcisnąć spację.
Twój ulubiony film?
Cham: “Przeminęło z wiatrem”
Mówiłeś, że lubisz kino austriackie, a Twój ulubiony film jest ze Stanów. Przyłapałam Cię na niekonsekwencji (śmiech).
Cham: Grażynko, nigdy nie przestanę podziwiać Twoich analitycznych zdolności.
Wróćmy na chwilę do Twojej osoby. Jesteś bardzo tajemniczą jednostką dla osób spoza środowiska. Zdradź czytelnikom, czy z kimś się spotykasz?
Cham: Mam kilka miejsc, do których często zaglądam. Rzecz jasna, mowa o burdelach. Nikt nie obniża poziomu stresu równie skutecznie, co początkująca kurewka wykonująca ze swadą i oddaniem nawet najbardziej wymyślne polecenia.
Miałam na myśli kogoś bardziej bliskiego Twojemu sercu. Może dziewczyna, narzeczona?
Cham: Z zasady nie dopuszczam ludzi blisko swojego serca, boję się cierpienia.
Podczas jednego z pobytów w Cannes powiedziałeś “Kino umarło, został nam już tylko popcorn”. Czy naprawdę tak sądzisz?
Cham: Tak, tak uważam, aczkolwiek warto dodać, że nie przepadam za popcornem.
Nawet z masełkiem? Zdaje się, że na festiwalu we Wrocławiu miałeś coś do seansu. Zresztą słyszałam, że jesteś wielkim fanem festiwalu Nowe Horyzonty, co mnie nie dziwi, bo lubisz kino niepokorne. Wiele osób porównuje Cię zresztą do Romana Gutka.
Cham: Nie jest tajemnicą, że Gutek ma mój numer i kiedyś często go wykręcał. Matthew Barney i ciepły jak letni deszcz Api Weerasethakul to moje typy, trafione co prawda ex post, ale wciąż trafione. Dziś różnice między nami są zbyt duże, żebym mógł wypowiadać się o nim bez pewnej dozy goryczy.
Co planujesz dla czytelników Menażerii w przyszłości? Jakie są Twoje zawodowe plany?
Cham: Jeśli w tym miejscu powinna pojawić się wzmianka o jakiejś niespodziance, to będziesz zawiedziona. Nie planuję niczego. Przeciwnie, zastanawiam się raczej, czy warto ciągnąć współpracę. Właśnie! Przyszło mi coś to głowy. Niech to będą moje ostatnie słowa.
Dziękuję bardzo za rozmowę.
Dla Menażerii, Grażyna Torbytska.
A co sądzisz o kinie zagranicznym? Które najbardziej cenisz?
Cham: W kinie cenię przede wszystkim szczerość. Życzyłbym wszystkim filmowcom, żeby potrafili realnie ocenić swoje możliwości. Świat nie potrzebuje kolejnych Tarkowskich. Jeśli chcę zobaczyć klasykę, jakkolwiek słaba by nie była, sięgam po torrenty, bo wiem, że rachunek za prąd mnie nie wkurwi. Nie zapłacę złamanej złotówki wizjonerom, którzy pachę pływającą w wazonie zwykli nazywać fiołkami. 99% kina to odrzuty, rzeczy wymóżdzone, niestrawne i - nie bójmy się tego powiedzieć - gówniane. Podsumowując, gardzę zagranicznym kinem jak Schopenhauer Heglem. Przechodzę do drugiego członu pytania. Cenię kino austriackie. Austriacy to ludzie, którzy stawiają sprawy wprost.
Zapewne podobał ci się film “Chwała dziwkom”
Cham: Zgadza się, podczas transmisji kilkakrotnie zdarzyło mi się wcisnąć spację.
Twój ulubiony film?
Cham: “Przeminęło z wiatrem”
Mówiłeś, że lubisz kino austriackie, a Twój ulubiony film jest ze Stanów. Przyłapałam Cię na niekonsekwencji (śmiech).
Cham: Grażynko, nigdy nie przestanę podziwiać Twoich analitycznych zdolności.
Wróćmy na chwilę do Twojej osoby. Jesteś bardzo tajemniczą jednostką dla osób spoza środowiska. Zdradź czytelnikom, czy z kimś się spotykasz?
Cham: Mam kilka miejsc, do których często zaglądam. Rzecz jasna, mowa o burdelach. Nikt nie obniża poziomu stresu równie skutecznie, co początkująca kurewka wykonująca ze swadą i oddaniem nawet najbardziej wymyślne polecenia.
