Leszek narysował w zeszycie cipę. I tak się zaczęło.
Chłopacy z blokowiska nie znali wtedy innych określeń dla intymnych kobiecych sfer. Cipa lokowała się idealnie pomiędzy mglistą przedszkolną "dziurką" a terminami bardziej eleganckimi, biologicznymi w latach późniejszych. O waginie, pochwie czy sromie nikt wtedy jeszcze nie słyszał. Był przecież rok 1996.
Rysunek Leszka nie spotkałby się z uznaniem pani od plastyki. Toporne uda i pępek jak oko ciekawe świata, a najważniejsze poniżej: niezdarny trójkąt włosów łonowych przypominał znak ostrzegawczy „ustąp pierwszeństwa”. Leszek już wkrótce musiał ustąpić surowej matce, która odkryła rycinę i przyjąć z pokorą szlaban, lekcję skórzanego paska, a nawet wyspowiadać się najbliższej niedzieli ze swojej grzesznej wizji.
Chłopacy z blokowiska trochę się z Leszka podśmiewywali, trochę zaś zaczynali zazdrościć odwagi i znajomości zakazanych arkanów. Pałeczkę przejął Paweł, który od starszego bracika przechwycił kilka kartek wyrwanych z kolorowego pisma dla panów. W roku 1996 posiadanie starszego bracika było kwestią kluczową.
– Ej, weź to już podaj dalej!
– Nie, teraz moja kolej, ty już miałeś!
Wyrywaliśmy sobie te strony całymi godzinami, skupieni w czarcim kręgu pomiędzy betonowymi płytami na placu budowy. Paweł z powagą szamana rozkładał na gołej ziemi wymiętoszoną księgę cudów i zaczynały się gusła. W wieczornym półmroku rozpraszanym tylko płomykami zapałek modelki zdawały się ożywać, wyciągać dłonie i zapraszać do tańca.
– O, ta jest dopiero fajna...
– Co ty, blondyna najlepsza, patrz...
– Ruda ma lepsze balony!
Któryś z erudytów użył nawet takiego określenia jak „kartofelki”.
Wkrótce miało się jednak okazać, że obserwowały nas czujne spojrzenia klasowych koleżanek. Trudno ocenić, co kierowało tymi strażniczkami moralności, ale pewnego dnia nasza skrytka pomiędzy płytami została odnaleziona, a bezcenne stronice potargane na strzępy, zdeptane, zhańbione. Chłopacy z blokowiska padli w lamencie na posadzkę swej splugawionej świątyni, chwytając te nędzne resztki garściami, wpychając je do kieszeni ortalionowych kurtek i dżinsów, szczątki oderwane od siebie: oczy, kończyny, kawałki pośladków i sutki, jak gdyby wierząc, że kiedyś, w odległej przyszłości, uda im się odbudować mozaikę kobiety.
W Łukaszu podkochiwały się wszystkie dziewczynki ze szkoły i bloków. Miał grzywkę postawioną na żelu, doczepiany plastikowy kolczyk w prawym uchu i starszego bracika – sportowca, czyli wszystko, co trzeba było mieć w roku 1996, aby podbijać damskie serca.
– Serio? Chcesz iść na dyskotekę z dziewczyną?!
– Haha, jaki lowelas!
– Wszyscy będą gadać...
Łukasz skrzyżował ręce na chudej piersi i splunął w trawę. Pluł najlepiej z nas wszystkich.
– Co, nie mogę? Sandra to chyba moja dziewczyna, będę robić, co mi się podoba!
– A całowaliście się już?
– Całowałem się z twoją starą. Nie wasza sprawa.
– Nie? A ja widziałem, że Sandra gadała na przerwie z tym chujem z 4C! – Paweł wdrapał się na stertę gruzu, żeby było go lepiej widać – A Justyna mówiła Monice, że Sandra się w nim kocha i nawet na wycieczce do Wieliczki siedzieli obok siebie w autokarze!
Łukasz pochylił się i splunął ponownie, ale tym razem coś mu się nie udało i strużka śliny długo wisiała mu z ust zanim opadła na ziemię.
– A w ryj chcesz? – rzucił zaczepnie, wiedząc, że filigranowej postury Paweł nie podejmie wyzwania.
– Ciekawe, czy będziesz tak fikał, jak ci z 4C też przyjdą na dyskotekę...
– Jak coś, to powiem bracikowi i on im wszystkim sam wpierdoli.
– WJERDOLI! – krzyknął Młody i z impetem zaatakował gałęzią rosnące dokoła zarośla.
Młody był moim bracikiem, ale – niestety – młodszym; dopiero niedawno wydostał się z kokonu pieluch i teraz plątał nam się pod nogami pełen niespożytej energii.
– No, już to widzę, jak twojego bracika wpuszczą na szkolną dyskotekę! – nie ustępował Paweł, uśmiechając się zawadiacko – Jak chcesz, żeby Sandra z tobą chodziła, to musimy sami coś wymyślić. Wiesz, co będzie, jeśli cię zeszmacą? Ten chuj z 4C sam pewnie przeliże Sandrę, a może nawet... – tutaj Paweł wykonał serię gestów imitujących zbliżenie intymne.
Łukasz ze łzami wzbierającymi w oczach rzucił się w stronę sterty gruzu, chwycił Pawła za nogę, a potem obydwaj przekoziołkowali na drugą stronę, znikając w trawie.
– Bójka! – ucieszyli się pozostali chłopacy z blokowiska. Młody przestraszył się, wypuścił patyk i zaczął płakać.
Walka skończyła się równie szybko, jak się zaczęła. Paweł, przyduszony do ziemi, poddał się piskliwym głosem, a Łukasz, zaczerwieniony z wysiłku, opadł obok niego na trawę. Chłopacy z blokowiska skwitowali to pogardliwym wyciem. Młody uspokoił się, a w jego wielkich oczach lśnił teraz zachwyt najczystszej próby.
– Ale mu wjerdolił... – szepnął, przejęty.
– To brzydkie słowo – trzepnąłem go w ucho i mimo protestów zaciągnąłem do domu, bo zbliżała się pora obiadu.
Fakt, że przez całe dzieciństwo byłem klasowym łącznikiem z biblioteką, nabrał nowego znaczenia za sprawą wujka Zbyszka. Wujek, zbliżający się do emerytury kolejarz, pewnej pięknej soboty po jakiejś rodzinnej uroczystości zaprosił mnie na bok z konspiracyjną miną i wsunął mi pod ramię dużą, pękatą kopertę.
– Tylko nikomu nic nie mów – pogroził palcem i mrugnął porozumiewawczo.
Zajrzałem do środka.
Następnego dnia znowu siedzieliśmy na placu budowy podnosząc krajową średnią czytelnictwa.
Okazało się, że posiadanie wujka-erotomana jest nawet atrakcyjniejsze od posiadania starszego bracika, bo dostarczona przez wujka kontrabanda była zachowana w znacznie lepszym stanie, miała bogatszą ofertę, żywszą kolorystykę, nęciła świeżością Zachodu i modelkami pięknymi jak prawdziwe boginki, które łowca-fotograf podejrzał w kąpieli, zanim zamieniły go w niedźwiedzia i skazały na śmierć. Największy zachwyt wzbudzała Azjatka o długich, czarnych włosach i skromnym, nieśmiałym spojrzeniu. Wszyscy chcieliśmy się czegoś o niej dowiedzieć, ale opisy w języku angielskim pod zdjęciami znacznie to komplikowały.
– T-his is not maj first tajm... – dukał Paweł z wysiłkiem – Aj lost maj wir... wirgi... wirgynyty w-hen aj was szesnaście.
– Co to znaczy?
– Tajm to czas!
– A first?
Cisza.
– Chyba, że chce jej się pić... Słyszałem takie coś w reklamie.
– A wyrgyny... To takie tam, wyrgycoś?
– Chyba coś z modą.
– Nie, jak już, to z geografią. Jest taki stan w Ameryce.
Jednak najpotężniejszy szok przeżyliśmy, kiedy okazało się, że niektóre modelki nie mają włosów na dole. Tu zdania były podzielone.
– Chyba lepiej, że nie mają krzaczorów, więcej widać...
– Nie, właśnie, że niefajnie, dziwnie to wygląda.
– Dziewczyny od nas z klasy pewnie też tam jeszcze nic nie mają!
– Głupku, te tutaj mają, tylko, że sobie golą...
– Twoja stara.
Łukasz nie brał udziału w naszych ożywionych dyskusjach, siedział trochę z boku, zamyślony, skubiąc plastikowy kolczyk w uchu. Wiedziałem, co go gryzie, więc kiedy reszta chłopaków dotarła do strony z reklamą wibratorów i oszalała do reszty, zagadnąłem:
– To co w końcu, zapraszasz Sandrę?
– Nie wiem jeszcze, głupio trochę, jej kumpele coś tam gadają...
– Co gadają?
– Że ona się nie umie zdecydować w kim jest zakochana.
– To może się zapytasz Pauliny? To jej najlepsza przyjaciółka i pewnie sobie mówią takie rzeczy.
– Nie no, nie będę się dziewczyny pytał. Potem od razu poleci do swoich i im wygada.
I nagle zadał pytanie, które kompletnie wytrąciło mnie z równowagi:
– A ty kogo zaprosisz?
Zaniemówiłem. W ogóle nie myślałem o tym w takich kategoriach, nie zamierzałem nikogo zapraszać.
– Może pójdziesz z Pauliną? – Łukasz trącił mnie pięścią w ramię – Mówiłeś, że ci się podoba.
– No... Może trochę... – zawstydzony zacząłem się wymigiwać – Ale Paulina jest chyba zakochana w kimś innym, to bez sensu...
Łukasz miał pełną rację. Paulina podobała mi się już od drugiej klasy, była jedyną dziewczyną, z którą rozmawiałem na przerwach i którą lubiłem obserwować na zajęciach wychowania fizycznego, chociaż nie wiedziałem, dlaczego sprawia mi to taką przyjemność.
– To może się po prostu zapytaj?
– Pod warunkiem, że ty też się zapytasz.
– A Sandra jak się nie zgodzi?
– To zaprosisz kogoś innego i wtedy będzie zazdrosna.
– A jak się zgodzi?
To pytanie okazało się na tyle trudne, że nie znalazłem na nie żadnej odpowiedzi.
Młody miał zakaz wstępu do mojego pokoju, ponieważ odkąd tylko nauczył się chodzić, z dziecięcym entuzjazmem demolował wszystko, co napotkał na swojej drodze. Lokata bestia uparcie ignorowała zaś wszelkiego rodzaju zakazy i nakazy, więc rodzice musieli wymontować z mojego pokoju klamkę, którą trzymaliśmy na najwyższej półce w kuchni, tak aby znajdowała się poza zasięgiem rąk mojego bracika.
Wieczorem, tydzień przed wyczekiwaną przez wszystkich dyskoteką, wróciłem wcześniej z placu budowy, naszego jedynego placu zabaw, ściągnąłem klamkę z półki, otworzyłem drzwi do sypialni i zamknąłem się w niej.
