sobota, 25 stycznia 2014
Skutki uboczne zabawy w kulturę
Z-obrazkowani, przeobrazkowani. Nieskupieni. Zerkamy. Wciąż nierozbudzeni nie patrzymy na siebie. Natura nam spowszedniała, bo od cholery nas tu. Cudów i magii brak. Na myśli się zaczyna i na myśli się kończy. O czym jest nasza pierwsza myśl? Czy każdy zaczyna od innej? Może, że jest ciepło albo ciemno.
Nie patrząc na siebie, ego na orbitach wokół wspólnej jaźni, wczesna translokacja w szarym tunelu powietrza. Zaraz będzie jasno.
*
Kraina mrozu, śniegu i zamkniętych bibliotek. Kraina pocałowanych klamek, nieszczęsnych urojeń i niezrealizowanych spotkań. Żałosne podtopienia konieczności czy przypadku - utrata wolnej woli. Za każdym razem, by uniknąć powtórek, wycofuję się przed myśli. Obserwuję i wypatruję mglistej granicy między tą obserwacją a walką, zatopiony w Zachodnim wychowaniu rozumu. Ktoś utopił nas w kulturze - jednostkowym wrażeniu i owczym pędzie.
Chuda szkapa wchodzi do autobusu, nieskrywany topielec, pławi się w słowach i gestach bez nadziei na zbawienie. To nie jej słowa i gesty, dobrej pięknej prawdziwej. Spętano nas chorobą odczuć i reakcji wirusowych. Wolna wola to konstrukt. Wymalowała się wedle zaleceń, tak podległa. (Na Boga, to tylko zabawa!)
Uciekam przed oczywistością. Odpływam z zamkniętymi oczami w nieokreśloności szeptów, szelestu i skrzypu. Rozpuszczam emocje spakowane w skórzany worek, uważając jak oddycham.
Jest taki oddech, który powstaje z paniki, że wszyscy (nawet ci, których darzymy utajoną sympatią i fascynacją) w tej samej pozie zjedziemy pod ziemię pod własnym ciężarem. Powstaje z faktu, że to już, a nie że dopiero za jakiś czas; że jesteśmy już tutaj - w tej przestrzeni, gdzie to wszystko o czym mówią i co od lat badają, właśnie się dzieje. Nigdzie indziej. Nabonid, Da Vinci, Einstein, to właśnie tu, pod kopułą szklanej kuli śnieżnej. Jesteśmy w grze. Życie trwa w najwyższym stopniu, nie ma innego stopnia i tylko w tym można powiedzieć „życie”. Rodzi się czasem uczucie jak u głuchego biegacza, którego nikt nie powiadomił o wystrzale startowym. To jak musieć płynąć i nie mieć się czego złapać, bo to nie basen, lecz pełne morze. To serce już się nie powtórzy, a ono bije.
Jest taki oddech, kiedy druga osoba jak infantylny, nieodpowiedzialny bachor odwróci się od ciebie egocentrycznymi plecami foch i zachciewanek i pozwoli odejść ostatnią ścieżką, jaką jest wtedy w stanie sobie wyobrazić... Ścieżka-bilans zysków i strat, nieodwracalnych przebiegów nieudolności, niepowtarzalnych okazji dla historii, niewykorzystanych potencjałów sytuacji, niespontaniczności i pozbawiania siebie ludzi i przyjaźni. Zawsze będzie to strata czegoś. Jest taki oddech podczas spotkania z Bogiem i niebytem w tym samym teraz. To czysta ambiwalencja, mimowolne drżenie, nogi skaczą, zęby stukają o siebie. Mrówki na rękach, dłoniach, głowie, twarzy i szyi, a na domiar - chęć, by w tym trwać. Wiedziałem wszystko, nie wiedząc nic.
Wracam z klamką odbitą na ustach. W poczekalni na kółkach jest znów szaro, lecz tym razem będzie tylko ciemniej. Nie ma tłoku, dużo siedzeń jest wolnych, a twarze ludzi na które patrzę nie odpowiadają. Znużenie i obojętność jest jak anemia, a krwią zagadka. Wampiry tajemnic - żadne wrażenie nie pasuje lepiej. Wszyscy wyssali wszystkich, których znali. Wysłużone znajomości zostawiamy w lesie na śniegu i znów opuszcza nas energia. Kobiety mają powykrzywiane twarze, mężczyźni drwią od frustracji, wpisanej w ich naturę. Z wiekiem w tym mieście coraz mniej jest tajemnic. Doświadczenie przekłada się w nienastawianie na zdziwienie i szał. Dajcie nam nową iluzję - ludzi, z których chcemy wyssać całą ich tajemnicę, a potem rzucimy jak szmatą o podłogę tę iluzoryczną magię. Wampiry tajemnic, w jednego takiego też wchodzę skórę.
Zamykam oczy i po raz kolejny wycofuję się przed dźwięk, przed emocje i przed myśli. "Poza kulturę i poza język" próba. Cicha obecność, opoka. Po chwili słyszę głos.
Jest wewnętrzny, to kmiotek ego - iluzja tutejszego wychowania; owoc słowa "ja" w języku i noszonego przez nasz model imienia; ogólny wgląd na przeszłe doświadczenie; zgromadzona wiedza teoretyczna, połączona z obecnymi pragnieniami. My Precious!
Barszcz Błaszczyk
środa, 22 stycznia 2014
Błogostan i Ukraina
W tym roku grudzień przynosi nam jeszcze jedną okazję do zawieszenia
przynajmniej na parę chwil błogostanu i ujrzenia czegoś poza własnymi czterema
ścianami. Tuż za naszą granicą tysiące ludzi gromadzą się dzień w dzień na
kijowskim Majdanie, by żądać Ukrainy w pełni wolnej, demokratycznej i
respektującej prawa człowieka. I od razu też myślimy o kolejnej dacie grudniowej
kontrastującej z sielanką świąteczną. Jest nią 13 grudnia, który każe nam
przypomnieć sobie, że całkiem niedawno Polska była w sytuacji znacznie gorszej
od dzisiejszej Ukrainy i że w tym trudnym czasie dostaliśmy mnóstwo
niezapomnianych gestów solidarności. I my teraz możemy wysyłać Ukraińcom
sygnały, że nie akceptujemy łamania praw człowieka, podnoszenia przez władzę
ręki na wolność i demokrację.
A właśnie 10 grudnia obchodzimy Dzień Praw Człowieka – to
jeszcze jedna okazja, by przemyśleć parę spraw istotniejszych od choinki i
prezentów. Rokrocznie Amnesty International organizuje w
okolicach tego święta maraton pisania listów w obronie
prześladowanych przez władze lekceważące te
prawa. W tym roku Amnesty również wysyła swój własny
sygnał do Ukraińców: http://amnesty.org.pl/maraton-pisania-listow/kogo-bronimy/ukraina-pokojowi-demonstranci-z-majdanu.html
Ale nie tylko do nich: każdorazowy maraton obejmuje wybrane,
szczególnie rażące przypadki naruszeń praw człowieka z całego świata. Gdy zdamy
sobie sprawę z tego, że i te przypadki są zaledwie wierzchołkiem góry lodowej,
to już spokojnych świąt mieć nie będziemy... Czego gorąco nam wszystkim
życzę!
Tekst: Marek Rozpłoch
Ilustracja: Justyna Krzywicka
czwartek, 9 stycznia 2014
Bełkot miasta
| ilustr. Beata Ludwin |
- Panie ale oni protestują! Coraz bardziej protestują!
- Nie ma się co dziwić, że protestują. Okazuje się, że w tym idiotycznym miejscu można zapłacić podatek od nieotrzymanego wynagrodzenia.
Piękny dzień burdelem nas przywitał, ale na szczęście każde wiadomości są inaczej desygnowane.
- Wcale nie jesteśmy stronniczy - powiedział redaktorek kontraktowego kielona - My po prostu nie ukrywamy, że wiemy kto ma racje i jedziemy nie wiadomo gdzie, gdyż nawigacji skończyła się licencja, a nowej ściągnąć nie możemy, bo deportują własnych ziomali nawet za mega-lizaka. I penis z demokracją. Głosy kupi się na bazarze za stołki. A gdy to nie wystarczy? Zamontujemy awaryjny próg wyborczy, dzięki czemu zawsze będziemy mogli spalić parę tysięcy karteczek i nasza szkapa będzie ciągnąć dalej. So gut! Jak się ją równo pierdolnie batem to w tydzień zrobi więcej niż w trzy lata przywiązana tylko do uchwytu koryta, czyli tyle ile będzie siedzieć w gimbagu dziewczynka, która minutę bawiła się na złym ołtarzu. Na czym tam polega pomoc humanitarna? Na tym, że strażnicy zmuszają rodzinę do dostarczenia przeróżnych rzeczy lub pieniędzy, pod groźbą torturowania więźniów. Syf. Niestety zepsuła mi się drukarka laleczek voodoo więc te dranie ciągle żyją i do niczego się nie przyznają. Na tym polega kreatywna dyplomacja. – Nie, nie podsłuchiwaliśmy Pani. - Nie, nie było żadnych tajnych więzień ani zbrodniarzy komunistycznych. - Nie , nie było żadnego wybuchu, zamachu, kryzysu, pieniędzy, rozmowy, a wszyscy którzy tak twierdzą wiedzą zdecydowanie za wiele i powinni zgnić w ekstradycyjnym więzieniu lub popełnić zbiorowe samobójstwo. Gdyby jednak zawiodły wszelkie pachoły podpowiadające zza pleców tekst przemówienia, trzeba będzie tym bezmózgim trybom wszczepić w przestrzeń międzyuszną odpowiednie trybofrazesy. Wszystko kwitnie, a nie gnije – chociażbyś twierdził inaczej, to sąd najwyższy tak osądził, więc morda.