Miałam na myśli kogoś bardziej bliskiego Twojemu sercu. Może dziewczyna, narzeczona?
Cham: Z zasady nie dopuszczam ludzi blisko swojego serca, boję się cierpienia.
Podczas jednego z pobytów w Cannes powiedziałeś “Kino umarło, został nam już tylko popcorn”. Czy naprawdę tak sądzisz?
Cham: Tak, tak uważam, aczkolwiek warto dodać, że nie przepadam za popcornem.
Nawet z masełkiem? Zdaje się, że na festiwalu we Wrocławiu miałeś coś do seansu. Zresztą słyszałam, że jesteś wielkim fanem festiwalu Nowe Horyzonty, co mnie nie dziwi, bo lubisz kino niepokorne. Wiele osób porównuje Cię zresztą do Romana Gutka.
Cham: Nie jest tajemnicą, że Gutek ma mój numer i kiedyś często go wykręcał. Matthew Barney i ciepły jak letni deszcz Api Weerasethakul to moje typy, trafione co prawda ex post, ale wciąż trafione. Dziś różnice między nami są zbyt duże, żebym mógł wypowiadać się o nim bez pewnej dozy goryczy.
Co planujesz dla czytelników Menażerii w przyszłości? Jakie są Twoje zawodowe plany?
Cham: Jeśli w tym miejscu powinna pojawić się wzmianka o jakiejś niespodziance, to będziesz zawiedziona. Nie planuję niczego. Przeciwnie, zastanawiam się raczej, czy warto ciągnąć współpracę. Właśnie! Przyszło mi coś to głowy. Niech to będą moje ostatnie słowa.
Dziękuję bardzo za rozmowę.
Dla Menażerii, Grażyna Torbytska.
poniedziałek, 3 lutego 2014
Praca z kolodionem to swego rodzaju magia
Sebastian Miś to nieczęsto spotykany już dzisiaj rodzaj artysty. Prezentuje on swoją postawą konsekwencje, idealizm, doskonałe opanowanie rzemiosła oraz historii i teorii medium w którym się wypowiada. A jest nim fotografia. Jest jej świadomy pod każdym względem. Laureat wielu stypendiów m.in. Stypendium Prezydenta Miasta Torunia w Dziedzinie Kultury, Stypendium Artystycznego Marszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego czy Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Ma już za sobą kilkanaście wystaw indywidualnych i zbiorowych, kilka projektów, min. A Man and his world powstały na skutek podróży do Izraela w bieżącym roku czy kilka projektów związanych z fotografią wykonaną na mokrej płycie kolodionowej. Właśnie do nich zalicza się „Szuflada”. 13 grudnia 2013 roku w niewielkiej sali w toruńskim Domu Muz, zaaranżowanej z jednej strony jak rupieciarnia z teatru Tadeusza Kantora z drugiej budzącej skojarzenia niemal sakralne, odbył się wspomniany projekt – wystawa fotografii kolodionowej połączony z warsztatem. Jak wspomniałem Sebastian Miś jest uosobieniem wielu artystycznych cnót, których niekiedy ze świecą szukać wśród twórców jego pokolenia. Zapraszam do zapoznania się z krótką rozmową, przeprowadzoną po „Szufladzie”.
Piotr Buratyński
Czym jest fotografia kolodionowa?
Fotografia kolodionowa, jest szlachetną techniką fotograficzną pochodzącą z XIX wieku ( 1851r) . Jej wynalazcą był anglik Frederick Scott Archer. Nośnikiem obrazu fotograficznego jest szklana płyta. Technika ta nazwę swoją bierze od procesu technologicznego powstawania samej płyty. Chemia, którą wykorzystuje się do wykonania fotografii nie może ulec wyschnięciu przed zakończeniem wykonywania zdjęcia. Jeżeli tak się stanie, płyta traci swoje właściwości światłoczułe. Tytułowe kolodium jest zawiesiną nitrocelulozy w eterze i alkoholu. Ciecz ta, po wyschnięciu przybiera postać silnie przylegającej folii, dlatego też w czasie wojny secesyjnej kolodium było wykorzystywane jako materiał opatrunkowy. W przypadku fotografii jest ono nośnikiem dla związków światłoczułych, które muszę przywrzeć do szklanej szyby. Fotografia kolodionowa zachwyca nie tylko jakością obrazu ale przede wszystkim jego plastyką. Jako, że cały proces jest w pełni manualny, a oznacza to, że każdy etap twórca wykonuje samodzielnie bez pomocy żadnych maszyn, na płycie powstają różnego rodzaju defekty. Objawia się to w formie najróżniejszych zacieków, niedowołań obrazu, pozostających na płycie paprochów bądź innych ciał obcych. W technice tej nie ma nic przewidywalnego, nigdy nie wiem jak rozleje się chemia, jak zadrżą ręce. Sally Mann jedna z amerykańskich artystek, posługująca się mokrą techniką kolodionową, mówi w jednym z filmów, iż większość artystów modli się o anioła pewności. Ona zaznacza, iż modli się o ducha niepewności, bo wtedy właśnie, kiedy wszystko sie psuje - zapada się ciemnia na głowę, bądź przejeżdża gdzieś obok wóz z błotem i wszystko ląduje na jej płycie - powstają najlepsze fotografie.