Rozmyślałem o Paulinie. Rozważałem setki możliwych sposobów, jak zaprosić ją na dyskotekę – a w 1996 jeszcze nie zapraszało się dziewczyn na dyskoteki ot tak, więc krok, jakiego miałem dokonać, był krokiem dalekosiężnym, bezpośrednim krokiem w dorosłość. Każdy z wyobrażonych przeze mnie scenariuszy kończył się zawsze źle, odmową i moim ostatecznym upokorzeniem w oczach kolegów, szkoły, blokowiska i całego świata.
Na samą myśl o tym przejmującym wstydzie zaczynałem się pocić i dygotać ze strachu w pokoju bez klamki.
Pięć dni przed dyskoteką chłopaki z blokowiska spotkali się w celu omówienia strategii podczas nadciągającej bitwy. Starsze o rok chłopaki z 4C były wrogiem potężnym, ale nie niepokonanym. Łukasz nie zdążył jeszcze zaprosić Sandry, przez co nie wiedział, czy jest ona jego dziewczyną, czy nie i czy w ogóle dojdzie do walnej konfrontacji, ale należało się przygotować na każdą ewentualność.
– Ja bym temu chujowi tak walnął z tekłondu, że by się nie pozbierał – Paweł zademonstrował wymyślony przez siebie cios.
– Jakbyś tak zrobił w szkole, to byśmy byli wszyscy u pani – zauważył przezornie Leszek. – A ja i tak bez przerwy mam jakiś szlaban.
– A co, jak oni pierwsi zaczną?
– Mój starszy bracik mógłby wziąć kilku kolegów...
– Może zrobimy ustawkę pod szkołą? Tam obok woźnego jest dobre miejsce...
– A ja bym ich tutaj zaciągnął – odezwało się, milczące dotąd, Dziecko Wojny.
Dziecko Wojny w rzeczywistości nazywało się Artur i było dużym, grubym chłopakiem z blokowiska, który wiecznie chciał bawić się w żołnierzy, strzelaniny, ucieczki z obozów jenieckich, przeprawy przez pola minowe i tego typu rzeczy. Na pogardliwy przydomek zasłużył sobie opowieściami o tym, że jego ojciec – kierowca ciężarówki – walczył w konflikcie wietnamskim, a on sam urodził się w Nowym Orleanie i brał udział w wojnie gangów.
– Ci z 4C siedzą tylko na dolnym osiedlu, tutaj nie przychodzą, nie znają terenu. – Artur zaczął objaśniać swój plan i patykiem rozrysowywać mapę taktyczną na gołej ziemi – Weźmiemy ich z zaskoczenia. Pójdzie Łukasz i Maniuś na przynętę, że niby są sami, i ich tu przyprowadzą. A my będziemy siedzieć w krzakach... Weźmiemy jakieś kamienie czy coś...
– Zrobimy tulipany! – podchwycił Paweł.
– Jakie znowu tulipany? – zapytał któryś z chłopaków.
– No, takie jak w filmach! – Paweł schylił się i podniósł porzuconą przez jakiegoś pijaczka butelkę – Poszukajcie dla siebie, to wam pokażę co i jak.
W kilka minut byliśmy już uzbrojeni w butelki po piwie, winie, wódce lub rumie. Paweł pokazał nam co i jak, więc zaczęliśmy je roztrzaskiwać o betonowe płyty i kawałki gruzu. Dziecko Wojny źle roztrzaskał swoją, pokaleczył sobie rękę i z płaczem pobiegł do domu.
– Tego się nie będą spodziewali!
– A co, jak przyjdą w dziesięciu?
– No właśnie, za mało nas jest...
– To się kogoś jeszcze ściągnie do pomocy!
– Mogę zapytać Czarnego, czy by nie wziął swojej ekipy, wisi mi trzy złote.
Byliśmy przygotowani. Wzrok chłopaków z blokowiska skierował się na Łukasza, bo wszystko zależało od tego, czy Sandra zgodzi się pójść z nim na dyskotekę i zostać jego dziewczyną, prawdziwą dziewczyną.
Sandra zgodziła się.
Podekscytowany Łukasz opowiedział nam o tym następnego dnia, a opowiadał tak długo i tak pięknie, opisując każdy jej uśmiech, każdy jej ruch, że na chwilę zapomnieliśmy o tym, że wyruszamy na wojnę.
– Musisz się zabezpieczyć – powiedział Paweł z mądrą miną.
– Co?
– No, wiesz, gumki i te sprawy.
– Co? Gumki? Po co?
– Mój bracik tak mówi. Chyba, że chcesz jej zrobić dziecko. Stary, to poważna sprawa. Mój bracik mówi, że nie poszedłby na imprezkę bez gumek, no, wiesz, prezerwatyw. Pójdziecie w ślinę, a może coś więcej, lepiej się przygotować.
Łukasz z zadumą podrapał się w ucho ozdobione plastikowym kolczykiem.
– Co to znaczy? – zapytał Młody, wiercąc się niespokojnie.
– Że będą się całować – wyjaśniłem.
– Fuj. Przez gumę?
– Nie twoja sprawa – zamknąłem temat, samemu za bardzo nie wiedząc, co o tym myśleć.
– A ty idziesz z Pauliną? – zagadnął Łukasz, zdradzając moją najskrytszą tajemnicę. Jakkolwiek bym nie odpowiedział, i tak zostałoby to zagłuszone przez ryk śmiechu i arię gwizdów. Nie miałem innego wyjścia, jak schować tulipana do kieszeni kurtki, wziąć Młodego za rękę i ruszyć w stronę bloku, posyłając chłopakom wymowne „fakiju” na do widzenia.
Tego samego wieczoru omal nie zabiłem swojego młodszego brata.
Z okazji urodzin taty zjechała się cała rodzina w postaci babć, dystyngowanych i bogobojnych ciotek, licznych wujków i jeszcze liczniejszego kuzynostwa. Mama krzątała się jak coraz bardziej rozdrażniona osa, donosząc na stół kolejne dania, ciotki rozmawiały ze sobą, wujkowie uśmiechali się do siebie porozumiewawczo w oczekiwaniu na clue wieczoru, to znaczy wódkę, kuzynostwo grało ze sobą w bingo, babcie śledziły to wszystko uważnym, surowym spojrzeniem, a ja markotniałem z minuty na minutę, pogrążony w myślach o Paulinie i czekającej mnie gehennie.
W całym tym rejwachu nikt nie zwracał uwagi na Młodego, który jakimś cudem dobrał się do ukrytej w kuchni klamki, a potem do mojego pokoju i buszował tam w najlepsze.
I kiedy już miał nastąpić najważniejszy moment, czyli zdmuchnięcie świeczek na torcie urodzinowym, po którym miała z kolei nastąpić krótka przemowa prababci, do pokoju jak burza wpadł Młody z okrzykiem:
– GOŁE CYCE!!!
...i gazetką od wujka Zbyszka w rączce, którą to gazetkę z miną najszczęśliwszego dziecka pod słońcem zaczął prezentować wszystkim zgromadzonym wokół stołu.
Spodziewałem się piekła, a skończyło się tylko na palącym od wewnątrz płomieniu wstydu.
– Chciałbyś porozmawiać o tych sprawach? – zapytała mama, kiedy wszyscy już rozjechali się do swoich domów – Jesteś już w takim wieku, że pewnie chciałbyś się czegoś dowiedzieć na temat seksu. Nie ma czego się bać...
Akurat, nie ma czego się bać. A tego, że wiem o istnieniu wibratora o nazwie „kaktus” z dwoma bliźniaczymi wypustkami? Albo tego, że Nicole z innego numeru najbardziej lubi na jeźdźca, a ja – cokolwiek to znaczy – o tym wiem? Albo wreszcie tego, że jutro zamierzam zaprosić Paulinę na dyskotekę i jeśli się zgodzi, będziemy chłopakiem i dziewczyną?
Naprawdę, nie chciałem o tym wszystkim rozmawiać.
Paulina się nie zgodziła.
Ale i tak poszedłem na dyskotekę. Bez własnej dziewczyny nie byłem odosobniony. Oprócz Łukasza i – co dziwne – Leszka, który nie tak dawno dostał tęgą burę za narysowanie w zeszycie cipy, chłopacy z blokowiska pojawili się w szkolnej auli bez osób towarzyszących. Dość szybko zbiliśmy się w gromadkę obserwującą spod ścian rozwój wydarzeń. W przeciwległym kącie to samo uczyniły nasze koleżanki z klasy, szepcząc między sobą, chichocząc. Pośrodku sali parkiet aż pulsował smutną pustką w rytm piosenek Just5 i Spice Girls.
– I tak są płaskie jak deski – skomentował dziewczęta Paweł.
Kilkukrotnie przechwyciłem z odległego archipelagu wzrok Pauliny. Był życzliwy, wyczekujący, dokładnie taki, jakiego w roku 1996 chłopak jak ja musiał unikać.
Wreszcie Łukasz zaprosił do tańca swoją nową dziewczynę. Nieśmiało położyli sobie dłonie na ramionach, byle jak najdalej od siebie, byle nie zmącić spokoju swych ciał kontaktem z innym ciałem i zaczęli kołysać się do piosenki jak dwie bele drewna unoszone przez falę.
Cała męska część 4C czekała przy drzwiach, groźna i głodna niczym wataha.
Tekst: Dawid Koteja
sobota, 8 czerwca 2013
środa, 5 czerwca 2013
O roli widza w teatrze rozmowa z Matyldą Podfilipską.
| Fot. W. Szabelski |
Środowego popołudnia miałem okazję poznać świeżo otwartą
poczekalnię przy Scenie na Zapleczu Teatru im. Wilama Horzycy. Co rusz
pojawiali się pracownicy teatru, aktorzy, którzy nie szczędząc uśmiechów witali
się i przechodzili dalej, ku swym obowiązkom. Otoczony portretami aktorów
toruńskiej sceny oraz archiwalnymi zdjęciami rozmawiałem z tegoroczną
zdobywczynią Wilama. Zapis rozmowy przekazuję Wam, a sam również pozwolę sobie
przejść dalej.
Maciej Krzyżyński: Nagroda publiczności przy dziesięcioleciu
pracy na toruńskiej scenie – trudno chyba o większy gest sympatii ze strony
widzów?
Matylda Podfilipska: Trudno (śmiech). To jest dla mnie
ogromna radość i dowód na to, że po drugiej stronie są ludzie, którzy odbierają
to, co robię, pozytywnie, nawet jeżeli czasami gram w sztukach, które nie są
miłe, łatwe i przyjemne. Dla mnie jest ważne, że w jakiś sposób są poruszeni
tym, co robię. Mam nadzieję, że nie zawiodę tego zaufania, bo traktuję to jako
kredyt zaufania od widzów.
Na dodatek dopiero wczoraj, podczas wojewódzkich obchodów
Międzynarodowego Dnia Teatru, odebrałaś kolejne wyróżnienie.