Wiecznie rozjebane te drogi. Wszystko stoi, kasa się skończyła. Poszła na te ekrany cośtamszczelne, które w szczerym polu przysłaniają gdzie się da ten zastój i premie dla nowych biurasów w stolycy. A to mi zarzuca się niespójność. Że niby style łączę i to ma być złe. Jak inaczej niż takim hipertekstem pokazać ten paradoksalny kosmochaos? Trzeba przecież wlać go jak ultradelikatny kwas mikro-menzurką prosto do zakończeń odpowiednich nerwów, a synapsy te znaleźć niełatwo. Położenie geopolityczne jest wielce niekorzystne. Wszystko jest na opak, nawet krzywa Laffera. Wszędzie klęska, nawet kryzys nie wyszedł, Brendonowi Ha też się nie udało. Nie ma szans, że pogodzą się Bolek człowiek ze styropianu i Antylolek człowiek z termodrastycznej parówki. Wszystko się rozjechało. Władza ustawodawcza odwiedza w więzieniu więźnia władzy sądowniczej , który bronił przed nią innych obywateli, a władza wykonawcza jest gdzieś głęboko w lesie, tam gdzie nie jest wstanie wytropić jej żadna policja czy straż czy chuj-wie-jaka agencja zniewolenia społecznego, zbyt zajęta bezustannie na miejskich murkach biciem i aresztowaniem podpitych awanturników, którym puściły w końcu nerwy – zwłaszcza gdy są z opozycji. Idiotyzm po drugiej stronie tej patolamentarnej barykady jest większy niż przemyt herbaty muszki staruszki i sztuczne dildo tygryska brutuska. Neutralni jeszcze przez chwile pozostają stażyści, którzy nawet nie przyznają się do przynależności do tego spróchniałego brokatobetonu. – Jesteśmy tylko biurwami Panie redaktorze…
- A ja wcale nie jestem seksistą chociaż nie jeżdżę pizdolino, a fotoszpar unikam moim kaszlakiem jak ognia.
Józef Mamut
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Filodom Wańkowicz
Latem 1973 roku 81-letni Melchior Wańkowicz jest bardzo podekscytowany budową swego nowego „Domeczku” przy ulicy Studenckiej 50 na warszawskim Służewie. Uroczystość założenia aktu erekcyjnego w miedzianej tubie, zawierającej sam akt na pergaminie, z adnotacją: „dom stawiany w hołdzie Wielkiemu Pisarzowi” i podpisami 30 uczestników z Wańkowiczem na pierwszym miejscu, wyraźnie rozbawiła nowego właściciela. Już z powagą do tuby złożył także swoje trzy książki: „Szczenięce lata” (z autografem i adnotacją „Książka o tym, jak było przed pierwszą wojną”), „Ziele na kraterze” („… o czasach między I i II wojną światową”) oraz „Przez cztery klimaty” („… w znacznej części o czasach po II wojnie…”). Po pół roku – co w tamtych czasach wydawało się nieosiągalne – willa stała. Jakby wylądowała tutaj wydarta z jakiegoś amerykańskiego przedmieścia, rozległa i płaska, jakże inna od masowo stawianych wówczas klocków. Owdowiały cztery lata wcześniej Wańkowicz zamieszkał w niej wraz ze swą sekretarką i asystentką, Aleksandrą Ziółkowską-Boehm, jej synem Tomkiem oraz jamnikiem Dupkiem.
Sobiepan w szarym PRL-u
Wańkowicz swoje kolejne domy kochał, zasiedlał sobą każdy nowy kąt,„swoim fluidami, które ze mną przychodzą i z latami nabierają aromatu” – przyznawał. Bez tych domów bohaterowie jego książek nie byliby tak prawdziwi. Jednak w ciągu ponad 80-letniego życia nie było mu łatwo je utrzymać: musiał je opuszczać, historia niszczyła je doszczętnie, wracał i budował od nowa. Do samego końca. Nie podobało się to wielu, ba nawet ostatni Domeczek sędziwego pisarza był dla wielu ludzi solą w oku. Nie Warszawiaków żyjących w szarej stolicy, lecz „niezłomnej” Polonii za żelazną kurtyną, która powrót Wańkowicza w 1958 roku do Polski Ludowej z emigracji w USA uważała za jawną zdradę. Co ciekawe, sama „willa ofiarowana w hołdzie Wielkiemu Pisarzowi przez komunistów” pod koniec życia, jeszcze w 30 lat po śmierci pisarza, stała się tematem artykułu Sławomira Cenckiewicza pt. „Melchiora Wańkowicza kręta droga do Polski Ludowej”, opublikowanego w „Biuletynie IPN” (oraz w „Tygodniku Powszechnym”). Autor próbował w nim m.in. udowodnić, że „Wańkowicz został przez komunistów uwiedziony, a nawet przekupiony”. Tymczasem dom powstał za pieniądze, które pisarz podjął (po wywalczonej u władz zgodzie) z zablokowanego konta podatku wyrównawczego za honoraria otrzymane z Wydawnictwa Literackiego i PAX-u. 800.000złotych wystarczyło na postawienie 140 metrowego bungalowu i zakup dziesięć razy większej działki przy ulicy Studenckiej. Autor rozprawy „Klub trzeciego miejsca”z 1949 roku na stare lata znalazł na Służewie przystań, która przypominała mu żoliborski przedwojenny Domeczek. Owo „trzecie miejsce” u Wańkowicza oznaczało niezgodę nie tylko na reżim w kraju, ale i na trwanie polskiej emigracji na pozycjach politycznych sprzed 1939 roku. Dlatego wrócił do PRL-u i zawsze chodził swoimi ścieżkami, lawirując pomiędzy kamieniami w mało jasny sposób dla środowisk twórczych z tej i z tamtej strony. Wbrew naciskom Służby Bezpieczeństwa nie chciał też gwałtownie zrywać z emigracyjną przeszłością, wrócił do Warszawy po to, by pisać, wydawać i być stale na rynku czytelniczym. Człowiek, który dwukrotnie po obu wojnach musiał wszystko zaczynać od początku, który w 1918 widział bankructwo, zdawałoby się, najmocniejszych potęg Europy, rocznik 1892, sam wychowany na dalekiej Mińszczyźnie w nabożnej obawie przed utratą majątku, dwa razy go tracił. Teraz, u schyłku życia może sobie pozwolić na „sobiepaństwo i luksus” na miarę gomułkowskiej Polski. Zajrzał do niej w przełomowym roku 1956, nie informując o tym nawet rodziny –słynny łowca tematów myśliwskim nosem badał grunt do powrotu. Był świadkiem polskiego października, mieszkał w hotelu „Polonia” i w dzień wiecu z Gomułką pod Pałacem Kultury wyszedł na spacer w dresie koloru fioletowego, a jakaś kobiecina biorąc go za kardynała Wyszyńskiego, zaczęła wznosić histeryczne okrzyki („Najdostojniejszy pasterzu!”). W dwa lata później, już po powrocie do ojczyzny na stałe,objeżdża ponad sto miast, gdzie promuje swoje pierwsze wydane w kraju po wojnie książki: ocenzurowaną „Bitwę o Monte Cassino” i „Na tropach Smętka”. Odczyty po Polsce kontynuuje w następnych latach, docierając w różne zakątki kraju swoim „Zielonkiem” (jednym z pierwszych Mercedesów 190 na warszawskich brukach). Do tegoz amerykańskim paszportem w kieszeni podróżuje po świecie,a teraz jeszcze ta wystawnawilla! Boli? I to jak?! Obserwujący go z bliska Cat-Mackiewicz, w 1962 roku pisał w liście do Michała K. Pawlikowskiego, że Mel potrafi i „lubi zarabiać, a nie znosiwydać choć grosza” i „jako autoreklamiarz i egocentryk nie ma wprost równego sobie, chyba że ten arcyłobuz, Kazimierz Wielki, był mu podobny”.Jego brat, Józef Mackiewicz ostatniemu Domeczkowi i innym beneficjom, jakimi rzekomo „obsypuje” Wańkowicza komunistyczna władza,poświęca w 1976 roku swe opowiadanie na łamach londyńskich „Wiadomości”: „Oto dom ofiarowany w hołdzie Wielkiemu Pisarzowi Melchiorowi Wańkowiczowi. Ale jaki dom, jaki dom! Czytamy w warszawskiej prasie: salony i saloniki, oszklone hale,gabinet, biblioteka, boazerie, ach! luksusy. A wokół trawniki, modrzewie, srebrne świerki,bukszpany, rododendrony, drzewa owocowe… Pergola, gdzie się jadało w ciepłe dni,bywało z dostojnymi ministrami komunistycznej partii”. Z dzisiejszego punktu widzenia takie spojrzenie na warunki mieszkaniowe uznanego pisarza w Warszawie, przy swoistej złośliwościautora mieszkającego do tego w Londynie – wydaje się nieco komicznym. Cóż dziwnegow tym, że Mel pragnął na stare lata zamieszkać wygodnie? Aleksandra Ziółkowska-Boehm w książce „Blisko Wańkowicza” tak wspomina nowy Domeczek: „(…) Dom był śliczny, pachnący świeżością. Cały zbudowany pod kątem wygody właściciela. Na jednym poziomie bungalow, z przepięknym dużym gabinetem, do którego można było dostać się przez sekretariat. Gabinet miał bezpośrednie połączenie z sypialnią pana Melchiora, a ta – z dużą, wyłożoną włoską białą glazurą łazienką. Gości przeprowadzało się przez obszerny hall do saloniku, gdzie w specjalnie dopasowanej półce w ścianie, oprawione pięknie, stały książki napisane przez autora «Na tropach Smętka». (…) Cały jednak przepych to ogród (…), do którego można było wejść dwoma tarasami: wyłożonym kolorowymi kafelkami, z brodzikiem z wodą, prowadzącym z salonu, oraz dużym słonecznym, prowadzącym z gabinetu. Szybko zaczęło się rozchodzić ciepło nowego Domku, który cieszył wszystkim: i urządzeniem (…) i wyjątkową funkcjonalnością. Pan Melchior pokochał całym sercem swój nowy Domeczek, napawał się ciszą, spokojem, świetnymi warunkami do pracy, odpoczynku”. Tu zdąży jeszcze w swe imieniny 6 stycznia 1974 roku zaprosić rodzinę, by dokonać oficjalnego otwarcia Domeczku, w tempie dopina drugi tom „Karafki La Fontaine’a”, sporządza testament, zostawia pełnomocnictwa, ogląda „Balladynę” w Teatrze Narodowym i 8 marca leci przez Londyn do Manchesteru na operację usunięcia raka wpustu i dna żołądka w dość zaawansowanym stadium. Przeżyje i do nowego Domeczku jeszcze powróci…
Ameryka z widokiem na kino Moskwa