Podczas swojego grudniowego projektu w Domu Muz wspomniałeś o powracającej modzie na fotografie 'retro'. Chciałbym się dowiedzieć czym ona się charakteryzuje oraz tego jak sam trafiłeś, jak doszedłeś do kolodionu, czym dla Ciebie jest praca w tej technice?
W ostatnich kilku latach zauważa się coś, co można by nazwać renesansem klasycznych technik fotograficznych. Wielu fotografów zaczęło sięgać po tradycyjne techniki fotograficzne, szczególnie te, które nie dają idealnego obrazu - chętnie wybierany jest ,,otworek", mokre kolodium, guma bądź cyjanotypia. Dzisiaj, naturalnym jest, że producenci aparatów cyfrowych wprowadzają do swoich produktów takie opcje, które pozwalają udawać pewne efekty, jakie można uzyskać tylko metodami klasycznymi. Możemy wziąć do ręki zwykłą cyfrówkę i zrobić sobie zdjęcie, które udaje ,,otworek" bądź lomo. Sytuacja ta niepodważalnie jest reakcją na odczuwalny przesyt obrazem, który jest idealnie ostry i bajecznie kolorowy. Jest to obraz, który towarzyszy nam w wielu sferach naszego życia atakując nas w reklamie, w prasie, na ulicy... Obecnie łatwiej jest zwrócić uwagę odbiorcy obrazem, który nie wpisuje się w pewnego rodzaju fotograficzny szum informacyjny.
Jak doszło do tego, że zająłem się tą techniką? Skąd wziąłem inspiracje? Sally Mann jest jedną z moich ulubionych artystek. Pracuje ona głównie w mokrej technice kolodionowej. Odpowiada mi jej wrażliwość i estetyka prac, które są niezwykle poetyckie. Poznałem jej szkła i bardzo chciałem mieć możliwość wykonywania fotografii również w tej technologii - bo nie jest to jedne medium po które z przyjemnością sięgam w pracy twórczej.
Najzwyczajniej w świecie postawiłem sobie za cel dojście do mokrej techniki kolodionowej i zacząłem szukać wiedzy na temat. Udało mi się dotrzeć do przepisów chemicznych, jak również wziąć udział w szkoleniu z tego zakresu. Niestety okazało się, że technika jest bardzo kapryśna i mimo, że wszystko miałem podane jak na tacy to i tak musiałem swoje przejść z dojściem do odpowiednich efektów. Opanowanie techniki na zupełnie podstawowym poziomie zajęło mi bardzo dużo czasu. Dzisiaj, to co wcześniej uważałem za błędy i coś nie do przyjęcia staram się świadomie wykorzystywać w swoich pracach. Wet Plate Collodion jest techniką niezwykle zawodną, ciężko w niej o powtarzalne efekty. Zbyt wiele czynników jest zmiennych i wpływa na efekt końcowy. Jednak mimo, tak wielu niepewnych czynników, potrafi się odwdzięczyć obrazem przed którym miękną kolana! Praca z kolodionem to praca, którą można porównać do pewnego rodzaju magii, pracy alchemika bądź reżysera teatralnego. Wchodzisz do studia w którym unosi się zapach eteru. Fotograf wita cię czarnymi łapskami, które zostały ubrudzone azotanem srebra. Każe Ci usiąść w fotelu i zaciska Ci głowę jakimiś uchwytami. Zabrania Ci się ruszać. Jest Ci bardzo niewygodnie. Przed Tobą znajduje się koszmarnie duży aparat, którego konstrukcja niczego Ci nie przypomina. Na stole stoi wiele butelek z najróżniejszymi odczynnikami chemicznymi, nie wiesz czy któryś z nich jest niebezpieczny. Fotograf bierze płytkę do ręki i zaczyna odgrywa spektakl, którego efektem jest obraz zabierający dech w piersiach.