Tak. Również jestem bardzo wdzięczna. Zarówno teatrowi, jak i
Panu Marszałkowi, który zgodził się taką nagrodę mi przyznać. Tym razem nie
jestem jedyna, gdyż w tym roku trzy osoby dostały w naszym teatrze nagrodę
Marszałka. Oprócz mnie mój kolega, aktor, Paweł Kowalski i kierowniczka
administracyjna, pani Mieczysława Banasik. Całkiem przyjemne towarzystwo i
oczywiście też super nagroda.
Czy jest jakaś rola, która miała na Ciebie większy wpływ
od innych?
Z każdej roli pozostaje we mnie coś, czego nie potrafię się
pozbyć. Przy każdym kolejnym projekcie staram się podejść do sprawy bardzo
poważnie (nawet, jeśli rola bardzo poważna nie jest) i poświęcam temu dużo
czasu i energii, efektem czego jest związanie się na sporą część życia z tą
postacią, którą tworzę, i tym projektem, w którym biorę udział. Jest to
oczywiste, że jeśli coś trwa trzy miesiące, to się gdzieś w człowieku
zakorzenia. Moja mama mi kiedyś powiedziała, że nawet jakbym chciała, nie
potrafię pozbyć się tych fragmentów postaci, które we mnie zostają, układają
się i tworzą moją dojrzałość. Dojrzałość także ludzką, bo nie mówię tu tylko o
scenicznej dojrzałości. Tu nie chodzi o to, że, jak już przeszłam jedno, to już
wiem, jak to się robi, i w następnej rzeczy będzie mi łatwiej, ponieważ w
każdym nowym projekcie jest tak samo trudno wystartować.
Czyli trudno jest po zakończeniu spektaklu powrócić do
roli Matyldy Podfilipskiej?
Ja nie traktuję siebie jako roli. Jestem sobą i ze sobą
współpracuję, pracując nad kolejną rolą, w związku z tym nie mam problemu
powrócenia do siebie. Sądzę, że już od dawna nie odchodzę od siebie, wychodząc
na scenę. Nie da się oddzielić jednego od drugiego. Ludzie, którzy widzą mnie
na scenie, na pewno mniej lub bardziej myślą, że to jest Podfilipska. Nie
chodzi o to, by ludzie przychodzili zobaczyć, jaka jest Podfilipska akurat na
scenie. Nie da się jednak uciec od siebie, swojej wrażliwości, psychiki, itd.
Na tej podstawie buduję kolejną postać, ale też na szczęście są takie zadania,
gdzie rozpoczynając pracę, nie muszę rozdrapywać swoich ran. Mam za to wielką
frajdę poszukiwania w swoich ludzkich możliwościach materiału na rolę, która
wydawałoby się, że jest mi obca, a potem staje się zabawą, super
doświadczeniem. Doświadczeniem czegoś nowego, jak było na przykład teraz przy „Body Art.”.
Najnowszym Twoim wcieleniem jest Naomi. Jak odnajdujesz
się w roli mecenasa i co osobiście sądzisz o wpływie biznesu na sztukę?
Naomi to dosyć wredna postać i wiem, że wiele osób jej nie
lubi. Sama, jakbym miała poznać taką osobę, pewnie też bym jej nie polubiła. To
jednak też nie o to chodzi, by kochać swoje postaci i to mi kompletnie nie
przeszkadza w czerpaniu radości z grania Naomi. Jak widać, jeżeli czerpię z
tego radość, jeżeli gdzieś się w tym odnalazłam, to pewnie też taka mogłabym
być. Mam jednak nadzieję, że życie mnie taką nie zrobi (śmiech). Wpływ biznesu,
pieniędzy na sztukę jest na pewno ogromny. To nie jest temat-rzeka; morze,
ocean to w ogóle mało. Oprócz tego, że musimy liczyć się z tym, co się
sprzedaje, rzadko możemy pozwolić sobie na rzeczy, które będą dla bardzo
niewielkiego grona odbiorców i po pięciu spektaklach miałyby zejść. Byłoby to
nadużycie finansowe ze strony teatru. Szukamy gdzieś jednak mimo wszystko
rzeczy, które poza tym, że się sprzedadzą, będą frapujące, poruszające, dające
do myślenia lub pozwalające na ulgę, rozluźnienie. W taki fajny, mądry sposób.
Przynajmniej się staramy. Oczywiście, że efekty mogą być różne i przede
wszystkim odbiór jest różny. Bo to, co my dajemy to jest właściwie półprodukt.
To, co my dajemy, plus to, co ludzie odbierają – to jest dopiero pełny produkt.
On różni się w zależności od tego, kto to ogląda – na jakim jest etapie, do
czego jest przygotowany, na ile może sobie pozwolić w odbiorze, jakie są jego
skojarzenia, doświadczenia. To wszystko łączy się w jedną całość z tym, co my
proponujemy, i to jest dopiero jakiś odbiór całego projektu. W Body Art
mówimy o wpływie finansów na sztukę. To są oczywiste sprawy. Wszyscy wiedzą, że
jest taka sztuka, która jest niekoniecznie zrozumiała, ale podana w taki
sposób, z takim przekonaniem, przez osoby-legendy, które marketingowo potrafią
o siebie zadbać, by legendę utrzymać, że, choć podejrzewam, że może być to
gniot, i tak się wtedy sprzeda. To jest już tylko wybór tej osoby-legendy. Ja
wolę podjąć ryzyko, że to się może nie udać, nie sprzedać tak dobrze, jak mam
nadzieję, że się sprzeda. Może nie dotrzeć, nie być zrozumiałe przez taką masę
ludzi, przez jaką chciałabym, by było zrozumiałe. Muszę uczciwie podejść do
pracy i wiedzieć, że chcę coś ważnego powiedzieć, że nie odwalam chałtury, że w
tym, co robię, jest jakiś sens. Dopiero wtedy mogę poświęcić na to trzy
miesiące swojego życia. Być może perspektywa zmieniłaby się, gdybym wiedziała,
że zrobię coś w trzy dni i zarobię milion złotych. Może by mi się jakaś klapaka
przestawiła w głowie i stwierdziłabym: „to tylko trzy dni, a potem będę robiła
już tylko piękne, wspaniałe rzeczy”. Tylko, że te piękne, wspaniałe rzeczy nie
przychodzą na zawołanie. Te trzy dni chałtury mogą mieć swoje kiepskie
konsekwencje.
To skoro już miliony, skoro frapujące sytuacje – pomówmy o
„Przedostatnim Kuszeniu Billa
Drummonda”. Spektakl rozpoczynają rozmowy telefoniczne. Widz musi
zadzwonić do aktorów oczekujących na połączenie. Czy któraś z tych rozmów
zapadła Ci szczególnie w pamięć?
Udało mi się parę takich rozmów zdążyć sobie spisać. Ich było
naprawdę sporo i były naprawdę zaskakujące. Zdarzyła się na przykład rozmowa z
kimś, kto życzył mi interesującej drogi do przejścia. To były takie niesamowite
sformułowania, które wynikały z jakiejś prostej rozmowy, które po kolejnych
minutach spektaklu okazywały się mieć tak głębokie dno, że pomagały mi
doświadczać kolejny raz niezwykłej przyjemności – jak i tej osobie, która na
pewno pamiętała, co mi powiedziała, i na pewno po obejrzeniu tego spektaklu
musiało to otworzyć w niej coś zupełnie nowego. I to była radocha ogromna. Byli
ludzie, którzy dzielili się swoimi problemami i przeżyciami. Był ktoś, kto
mówił, że była taka pogoda, że właściwie nie wie, po co on tu przyszedł, i ma
nadzieję, że się nie zawiedzie. Albo ludzie, którzy dzwonią na zasadzie żartu,
bo kolega z klasy siedzi obok i... nagle się wciąga. Głupio mu zacząć ze mną
rozmawiać, bo kolega obok jednak słucha, a on jednak zaczyna odpowiadać mi
półsłówkami i nagle się okazuje, że oni też biorą w tym wszystkim udział.
Fragmenty tych rozmów były puszczane przez głośnik, więc dochodzą do wniosku,
że „kurczę, chciałem zrobić jaja, a tutaj jednak coś się na serio robi, jak z
tego wybrnąć?”. Wydaje mi się, że problem z tym, jak wybrnąć ze sztuki, to jest
bardzo ważny problem. Ja bym bardzo chciała, żeby ludzie przyszli na sztukę i
zastanawiali się, co dalej mają z tym zrobić. Nie na zasadzie: „nic nie
rozumiem, kicha totalna, w ogóle po co tu przyszedłem”, tylko: „dostałem coś i
co z tym mogę zrobić, co to mi daje, co to we mnie zmieni?”. Ten spektakl na
pewno dawał szansę, by po nim było inaczej.
Zdarzają się też inne spektakle, w których występuje
interakcja sceny z widownią. Jak wygląda aktywność toruńskiej publiczności?
To jest kolejny powód, dla którego cieszę się z tej nagrody.
Dosyć mało tej aktywności odbieram. Słyszę oddechy, jakieś dźwięki z widowni,
ale rzadko mam okazję dyskutować z ludźmi. Tego mi brakuje. Są przecież
spotkania, po każdej premierze są wtorki uniwersyteckie. Na to ciągle
przychodzi mało ludzi i ciągle jest niewielu, którzy odważyliby się
podyskutować o tym. Zdarzyło mi się ostatnio, że jedna osoba wyszła ze
spektaklu. Ja akurat czekałam na zewnątrz na swoje wejście, więc siłą rzeczy
musiałam się z nią spotkać. Prawdę mówiąc przestraszyłam się, że coś jej się
stało, więc pytam: „przepraszam, pani wyszła, może jakoś mogę pomóc?”,
odpowiedziała: „tak wyszłam, bo jestem zdegustowana” i musiałam zaraz iść na
scenę. To była dziewczyna w mniej więcej moim wieku. Tak mnie to strasznie
męczyło, bo nie miałam zielonego pojęcia, co takiego do tej pory wydarzyło się
w spektaklu, co mogło ją aż tak zdegustować. Bardzo mi tego brakuje, bo ja
rozumiem, że coś się może nie podobać, ale nie wiem dlaczego i chciałabym z nią
porozmawiać. Jasne, że ja nie wiem wszystkiego. Nie znam metody na to, żeby
było dobrze, żeby sztuka była udana, wysokich lotów. Mogę błądzić. Chciałabym
tylko, żeby ludzie mieli odwagę do wymiany opinii. Jeśli chodzi o interakcje
podczas spektakli toruńska publiczność wypada dobrze, chociaż jest to ciągle
budzenie. Zdarzało mi się, że podchodziłam do osoby i pytałam, z jakiej jest
parafii (podczas „Przedostatniego
Kuszenia...” – przyp. red.), a ona na mnie patrzyła i nic nie mówiła.