Gdy dziś spojrzymy na archiwalne zdjęcia nowego Domeczku, widać, że standard tego domu (poza powierzchnią) niewiele się różnił od typowego mieszkania w gierkowskim bloku – o czym w polemice na artykuł Cenckiewicza w „Biuletynie IPN”, pisał również Jan Sawa, (ożeniony z wnuczką brata Wańkowicza –Tola): „(…) takie same przemarzające ściany z gazobetonu, zwanego wówczas siporeksem, luksusy istniejące jedynie w słowach i wyobraźni Józefa Mackiewicza”. IPN-owski historyk Cenckiewicz podobnym „dopieszczaniem pisarza przez komunistów” nazwał przyznanie Wańkowiczom kilkanaście lat wcześniej (tuż po powrocie z USA do PRL-u) dwupokojowego mieszkania kwaterunkowego z aneksem na piątym piętrze kamienicy przy ulicy Puławskiej 10. Pan Melchior tego lokum wprawdzie nigdy nie nazwał Domeczkiem, to jednak czuł się w nim wyraźnie tak dobrze, że w reportażu„Nasza kamienica” do swojego mieszkania „przyłączył” cały czynszowy dom, a „do szlacheckich włości przygarnął cały proletariacki wszechświat” (K. Kąkolewski). Jakże zabawnie opisuje solidarność mieszkańców, chmarę dzieciaków pomocnych w pilnowaniu „Zielonka” na podwórku, przynoszenia świeżej poczty ze skrzynki – oczywiście za parę cukierków. Wańkowiczowie mieszkanie to zajmowali od 1958 roku do śmierci pani Zofii 11 lat później, a pisarz mieszkał tam samotnie jeszcze do jesieni 1973 roku,gdy przeniósł się na Studencką. Choć określenie „samotnie” nie bardzo pasuje do jego trybu życia,stary gawędziarz nie wytrzymałby przecież bez grona wiernych słuchaczy. To w niewielkiej przestrzeni mieszkania przy Puławskiej właśnie z iście „szlacheckim” przymrużeniem oka, jako potomek wielkiego kresowego rodu,organizował coroczne przyjęcia „pomostowe” między dawnymi i nowymi tendencjami polskiej kultury. Przy stole potrafił gromadzić ludzi o najrozmaitszych postawach, „jeśli tylko prezentują coś osobiście i potrafią coś wnieść do wspólnego dorobku kultury”. Któż to nie zasiadał przy suto zastawionym stole Wańkowicza i nie popijał jego słynnej, litewskiej wódki „TriszDivinis” na 27 ziołach? Choćby Andrzej Wajda, noszący się właśnie z pomysłem ekranizacji jednej z wańkowiczowskich powieści, ale także Jerzy Andrzejewski, Aleksander Bocheński, Marian Brandys, naczelny „Kultury” Janusz Wilhelmi, Anka Kowalska i Halina Auderska oraz Krzysztof Kąkolewski. Podczas jednego z takich przyjęć gospodarz tradycyjne zaskoczył gości w swoim nonkonformistycznym stylu. Mieczysław Kurzyna w książce „O Melchiorze Wańkowiczu – nie wszystko” opisuje to tak: „Rozległ się trzykrotny gong. Do salonu oświetlonego świecami wkroczył dziwny pochód. Otwierała go gosposia niosąc skrzyżowany nóż i widelec nadnaturalnej wielkości. Po czym w asyście wnuczki i sekretarki, wkroczył jubilat w fartuchu i szlafmycy, niosąc uroczyście sześć ogromnych jaj – strusich”. Mel był w swoim żywiole: na strusie jaja nabrali się wszyscy bywali w świecie pisarze. Potem szykowali nawet zemstę: pod letnisko w Oborach, gdzie wypoczywał mistrz, podjechać miały dwa samochody pełne Gestapo i żandarmerii, by z wrzaskiem „Woist Wańkowicz?” wywieźć go w nieznane (czyli na wódkę do Konstancina). Kostiumy wypożyczone z wytwórni filmowej, wszystko gotowe – Wańkowicz by się tym pewnie nie przejął, ale co ze słabymi nerwami innych gości domu twórczego? Z pomysłu więc zrezygnowano. Kontakty międzynarodowe (stąd ta jajeczna siurpryza dla gości), które utrzymywał Wańkowicz i comiesięczne najniższe amerykańskie social security (100 dolarów) oznaczały, że gospodarz mieszkania przy Puławskiej nie musiał się martwić o ceny żywności. „Nigdy nie myślałem, ile co kosztuje, a szczególnie jedzenie, Ono rosło! Pan Bóg dawał jaja, drób, zboże za darmo i jeszcze dziś mam poczucie darmowości. Koniak chyba leci u mnie ze skały” – mówił Wańkowicz. Wreszcie dochody z kolejnych książek wydawanych w niespotykanych dziś nakładach, prelekcje, uwielbienie czytelników i rok 1972 poświęcony pisarzowi. A przy tym, jak wspomina Aleksandra Ziółkowska-Boehm: „Wańkowicz potrafił być oszczędny i hojny, gdy trzeba i bez rozgłosu dużymi sumami wspierał opozycję, o czym we wstępie do książki «KOR» Jana Józefa Lipskiego pisał Andrzej Friszke”. Zaraz po śmierci pisarza, jego książki objęto cenzurą – to była kara za finansowe wspieranie opozycjonistów.
Proces i podsłuchy
Wańkowicz, decydując się na powrót na stałe po dziewiętnastu latach do PRL-u, zdawał sobie dobrze sprawę, że będzie idealnym celem bezpieki. Odżył,co prawda materialnie (w USA pani Zofia pracowała jako pomoc domowa, a Melchior przez trzy lata pomagał na fermie kurzej należącej do córki i zięcia), czuł się potrzebny i podziwiany – ale lata mieszkania przy Puławskiej nie były tylko pełną sielanką. Kompromisy z cenzurą,inwigilowanie żony i córki przylatującej z Waszyngtonu,podsłuchy oraz pełna kontrola korespondencji pisarza, która w rezultacie doprowadziła do jednego z najbardziej sensacyjnych procesów politycznych gomułkowskiego PRL-u. Formalnym powodem aresztowania Wańkowicza był prywatny list wysłany przez niego pocztą dyplomatyczną przez ambasadę USA do córki, Marty Erdman, do którego dołączony był kilkudziesięciostronicowy dokument „Projekt przemówienia J.A.”. Odczytano go w Radiu Wolna Europa i zaraz potem warszawska prokuratura zarzuciła Wańkowiczowi „sporządzenie w celu rozpowszechnienia pisma zawierającego fałszywe informacje oczerniające Polskę Ludową”. Chodziło o opis sprawy „Listu 34”, przekazanego w marcu 1964 roku ówczesnemu premierowi Cyrankiewiczowi. W liście tym intelektualiści (w tym Wańkowicz) domagali się złagodzenia cenzury i zwiększenia przydziałów reglamentowanego papieru. 5 października1964 roku pisarz został aresztowany w swym mieszkaniu przy ulicy Puławskiej i przewieziony do Pałacu Mostowskich, gdzie w dość przyzwoitych warunkach przebywał przez pięć tygodni aż do tymczasowego zwolnienia po wyroku pierwszej instancji. Sąd skazał go na trzy lata więzieniaz zastosowaniem amnestii skracającej wyrok do połowy, jednak władze nie ośmieliły się zamknąć pisarza ze względu na wiek (72 lata) i zły stan zdrowia. „Rząd i partia, wobec reperkusji, jakie proces miał w polskim środowisku twórczym i w całym społeczeństwie (donosiła w Radiu Wolna Europa Jadwiga Mieszkowska), jak również za granicą, (…) władze szukają wyjścia z sytuacji, w jaką się uwikłały, wytaczając proces Wańkowiczowi i dopuszczając do wyroku skazującego”. Od chwili aresztowania pisarza w znaczących tytułach prasy zachodniej oraz wszystkich pismach polonijnych ukazało się kilkadziesiąt artykułów poświęconych sprawie.Protestowali m.in. były prokurator generalny USA, senator Robert Kennedy i amerykański Pen-Club. Wańkowicz rewizji od wyroku nie złożył, jak również nie zabiegał o ułaskawienie (acz wyroku nie odbył) – widać pięć tygodni międzynarodowego szumu było mu wyraźnie na rękę. Oto król-nestor polskiego reportażu stał się teraz także politycznym bohaterem: zatrzymywany na ulicy dostawał kwiaty, brawa – kochał to. Pisarz mówił: „jedynie w Polsce możliwa jest sytuacja, aby skazany żył z wyrokiem półtorarocznego więzienia, poruszał się swobodnie, a nawet wyjeżdżał za granicę”. W rozmowie z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm w książce „Proces Melchiora Wańkowicza 1964” prokurator przesłuchujący pisarza, tuż po aresztowaniu, wspomina: „(…) – sprawiał wrażenie, że cieszy się, że go coś spotkało, takie miałem wrażenie. Określiłbym jego psychikę jako pół szlagona – pół skauta”. I tak, choć skazany, do mieszkania na Puławskiej wrócił w glorii. Wańkowicz został zrehabilitowany werdyktem Sądu Najwyższego III RP dopiero 16 lat po śmierci. Z dzisiejszego punktu widzenia zamieszanie z procesem Wańkowicza pokazuje paradoksy „najweselszego baraku Układu Warszawskiego” – przecież raptem sześć lat wcześniej władze PRL-u zgodziły się na wszelkie żądania Wańkowicza przed jego powrotem z USA (mieszkanie w Warszawie, zachowanie obywatelstwa amerykańskiego, 4 miesiące rocznie przebywania za granicą i transfer 400 dolarów „celem spłacenia swych wyjazdów za granicę”). W 1964 roku władze atakiem na „List 34” i procesem Wańkowicza niewątpliwie skłóciły środowisko Związku Literatów Polskich, spośród których wielu pisarzy (m.in. J. Brzechwa, A.Bratny, J. Hen, K. Iłłakowiczówna, J. Iwaszkiewicz, J. Jurandot, I. Newerly, E. Szelburg-Zarębina, W. Żukrowski) odcięło się od „Listu 34”, charakteryzując jego sygnatariuszy, jako „grupę odosobnioną i organizującą kampanię przeciw naszemu krajowi, opartą na nieprawdziwych informacjach (…)”. Sam Melchior Wańkowicz po własnym procesie znalazł się w sytuacji równie schizofrenicznej: z jednej strony chciał więzienia dla siebie „(…) Wolę więzienie. Bo siedząc w więzieniu, będę wciąż jeszcze siedział w świadomości polskiej. Będę pożyteczny…” – przyznawał w ostatnim słowie przed sądem; z drugiej po opuszczeniu aresztu zyskał jeszcze większy szacunek u swych czytelników, ponowny dostęp do telewizji i nawet audiencję u Gomułki! Dziwne to były czasy, władze chciały dać nauczkę niepokornemu pisarzowi, a przysporzyły mu tym tylko większej sympatii. Dużo wcześniej, mając tyle doświadczeń emigracyjnych i porównań dwóch systemów,dobrze wiedział, co oznacza życieza żelazną kurtyną, gdy żartobliwie malował żonie w książce „Od Stołpców po Kair” swą wizję powrotu do ojczyzny: „Na stacji granicznej podejdzie ubek i grzecznie zaprosi do oddzielnego pokoju. Tam poprosi siedzieć, po czym da w zęby tak, że spadnę. Po czym grzecznie zasalutuje: «To żeby mistrz nie zapomniał». Po czym otworzy drzwi, a za drzwiami będą dziewczynki po krakowsku, z kwiatami”.