Smugi, rozmycia i przypadkowe, niemożliwe do przewidzenia niedoskonałości wzmacniają nie tylko estetyczną ale i psychologiczną siłę wykonanych przez Ciebie portretów. Opowiedz więc o projekcie "Szulfada" i pracach wystawionych 13 grudnia w Domu Muz.
Portret to nie tylko twarz człowieka, jego dłonie czy sposób pozowania, lecz również jego otoczenie. To właśnie ono, bardzo często mówi więcej o człowieku niż on sam. Portret wtedy jest udany kiedy jest prawdziwy. Nie ma nic gorszego w portrecie fotograficznym jak odczuwalność świadomości tego, że ktoś jest portretowany, bądź silna chęć ,,dobrego wyjścia" na zdjęciu. Zawsze, kiedy fotografuję staram się dążyć do prawdy zdobywając zaufanie modela. To pozwala mi na uchwycenie prawdziwych przeżyć. W kolodionie jest to niezwykle trudne do uzyskania, ponieważ w technice tej występuje coś co można nazwać determinizmem technologicznym. Technologia dominuje na tematem i tym, co i jak można sfotografować. Bardzo ciężko w tej technice jest o wykonanie portretu stricte ekspresyjnego. Wiemy doskonale z psychologii, że emocja jest chwilowa. Czas naświetlania w przypadku mokrej płyty to czasy rzędu kilkunastu sekund lub nawet minut. Nie da się właśnie z tego względu wykonać portretu o którym mówię. Oczywiście, mogę w trakcie sesji stworzyć sprzyjające warunki i wytworzyć specyficzną aurę. Mogę też wprowadzić modela w pewien stan psychiczny, niemniej jednak jest to już zupełnie inna metodologia pracy i inne możliwości, niż w przypadku fotografii na klasycznych materiałach które są wysokoczułe. Tutaj właśnie pojawia się tytułowa Szuflada. Dla mnie jest ona dopowiedzeniem do portretu. To ona ma pomóc w opowiedzeniu pewnej historii o prostych ludziach, którzy mają swoje problemy, pasje, skrywane przed światłem słonecznym przedmioty wywołujące w nich emocje. W tworzeniu projektu najważniejsze dla mnie było, by szuflady z którymi przychodzi do mnie modele były autentyczne. Nie chciałem udawania. Każda z fotografii została poprzedzona kilkoma spotkaniami bądź rozmowami telefonicznymi. Każda z nich została wypracowana, choć starałem się przyjmować progresywną postawę wobec tego co było mi prezentowane przez uczestników projektu. To modele podejmowali decyzję: co przyniosą, jak się ubiorą, jak będą pozować. Ja próbowałem to tylko rejestrować i wytwarzać aurę w studio. Dlatego, też portrety te są niezwykle proste. Wszystkie są podobne do siebie. Przyjąłem pewne zasady wg których fotografowałem. Był to projekt koncepcyjny.
Czy "Szuflada" zamyka wraz z sobą twoją "przygodę" z kolodionem czy nie jest to twoje ostatnie słowo w tej materii? Wspomniałeś również o swoim zainteresowaniu techniką gumy dwuchromianowej zbliżającej się momentami do grafiki warsztatowej - czy to teraz Cię pociąga i czy możemy spodziewać się podobnych projektów ale niezwiązanych już z kolodionem?