Mówię: „przepraszam, ja do pani” – „ja?” – „tak, tak – pani”. Tak jakby trzeba
było ciągle próbować „dopukiwać” się do ludzi, udowadniać, że nie jesteśmy za
ekranem. Kolejny raz mogę tylko powiedzieć, że „Przedostatnie Kuszenie Billa Drummonda” było właściwie pierwszym
takim super ważnym doświadczeniem zmieniającym mój bieg teatralny. Jednym z
tych spektakli, który dawał taką szansę. Zwłaszcza we fragmencie, w którym
mówiłam o tych problemach, które mam ja – i myślę, że wielu ludzi. O problemach
z wiarą, z Kościołem, z tym, co jest potrzebne w Kościele. Zastanawiając się
nad tym, czy to jest w ogóle potrzebne i proponując ludziom spalenie tego
wszystkiego i stworzenie czegoś nowego, dochodziłam do momentu, kiedy zadawałam
pytanie, które było kulminacją całego mojego monologu: „co, jeżeli Boga nie
ma?”. Widziałam, że na samej górze widowni, na końcu ostatniego, najwyższego
rzędu, siedzi grupa młodzieży. To jest magiczne miejsce, w którym zawsze się
młodzież chce schować na spektaklach. Nie wiem, dlaczego, ale tam jest
najdalej, najbezpieczniej, można sobie pochichotać, pogadać, światła w oczy nie
rażą. Było tam paru chłopców, którzy przez cały czas sobie coś tam szemrali,
dogadywali. (To się pogłębiało wraz moim monologiem.) Nie wiedziałam już, co
mam robić, żeby ich przekonać do słuchania, powiedzieć im, że to jest dla mnie
strasznie ważne i chciałabym, by dla nich, chociaż na chwilę też stało się
ważne. I doszło do tego, że przy pełnej widowni, przy ludziach siedzących na
schodach, przedostałam się między kolanami widzów do ostatniego rzędu, do
ostatniego miejsca. Doszłam do dwóch chłopców wskazujących od razu trzeciego:
„to nie ja, to on, to on”. Popatrzyłam na chłopaka i mówię: „ty, chodź ze mną”
– „nie, nie, nie” – „chodź ze mną” – „nie” – „chodź” – wstał i poszedł. Znowu
przeszliśmy po tych wszystkich kolanach. To trwało ułamek sekundy. Ja nie wiem,
jak i kiedy to zrobiłam. Z chęci niestracenia tego chłopaka wyciągnęłam go na
sam dół, usadziłam między krasnalami, gdzie było jeszcze troszeczkę miejsca i,
skoro tam już siedział, bezpośrednio jemu zadałam pytanie: „a co, jeżeli Boga
nie ma?”. Wyraz oczu tego chłopaka był bezcenny. Cisza, cisza, cisza, „nie
wiem”. Ta bezradność była bezcenna. Wiem, że potem, przed aneksem, ta grupa
młodzieży się zbierała, dziewczyny mówią: „chodźcie, chodźcie”. Chłopcy z kolei:
„no co ty, pierwszy raz coś ciekawego w teatrze się dzieje, zostajemy”. Alicja,
nasza inspicjentka, opowiadała mi potem, że on stał z boku. Chłopcy sobie
powtarzali, co się wydarzyło, a on nie był w stanie z nimi o tym żartować.
Poszedł na aneks, czyli coś go musiało jednak zaintrygować w tym wszystkim. To
są dla mnie najwspanialsze momenty w spektaklu. Mam nadzieję, że wskazany
przeze mnie chłopak nie będzie wspominał tego ze wstrętem, lecz wręcz
przeciwnie. Może dotarło do niego, że my, aktorzy, też jesteśmy ludźmi i to
jest jakaś wspólna rozmowa.
A czym dla Ciebie dziś jest teatr? Czy uważasz, że masz
realny wpływ na kreowanie światopoglądu takiego chłopaka, takiego widza, który
wyszedł ze spektaklu?
Tak, ale to też zależy od tego, na co przyjdzie i na jakim
jest etapie. Zdaję sobie sprawę z tego, że chociażby „Body Art”, który teraz gramy, dla niektórych ludzi może być
ważny, dla niektórych nie. Jest sporo ludzi młodych, którzy powiedzą, że to już
wszyscy wiemy, że przyjaciela można sprzedać, gdy się ma ku temu okazję. Że
przyjaźń nie jest tak cenna, jak interes. Ale są grupy, które chcą posiedzieć,
posłuchać o tym. Mam nadzieję, że ten teatr, dając do myślenia, coś zmienia w
życiu. Nie tylko naszym, ale też tych ludzi, przychodzących do niego. Mam
nadzieję, że sztuka jest potrzebna, chociaż nie jest to łatwa wiara. Ciągle staram
się walczyć o to przekonanie w sobie. To jest oczywiste, że bez chleba i wody
nie przeżyjemy. Nie wiem, czy byśmy przeżyli bez sztuki. Być może, że na
dłuższą metę nie. Ale – miesiąc bez sztuki? Damy radę. Nie wiem tylko, czy
będziemy wtedy w stanie odczuć przyjemność życia.
Twoje życie artystyczne nie ogranicza się do sceny Teatru
im. Wilama Horzycy. Powiesz nam coś o innych projektach, w których bierzesz
udział?
Przyznam, że trudno jest mi łączyć pracę w teatrze z
czymkolwiek innym, ponieważ dla wielu produkcji jestem niedyspozycyjna. Jest
milion pięćset aktorów w Warszawie i różnych innych miastach, którzy po prostu
siedzą i czekają na okazję. Musi się znaleźć ktoś, kto bardzo chce akurat ze
mną coś zrobić, żeby była szansa na kombinowanie w moim planie zajęć. Na
szczęście od czasu do czasu jeszcze udaje mi się coś zrobić z Teatrem Wiczy.
Zdarza mi się również złapać pojedyncze dni zdjęciowe w filmie czy w serialu,
co jest też bardzo cennym doświadczeniem. Praca przed kamerą wymaga większej
subtelności środków, a jednocześnie ogromnej sprawności, powtarzalności i
cierpliwości. Wiadomo przecież, że na planie filmowym mniej się gra, a więcej
się czeka. Być może teraz dojdzie do skutku kolejne filmowe doświadczenie,
czyli projekt Marcela Woźniaka. Czekam na to z niecierpliwością, bo pomysł miał
bardzo fajny i na szczęście był jedną z tych osób, które powiedziały: „to ty
masz tutaj coś do zagrania, ja wierzę, że ty masz u mnie zagrać”. Mam nadzieję,
że dzięki jego entuzjazmowi uda się połączyć moje zajęcia z planem filmowym.
wtorek, 4 czerwca 2013
Sny, które można było kupić za pieniądze (przy Albertinaplatz 1) - Max Ernst Retospektive
Nie klej czyni kolaż. Tak samo jak surrealizmu nie czyni, nie definiuje eskapizm. Wycofanie się w głąb tego, co z bojaźnią, drżeniem ale i zapierającą dech w piersi fascynacją zwano między innymi podświadomością, nie oznaczało krańcowej negacji jednostki. Owszem, implikuje to niepewność, podejrzliwość. Owszem, wstrząsa to podstawą podmiotu, chwieje nim. Próbuje obalić, lecz jednocześnie czujna jest, by czule go pochwycić. Gdy zapytamy czy surrealizm oraz szereg awangard wczesnego wieku dwudziestego to anarchiczno-destrukcyjne formacje, musimy odpowiedzieć (zwłaszcza z perspektywy czasu), że nie. Prawdą jest, że André Breton pisał w „Manifeście surrealizmu” z 1924 roku: „Strach przed obłędem nie zmusi nas do zatrzymania sztandaru wyobraźni w połowie masztu”. A jednak – choć jako esteta i lekarz nie lękał się „obłędu” – surrealizm, któremu przewodził przez tak wiele lat, któremu nadawał tak wiele tonów i odcieni, za cel obrał sobie utrzymywanie sztandaru w połowie masztu. On i wiernie oddani mu artyści szukali bowiem tej cienkiej, niezwykle trudnej do uchwycenia i zdefiniowania granicy, gdzie funkcjonować może człowiek wyzwolony od mieszczańskich – czy ogólniej – kulturowych konwenansów. Już nie w życiu opresyjnym i skonwencjonalizowanym, takim, jakie je potocznie rozumiemy, lecz jeszcze nie we wrogiej mu rzeczywistości. Wyzwoleniu temu służyły różnorakie teorie i ideologie: początkowe zachłyśnięcie się freudyzmem, marksizmem (który, jak wiemy, doprowadził do większego rozłamu wewnątrz grupy) czy w końcu inspirowanie się ezoteryzmem, mistycyzmem, gnozą i prymitywizmem. Surrealizm, posługujący się charakterystyczną dla siebie retoryką, był w rzeczywistości ruchem wysoce pragmatycznym. Orężem była sztuka. Przykładem twórczość urodzonego w 1891 roku Maxa Ernsta.
Piątego maja zakończyła się w wiedeńskiej Albertinie trwająca od stycznia wielka retrospektywa twórczości Maxa Ernsta, jednego z najwierniejszych wyznawców Bretona, jednego z tych, którzy skierowali sztuki wizualne ku nowym ścieżkom. Obejmowała ona zestaw około 180 dzieł: collage, litografie, szkice, malarstwo olejne, grattage, frottage, dekalkomanie, techniki łączone, rzeźbę, książkę artystyczną. Sformułowane właśnie przez Maxa Ernsta zdanie, którym pozwoliłem rozpocząć swój tekst, doskonale definiuje jego dadaistyczne początki. Zachwyca nie tyle technika, co ujawnienie tkwiących w dziewiętnastowiecznej grafice nowych możliwości wizualnych. Gdyby nie Ernst, nigdy nie rozwinęłyby tak doskonale dzieła Jana Lenicy czy Harry’ego Everetta Smitha. Bretona zachwyca jego collage (któremu Ernst pozostawał wierny przez całe życie, choć podejście doń ulegało licznym przeobrażeniom). Ernst zwraca się ku malarstwu już pod sztandarem wyobraźni surrealistycznej, nie pozwalając się jednak zdominować zbyt rygorystycznemu dla niektórych Bretonowi, wciąż szukając nowych ścieżek. „Ubu imperator” (1923), serie „Petrified City” i „Entire City” (1933-36), „Kuszenie św. Antoniego” (1945) doskonale obrazują przejścia od wyzwolenia imaginacji do wyzwolonych technicznych ekwiwalentów reguł automatyzmu. Z uporem bretonowskiego „szaleńca” eksploatuje wciąż motyw swojego alter ego, Loplop, ni ptaka, ni człowieka. Po raz kolejny zauważamy, że w dojrzałej myśli surrealistycznej to motyw przejściowy występuje jako upragniony środek i cel zarazem. Od wybuchu drugiej wojny światowej, dzięki pomocy Peggy Guggenheim przebywa w Nowym Jorku, gdzie wraz z Duchampem i Chagallem wpływają na rozwój tamtejszej sceny ekspresjonizmu abstrakcyjnego. Świadomość europejskiej gehenny nadaje jego frottage’owym krajobrazom nowego postapokaliptycznego znaczenia („Europa nach dem Regen”, 1940-42). Jednocześnie Ernst w Sedonie (stan Arizona), gdzie mieszka przez osiem lat z żoną i muzą Dorotheą Tanning, odnajduje żywe krajobrazy ze swoich dzieł. Tam też zwraca się ku rzeźbie (potężne, mityczne totemy i bałwany) i asamblażowi, dziedzinie, w której osiągnął mistrzostwo, nie ustępujące wielkim rzeźbiarzom swoich czasów.