Trzecie pokolenie
Po przeprowadzce pisarza do nowego Domeczku przy Studenckiej, w mieszkaniu w kamienicy przy Puławskiej 10,pozostała wnuczka Wańkowicza – Anna Erdman studiująca tutaj od 1970 roku medycynę. Wraz z mężem Tadeuszem Walendowskim (reżyserem filmowym)w mieszkaniu dziadków prowadziła salon kultury niezależnej i oazę swobodnej myśli, gdzie w czasach późnego Gierka spotykali się niezależni twórcy i ludzie opozycji. Od1976roku, co dwa tygodnie przy Puławskiej odbywały się stałe spotkania, na których najliczniej reprezentowane było środowisko literackie, odbywały się wieczory pieśni (Kaczmarski, Kleyff), recytacji poezji (Halina Mikołajska)oraz sprzedawano wydawnictwa drugiego obiegu.Co ciekawe – tej swoistej wyspy na morzu cenzury, vis a vis kina Moskwa i obok więzienia przy Rakowieckiej,władze nie odważyły się ani zastraszać, ani pacyfikować, a jedynie legitymowały wchodzących na klatce schodowej. Warto jednak pamiętać, że Anna Erdman-Walendowska była, podobnie jak jej dziadek, obywatelką amerykańską, a mieszkanie należące wcześniej do Wańkowicza naszpikowane aparaturą podsłuchową umożliwiającą inwigilację pisarza, co teraz po jego śmierci idealnie służyło śledzeniu ludzi opozycji. Salon Walendowskich nie istniał długo – w 1979 roku władze odmówiły Annie prawa stałego pobytu w Polsce i ta wraz z mężem wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Anna była cenionym pediatrą, a Tadeusz został pracownikiem Radia Głos Ameryki. Obydwoje latami chorowali na raka, umierali razem we własnym domu w Waszyngtonie, pod opieką synów:Dawida i Eliasza (prawnuków Melchiora i Zofii). Anna zmarła dwa tygodnie po śmierci Tadeusza w 2004 roku. Kamienica przy Puławskiej jest jedynym miejscem w Warszawie, w którym upamiętniono ślady po pisarzu i jego rodzinie. Przy wejściu umieszczono tablice poświęcone Wańkowiczowi i salonowi Walendowskich. To z jednego z okien tego budynku Chris Niedenthal po wprowadzeniu stanu wojennego sfotografował transporter opancerzony stojący na tle kina Moskwa z billboardem reklamującym „Czas apokalipsy” Coppoli.
W Domeczku z Ziela
Ostatni nowy Domeczek przy Studenckiej 50 został całkowicie przebudowany i dziś zupełnie nie przypomina już bungalowu sprzed 40 lat, tak cieszącego sędziwego mistrza reportażu (obecni właściciele nie mają nic wspólnego z rodziną pisarza). Po słynnym przedwojennym Domeczku Wańkowiczów przy ulicy Dziennikarskiej 3 na Żoliborzu, opisanym w „Zielu na kraterze”,nie ma śladu – zmiotło go Powstanie Warszawskie. Był projektowany i przemyślany w każdym szczególe, jak ten ostatni. Pisarz w wywiadzie-rzece „Wańkowicz krzepi” udzielonym pod koniec życia Krzysztofowi Kąkolewskiemu tak porównywał swoje domy: „Domeczek do Domeczku ma się tak, jak marzenie o jednym do marzenia o drugim. (…) Tamten dom był rodzinny, tam chciałem zyskać samotność, był rozdzielony na cztery poziomy, ten dom, gdy nie mam żony, rodziny, dzieci – zintegrowany jest w jeden poziom. Tam winda przez cztery poziomy, tu płaski bungalow. Trzeci poziom: sypialnię, pracownię wyciągnąłem z tamtego Domeczku jak żebro Adama i to jest ten dom. Jest wspólne, że do książek, ich rozmiarów dostosowane są półki, a do półek biblioteki – kształt pracowni”. Opisy zarówno Domeczku przy Dziennikarskiej, jak i „całej rodzinnej menażerii, obracającej się dokoła pokoju Mamy”, także „splugawionego ogniska domowego” podczas kolejnych hulaszczych imienin Kinga(po których Zofia niekiedy wracała z robotnikami, by naprawić szkody) i wreszcie cudowne obrazy dorastania córek Wańkowiczów, starszej Krystyny (Pyton) i młodszej Marty (Tili, Sancho Pansa) – to jeden z najwspanialszych przykładów życia warszawskiej rodziny inteligenckiej w latach 30. ubiegłego wieku. Dom stanął za pieniądze uzyskane ze sprzedaży gruntów w rodzinnych Jodańcach i „idący na wiele dziesiątków lat kredyt z Banku Gospodarstwa Krajowego”. Był duży, wysoki, z trzech stron otoczony ogrodem, a z czwartej przyklejony do dużej kamienicy spółdzielni dziennikarskiej. Kilkuletnią Tili lubiącą popisywać się w pewnym okresie bogactwem synonimów kusiło, by coś z tym zrobić: „– Albo go odlepcie, albo odcepcie, albo odklejcie, albo oderwijcie, albo odetnijcie, albo odedzyjcie, albo odłamcie” – recytowała. Powstał nawet pomysł, by dokupić dwa pokoje w przylegającej kamienicy dla ciotki Reginowej (siostry Melchiora) przybywającej na zawsze z Jodańc do stolicy. Domeczek żył jak białoruskie dwory rodzinne Kinga,otwarty na świat, otoczonymi jeszcze pustkami Żoliborza, barwny oraz pełen pomysłów. Trzeba zdawać sobie sprawę, że opis życia rodziny Wańkowiczów w „Zielu…” jest pewną formą kreacji literatury faktu, jakże jednak genialną dzięki jej autorowi – wynalazcy tylu słowotwórczych ubarwień:„(…) goście Domeczku mogli czuć się dobrze tylko z listem żelaznym któregoś z domowników. Goście bowiem bywali: tatowi, mamowi, dzieciowi i służącowi. Wszelkim innym – biada. (…) Czasem jednak zapuszczali się w obieże Domeczku (…) – goście bez listu żelaznego żadnego z domowników. Takie przyszywadła rodzinne, przyklejadła z kurortów, poznawadła z przedziałów kolejowych, nudy z lat młodzieńczych albo żony braci nudów, szwagry ciotek-przyszywadeł, znajomi znajomych przyklejadeł i – zgoła zwolennicy przedyskutowania problemu, który szan-pan poruszył”. Równie kpiących smakowitościami Melchiorowych ubarwień opisujących życie Domeczku w „Zielu…” jest multum. Nie znajdziemy jednak w książce informacji, że Wańkowiczowie z racji problemów finansowych ze spłatą kredytu musieli tuż przed wojną wynająć swój ukochany Domeczek i przenieść się do mieszkania przy ulicy Mianowskiego. To zaskakuje tym bardziej, że Melchior Wańkowicz w latach ‘30 uchodził za człowieka majętnego. Od 1924 roku był współwłaścicielem wydawnictwa „Rój” – jednej z największych oficyn wydawniczych w II RP, w której np. wśród wielu pozycji po raz pierwszy ukazały się książki Brunona Schulza „Sanatorium pod Klepsydrą” i „Sklepy cynamonowe”, Gombrowicz wydał „Ferdydurke” a Dołęga Mostowicz „Karierę Nikodema Dyzmy”. Obok wydawania polskiej literatury poważnej i popularnej, dzięki wydawnictwu „Rój” także po raz pierwszy do rąk polskich czytelników trafiły książki m.in. takich pisarzy obcojęzycznych jak: Thomas Mann, Marcel Proust, John Galsworthy, Arnold Zweig czy Erich Maria Remarque. W tym czasie pisarzowi i wydawcy przypadły także niemałe dochody z działalności reklamowej: to on jest autorem słynnego sloganu „Cukier krzepi” dla Związku Cukrowników, za który otrzymał honorarium znacznie wyższe od miesięcznej pensji prezydenta RP!Wspominał o nim po latach w wywiadzie: „Ja dostałem, jak przypuszczam, najwyższe honorarium na świecie za dwa słowa, „Cukier krzepi” – 5000 zł przedwojennych, czyli naówczas 500 złotych przedwojennych dolarów za słowo, tak cenne mogą być słowa” (ponadto pod koniec życia miał jeszcze jeden sukces w reklamie: „Lotem bliżej” – to także jego slogan). Obok pracy wydawniczej w „Roju” nadzoruje hurtownię tytoniową, dzierżawi od miasta słupy ogłoszeniowe i stawia 140 nowych, wreszcie zostaje dyrektorem przedsiębiorstwa „Reklama Pocztowa”. Mimo swych ziemiańskich kompleksów i bankructwa po I wojnie – pokazał, że tylko niezależność finansowa może mu dać pełną swobodę twórczą.