Ha! W żadnym wypadku Szuflada nie zamyka mojej przygody z mokrą płytą. Ta historia się dopiero otwiera. Obecnie jestem po realizacji dwóch projektów wykonanych tą techniką. Przez ostatni rok bardzo dużo się nauczyłem jeżeli chodzi o mokre kolodium, jednak mam świadomość, że jest to początek mojej drogi. Chciałbym zacząć pracować bardziej swobodnie, bez stresu, że znowu mi coś nie wyjdzie. Chciałbym w pełni świadomie wykorzystać to co daje mokra płyta. Moim marzeniem jest by stać się posiadaczem kamery wielkoformatowej umożliwiającej fotografowanie na większych formatach np. 30x40cm. Do tej pory fotografowałem na płytkach 9x12cm, czyli mówiąc fachowo 4x5 cala. Jestem przekonany, że kolodium wejdzie na najbliższe lata do repertuaru form którymi będę operował. Jest to technika, która w pełni spełnia moje oczekiwania i odpowiada mojej wrażliwości estetycznej. Mimo wspomnianego renesansu form klasycznych, nie jest jeszcze tak bardzo dostępna, pozostając nadal unikatową. Ta unikowość i oryginalność to przyczynki tego, że ona mnie tak bardzo kręci. Dlatego też na co dzień wykonuję ambrotypy, które są odmianą mokrego kolodium, lecz realizuje się je na czarnym szkle z którego nie można już wykonać odbitki. To sprawia, że zdjęcia te, to jedyne dostępne egzemplarze. Mają wartość oryginału i unikatu! Nie jestem maniakiem tej techniki i nie zamykam się tylko i wyłącznie na nią bo uważam, że technikę a jednocześnie i formę należy wybrać tak, by pomagała eksponować treść fotografii. W żadnym wypadku, nie może z nią konkurować bo to sprawia, że zdjęcie traci na przekazie i przestaje być mocnym!
Jeżeli chodzi o gumę, to nie mam w niej żadnego doświadczenia. Interesuje mnie ona ponieważ ma wiele wspólnego z grafiką a ja jestem absolwentem liceum plastycznego o specjalności techniki graficzne. Lubię prostotę, dbałość o szczegół, jestem pokorny w trakcie pracy - tego nauczyła mnie praca nad matrycami graficznymi. Te wartości często przekładam na fotografię. Sam to dostrzegam. Widzę po sobie, że interesuję mnie te techniki, które mają coś wspólnego z grafiką. W samym kolodium też bym się pewnie doszukał pewnych elementów łączących. Jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że poznam technikę gumy, ale raczej na pewno nie będzie to coś, co chciałbym rozwijać. Do tej pory bardzo dużo rzeczy spróbowałem, mówiąc kolokwialnie polizałem. Zbliżam się do końca studiów to najwyższy czas by zacząć się określać w jakim kierunku chcę iść, co będzie wchodziło w skład form, którymi będę się posługiwał, z czego będę rozpoznawalny.
W najbliższym czasie chciałbym zrealizować projekt poruszający problem seksualności i samoakceptacji. Na warsztat chciałbym wziąć tzw. hermafrodytów. Chciałbym zrealizować projekt mocny, prawdopodobnie kontrowersyjny a jednocześnie delikatny i niezwykle poetycki. W tym przypadku jestem przekonany, że wykonam go właśnie wykorzystując mokrą płytę, pozwoli mi ona stworzyć coś niemalże onirycznego.
Dziękuję za rozmowę
Jak doszło do tego, że zająłem się tą techniką? Skąd wziąłem inspiracje? Sally Mann jest jedną z moich ulubionych artystek. Pracuje ona głównie w mokrej technice kolodionowej. Odpowiada mi jej wrażliwość i estetyka prac, które są niezwykle poetyckie. Poznałem jej szkła i bardzo chciałem mieć możliwość wykonywania fotografii również w tej technologii - bo nie jest to jedne medium po które z przyjemnością sięgam w pracy twórczej.
Najzwyczajniej w świecie postawiłem sobie za cel dojście do mokrej techniki kolodionowej i zacząłem szukać wiedzy na temat. Udało mi się dotrzeć do przepisów chemicznych, jak również wziąć udział w szkoleniu z tego zakresu. Niestety okazało się, że technika jest bardzo kapryśna i mimo, że wszystko miałem podane jak na tacy to i tak musiałem swoje przejść z dojściem do odpowiednich efektów. Opanowanie techniki na zupełnie podstawowym poziomie zajęło mi bardzo dużo czasu. Dzisiaj, to co wcześniej uważałem za błędy i coś nie do przyjęcia staram się świadomie wykorzystywać w swoich pracach. Wet Plate Collodion jest techniką niezwykle zawodną, ciężko w niej o powtarzalne efekty. Zbyt wiele czynników jest zmiennych i wpływa na efekt końcowy. Jednak mimo, tak wielu niepewnych czynników, potrafi się odwdzięczyć obrazem przed którym miękną kolana! Praca z kolodionem to praca, którą można porównać do pewnego rodzaju magii, pracy alchemika bądź reżysera teatralnego. Wchodzisz do studia w którym unosi się zapach eteru. Fotograf wita cię czarnymi łapskami, które zostały ubrudzone azotanem srebra. Każe Ci usiąść w fotelu i zaciska Ci głowę jakimiś uchwytami. Zabrania Ci się ruszać. Jest Ci bardzo niewygodnie. Przed Tobą znajduje się koszmarnie duży aparat, którego konstrukcja niczego Ci nie przypomina. Na stole stoi wiele butelek z najróżniejszymi odczynnikami chemicznymi, nie wiesz czy któryś z nich jest niebezpieczny. Fotograf bierze płytkę do ręki i zaczyna odgrywa spektakl, którego efektem jest obraz zabierający dech w piersiach.