Zakończona wystawa w Albertinie stanowiła nie tylko chronologiczny przegląd prac tego wpływowego i inspirującego człowieka. Dzięki błyskotliwemu zagospodarowaniu przestrzeni wystawienniczej pełnej krzywych luster, napisów oraz dadaistycznych wierszy słyszanych z głośników, traktujemy obszerne labirynty Albertiny jako surrealną podróż w głąb, do wnętrza myśli artystycznej Ernsta. Człowieka wielu talentów, którego rola nie ulegnie umniejszeniu jeszcze długo – wszak nitka łącząca go ze współczesnym konceptualizmem nie jest tak cienka. Pod koniec swojego życia, w 1972 roku Ernst wypowiedział takie oto słowa: „Wystawa Dada! Kolejna! O co chodzi tym wszystkim, którzy chcą z dadaizmu uczynić przedmiot muzealny? Dada to była bomba… potraficie sobie wyobrazić, że zechciano pozbierać kawałki bomby która wybuchła pół wieku temu, poskładać ją i zaprezentować?”. Dzięki wiedeńskiej retrospektywie możemy po 41 latach odpowiedzieć twierdząco. Niezależnie od tkwiącej w pytaniu ironii. Wszak o mocy wielkiej sztuki modernistycznej świadczy właśnie zdolność do wielkiej ironii.
Tekst: Piotr Buratyński
piątek, 31 maja 2013
UCZTA DLA OCZU
Czy dom bez dywanu jest kompletny?
Pomysł na kolejny „Obiekt pożądania” przychodzi do mnie całkiem naturalnie. To, o czym chcę tym razem pisać, to równocześnie coś, czego sama pilnie potrzebuję. Jest to mianowicie dywan. Podobno można bez niego żyć, czerpiąc estetyczną radość z rysunku drewna podłogi, albo – co dla mnie niepojęte – ciesząc się praktycznością kafli lub wykładziny plastikowej. Dla mnie salon bez dywanu wygląda niekompletnie, meble zdają się chaotycznie rozsypane po pokoju, a podłoga, nawet drewniana, wydaje się duża, pusta i zimna.
Moja historia z dywanem w tle zaczyna się od funkcji. Uprzytulnia on wnętrza i wycisza je, daje poczucie komfortu. Co najważniejsze, czyni z podłogi przestrzeń zamieszkaną – ekstra miejsce do siedzenia, zabawy i relaksu. Z tym użytkowym ujęciem splata się jednak ściśle – i często dominuje – aspekt wizualny, a więc dywan jako element wnętrza, w którym, tak samo jak na ścianach czy w doborze mebli, można wykazać się stylem w urządzaniu własnego „M”. Liczy się więc przede wszystkim kształt, kolor, wzór i faktura.
W projektowaniu dywanów dużo się dzieje. Mimo że w designie każdy materiał ma prawo bytu, jakość reprezentowana przez nieśmiertelną wełnę lub jedwab pozostaje absolutnie na topie i, chcąc utrzymać produkt na najwyższym poziomie, większość projektantów nie ucieka się do tanich włókien sztucznych. Wełna to jednak nie nowość, tylko pewien standard, a sam materiał nie czyni projektu. Liczy się przede wszystkim pomysł, a na wartość docelową składają się kolejne wysmakowane szczegóły, takie jak ręczne wykonanie, powrót do korzeni rzemieślniczych w dziedzinie tkania i farbowania, sprytne nagięcie klasycznych kanonów wzorniczych. Świat przetrząsany jest w poszukiwaniu tego, co rdzennej jest to potem miksowane odważnie z tym, co przynoszą wzory czerpane garściami z każdej dziedziny życia (a, jak zobaczymy, czasem nawet i śmierci). Tematycznie – wyniki takich eksperymentów mogą zaskakiwać, ale produkty te, tak czy inaczej, satysfakcjonują swoimi kompozycjami kolorystycznymi, nietypowym kształtem i mistrzowskim wykonaniem.
Zacznę od Sonyi Winner (sonyawinner.com). Jako designer Sonya przeszła drogę od grafiki do dywanów i widać to bardzo dobrze w jej geometrycznych kompozycjach. Jak sama mówi, tworzy z radością i swobodą metodą prób i błędów. Jej gotowe produkty to mocno nieregularne kształty, zrywające na zawsze z prostokątną połacią dywanu, jaki znamy. To bardzo sprytny zabieg, bo zwielokrotnione rogi, wcięcia i zatoczki pozwalają na wiele różnych orientacji tego samego produktu w przestrzeni, a tym samym – dają szereg unikatowych możliwości zgrania dywanu z meblami. Wizytówką Sonyi Winner są jednak przede wszystkim piękne, soczyste kolory, wspaniale ze sobą połączone. Całe dywany są niby osobne kwadratowe, okrągłe lub trójkątne szkiełka nakładające się na siebie pod światło w pozornym chaosie, tworząc w konsekwencji szerokie pasmo umiejętnie zaplanowanych kolorów pochodnych. Produkty marki Sonya Winner powstają w Nepalu z nowozelandzkiej wełny oraz jedwabiu, a artystka osobiście nadzoruje każdy etap ich produkcji. Tradycyjnie farbowana wełna występuje często aż w 23 kolorach w jednym dywanie, jest też delikatnie zróżnicowana pod względem wysokości włosia, co wzmaga efekt nakładania się poszczególnych elementów. Niektóre krótkie serie limitowane zawierają zaledwie 10 lub 15 egzemplarzy, można też zamówić dowolny wzór w wymarzonym rozmiarze.



„Flat Surgery” to również nieregularny kształt. Dywan autorstwa Mathieu Lehanneur (http://www.mathieulehanneur.fr/) dla Carpenters Workshop Gallery (http://carpentersworkshopgallery.com/) uderza, mimo że to zaledwie kilka prostych, żywych kolorów. Styl będzie tu bardziej przemawiał do wielbicieli komiksu. Dodatkowo, idea przewodnia już na pierwszy rzut oka szokuje, bo tematem są spłaszczone ludzkie narządy. Trzeba więc mieć wielki dystans albo mocne nerwy, tym bardziej że artysta sugeruje dopasowanie zestawu rozjechanych wesolutko wnętrzności do pomieszczeń domowych z nimi powiązanych; tak więc do kuchni polecane są fragmenty układu pokarmowego, w sypialni sprawdzą się organy płciowe, a w wystroju miejsca pracy przyda się rozpłaszczony mózg. Kontrowersyjny temat odbity został w najwyższej jakości wełnie, a kolor wspomagany jest przepiękną fakturą załamań, wgłębień i wypustek, wszystko to przemawia ponad okrutnym tematem i mimo wszystko trafia w mój czuły punkt estetyczny.

Teraz mój ulubieniec od pierwszego wejrzenia, a więc „Losanges Rug” genialnych braci Bouroullec (http://www.bouroullec.com/) dla znanego dywanowego królestwa Nanimarquina (http://www.nanimarquina.com/). Tym razem mamy przed sobą płaski kilim perski, tworzony od podstaw przez afgańskich rzemieślników. Wełna jest więc od podstaw ręcznie wytwarzana, farbowana, a potem tkana z czułością i gęstościa 156 000 pętli na metr kwadratowy. Godny podziwu ogrom pracy i wielowiekowe tradycje, a dla zachodnich konsumentów gwarancja unikatowości każdego egzemplarza z racji lekko odmiennych wyników barwienia, drobnych zmian we wzorach. Wizualnie – dla mnie bomba; wielki romb z powtarzającym się wielokrotnie charakterystycznym wzorem mniejszych, kolorowych lub tylko zarysowanych konturem. W wersji pierwotnej wykorzystano zaledwie trzynaście tradycyjnych wschodnich kolorów, stonowanych i pięknie współgrających z naturalną złamaną bielą surowej wełny. Od niedawna kilim dostępny jest również w monochromie wełnianej bieli i czerni.

W temacie dywanów Polacy również mają czym się pochwalić, jak chociażby firma mohodesign (mohodesign.com), która w 2008 roku zgarnęła prestiżową Red Dot Award za swój dywan „Mohohej! DIA” z kolekcji Folk. Projekt już teraz nieco opatrzony, ale wciąż bardzo fajny; wykonany z kilkuwarstwowego filcu krąg imituje wzorem ludowe wycinanki, w ten sposób, zarówno materiałem, jak i wzorem nawiązując do polskich korzeni. Inne dywany mohodesign, na przykład „Immortal Rugs”, także zasługują na uwagę. Tu motywem jest noszony przez żołnierzy na szyjach identyfikator-nieśmiertelnik. Jego obła forma obleczona jest w kolory kamuflażowe i zarysy map, a więc nieregularne plamy szarości i zieleni, z okazjonalnym cięciem kontrastowego koloru, błękitu lub żółci. Podoba mi się!


Zakończę niedawną propozycją słynnej Patricii Urquioli, „Mangas Rugs” dla GAN (http://www.gan-rugs.com). Ponownie materiałem jest tu jakościowa wełna, ale efekt końcowy nieco mniej wymuskany, a bardziej swojski. Dywany „Mangan” wyglądają jak nieregularne fragmenty wielkich swetrów robionych samodzielnie na drutach. Utrzymane są w tonacjach szarości i barw ziemi, z kilkoma bardzo modnymi akcentami żółci, brudnego różu (moje ulubione), stonowanego turkusu, ale także mniej zaskakującej zgaszonej czerwieni czy zieleni. Wielkoformatowy, typowo swetrowy wzór manewruje swobodnie poprzez kolejne pasy dywanu, pojawia się i znika. Zmieniają się także faktury i ściegi. Bardzo przyjemna, ciepła, zimowo-jesienna kompozycja, odarta z wszelkiego zadęcia wielkiego designu. Ot, taki hipisowski dotyk w świecie wysublimowanej perfekcji. Wydaje się niemalże, że przy odrobinie wysiłku damy radę sami sobie wykonać takie cudo, za oryginał trzeba jednak słono zapłacić.



Niepohamowany postęp w kolorach i wzorach, niezachwiana pozycja luksusu wełny. Takie dywany to majstersztyk rzemiosła oraz kropka nad „i” w wystroju wnętrza. Wystarczy jednak zerknąć na ceny, żeby dojść do wniosku, że dzisiejsze modne dywany nie są dla zwykłych śmiertelników. Designerski kilim może i daje komfort dla ciała, ale psychicznie wykończyłby niejednego: zwierzęta, dzieci i goście w domu odpadają w przedbiegach, a drobne wypadki w postaci plam i dziur mogą przy takich cenach odebrać człowiekowi rozum. Można jednak przecież pomarzyć i popodziwiać pomysłowość i kunszt projektantów w temacie, a do kupna takiego cuda podejść tak jak do samego użytkowania – ucztować głownie okiem.