Anatomia zaplecza
Wrzesień 1939 roku zmusił Wańkowicza do ucieczki.Przeprawiając się przez Dniestr do Rumunii tylko z maszyną do pisania na głowie,nie mógł podejrzewać, że nigdy więcej nie zobaczy zarówno Domeczku, jak i swojej starszej córki, Krystyny. Została w okupowanej Warszawie z matką, podczas gdy młodszej córce Marcie wiosną 1940 roku przez Włochy udało się wyjechać za ocean.W maju tego roku Zofia z córką Krysią wróciły na Dziennikarską 3 do Domeczku, który musiał żyć dalej oraz zbierać się po niewielkich zniszczeniach z kampanii wrześniowej. Wańkowiczowa zajęta ratowaniem resztek wydawnictwa,gros zadań przy remoncie (szklenie, CO, wodociągi, uszkodzenie dachu) i prowadzeniu pensjonatu w Domeczku przekazała Krystynie, która szczegółowo donosiła o swych gospodarskich postępach w listach pisanych do ojca internowanego w Rumunii. Domeczek powoli zaludniał się kolejnymi lokatorami, Krystyna pisała do ojca: „Ogród i dom prowadzę w miarę możliwości wzorowo, co nie jest takie proste, jeśli się ma wymagających lokatorów, kiedy zdobycie każdego kila czy innej mąki jest zagadnieniem. (…) Zresztą walczymy o ten dom oczywiście z myślą o Waszym powrocie. Z nas opadłyby ogromne ciężary, gdybyśmy mogły dom sprzedać, czy wynająć i zamieszkać gdzie w jednym pokoju. Jednak o wynajęcie całego domu jest dziś bardzo trudno, bo każdy się ścieśnia, jak może, i nikt nie chce brać sobie takiej landary kosztownej. O sprzedaży czy też zachowaniu musisz Ty zdecydować. Na razie dom jest kompletnie odremontowany: lokatorzy opłacają nam rozłożone raty BGK, gaz i światło. Już sprowadzamy opał, nauczeni doświadczeniem ostatniej zimy. Jest nam tu dobrze”. W kolejnych listach pisanych podczas okupacji do ojca, Krystyna raz po raz dzieliła się swoimi wątpliwościami czy trzymanie Domeczku jako stałego punktu na ziemi, do którego King i Tili „wracać będą myślami jak do własnego domu”, ma sens, czy może „urządzić się tak, aby móc w każdej chwili ruszyć w świat z walizeczką i nie być niewolnikiem swego stanu posiadania”. Czuła żal do ojca, który naigrywał się z jej smażenia konfitur i łatania prześcieradeł oraz zarzucał brak myślenia o przyszłości i sprawach ogólnych. Jednak, mimo tylu obowiązków, dwie godziny dziennie poświęcała na naukę angielskiego i szybkiego pisania na maszynie oraz zrobiła zawodowe prawo jazdy. W 1940 roku zwierzała się: „Opisuję Ci nasze bieżące życie, cieszę się słońcem i latem, moimi pomidorami i różami, i Twoimi kochanymi listami, i z tego, że coraz trudniejsze historyjki angielskie rozumiem, i z wycieczek rowerowych. Coś siedzi w człowieku, co mu każe stabilizować życie, ładzić je i porządkować, i normalizować. Ale w głębi serca jest jakieś nieustanne napięcie i oczekiwanie”. List zakończyła odręcznie: „nie bądź dla córki zbyt surowy. Krystyna” Obok trudnych relacji z ojcem (przed wojną wyraźnie faworyzował Martę), miała kompleks młodszej siostry jako tej, której znacznie łatwiej jest zdobywać i walczyć o nowe życie z pomocą ojca, który wypchnął ją w świat i otwierał nowe możliwości. Po wyjeździe siostry Krysia unikała znajomych, by nie pytali: „Zazdrościsz Tili Ameryki?”, w jej kolejnych listach do ojca wyraźnie widać, jak się stopniowo wyciszała,jak bardzo za nim tęskniła i stawała na wysokości zadania, by ratować Domeczek, by miał dokąd wracać. To nie ta sama Krysia, o której po latach Wańkowicz z bólem mówił, że nie miał tak łatwego kontaktu jak z młodszą córką. Krysia – według niego – była dzieckiem trudnym, hardym i nieustępliwym. W „Zielu na kraterze”, pisanym już po wojnie w ramach autoterapii,w pewnym sensie wykreował mit utraconej córki, ale nie ulega wątpliwości, że wraz z żoną wychowali Krysięnie tylko z silnie ukształtowaną bazą dużych ambicji i pragmatyzmu, ale i zdrowego patriotyzmu, co tak dzielnie udowodniła podczas okupacji. Krystyna, pseudonim Anna, zginęła na Woli w szóstym dniu Powstania Warszawskiego jako łączniczka batalionu harcerskiego „Parasol”. Matka przez rok uczestniczyła w ekshumacjach ciał, które przewoziła na Powązki, miała przygotowaną trumnę dla córki, ale nigdy jej nie odnalazła. Choć Wańkowicz nie przeżył ani jednego dnia w okupowanej Warszawie, to opis tych tragicznych poszukiwań wśród rozkładających się ciał Powstańców tchnie prawdą największego dramatu Matki, jaki można sobie wyobrazić. Ze zbombardowanego Domeczku zostały szczątki jednej ściany i schodki na taras, na których 1 sierpnia matka po raz ostatni widziała Krysię. „– Do widzenia, Mamuśku!”. Domeczek i jego ostatnia gospodyni zniknęli…
„Dziś w nocy umrę”
Zofia Wańkowiczowa dotarła do Włoch w Wigilię 1945 roku. Po wojennej drodze i latach rozłąki małżonkowie zamieszkali jeszcze na chwilę w Domeczku skleconym w 1948 roku za honoraria z „Bitwy o Monte Cassino” na Ealing Brodway w Londynie.Tutaj mistrz wydał także „Kundlizm”, ciętą rozprawę o Polakach. Pisał w niej, że w czasach pokoju jesteśmy jak zgraja kundli, która zamiast wziąć się do pracy, ciągle ujada. To nieco tłumaczy, dlaczego ani na emigracji, ani w Polsce nie dostał żadnej nagrody literackiej…Chyba bezpieczniej było mu pisać o swoich domach: dworach w Kałużycach (tu się urodził) i Nowotrzebach na dzisiejszej Białorusi, które uwiecznił w „Szczenięcych latach”, międzywojennym Domeczku w „Zielu na kraterze”i mieszkaniu przy Puławskiej, którego barwnym obrazem społecznym w „Naszej kamienicy”zamknął swój mieszkaniowy tryptyk. O Domeczku przy Studenckiej już nie zdążył napisać, spędził w nim jednak ostatnie spokojne miesiące życia, wychudzony bardzo po operacji w Manchesterze. Odrodził się na chwilę, spokorniał, ciągle był wśród ludzi,to podczas wycieczek do Lasu Kabackiego, to na jakimś odczycie, wybrał się do cyrku, pracował. Po Wańkowiczu zostało kilkadziesiąt tomów reportaży, tak bardzo zrośniętych z osobą autora, iż wielu uważa, że to w zasadzie jedna wielka książka o nim. Stoją nieco zapomniane na półkach bibliotek,podczas gdy Domeczki na zawsze unicestwiła historia. W Kałużycach powstał kołchoz – ten fakt przyjął łagodnie, czego znów wybaczyć mu nie mógł Cat-Mackiewicz („Wańkowicz kretyn!”), jedynym zaś śladem po przedwojennym Domeczku na Dziennikarskiej pozostał pięknie kwitnący krzak bzu, zasadzony przed wojną rękami Wańkowiczów. Był nawet pomysł, by za zgodą władz żoliborskiego osiedla przesadzić go do ostatniego ogrodu, ale nie udało się już go zrealizować. Mówił o sobie: „Jestem filodomem. Każdy dom, do którego rzuciły mnie losy, musi zrastać się ze mną. Wiozę nie tylko walizki ze sobą, ale niewidoczne walizki mojej psychiki”. Pragnął umrzeć w domu, nie chciał także pogrzebu na koszt państwa (przed śmiercią powiedział jeszcze córce: „nie życzę sobie, by oni fotografowali się nad moją trumną"). Zmarł nagle, w szpitalu, 10 września 1974 roku. Staropolskim zwyczajem trumnę wystawiono w domu przy Studenckiej.
tekst: Aram
Stern
ilustracja:
Karol Barski
piątek, 3 stycznia 2014
Eksperyment trwa
Z Jackiem Sotomskim i Mikołajem Laskowskim – muzykami duetu
sultan hagavik rozmawia Małgorzata Burzyńska
Wywiad jest zapisem rozmowy ze spotkania „Plądrofonia:
swoje-cudze i magnetofon” z cyklu „Słuchalnia. Muzyczne znaki czasu”, Czytelnia
CSW „Znaki Czasu” w Toruniu, 31 X 2013
Zacznijmy może od opowiedzenia, skąd się w ogóle wzięła idea sultana
hagavika – skąd się wzięliście jako zespół?