Smugi, rozmycia i przypadkowe, niemożliwe do przewidzenia niedoskonałości wzmacniają nie tylko estetyczną ale i psychologiczną siłę wykonanych przez Ciebie portretów. Opowiedz więc o projekcie "Szulfada" i pracach wystawionych 13 grudnia w Domu Muz.
Portret to nie tylko twarz człowieka, jego dłonie czy sposób pozowania, lecz również jego otoczenie. To właśnie ono, bardzo często mówi więcej o człowieku niż on sam. Portret wtedy jest udany kiedy jest prawdziwy. Nie ma nic gorszego w portrecie fotograficznym jak odczuwalność świadomości tego, że ktoś jest portretowany, bądź silna chęć ,,dobrego wyjścia" na zdjęciu. Zawsze, kiedy fotografuję staram się dążyć do prawdy zdobywając zaufanie modela. To pozwala mi na uchwycenie prawdziwych przeżyć. W kolodionie jest to niezwykle trudne do uzyskania, ponieważ w technice tej występuje coś co można nazwać determinizmem technologicznym. Technologia dominuje na tematem i tym, co i jak można sfotografować. Bardzo ciężko w tej technice jest o wykonanie portretu stricte ekspresyjnego. Wiemy doskonale z psychologii, że emocja jest chwilowa. Czas naświetlania w przypadku mokrej płyty to czasy rzędu kilkunastu sekund lub nawet minut. Nie da się właśnie z tego względu wykonać portretu o którym mówię. Oczywiście, mogę w trakcie sesji stworzyć sprzyjające warunki i wytworzyć specyficzną aurę. Mogę też wprowadzić modela w pewien stan psychiczny, niemniej jednak jest to już zupełnie inna metodologia pracy i inne możliwości, niż w przypadku fotografii na klasycznych materiałach które są wysokoczułe. Tutaj właśnie pojawia się tytułowa Szuflada. Dla mnie jest ona dopowiedzeniem do portretu. To ona ma pomóc w opowiedzeniu pewnej historii o prostych ludziach, którzy mają swoje problemy, pasje, skrywane przed światłem słonecznym przedmioty wywołujące w nich emocje. W tworzeniu projektu najważniejsze dla mnie było, by szuflady z którymi przychodzi do mnie modele były autentyczne. Nie chciałem udawania. Każda z fotografii została poprzedzona kilkoma spotkaniami bądź rozmowami telefonicznymi. Każda z nich została wypracowana, choć starałem się przyjmować progresywną postawę wobec tego co było mi prezentowane przez uczestników projektu. To modele podejmowali decyzję: co przyniosą, jak się ubiorą, jak będą pozować. Ja próbowałem to tylko rejestrować i wytwarzać aurę w studio. Dlatego, też portrety te są niezwykle proste. Wszystkie są podobne do siebie. Przyjąłem pewne zasady wg których fotografowałem. Był to projekt koncepcyjny.
Czy "Szuflada" zamyka wraz z sobą twoją "przygodę" z kolodionem czy nie jest to twoje ostatnie słowo w tej materii? Wspomniałeś również o swoim zainteresowaniu techniką gumy dwuchromianowej zbliżającej się momentami do grafiki warsztatowej - czy to teraz Cię pociąga i czy możemy spodziewać się podobnych projektów ale niezwiązanych już z kolodionem?