Tekst: Karolina Wiśniewska
Pomysł na kolejny „Obiekt pożądania” przychodzi do mnie całkiem naturalnie. To, o czym chcę tym razem pisać, to równocześnie coś, czego sama pilnie potrzebuję. Jest to mianowicie dywan. Podobno można bez niego żyć, czerpiąc estetyczną radość z rysunku drewna podłogi, albo – co dla mnie niepojęte – ciesząc się praktycznością kafli lub wykładziny plastikowej. Dla mnie salon bez dywanu wygląda niekompletnie, meble zdają się chaotycznie rozsypane po pokoju, a podłoga, nawet drewniana, wydaje się duża, pusta i zimna.
Moja historia z dywanem w tle zaczyna się od funkcji. Uprzytulnia on wnętrza i wycisza je, daje poczucie komfortu. Co najważniejsze, czyni z podłogi przestrzeń zamieszkaną – ekstra miejsce do siedzenia, zabawy i relaksu. Z tym użytkowym ujęciem splata się jednak ściśle – i często dominuje – aspekt wizualny, a więc dywan jako element wnętrza, w którym, tak samo jak na ścianach czy w doborze mebli, można wykazać się stylem w urządzaniu własnego „M”. Liczy się więc przede wszystkim kształt, kolor, wzór i faktura.
W projektowaniu dywanów dużo się dzieje. Mimo że w designie każdy materiał ma prawo bytu, jakość reprezentowana przez nieśmiertelną wełnę lub jedwab pozostaje absolutnie na topie i, chcąc utrzymać produkt na najwyższym poziomie, większość projektantów nie ucieka się do tanich włókien sztucznych. Wełna to jednak nie nowość, tylko pewien standard, a sam materiał nie czyni projektu. Liczy się przede wszystkim pomysł, a na wartość docelową składają się kolejne wysmakowane szczegóły, takie jak ręczne wykonanie, powrót do korzeni rzemieślniczych w dziedzinie tkania i farbowania, sprytne nagięcie klasycznych kanonów wzorniczych. Świat przetrząsany jest w poszukiwaniu tego, co rdzennej jest to potem miksowane odważnie z tym, co przynoszą wzory czerpane garściami z każdej dziedziny życia (a, jak zobaczymy, czasem nawet i śmierci). Tematycznie – wyniki takich eksperymentów mogą zaskakiwać, ale produkty te, tak czy inaczej, satysfakcjonują swoimi kompozycjami kolorystycznymi, nietypowym kształtem i mistrzowskim wykonaniem.
Zacznę od Sonyi Winner (sonyawinner.com). Jako designer Sonya przeszła drogę od grafiki do dywanów i widać to bardzo dobrze w jej geometrycznych kompozycjach. Jak sama mówi, tworzy z radością i swobodą metodą prób i błędów. Jej gotowe produkty to mocno nieregularne kształty, zrywające na zawsze z prostokątną połacią dywanu, jaki znamy. To bardzo sprytny zabieg, bo zwielokrotnione rogi, wcięcia i zatoczki pozwalają na wiele różnych orientacji tego samego produktu w przestrzeni, a tym samym – dają szereg unikatowych możliwości zgrania dywanu z meblami. Wizytówką Sonyi Winner są jednak przede wszystkim piękne, soczyste kolory, wspaniale ze sobą połączone. Całe dywany są niby osobne kwadratowe, okrągłe lub trójkątne szkiełka nakładające się na siebie pod światło w pozornym chaosie, tworząc w konsekwencji szerokie pasmo umiejętnie zaplanowanych kolorów pochodnych. Produkty marki Sonya Winner powstają w Nepalu z nowozelandzkiej wełny oraz jedwabiu, a artystka osobiście nadzoruje każdy etap ich produkcji. Tradycyjnie farbowana wełna występuje często aż w 23 kolorach w jednym dywanie, jest też delikatnie zróżnicowana pod względem wysokości włosia, co wzmaga efekt nakładania się poszczególnych elementów. Niektóre krótkie serie limitowane zawierają zaledwie 10 lub 15 egzemplarzy, można też zamówić dowolny wzór w wymarzonym rozmiarze.



„Flat Surgery” to również nieregularny kształt. Dywan autorstwa Mathieu Lehanneur (http://www.mathieulehanneur.fr/) dla Carpenters Workshop Gallery (http://carpentersworkshopgallery.com/) uderza, mimo że to zaledwie kilka prostych, żywych kolorów. Styl będzie tu bardziej przemawiał do wielbicieli komiksu. Dodatkowo, idea przewodnia już na pierwszy rzut oka szokuje, bo tematem są spłaszczone ludzkie narządy. Trzeba więc mieć wielki dystans albo mocne nerwy, tym bardziej że artysta sugeruje dopasowanie zestawu rozjechanych wesolutko wnętrzności do pomieszczeń domowych z nimi powiązanych; tak więc do kuchni polecane są fragmenty układu pokarmowego, w sypialni sprawdzą się organy płciowe, a w wystroju miejsca pracy przyda się rozpłaszczony mózg. Kontrowersyjny temat odbity został w najwyższej jakości wełnie, a kolor wspomagany jest przepiękną fakturą załamań, wgłębień i wypustek, wszystko to przemawia ponad okrutnym tematem i mimo wszystko trafia w mój czuły punkt estetyczny.

Teraz mój ulubieniec od pierwszego wejrzenia, a więc „Losanges Rug” genialnych braci Bouroullec (http://www.bouroullec.com/) dla znanego dywanowego królestwa Nanimarquina (http://www.nanimarquina.com/). Tym razem mamy przed sobą płaski kilim perski, tworzony od podstaw przez afgańskich rzemieślników. Wełna jest więc od podstaw ręcznie wytwarzana, farbowana, a potem tkana z czułością i gęstościa 156 000 pętli na metr kwadratowy. Godny podziwu ogrom pracy i wielowiekowe tradycje, a dla zachodnich konsumentów gwarancja unikatowości każdego egzemplarza z racji lekko odmiennych wyników barwienia, drobnych zmian we wzorach. Wizualnie – dla mnie bomba; wielki romb z powtarzającym się wielokrotnie charakterystycznym wzorem mniejszych, kolorowych lub tylko zarysowanych konturem. W wersji pierwotnej wykorzystano zaledwie trzynaście tradycyjnych wschodnich kolorów, stonowanych i pięknie współgrających z naturalną złamaną bielą surowej wełny. Od niedawna kilim dostępny jest również w monochromie wełnianej bieli i czerni.

W temacie dywanów Polacy również mają czym się pochwalić, jak chociażby firma mohodesign (mohodesign.com), która w 2008 roku zgarnęła prestiżową Red Dot Award za swój dywan „Mohohej! DIA” z kolekcji Folk. Projekt już teraz nieco opatrzony, ale wciąż bardzo fajny; wykonany z kilkuwarstwowego filcu krąg imituje wzorem ludowe wycinanki, w ten sposób, zarówno materiałem, jak i wzorem nawiązując do polskich korzeni. Inne dywany mohodesign, na przykład „Immortal Rugs”, także zasługują na uwagę. Tu motywem jest noszony przez żołnierzy na szyjach identyfikator-nieśmiertelnik. Jego obła forma obleczona jest w kolory kamuflażowe i zarysy map, a więc nieregularne plamy szarości i zieleni, z okazjonalnym cięciem kontrastowego koloru, błękitu lub żółci. Podoba mi się!


Zakończę niedawną propozycją słynnej Patricii Urquioli, „Mangas Rugs” dla GAN (http://www.gan-rugs.com). Ponownie materiałem jest tu jakościowa wełna, ale efekt końcowy nieco mniej wymuskany, a bardziej swojski. Dywany „Mangan” wyglądają jak nieregularne fragmenty wielkich swetrów robionych samodzielnie na drutach. Utrzymane są w tonacjach szarości i barw ziemi, z kilkoma bardzo modnymi akcentami żółci, brudnego różu (moje ulubione), stonowanego turkusu, ale także mniej zaskakującej zgaszonej czerwieni czy zieleni. Wielkoformatowy, typowo swetrowy wzór manewruje swobodnie poprzez kolejne pasy dywanu, pojawia się i znika. Zmieniają się także faktury i ściegi. Bardzo przyjemna, ciepła, zimowo-jesienna kompozycja, odarta z wszelkiego zadęcia wielkiego designu. Ot, taki hipisowski dotyk w świecie wysublimowanej perfekcji. Wydaje się niemalże, że przy odrobinie wysiłku damy radę sami sobie wykonać takie cudo, za oryginał trzeba jednak słono zapłacić.



Niepohamowany postęp w kolorach i wzorach, niezachwiana pozycja luksusu wełny. Takie dywany to majstersztyk rzemiosła oraz kropka nad „i” w wystroju wnętrza. Wystarczy jednak zerknąć na ceny, żeby dojść do wniosku, że dzisiejsze modne dywany nie są dla zwykłych śmiertelników. Designerski kilim może i daje komfort dla ciała, ale psychicznie wykończyłby niejednego: zwierzęta, dzieci i goście w domu odpadają w przedbiegach, a drobne wypadki w postaci plam i dziur mogą przy takich cenach odebrać człowiekowi rozum. Można jednak przecież pomarzyć i popodziwiać pomysłowość i kunszt projektantów w temacie, a do kupna takiego cuda podejść tak jak do samego użytkowania – ucztować głownie okiem.
Tekst: Karolina Wiśniewska
środa, 29 maja 2013
Dipomania
Co roku pojawiają się nowe odmiany grypy, ja natomiast zostałam zarażona “dipomanią”.
Tak, blenderuję wszystko, co się da produkując w ten sposób smarowidła na chleb, bądź dipy do surowych warzyw. Najpopularniejsze w moim domu to:
– hummus,
– guacamole,
– tzatziki.
Jeśli ktoś szuka magnezu znajdzie go właśnie w hummusie, którego głównym składnikiem jest ciecierzyca.
Jeśli ktoś chce wyglądać wiecznie młodo i chce zgubić zbędne kilogramy, tajemnica tkwi w guacamole, smarowidle z avocado o czarodziejskiej mocy.
Jeśli ktoś nie wie jak połączyć zieleninę typu: koperek, mięta i pietruszka – tzatziki jest dobrym rozwiązaniem.
Tak, tak nie wszyscy na świecie trzymają masło, margarynę, czy mas-mix w lodówce.
Kiedy podróżowałam po Izraelu i poznawałam „lokalnych”, zadziwiał mnie jeden fakt:
co ci ludzie jedzą, że wyglądają tak młodo czasem o 10 – 20 lat mniej.
Hummus – zblenderowana puszka ciecierzycy z solą, pieprzem, czosnkiem, kminkiem oraz odrobiną soku z limonki i oliwy z oliwek. Oryginalnie powinno być też tahini, czyli pasta z sezamu, ale mój partner za nią nie przepada, więc oszczędził mi tego wysiłku w przygotowaniach posiłku;-)
Guacamole – utrzyj widelcem dojrzałe avocado, przypraw solą, pieprzem i skrop limonką, żeby owoc nie ściemniał. Dodatki, jak czosnek czy chilli, to już kwestia uznania, ale najprostsza wersja jest, jak dla mnie, najsmaczniejsza.
Tzatziki – jest to odmiana naszej mizerii, tyle, że zamiast śmietany dodajemy jogurt grecki. W Indiach będzie to „raita”, a w Bułgarii, Macedonii, czy Serbii – „tarator”, na Kaukazie zaś – „okroshka”.