Jacek: Zespół narodził długo
przed powstaniem…
Mikołaj: Bardzo chcieliśmy
założyć zespół długi czas zanim on powstał, ale nie mieliśmy pomysłu na to, co
mamy grać, więc go nie założyliśmy. A później znaleźliśmy pomysł, więc założyliśmy
tez zespól, ale nazwa powstała wcześniej. Chcieliśmy grać hipsterskie elektro
na początku.
J: Tak, na keyboardzie i czymś
jeszcze…
M: (pokazując zdjęcie) Tak, to jest
moment, w którym narodziła się nazwa zespołu, ale jeszcze nie zespół… to jest
naklejka od folii od materaca – okleiłem się tą naklejką…
Nazwę macie z materaca?
J: Tutaj widać logo IKEI.
No dobrze, to lokowanie produktu mamy z głowy… Powiedzcie jeszcze w
takim razie, skąd w Waszym życiu, w Waszej działalności wziął się magnetofon?
M: To może ja opowiem…
O miłości do magnetofonu?
M: Tak. Były to wakacje w roku
2011 i właścicielka mieszkania, w którym wtedy mieszkałem, zapomniała zapłacić
za Internet, w związku z czym Internetu nie było przez 2 tygodnie. Byłem zupełnie
odcięty od świata, połowa Wrocławia wyjechała na wakacje, więc ja nie miałem co
ze sobą zrobić. Z nudów zacząłem nagrywać jakieś audycje z programu 2 Polskiego
Radia na magnetofon, wciskając jednocześnie pauzę, przewijanie itd. Chciałem
zobaczyć, co się z nimi stanie. Okazało się, że dzieją się bardzo ciekawe
rzeczy, i że nie tylko można przetworzyć to, co jest nagrywane, ale też można
później to odtworzyć, wykonując te same czynności. Znaczy: można nie tylko
nagrywać przetwarzając, ale też odtwarzać przetwarzając w czasie rzeczywistym,
live. Czyli – można potraktować magnetofon jako instrument.
Który daje nieograniczoną ilość możliwości prezentacji jednego kawałka?…
M: Można przetwarzać dźwięk na
dużo sposobów – ich ilość nie jest nieograniczona, ale cały czas odkrywamy nowe.
Czyli generalnie wzięliście się z eksperymentowania?
M: Z nudów, wzięliśmy się z braku
Internetu. Znaczy, następnego dnia jakoś wpadł do mnie Jacek i pokazałem mu
odkrycie i na drugi dzień pojechaliśmy do komisu, kupiliśmy magnetofony i
stwierdziliśmy, że to jest nasz zespół.
J: Nawet dzień wcześniej
stwierdziliśmy, że zakładamy zespół i na drugi dzień jedziemy po magnetofony do
komisów. I szukaliśmy takich właśnie, gdzie przyciski miałyby duże pole manewru
– w sensie, że można je tak dociskać nie do końca, czuć, że jest tam mechanizm,
który stawia jakiś opór i potencjalnie może wpływać jakoś na przetworzenie…
M: Musimy mieć kontakt z mechanizmem…
J: Tak, to musi działać jak klawisze
w fortepianie – to nie może być taki współczesny magnetofon, gdzie się klika „play”
albo „stop”…
M: To nie może być elektroniczne
– musi być mechaniczne, wtedy możemy kontrolować sam mechanizm.
A czy na Wasze upodobanie do klawiszy miało wpływ to, że jesteście
wykształceni pianistycznie?
M: Ja jestem bardziej
organistycznie…
J: Klawiszowo…
M: Bo w sumie różnica między
magnetofonem elektronicznym a mechanicznym jest taka, jak pomiędzy organami
elektronicznymi a organami mechanicznymi – znaczy, teraz to odkryłem, ale
myślę, że tak jest… Nie, ale tak naprawdę, to myślę, że źródło jest znacznie
głębsze, bo jakiś czas po założeniu zespołu odkryłem pewną kasetę, którą
nagrałem w wieku może 9 albo 10 lat i która zawierała audycje radiowe, które
nagrywałem z moim bratem – i okazało się, że nagrywałem dźwięk czy robiliśmy
jakieś wywiady z fikcyjnymi postaciami w taki sam sposób, w jaki później
zaczęliśmy przetwarzać ten dźwięk z Jackiem, czyli jakoś zmieniając prędkość
itd. Jakby kompletnie o tym zapomniałem, ale tu jest źródło.
Czyli w dzieciństwie?
M: W dzieciństwie
Freud miał rację jednak…
M: Tak, wszystko zostaje w
podświadomości.
A czy Ty, Jacku, miałeś jakieś doświadczenia z magnetofonami w
dzieciństwie, które Ci potem pozostały?
J: Wiesz co, nie – miałem
magnetofon, jak każde chyba dziecko urodzone pod koniec lat 80., ale raczej nie
korzystałem z niego w taki sposób, w jaki się nie powinno. Zawsze tylko
słuchając.
Obchodziłeś się grzecznie, maltretować zacząłeś później…
J: Tak, tak.
A powiedzcie, skąd bierzecie swój materiał, który później
przetwarzacie?
J: Zewsząd.
M: Zewsząd, znaczy na początku
braliśmy głównie z mojego kartonu z nagraniami z Warszawskich Jesieni, to jest
z osiemdziesiąt parę kaset i każda była ponumerowana i opisana mniej lub
bardziej. Później te kasety się pomieszały, bo zaczęliśmy je wykorzystywać… Ale
wykorzystywaliśmy też jakieś różne nagrania, które znaleźliśmy w domach.
J: Albo kasety oryginalne,
kupowane w tamtych czasach, z okładką i w ogóle ze wszystkim – no i się
okazało, że to może posłużyć jako podstawa do czegoś i nad tym można
nadbudowywać, dodając jakieś inne warstwy.
M: Później zaczęliśmy nagrywać
dźwięki… nie wiem – zepsutego keyboardu albo fletu prostego, albo czegokolwiek…
Bo zaczęło się od przetwarzania gotowej już muzyki, np. audycji
radiowej, a potem zaczęliście też w ten materiał jakby wtykać różne próbki
dźwiękowe, tak?
J: Tak.
A czy tworząc utwór, wychodzicie od jakiegoś całościowego kawałka
muzyki, który macie jako już gotowy, i go męczycie, rozdrabniacie, czy od razu łączycie
z sobą różne utwory różnych tożsamości?
Czasami jest tak, jeszcze jak
Mikołaj tu mieszkał (w sensie: we Wrocławiu) i spotykaliśmy się w miarę często,
no i mówiliśmy „a to co, sobie zrobimy próbę sultana?” I wtedy jakąś kasetę,
przypadkową zupełnie, wziętą z tego przepastnego kartonu, zaczynaliśmy jakoś
tam odtwarzać i przetwarzać. No i potem ja włożyłem jakąś inną kasetę do innego
magnetofonu i się okazało, że o – jest jakiś taki zaczyn, który może być
utworem, no i dalej tak próbowaliśmy, próbowali – taka osnowa, tak…
M: Ale też czasami, albo nawet
często, nie jestem w stanie tego określić, mamy plan tego, jaka ma być
piosenka, utwór, cokolwiek i dobieramy kasety i dźwięki pod katem tego, co
chcemy zrealizować. Nie mamy jakiejś jednej techniki, która byłaby jakoś
przeważająca, chyba.
J: No nie.
M: Czasami konstruujemy te
rzeczy, czasami po prostu znajdujemy przypadkiem…
A czy zdarza się, że utwór,
który gracie, Wasz utwór przez Was stworzony, jest dwa razy taki sam – znaczy
dwa razy gracie go dokładnie tak samo?
J: To znaczy w 100% chyba nie…
M: Przez jakiś czas chcieliśmy,
żeby tak było – graliśmy na koncertach utwory, które wcześniej ukazały się na
jakimś albumie, i chcieliśmy odtwarzać je w taki sam sposób. Ale w pewnym
momencie, jakiś rok temu, stwierdziliśmy, że to nie ma sensu… i na każdy
koncert będziemy przygotowywać mniej lub bardziej nowy program i też utwory,
które są bardziej improwizowane – z racji tego, że jest to po prostu ciekawsze,
niż odtwarzanie za każdym razem idealnie tego samego utworu, zwłaszcza, że nie
do końca możliwe…
J: No i też to było mniej ciekawe
do grania, bo ustawialiśmy np. jakiś stoper: 1 min 50 s, że trzeba wtedy
zmienić znowu jakiś parametr…
M: Zmienić kasetę i ustawić
pokrętło magnetofonu…
J: A jak się okazało, że tak
mogliśmy bardziej odpuścić, no to raz,
że się przyjemniej grało, a dwa, że dochodziło się do podobnych efektów, a
nawet lepszych…
Właśnie, a zdarzają się Wam w trakcie grania jakieś kompletnie nowe
pomysły, które wtedy wcielacie w życie?
J: Tak.
M: Czasami w „Tekturonie” się
włącza takie coś, że jak poczuję flow, wtedy jakby się trochę inaczej gra, no i
inaczej układam…
J: Wiem, że mam do wykorzystania
to, to i tamto, no i kolejność, w jakiej je dobieram jest dowolna w sensie
tego, jak się tego dnia czuję na koncercie…
Aleatorycznie?
J: Tak, trochę tak.
M: No ale też często jest tak, że
w czasie grania zupełnie przypadkiem coś się popsuje albo zagramy coś inaczej,
okazuje się, że to jest fajniejsze np. niż to, co było i… następnym razem to
powtarzam. Te utwory jakoś ewoluują…
Czyli zaczęło się od eksperymentowania i ten eksperyment właściwie
kontynuujecie?