Ha! W żadnym wypadku Szuflada nie zamyka mojej przygody z mokrą płytą. Ta historia się dopiero otwiera. Obecnie jestem po realizacji dwóch projektów wykonanych tą techniką. Przez ostatni rok bardzo dużo się nauczyłem jeżeli chodzi o mokre kolodium, jednak mam świadomość, że jest to początek mojej drogi. Chciałbym zacząć pracować bardziej swobodnie, bez stresu, że znowu mi coś nie wyjdzie. Chciałbym w pełni świadomie wykorzystać to co daje mokra płyta. Moim marzeniem jest by stać się posiadaczem kamery wielkoformatowej umożliwiającej fotografowanie na większych formatach np. 30x40cm. Do tej pory fotografowałem na płytkach 9x12cm, czyli mówiąc fachowo 4x5 cala. Jestem przekonany, że kolodium wejdzie na najbliższe lata do repertuaru form którymi będę operował. Jest to technika, która w pełni spełnia moje oczekiwania i odpowiada mojej wrażliwości estetycznej. Mimo wspomnianego renesansu form klasycznych, nie jest jeszcze tak bardzo dostępna, pozostając nadal unikatową. Ta unikowość i oryginalność to przyczynki tego, że ona mnie tak bardzo kręci. Dlatego też na co dzień wykonuję ambrotypy, które są odmianą mokrego kolodium, lecz realizuje się je na czarnym szkle z którego nie można już wykonać odbitki. To sprawia, że zdjęcia te, to jedyne dostępne egzemplarze. Mają wartość oryginału i unikatu! Nie jestem maniakiem tej techniki i nie zamykam się tylko i wyłącznie na nią bo uważam, że technikę a jednocześnie i formę należy wybrać tak, by pomagała eksponować treść fotografii. W żadnym wypadku, nie może z nią konkurować bo to sprawia, że zdjęcie traci na przekazie i przestaje być mocnym!
Jeżeli chodzi o gumę, to nie mam w niej żadnego doświadczenia. Interesuje mnie ona ponieważ ma wiele wspólnego z grafiką a ja jestem absolwentem liceum plastycznego o specjalności techniki graficzne. Lubię prostotę, dbałość o szczegół, jestem pokorny w trakcie pracy - tego nauczyła mnie praca nad matrycami graficznymi. Te wartości często przekładam na fotografię. Sam to dostrzegam. Widzę po sobie, że interesuję mnie te techniki, które mają coś wspólnego z grafiką. W samym kolodium też bym się pewnie doszukał pewnych elementów łączących. Jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że poznam technikę gumy, ale raczej na pewno nie będzie to coś, co chciałbym rozwijać. Do tej pory bardzo dużo rzeczy spróbowałem, mówiąc kolokwialnie polizałem. Zbliżam się do końca studiów to najwyższy czas by zacząć się określać w jakim kierunku chcę iść, co będzie wchodziło w skład form, którymi będę się posługiwał, z czego będę rozpoznawalny.
W najbliższym czasie chciałbym zrealizować projekt poruszający problem seksualności i samoakceptacji. Na warsztat chciałbym wziąć tzw. hermafrodytów. Chciałbym zrealizować projekt mocny, prawdopodobnie kontrowersyjny a jednocześnie delikatny i niezwykle poetycki. W tym przypadku jestem przekonany, że wykonam go właśnie wykorzystując mokrą płytę, pozwoli mi ona stworzyć coś niemalże onirycznego.
Dziękuję za rozmowę
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Fugazi czyli Fucked Up, Got Ambushed, Zipped In
„Czy dziś Fugazi mogłoby istnieć? Na pewno nie. To były czasy, które sprzyjały wolności. Wszystko uchodziło.” Klub muzyczny Fugazi, którego początki sięgają roku 1990, jest odzwierciedleniem tego, co działo się w Polsce po transformacji. Nadzieja. Walka o stołki. Chaos gospodarczy, polityczny i kulturowy. Bękart kapitalizmu, który pojawia się na gruzach PRL-owskiej rzeczywistości we wspomnieniach ówczesnych pięknych dwudziestoletnich, swoim wyglądem jest daleki od groteskowego potworka. Jest po prostu na tyle obcym, trudnym do ogarnięcia i zdefiniowania straszydłem, że można żyć w jego towarzystwie bez specjalnego lęku. A czasami nawet przekabacić go na swoją stronę, namówić do wspólnych inicjatyw, maszerować ramię w ramię. A gdyby wyciąć mu irokeza, założyć papę i postawić piwo? Kto wie, czy nie tupałby nogą w rytm M.D.C. No albo chociaż Dżemu, jeśli zabrakło mu lepszego gustu.