Idea pozostaje ta sama: świeży ogórek ze śmietaną, jogurtem greckim, bądź kefirem (w przypadku Kaukazu) z przyprawami i ziołami.
Z czym je jemy? Z chlebem, mięsem (w przypadku tzatziki) albo z warzywami: marchewka, papryka, ogórek.
Natalia Olszowa
wtorek, 28 maja 2013
„C” – „Cuda niewidy”
Tym razem „c” z naszego podwórka, czyli Centrum Sztuki Współczesnej „Znaki Czasu” i wystawa „Cuda niewidy”, którą jeszcze do 26 maja możemy w Toruniu oglądać, plus importowany Chalayan. Ale od początku.
Dlaczego wystawa, a nie kolejny projektant? Bo to wielka frajda, gdy na toruńskim podwórku pojawia się wystawa tak bardzo udana. W tak ciekawy sposób nawiązująca dialog między rozmaitymi artystycznymi aktywnościami – i w zestawieniu z modą, która w tym układzie sił daleko wykracza poza schematyczne ujęcie.
Pierwszą próbą zderzenia poetyk i nawiązania dialogu był cykl wydarzeń „Czwarty stan skupienia wody: od mikro do makro”, zorganizowany w CSW we współpracy z kalifornijskim NanoSystemsInstitute oraz UCLAArt | Sci Center + Lab w Los Angeles. I tak, od sztuki, nauki i ekologii, poprzez (tym razem!) mariaż sztuk wizualnych i stosowanych, doszliśmy do mody w bliskiej relacji z architekturą i designem. „Cuda niewidy” to – jak deklarują twórcy wydarzenia – „podróż przez światy wyobrażone, umiejscowione na skrzyżowaniu różnych odmian kreatywności i ekspresji”. Brzmi równie zachęcająco, co nazwisko Husseina Chalayana, które otwiera cudowną listę artystów skupionych wokół wystawy.
Chalayan to bodaj jedna z najbardziej intrygujących indywidualności modowej przestrzeni. Ze szczególnym naciskiem na przestrzeń właśnie. Jego pokazybowiem to nie tylko odsłona nowej kolekcji, ale misternie zorganizowane i bardzo spójne widowisko, które opiera się na solidnych fundamentach współczesnego designu.
Dorzućmy do tego bajeczną historię zawodowej trampoliny. Chalayan urodził się w Nikozji. Pod koniec lat 70. wraz z rodziną zamieszkał w Londynie. Studiował modę i projektowanie ubioru w Warwickshire School of Arts i w niezwykle prestiżowej Central Saint Martins College of Art and Design. Na młodego projektanta zwrócono uwagę już po premierze jego kolekcji dyplomowej „The Tangent Flows”, a stroje natychmiast wykupił znany dom towarowy Browns. Co zrobił Chalayan, by zaintrygować modowy światek? Kolekcję zakopał w ziemi, by tuż przed pokazem odkopać ją i zaprezentować. Ta nieszablonowość w myśleniu o ubraniu spowodowała, że Chalayana od lat uważa się bardziej za artystę i wizjonera, niż krawca. Pokochała go artystyczna awangarda z Björk na czele, która nie tylko nosi jego projekty, ale też wystąpiła jako modelka na jednym z londyńskich pokazów Chalayana kilkanaście lat temu. Świat mody pokochał go za nowatorstwo i świeżość, czyli samozdejmujące się sukienki oraz ubrania wykonane z części samolotów. Lista eksperymentów modowych Chalayana jest długa i nieprawdopodobna, podobnie jak lista osobowości, których prace znalazły się na wystawie „Cuda niewidy”.
Obok Chalayana możemy zobaczyć prace między innymi: Iris van Herpen, która ubierała Lady Gagę; Tomoko Hayashi, tworzącej biżuterię z cukru i łez; Any Rajcevic, twórczyni nietuzinkowej biżuterii-masek; czy Daniela Widriga, który w swoich projektach wykorzystuje drukarki 3D. Kuratorką wystawy jest Dobrila Denegri.Warto zajrzeć do CSW i spojrzeć nieco dalej, ponad modowe oczywistości i schematy.
niedziela, 26 maja 2013
Samotny wilk: Lutosławski
Tekst ten proponuję wziąć w nawias opinii samego Witolda Lutosławskiego na temat osób piszących o muzyce: „Komentatorzy nie dają przemówić samej sztuce, wtłaczają się pomiędzy dzieło i odbiorcę, zagadują czytelnika, każą milczeć autorowi i przeczekiwać ich gadanie” (11/III 66). Instynkt samozachowawczy podpowiada, że niezbyt rozsądnie byłoby drażnić wilka. Dlatego postaram się zagadywać możliwie mało, w miarę możliwości dopuszczając go jak najczęściej do słowa. W końcu głosu nie mają ponoć dzieci i ryby, natomiast mają go umarli – ci przynajmniej, którzy zawczasu zatroszczyli się o jego utrwalenie (lub zatroszczyli się o to inni) – ot, choćby dzięki takim autorefleksyjnym „Zapiskom” (W. Lutosławski, „Zapiski”, opr. Z. Skowron, Towarzystwo im. Witolda Lutosławskiego, Warszawa 2008) czy nagraniom w archiwach Polskiego Radia, będących pozostałością rozmaitych wywiadów („Witold Lutosławski w Polskim Radiu”, Polskie Radio SA, Warszawa 2004, PRCD 181–182).
Wilczą samotność proponuję więc rozgryźć tropem wilczych śladów – tyle że nie łap, a wypowiedzi. Samotność nie cierpiętniczą, bo wybraną świadomie, będącą ukierunkowaniem się osobnika, podejmującego twórczość na osobności, w stronę inną od stada współczesnych. Rozgryzać będę z nadzieją, że autor przytaczanych wypowiedzi (nawet jeśli nie zgodzi się z łączącym je komentarzem) nie zarzuci mi, że nie dopuściłam go do głosu i spokojnie przeczeka moje gadanie (nie takie zresztą odosobnione w roku Lutosławskiego).
Samotność wilka – samotność języka
Oddajmy głos kompozytorowi – niech sam wytłumaczy się i postawi problem wilczego aspektu swojej artystycznej tożsamości:
„Zdecydowałem się na pracę od… od zera w 48 roku. Nie znajdowałem wokół siebie żadnych modeli, żadnych trendów, które mogłyby mi w tym pomóc, aby odnaleźć język muzyczny i w ogóle estetykę, której pragnąłem. To była praca całkowicie samodzielna. Nie zależało mi na tym, aby uczestniczyć w jakichś prądach, w jakichś modach, w jakichś – ewentualnie –kierunkach estetycznych – nie dlatego, żebym się specjalnie od tego chciał dystansować – ale po prostu miałem pilniejsze zadanie – to jest powiedzieć to, co chciałem powiedzieć – i do tego potrzebny był mi język, którego wokół siebie nie znajdowałem – musiałem go sam wypracować. Tak się też stało. Ktoś mnie się kiedyś zapytał: «czy pan należy do jakiegoś kręgu, czy do jakiegoś trendu, czy jest pan samotnym wilkiem?» («lonely wolf» – jak powiedział ten interviewer – bo to był Amerykanin), a ja powiedziałem: «Tak. Ja jestem lonely wolf»” (PRCD 181-182).
Wybór wilczej samotności podyktowany jest u Lutosławskiego pragnieniem wypracowania własnych środków muzycznego wyrazu, umożliwiających komunikację tego, co istotnego ma on do powiedzenia. Traktując twórczość jako wypowiedź – językowo-muzyczną makietę mikrokosmosu indywidualności – wilk gardzi językiem stada, który nie odnosi się do tej rzeczywistości, na opisywaniu której szczególnie mu zależy. Do artykulacji własnego świata potrzebny jest inny kod, jakiego kompozytor wokół siebie nie znajduje – i dlatego postanawia go wypracować. Samotność wilka jest więc samotnością języka.
Paradoks sytuacji polega jednak na tym, że to język najwydatniej podkreśla stadność człowieka, a wspólnie podzielane reguły komunikacji stoją na straży międzyludzkiej zrozumiałości – możliwości odnoszenia się do tych samych rzeczy, zjawisk. Funkcjonowanie mowy zakłada intersubiektywność odniesień i znaczeń, wiąże się z zewnętrzną determinacją zachowań przez otaczający świat – i równie zewnętrzną kontrolą grupy, w ramach której komunikacja zachodzi. Języka prywatnego – mówiącego o świecie zamkniętym w jednostce – nikt nie mógłby zrozumieć, bo człowiek – jak wilk – jest zwierzęciem stadnym – i mowa, jaką się posługuje, jest zawsze językiem stada, poza którym niemożliwa jest komunikacja, zostaje tylko samotność (lub – równoważna jej – kompletna niezrozumiałość). Czemu więc wilk odrzuca język stada i zdaje się tylko na siebie, wyruszając na bezdroża stepu?
Język samotności i jego nędza
Taki wybór okazuje się w kontekście przekonań Lutosławskiego koniecznością, jedyną drogą do pełnej samorealizacji – urzeczywistnienia świata osobowości w ukształtowaniach materii muzycznej.
„Charakterystyczne i istotne dla naszych czasów jest w sztuce tworzenie indywidualnych sposobów wyrażania się – języków – w przeciwieństwie do dawnych epok (np. baroku), w których istniały mniej lub więcej wspólne, ogólnie obowiązujące sposoby wyrażania się. Dziś, w epoce zamierzonej «wieży Babel» traktowanie cudzej indywidualnej zdobyczy w dziedzinie języka jako wspólnej własności jest nie tylko zapożyczeniem, imitacją, plagiatem, jest poza wszystkim anachronizmem” (10/XI 61). Dla wilka-modernisty świat ograniczony zostaje językiem – obwarowany i zindywidualizowany jego odrębnością. Na nowo więc, jak niegdyś dla Wittgensteina „granice mego języka oznaczają granice mego świata”. Osobowość modernisty szuka adekwatnego dla siebie wyrazu – tworząc swój indywidualny kod. Ten jednak – wobec braku intersubiektywnego dookreślenia pozajęzykowych odniesień – zdolny jest tylko do monologu, podobnego wilczemu wyciu. Odczuwany jako wewnętrzna konieczność imperatyw osobności języka wymusza w końcu zobojętnienie na komfort bycia rozumianym. „Każdy musi sam sobie szukać pokarmu, skazany jest na «nędzę awangardowości»” (6 II 59). Nędzarze-awangardziści, jak głodne wilki, chwytają się wszelkich sposobów zdobyczy, działając na własną rękę, od czasu do czasu stykają się na festiwalach i popisują pomysłami, by znowu rozbiec się w różne strony.
Samotność i instynkt przetrwania
Skoro samotność stała się imperatywem, z porzuceniem stada nastąpiło konieczne uniezależnienie się od życia intersubiektywnego na rzecz wiary we własną wewnętrzną busolę. Instynkt stadny zdominowany został instynktem przetrwania – możliwego tylko dzięki trwałości mikrokosmosu dzieła.