J: Tak, ona cały czas trwa
M: Eksperyment trwa…
A wasze eksperymenty z teatrem? Jeśli moglibyście coś więcej na ten
temat powiedzieć, bo właśnie na tym polu macie dosyć duże sukcesy – w ogóle
wasze koncerty są dosyć widowiskowe – staracie się robić widowisko choćby tymi
światełkami, maskami…
M: Nie możemy tak naprawdę niczym
innym, bo magnetofon jest dość statyczny, przyciskamy tylko przyciski. Kiwamy
się, ale to udawane jest tylko, żeby pokazać, że bardziej czujemy tę muzykę, no
ale nie możemy zrobić niczego bardziej widowiskowego…
J: Wymachy włosami, pirotechnikę
zrobić – jak Iron Maiden albo coś takiego – na koncertach stadionowych… No ale
też nie możemy tych magnetofonów wziąć i z nimi tańczyć…
Ale teatr – bo macie na koncie dosyć spore osiągnięcie, którym jest
wygrana w nurcie OFF 34. Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu dla
spektaklu „Pasja – cała ta chujowa piosenka aktorska”…
M. Tak się stało.
Jak doszło do tego, że jako zespół grający na magnetofonach
postanowiliście przedstawić spektakl właściwie
teatralny…
J: Znaczy w ogóle wzięło się to
stąd, że siedziałem sobie w poniedziałek w mieszkaniu i… smsa napisał mi kolega
z Wrocławia, aktor po wrocławskiej PWST, i napisał, że wypełnia wniosek do
nurtu OFF do PPA i czy może mnie tam wpisać do tego wniosku (bo tam jest taka
formuła, że się składa wnioski, zbiera się komisja, ocenia wnioski, umożliwia
ich realizację itd.), żebym napisał muzykę. Ja mu napisałem, że może, bardzo fajnie
i na drugi dzień wpadłem na taki pomysł, że może z sultanem trzeba by zrobić
coś takiego. Więc spotkałem się z Mikołajem na szybko…
M: Kiedy to było? My chyba
wcześniej o tym myśleliśmy, ale…
J: Zapomnieliśmy o tym…
M: Trochę zapomnieliśmy, a trochę
myśleliśmy, że nie pasujemy do tego.
J: Tak, w każdym razie we wtorek
się spotkaliśmy i powiedziałem Mikołajowi, że do piątku należy składać takie
wnioski, więc może byśmy coś wymyślili.
M: I stwierdziliśmy, że wymyślimy.
J: Myśleliśmy o osobach najpierw,
żeby stworzyć jakiś taki sztab ludzi, obsada aktorska, reżyser, itd. No i przez
kolejne dni ustalaliśmy scenariusz, projekty scenografii, kostiumów, z pomocą
większą lub mniejszą znajomych.
M: Mamy dużo znajomych z PWST czy
po PWST – aktorów, więc tylko do nich zadzwoniliśmy, powiedzieliśmy, że
składamy wniosek i oni trochę nie mieli wyboru… No i też mieliśmy zdolną reżyserkę, która
podjęła się…
J: Martyna Majewska, młoda zdolna
polska reżyserka!
M: Bardzo zdolna, no i tak
naprawdę spotkaliśmy się z nią chyba dzień przed terminem, jakby wcześniej
ustaliliśmy scenariusz, ale dopiero z nią spisaliśmy, łącznie z kosztorysem, w
którym domagaliśmy się milionów monet.
J: To było śmieszne, bo tam jest planowany
projekt budżetu – i napisaliśmy capslockiem, że chcemy miliony monet…
M: A później zapomnieliśmy to
usunąć.
J: Tak, i to poszło w tym wniosku
do Capitolu.
Ale nie przeszkodziło?
Jak widać nie…
Chcieli wydać miliony monet…?
M: Zażyczyliśmy sobie 300 kg
bezwonnego żelu do USG, który miał kosztować chyba 1300 zł…
J: Więcej, to było ok. 2000…
M: Chcieliśmy go wylać z wanny… I
chcieliśmy dostać 1600 zł po to, żeby go wylać…
Dano wam taka dotację?
M: Nie, trochę obcięto
J: Generalnie jako krejzolski
projekt…
M: A nie freakowy?
J: Nie powiedziano, że
krejzolski, dostaliśmy dwa razy mniejszy budżet, niż pozostałe spektakle – bo
było ultimatum, że albo nas nie biorą, albo dostajemy połowę budżetu. Stwierdziliśmy,
ze możemy bez tego żelu albo bez innych pozycji, które kosztowały…
M: Chcieliśmy, żeby poród budyniu
był porodem budyniu – chcieliśmy naprawdę urodzić budyń, znaczy zrobić go tyle…
Kto wam zaprojektował scenografię i kostiumy? Czy mieliście kogoś do
oprawy plastycznej, czy to była burza mózgów?
M: Ten projekt realizowaliśmy z
Michałem Puchałą, bardzo zdolnym artystą wizualnych sztuk wszelakich –
J: Projekty wysłaliśmy do
Capitolu jako załącznik do wniosku – to są Maryje – butelki z odkręcaną głową.
Później okazało się, że musimy to wszystko urealnić i że to nie będzie
dokładnie tak, jak w fotoshopie…
No tak, bo to musiało zagrać na realnych ludziach… i teraz powiedzcie,
właściwie, jak się zakończyła ta Wasza prezentacja spektaklu – jak to zostało
przyjęte?
J: To był skandal.
M: Znaczy nie, najpierw pokazaliśmy
go na konkursie Przeglądu Piosenki Aktorskiej i ludzie nie wiedzieli, co
powiedzieć.
W sensie jury czy publiczność?
J: Publiczność
A dużo tej publiczności przyszło?
J: Niecałe 50 osób, bo tyle
mieściła sala.
M: Ale graliśmy 2 razy, czyli 100
osób.
J: A już później, z racji tego,
że wygraliśmy, pan dyrektor Imiela pozwolił nam zagrać spektakl 3-krotnie na
deskach teatru Capitol
M: Zagraliśmy go 3-krotnie na
przełomie maja i czerwca, i w dniu, w którym graliśmy go pierwszy raz, ukazał
się artykuł w „Gazecie Wrocławskiej”, napisany jeszcze przed spektaklem, skoro 15
minut po zakończeniu spektaklu ukazał w Internecie. W tym artykule oburzenie
zaczęło się chyba od babci…
J: Nie, to był dziadek.
M: Dziadka wnuczki gimnazjalistki,
który napisał do „Gazety Wrocławskiej”, że jest oburzony…
J: …że on lubi „z moją wnuczką
gimnazjalistką” chodzić do teatru, ale jak zobaczył ten tytuł na afiszu, to już
nie chce i bulwersuje się, bojkotuje ten teatr i straszna rzecz, że publiczne
pieniądze wydaje się na takie rzeczy.
M: Wypowiedziały się ważne
osobistości, Dyrektor Wydziału Kultury, profesor Miodek i wszyscy byli oburzeni
albo bezstronni…
Oburzeni tytułem czy treścią spektaklu?
M: Nie: spektaklem, którego nie widzieli…
J: Zresztą pan dziadek
gimnazjalistki też był oburzony samym tytułem, bo spektaklu nie widział.
Może bał się oburzyć? A czy były osoby oburzone samym spektaklem?
M: Była taka jedna pani, napisała
nam w komentarzu na Facebooku, że to była masakra, że głowa ją rozbolała i
bardzo żałuje, ze nie mogła wyjść, bo ustawienie sceny było takie, że publiczność
nie mogła wyjść ze spektaklu, ponieważ drzwi na salę były za sceną, a na scenie
cały czas graliśmy… Jeśli ktoś już wszedł, musiał wysiedzieć do końca.
J: To nie był długi spektakl, w
granicach 40 min.
A powiedzcie, czym jury uzasadniło werdykt, skoro spektakl był tak oburzający?
M: Tam była bardzo ładna laurka –
generalnie za progresywność, szybkie tempo, prawdziwą offowość...
J: Tak, za off.
No a właściwie w jaki sposób wykorzystaliście piosenkę aktorską?
J: Jako podstawowy materiał dźwiękowy.
Do przetwarzania? Ale muzycznie, czy też jeśli chodzi o treść?
M: Jeżeli chodzi o treść, to
niekoniecznie, bardzo chcieliśmy…
J: unikać jakiejkolwiek treści.
M: Uniknąć po pierwsze treści,
żeby ten spektakl nie był o czymś. Pierwotną koncepcją była seria teledysków
wykonywanych na żywo do tego, co gramy. Później to zostało jakoś bardziej
steatralizowane, ale ta koncepcja cały czas była gdzieś z tyłu głowy i nie chcieliśmy,
żeby te obrazy były jak najmniej powiązane z …
J: …z czymkolwiek.
M: Przede wszystkim – z piosenką,
z charakterem piosenki, z treścią piosenki itd. Chcieliśmy, żeby było
absolutnie abstrakcyjnie, surrealistycznie.
Ale przez to usiłowanie odkleić się od sensu piosenki nie próbowaliście
jakoś tego sensu negować w konkretnej piosence albo wchodzić w coś mu
przeciwnego?
J: Znaczy, on się trochę zrobił,
ten sens…
M: On się zrobił, zwłaszcza że w
pierwszej scenie pojawia się niejaka Tradycja… reżyserka bardzo nalegała, żeby
coś takiego się pojawiło.
J: My gramy, a Krzysztof
Brzazgoń, znakomity polski aktor, występuje z maską jednorożca na głowie,
wykonując hymn Przeglądu Piosenki Aktorskiej, piosenkę Jonasza Kofty „Pamiętajcie
o ogrodach”. Nagraliśmy go wcześniej i nagranie to przetworzyliśmy. W ogóle osią
pomysłu na te teledyski były jakieś postaci – żeby się to toczyło wokół nich. W zasadzie postaci mniej lub bardziej
pojawiały się wcześniej – były wzięte z tytułów naszych wcześniejszych utworów.
M: Pojawia się m. in. Mroczna
Dziwka albo Budynnia.
Mroczna Dziwka, zdaje się, ma coś wspólnego z Ewą Demarczyk, jeśli
chodzi o materiał?