Tym właśnie jest dla mnie komiks Marcina Podolca „Fugazi Music Club”, nowe dziecko konsekwentnej i niezawodnej Kultury Gniewu, które po raz kolejny serwuje nam dzieło z zakresu polskiej sub- – czy lepiej – kontrkultury. Peanem na cześć pierwszych lat po transformacji ustrojowej, gdzie wiele rzeczy niemożliwych stawało się możliwymi. Gdzie „przy koniaczku” robiło się przekręty mniejsze i większe, bo jedną nogą staliśmy w wódczanym bareizmie, ale z drugiej strony dysfunkcje nowego systemu pozwalały temu „koniaczkowi” realizować rzeczy wielkie. Tęgie głowy do dziś walczą i skaczą sobie do gardła (co w naszym kraju określane jest mianem „dyskusji społeczno-politycznej”) na temat oceny transformacji, na temat straconych szans i niezrealizowanych obietnic. Tymczasem Marcin Podolec swoim komiksem, opartym na podstawie wspomnień Waldemara Czapskiego, daje nam to, co w tym okresie było najbardziej wartościowe i najpiękniejsze. Muzyczny klub Fugazi pojawił się na mapie Warszawy, zaistniał w świadomości stolicy, a po krótkim czasie całego kraju wskutek wielkiej pasji kilku młodzieńców, fanów muzyki rockowej, alternatywnej czy jak wolicie nazwać gustowny amalgamat fanów Nocnej Zmiany Bluesa, Marilliona i Post Regimentu. Od świecącej pustkami i nieskonsumowanymi pączkami z różanym nadzieniem „kluboherbaciarni” do najbardziej popularnego klubu o niepowtarzalnym wystroju, gdzie dzień w dzień organizowane są koncerty, od załoganckiej sztamy do rozpaczliwej walki z mafią zasiloną przez byłych milicjantów i esbeków. To miejsce w ujęciu Marcina Podolca to zwierciadło historii – tej mikro-, subkulturowej tak ważnej dla Kultury Gniewu, jak i tej przez większe „H”, tej polskiej, o której mówiłem. „Czy dziś Fugazi mogłoby istnieć?” Tymi słowami rozpocząłem tekst, tymi samymi kończy się dzieło Podolca. Przecież mamy kluby, kapele, pasjonatów, ludzi skorych do poświęceń. Tylko czy dziś „czasy sprzyjają wolności”? Komiks ten rozsiewa sentymentalną aurę, wspomnień czar, która może wzruszyć starszych, co to drzewiej byli związani ze sceną. Owszem, selekcja zdjęć kończących to dzieło jest wspaniała, pod względem archiwalnym jest rzeczą niebywałą. Ja jednak, jako osoba młodsza, mogę spojrzeć na fenomen Fugazi z dystansu. Podoba mi się i imponuje polityczność tego utworu przy jednoczesnym zachowaniu nutki frywolności, którą ledwo mogę pamiętać z wczesnych lat 90-tych. Czy urodzony w 1991 roku Podolec myśli o „dawaniu świadectwa”? Nie sądzę, to raczej gorzka refleksja nad naszą współczesnością, nad naszą twórczą niemocą, nad niemożnością realizacji swoich marzeń zwanych dziś ambitnymi przedsięwzięciami. Dzisiaj „nic nie uchodzi”. Wczorajsi członkowie ekipy Fugazi dzisiaj stali się medialnymi pionkami, część pozostała w cieniu, część stara się żyć po swojemu. Zachwyca mnie ostatni, bardzo prosty rysunek, nieco już starszego Waldka. Co właściwie znaczy jego postawa, lekko spuszczona głowa, zamknięte oczy, dłoń zakrywająca czoło. Wzruszenie? Rezygnację? Wściekłość? Żal? Zmęczenie?
Marcin Podolec doskonale orientuje się nie tylko w temacie, w historii opowiedzianej przez Czapskiego, założyciela klubu. Perfekcyjnie opanował ikonografię subkulturową i kontrkulturową charakterystyczną dla przełomu lat 80-tych i 90-tych. Zarówno tą związaną z historyjkami obrazkowymi, jak i sceną muzyczną. Zasługuje to na pochwałę tym bardziej, że posługuje się on mimo wszystko konsekwentnym minimalizmem, nie tworząc kolażu i formalnego hołdu. Dzięki temu „Fugazi Music Club” awansuje jako dzieło skończone, zamknięte i dopracowane.
Piotr Buratyński
Subskrybuj:
Posty (Atom)