„Aby dojść do czegoś sensownego, trzeba być całkiem uniezależnionym od życia zewnętrznego” (24/X 59). Przecięcie więzów języka łączącego ze stadem przecina też więzi dialogu, choćby tylko potencjalnego. Toteż Lutosławski krytykuje webernistów spod znaku drugiej awangardy za to, że „są zdani na ciągłe konfrontacje i dlatego żaden z nich nie próbuje nawet skupić się nad czymś bardziej trwałym, konsekwentnym, długodystansowym. Zaangażowanie się w ustawiczny dialog z opinią jest rodzajem niewoli” (24/X 59). Wspólność języka opiera się na zaakceptowaniu przez grupę niewoli podporządkowania się regułom gry, nastawieniu na interakcje i poddaniu intersubiektywnej kontroli porównań w ramach porządkujących życie konwencji. Jeśli odnoszenie się twórczości do wspólnych reguł stanowi kryterium stadnej przynależności, to samotność wilka jest deklaracją niepodległości krnąbrnego mikrokosmosu: „zasadniczym celem w mej twórczości nie jest dialog z innymi twórcami czy polemika z zastanym stanem rzeczy. Jest nim zupełnie co innego: danie możliwie najwierniejszego wyrazu temu wszystkiemu, co narzuca się mej kompozytorskiej wyobraźni i co odpowiada mym osobistym pragnieniom i gustom. Aby to osiągnąć, konieczna jest stała praca nad wzbogacaniem i odnawianiem własnego muzycznego języka” (12/IX 65). Żeby w przestrzeni intersubiektywnej mógł zaistnieć świat niepowtarzalnej wilczej osobowości, trzeba przełożyć go na struktury partytur sobie tylko znanym kodem, nieobecnym we wspólnym języku, zaistnieć głosem całkowicie odmiennym. Zawsze będzie to jednak podobny wyciu do księżyca monolog, nie dialog; język prywatny, skazujący na samotność, w której kształtuje się wolno i utrwala w partyturach językowa makieta wilczego mikrokosmosu, rysującego się innym zawsze z odległości.
Wilk i księżyce nieznanych światów
Samotne wilki wyją do księżyca. Lutosławski przyznaje, że jego poszukiwaniami jeszcze nieistniejących rozwiązań formalnych w samotności kieruje „stała tęsknota za nowym, nieznanym światem dźwiękowym” (3/XI 64) – językowo-muzycznym ekwiwalentem własnej indywidualności. Ale w wilczej samotności dalekie może stać się bliskie – jak księżyc majaczący z horyzontu – wobec perspektywy urzeczywistnienia odosobnionych światów w jakoś dostępnych percepcji strukturach. Toteż „twórczość w dziedzinie samego języka jest koniecznością i każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu ją uprawia” (10/X 62). Na język skazani są wszyscy – nawet samotne wilki, ryzykujące kompletną niezrozumiałość w międzyludzkiej przestrzeni, pełnej wycia nieznanych światów.
Jednak te nieznane, percepcyjnie odległe światy dźwiękowe kuszą wilka jak księżyc, bardziej niż stado i jego korzyści, skłaniają do konstruowania: „Prawdziwie dobra muzyka rodzi się na gruncie zasadniczego znudzenia wszystkim, co się słyszało i słyszy; rodzi się z tęsknoty za czymś nieznanym, czymś, co może wyrwać nas z nudy. Tęsknota ta jest źródłem pomysłów, te zaś – nowych utworów!” (8 VIII 64). Samotny wilk utożsamia się ze światami dalekimi jak księżyc, konstruuje w wyobraźni sięgające ich mosty, pokonując odległość i nudę. Oddalony od stada – poprzez zerwanie z automatyzmem i przewidywalnością reguł – wypuszcza się na bezdroża, zdając się na instynkt, prowadzący ku światom, jakoś odpowiadającym samotno-wilczej wyobraźni. Włócząc się po bezdrożach, pogardzając łatwo dostępną zdobyczą, kieruje się ku celom odległym, niepewnym, niewiadomym – podejmuje ryzyko polowań w miejscach dotychczas nieoznaczonych. „Okres, który od dłuższego już czasu przeżywam (parę lat) jest nieciekawy. Jest to okres wzmożonych poszukiwań odpowiednich dla mnie środków wyrazu. (…) te poszukiwania postępują wolno, (…) niewiele przynoszą trwałych zdobyczy. Rezultatem tego stanu rzeczy jest fakt, że utwory tego okresu (…) stoją na pewno niżej od niektórych poprzednich moich utworów (…). Dla mnie osobiście mają jednak wartość większą niż tamte, ponieważ prowadzą do czegoś, przygotowują coś, ułatwiają coś, co będzie o wiele bardziej moje własne” (12/II 61).
Samotność wilczych poszukiwań jest też samotnością długodystansowca – z dala od stada przemierza on przestrzenie czasu, pokonuje niezmierzone dystanse – i to w okresie wielkiej niecierpliwości, w którym niezmiennie upragniona nowość jest tym, co najszybciej się starzeje. Ale wilka interesuje tylko trwałość światów przynoszonych z drogi po bezdrożach nieprzeliczonego czasu. Za ten właśnie czas – potrzebny na konstrukcję własnego języka „od zera” – Doktor Faustus sprzedał duszę diabłu.
Te zadziwiające cierpliwością kształtowania solidnej makiety mikrokosmosu długodystansowe łowy to „instynktowne poszukiwanie tego, co wydaje się w muzyce trwałe. Między innymi poszukiwanie formy, która byłaby czymś więcej, niż rezultatem procesu jej rozkładu” (2/X 66). Ze swojej włóczęgi w czasie wilk chce koniecznie wynieść trwałość czegoś własnego, co zostanie jak księżyc, choćby nawet daleko nad horyzontem, na uboczu współczesności.
Co widzą wilki na krążku księżyca?
Wilkiem kieruje więc pragnienie ocalenia monologu, własnego przekazu – w samotności. Zamknięte w sobie, uzbrojone w zęby, oporne mikrokosmosy obracają się w kółko, zagęszczając wokół siebie materię muzyczną w świat. Planety płyt jak światy zapisane w partyturach przywołują do życia dziwne stwory, „dziwotwory wilczej wyobraźni”. Skrzeczą, trzepoczą i wyją ptaki, ptaszyska, wilki – ożywa menażeria emocji, zaklętych w komplikacje muzycznej struktury, wyrzeźbionych w fakturze orkiestry, ściganych chmarami blachy, rozwijających się drzewem, najeżonych smyczkami, osiągających komunikatywność na poziomie zwierzęcym – galopu, świstu, skowytu, trzepotań i wzniesień, zawsze bardziej lub mniej daremnych.
Pytanie o zrozumiałość twórczości – mikrokosmosu ograniczonego językiem – jest w tej sytuacji pytaniem o jego „być albo nie być” we wspólnej przestrzeni. Ale takiej samotne wilki nie mają. Komunikują się na duże odległości w oparciu o księżyc, pozamykane jak całkiem osobne planety w swoich językach. Przestrzeń międzyludzka jest dla nich przestrzenią kosmiczną, w której odległe od siebie o lata świetlne estetyki krążą po orbitach zimna i samotności, kręcąc się w kółko wokół własnych, egocentrycznych osi – nocą, w której na odległych planetach płyt, monologując w wyosobnionych, wykluczających interakcję odtwarzaczach, wyją samotne wilki.
Wilk nie wyje z żalu
W końcu intelektualny chłód partytury dobrze konserwuje upolowaną zdobycz, materializuje wilcze marzenia, a świadomy wybór samotności wiąże się z wiedzą co jej do konsekwencji:
„Trudno jest się oprzeć wrażeniu, że poszukiwania w dziedzinie języka muzycznego, prowadzą do rozchwiania się kontaktu artysty twórczego z jego odbiorcą. Ale jestem pod tym względem optymistą – uważam, że jest to rozchwianie tylko czasowe – po prostu słuchacz po pewnym czasie oswaja się z językiem wprowadzanym przez kompozytora i zaczyna nie tylko go rozumieć, ale – może go nawet polubić. Ze swej strony zawsze staram się być niezależnym od ewentualnego powodzenia czy niepowodzenia, czy zrozumienia, czy niezrozumienia u moich słuchaczy, a tym bardziej u krytyki. Ta niezależność, uważam, jest warunkiem pierwszorzędnego znaczenia. Staram się w swojej muzyce powiedzieć przede wszystkim to, co jest dla mnie najważniejsze – prawdę artystyczną, jak to się pompatycznie mówi. I żywię się po prostu nadzieją, że istnieje pewna ilość ludzi, do których jestem podobny. I dla tych ludzi – ta muzyka – tworzona przeze mnie – chociaż w oderwaniu bezpośrednim od myśli o tym słuchaczu – jednak dla tego słuchacza jest pisana” (PRCD 181-182).
Niezależność, swoboda twórcza jest dla wilka warunkiem pierwszego znaczenia, ze względu na które porzuca on skrępowane wspólnym językiem stado. Jednak z dala od stada żywi się nadzieją, która jak księżyc – punkt odniesienia – podtrzymuje go w samotności. Samotne wilki komunikują się na dużą odległość w oparciu o księżyc, okrągły i błyszczący jak płyta, przynosząca materializację świata w języku.
„Naczelnym motywem w mym działaniu jest danie najwierniejszego świadectwa, «materializacja» świata istniejącego we mnie i ustawicznie się rozwijającego. (…) Czy moje stanowisko jest ściśle introwersyjne? (…) Żarliwe pragnienie łączności z ludźmi poprzez sztukę stale mi towarzyszy. Moje wysiłki jednak nie mają na celu zjednania sobie jak największej ilości słuchaczy i zwolenników. Nie pragnę zjednywać, natomiast pragnę odnajdywać. Odnajdywać tych, którzy w najgłębszych warstwach duszy czują tak samo jak ja” (24/III 72). Wilk, mówiąc twórczością o własnym świecie, wypowiada się bez kompromisów co do reguł intersubiektywności. Taka postawa może wprawdzie eliminować słuchaczy, ale „ci, którzy zostają, stanowią za to skarb nieoceniony. Są ludźmi bliskimi, mimo że mogą być nieznanymi osobiście. Twórczość artystyczna może wiec stanowić między innymi swoiste łowy dusz ludzkich, zaś wyniki takich łowów przynoszą lekarstwo na jedno z najdotkliwszych cierpień człowieka: uczucie samotności” (24/III 72). Paradoksalnie, samotność wilka służy kojącym uczucie samotności łowom dusz – kompozytor wybiera odosobnienie, by przezwyciężyć je mostem oddziaływania twórczości na odległość. W ciszy tego odosobnienia zachodzi dziwna komunikacja mikrokosmosów, oddalonych i niezależnych od siebie jak planety, a jednak oddziaływaniem na odległość podtrzymujących się w swoim ruchu. Przestrzeń kosmiczną, pustkowia stepu, bezdroża milczenia – samotny wilk wypełnia je brzmieniem monologu, kierowanego ku nieznanym światom.
Tekst i ilustracje: Małgorzata Burzyńska
Subskrybuj:
Posty (Atom)