J: Tak, tak, z Tomem Waitsem i
potem jest Jan Kaczmarek…
M: Głównie Ewa Demarczyk,
pierwsze wejście jest Ewa Demarczyk.
J: Ale nie mówimy, że Ewa
Demarczyk jest mroczną dziwką – chcieliśmy właśnie te nasze postaci z
wcześniejszych utworów urealnić, pokazać, że one istnieją.
M: Zrobiliśmy kawałek pt. „Uródź
budyń” i chcieliśmy rodzić ten budyń. Chcieliśmy, żeby to był po prostu budyń,
ale nie nadążylibyśmy produkować kilogramów budyniu i sprzątać po
przedstawieniu. 2. Symfonia miała podtytuł „Śmierć i Mroczna Dziwka” i
chcieliśmy zmaterializować tę dziwkę. Ale też mieliśmy pomysły, które powstały
właściwie w trakcie pracy nad scenariuszem i cały czas się przetwarzały.
J: Dużo trzeba było zrobić tak,
żeby to się dało zrealizować w czasie rzeczywistym w warunkach teatralnych itd.
A Wy występowaliście w tym spektaklu czy graliście tylko muzykę?
J: Mamy epizodzik.
A z tego materiału, który posłużył Wam do spektaklu, nagraliście płytę?
M: Nagraliśmy spektakl – to było
nagranie na żywo.
To, co jest dostępne na Waszej stronie?
To jest nagranie z Waszego spektaklu, ale ono nie zostało wydane przez
Bółt czy inne wytwórnie?
M: Nie, to też nie jest cała
ścieżka dźwiękowa, tylko fragmenty, takie, które działają najlepiej bez obrazu.
Bo są też fragmenty zrobione całkowicie pod obraz.
Czy zdarza się w „Pasji” po prostu śpiewanie piosenki?
M: Jest Martyna Witowska, która
piosenkę nagrała na dyktafon i my ją później przetworzyliśmy. Magda Różańska,
kolejna wspaniała aktorka, jako dziewczyna z bocianem – i to też jest w sumie
nagranie – nie wiadomo, jakiej piosenki… W innej ze scen chodzą figurki-Maryjki
do piosenki o miasteczkach żydowskich…
Czy Wy śledzicie historie swoich piosenek?
M: Nie.
Czemu tradycja jest koniem?
M: Czemu nie? Tak wyszło – na
zasadzie „czemu nie”?
A dlaczego „Pasja”? Wasza pasja?
J: Nie, wiesz co, to się wzięło z
tego, że na początku, jak opowiadaliśmy o tych teledyskach, że to miały być
takie kolejne stacje, chcieliśmy ich zrobić 14…
Aha, czyli to jednak ta pasja, do której nieładnie nawiązywać w
sąsiedztwie wulgaryzmów…?
J: Prof. Miodek powiedział, że
nie przystoi, no nie do końca z takim wulgaryzmem zaraz obok to nieładnie…
A jeśli chodzi o Waszą współpracę z aktorami, jakieś projekty
teatralne, to macie coś teraz takiego na oku, macie pomysły, zamiar to jakoś
rozwijać?
J: Chcieliśmy gdzieś odgrywać ten
spektakl, ale problem był w ogóle zespołem, bo ten zespół tak naprawdę nie istniał,
został stworzony tylko na potrzeby tego projektu, no i każdy gdzieś tam
pracuje, każdy gdzieś gra, Mikołaj mieszka teraz w Hadze i ciężko by było
zebrać wszystkich, żeby po prostu zagrać ten spektakl… W sumie trochę
myśleliśmy, żeby coś zrobić, ale do niczego konkretnego nie doszliśmy.
Chcieliśmy zrealizować swego czasu operę, mieliśmy nawet pomysł na to, o czym
ta opera miałaby być, no ale też ciężko by było to wykonać i podejrzewam, że to
by musiała być kwestia jakiegoś zamówienia festiwalu, które by nam sfinansowało
naszą fanaberię…
A fanaberia – czego miałaby dotyczyć?
J: Miała to być historia
transgatunkowej lesbisjkiej poliamorii, tak w wielkim skrócie, znaczy miały być
3 główne postaci – Agnieszka, w sensie kobieta, krowa i łabędzica. No tam dużo
dramatów miało być i scen rzucania chleba w parku łabędziom, takie bardzo
nostalgiczne i wzruszające, ciężkie realizacyjnie.
A jak się ma Wasza działalność jako sultana do Waszej działalności
kompozytorskiej, bo jednak piszecie utwory, i to wykonywane w sumie przez
zespoły całkiem dobre, jak musikFabrik czy de Ereprijs, utwory jako partytury,
jako utwory na instrumenty różne…
J: Ona żyje w sprzężeniu
zwrotnym, w sensie jedno oddziałuje na drugie i vice versa. Kiedyś
zastanawialiśmy się, czy to jest problem, jakaś wada, ale po paru rozmowach
parę osób powiedziało nam, że absolutnie nie ma się co przejmować, nie musimy
się zastanawiać, czy to jest problem, ponieważ gdybyśmy my nie byli tacy, jak
jesteśmy, nie byłoby sultana albo sultan nie byłby taki, jaki jest, no i, z drugiej
strony, przez to, że sultan jest taki, jaki jest, to też wpływa na myślenie o
takich utworach w naszym własnym sensie, autonomicznych, prywatnych.
Nie czujecie, ze sultan Was za bardzo zjada czasowo czy wysiłkowo i nie
macie czasu pisać swoich symfonii?
J: Nie, jakoś się dobrze
organizujemy, jakoś to nam wychodzi sprawnie.
Jeśli chodzi o plądrofonię samą, to plądrujecie, co się da właściwie,
co wam podejdzie?
J: Tak, co nam wpadnie w ręce.
Nawet nazwę macie plądrowaną z materaca – czy natrafiacie na jakieś
problemy ze strony podmiotów, na których plądrujecie? Natury prawnej – czy
IKEA…
J: Chyba nie jesteśmy aż tak
znani, żeby dochodziło do jakichś skandali prawnych, znaczy kiedyś
twierdziliśmy, że jeśli dojdzie do takiej sytuacji rzeczywiście, no to tylko
lepiej dla nas, ponieważ… to będzie dodatkowa sława i gdybyśmy trafili np. na
„Pudelka” to by było bardzo ciekawe, ale to też jest jakaś taka nisza chyba i…
…pudelki tam nie wchodzą. A jeśli chodzi o Wasze poczucie, to czy
utwory sultana, składane czy splądrowane z jakichś innych Ew Demarczyk, Edyt
Geppert i tym podobnych Wojciechów Kilarów, uważacie za w całości własne płody?
Czy zastanawiacie się nad tym w sensie tożsamościowym?
J: No właśnie chyba się nie
zastanawiamy. Tak jak Mikołaj wcześniej mówił, nie interesuje nas źródło, jego
tożsamość, i chyba tam jeszcze parę słów, tylko brzmienie i tak naprawdę, czy
to jest Kilar, czy to nie jest Kilar, czy to jest coś innego, to absolutnie nie
ma dla nas znaczenia, dla nas jest ważne, żeby to brzmiało tak, a nie inaczej.
Inaczej – jak tworzymy jakiś utwór, to wiemy, co chcemy osiągnąć – jaki rodzaj
brzmienia, faktury, i potem się zastanawiamy, co do tego najlepiej by pasowało
– np. gęsta orkiestra smyczkowa albo jakiś minimal, albo jakieś punkty, no i
potem myślimy, jaki utwór już powstał, który wykorzystuje taki typ faktury,
który moglibyśmy wykorzystać w magnetofonie.
A czy często przetwarzacie utwory muzyki poważnej? Sikorski się często
pojawia, np. w „Świetlistym serze jedi”…?
J: Tak, i jeszcze Scelsi w „Tekturonie”…
Ale tylko współczesną muzykę bierzecie na warsztat, czy sięgacie też po
bardziej klasyczne…?
J: Tak, np. w naszej Czwartej
Symfonii 2 „Nieparzyste Symfonie” wykorzystaliśmy pierwsze początkowe akordy z
nieparzystych symfonii Beethovena.
Czyli generalnie wasza wiedza, wasze wykształcenie kompozytorsko-muzyczne
jest Wam przydatne?
J: Przydaje się, tak.
A bogatszym materiałem są dla Was dźwięki popkultury czy muzyki poważnej?
J: Nie, są równoważne.
Czyli równouprawnienie?
J: Pełne.
A skąd bierzecie wizualizacje?
J: Te widea też są plądrowane, bo
my je po prostu ściągamy z youtube’a. Np. fragment wideo który jest w teledysku
do „Świetlistego sera jedi” pochodzi z jakiegoś programu edukacyjnego dla
dzieci do lat 2-3 i to był program chyba o kole i tam generalnie się pojawiają
kółka, później trójkąty i kwadraty
Mikołaj też pomontował trochę… Ale raczej puszczamy całe fragmenty…
jeśli zdarzają się synchrony, to zupełnie przypadkiem…
Skoro jesteśmy przy serze jedi – skąd się wziął taki tytuł?
J: Ukradziony.
Ser jedi?!
J: Nie – podstawa do tytułu jest
ukradziona, ponieważ była taka reklama McDonalda całkiem świeża, całkiem nowa,
opowiadająca o jakiejś nowej formule cheesburgerów, no i tam były wymieniane
składniki: soczysta wołowina, chrupiąca bułka i świetlisty ser cheddar – jakoś
tak. Ktoś z nas nie dosłyszał w pewnym momencie i powstało „świetlisty ser jedi”.
W ogóle historia powstawania tytułów jest bardzo śmieszna, ponieważ one powstają
bardzo często przypadkiem w trakcie rozmowy, ja np. w telefonie noszę całą
kolekcję takich tytułów jeszcze niewykorzystanych.
Do utworów, które się dopiero
urodzą, tak?
J: Tak. Albo się nie urodzą.
Zależy.
A imię nadajecie po urodzeniu?
J: Tak – na zasadzie: to jest „Świetlisty
ser jedi”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



