środa, 27 marca 2013

Szymon Słupnik. Windą do nieba




Nakręcony przez Luisa Buñuela w roku 1965 Szymon Pustelnik (Simón del desierto) jest ostatnim filmem tryptyku nawiązującego do tematyki religijnej – przed nim były Viridiana i Anioł Zagłady. Co ciekawe, w podobnym czasie podobny tryptyk stworzył Bergman; mistrzowie kina gdzie indziej stawiali akcenty i nieco inną wymowę miały ich filmy, a jednak podobne, a może i te same pytania zdają się w tych dziełach zadawać – w tym pytanie o sens religii i potrzebę odniesień religijnych we współczesnym świecie.

W sprawie odniesień religijnych Buñuel od razu musiałby odpowiedzieć pewnie „tak” – widoczna jest w tych jego filmach potrzeba przywołania, choćby przewrotnego i ukazanego w krzywym zwierciadle wątku religijnego – chrześcijańskiego, rzecz jasna. 

W przypadku hiszpańsko-meksykańskiego twórcy, chciałoby się dodać „katolickiego”, ale w obliczu hagiografii, która była inspiracją do stworzenia Szymona Pustelnika, byłaby to już uzurpacja, jako że święty Szymon Słupnik - do którego i naśladowców nawiązuje film – choć czczony w chrześcijaństwie zachodnim, przynależy nade wszystko do tradycji wschodniej, prawosławnej. 

Podobnie nurt, który zapoczątkował – stylityzm (z rosyjska - stołpniczestwo). Nurt ten w ogóle nie został przez chrześcijański Zachód przyswojony, zaś w Bizancjum i na Rusi zdobywał przez wieki ochotników i czcicieli tych ochotników. Powołany do słupnictwa stawiał sobie kilku lub kilkunastometrową kolumnę (albo wybierał naturalny twór geologiczny kolumnę przypominający), na której szczycie postanawiał spędzić resztę życia. Możemy sobie wyobrazić coś przypominającego nieco greckie Meteory – tyle tylko że w wersji znacznie pomniejszonej i solo; i często bez żadnej ochrony przed deszczem, słońcem, wiatrem. 

Tak żył sam święty Szymon Słupnik. Na podstawie zebranych informacji – z których część pozostaje ze sobą w sprzeczności i te staram się tu pomijać – ów charyzmatyczny asceta żył w IV i V w. w Syrii – zatem w określanej później mianem Bizancjum wschodniej odnodze podzielonego Imperium Romanum. Wschodniej, czyli greckojęzycznej (jeszcze nie urzędowo, ale był to język najpowszechniej używany) i bardzo głęboko już schrystianizowanej, w tamtych czasach pozbywającej się też pozostałości pogańskiej spuścizny antycznej. 

Pochodził z ubogiej wiejskiej rodziny, w wieku kilkunastu lat postanowił wybrać życie monastyczne, ale potrzeba głębszej ascezy nie została zaspokojona przez konwencjonalne życie zakonne i musiał szukać własnej drogi. Po jakimś czasie znalazł ją na rzeczonej kolumnie, która na początku jego samoudręczenia miała mieć parę metrów wysokości, a pod koniec życia (parę dekad później) – paręnaście. Potrzeba ascezy zatem nieustannie się pogłębiała i wznosiła Symeona Stylitę (jak też bywa nazywany) ku niebu. Gromadziły się tłumy pielgrzymów przybywających z różnych stron świata, miejsce kultu przekształciło się wkrótce w osadę. Asceta nie składał ślubów milczenia i głosił z wysokości słupa nauki podbudzające instynkt moralny i religijny, a wśród wielu budzące także potrzebę zbudowania własnych słupów. 

Miejsce to położone niedaleko syryjskiego Aleppo zostało po śmierci świętego Słupnika obdarzone przez cesarza bizantyjskiego Zenona największym w ówczesnym chrześcijańskim świecie kościołem, z którym konkurencję wygrała po latach dopiero konstantynopolitańska Hagia Sophia.

Również na wschodzie Polski możemy znaleźć parę cerkwi czczących jako patrona świętego Stylitę. Są śladami kultu stylityzmu, który rozpowszechnił się w całym prawosławnym średniowiecznym świecie. Jeszcze wiele wieków po świętym Szymonie Ruś wydała słynnych stylitów: Nikitę i Sawę i mniej znanych innych, w bliższych zaś Szymonowi czasach – wśród rzeszy naśladowców pojawił się w jego ojczystej Syrii Szymon Słupnik Młodszy. Wyróżniał się intensywną działalnością intelektualną i piśmienniczą, której nie stały na przeszkodzie specyficzne warunki słupnicze. Znana jest też opowieść o trudnościach, jakie napotkał biskup chcący udzielić mu święceń kapłańskich – musiał się mianowicie wspiąć po drabinie do wyświęcanego. 

Ta historia, jak też masa różnych mniej lub bardziej prawdopodobnych przypowieści o cudach, uzdrowieniach, szczególnie wymyślnych formach ascezy pokazuje, jak wiernie został przez Buñuela oddany fenomen stylityzmu. Nie chodziło Buñuelowi o stworzenie tylko groteskowej wizji absurdalnego zaangażowania religijnego, ale o ukazanie różnych odcieni ascetyzmu i chrześcijańskiej religijności – w sposób przewrotny i mogący szokować, ale w oparciu o autentyczny fenomen. W tym to fenomenie skupia się cała masa istotnych do rozważenia spraw związanych z chrześcijańskim zaangażowaniem religijnym – także we wspomnianej na początku konfrontacji ze współczesnością.

Przede wszystkim sprawa uzależnienia przeżywanej indywidualnie religijności od obowiązującego w kulturze danych czasów paradygmatu. Oddzielenie od społeczeństwa nie oznacza niezawisłości od niego, lecz wejście z nim w rodzaj gry; gra się kończy, gdy okazuje się, że ludzie, przed którymi przeniesiony do współczesności Szymon Pustelnik siedzi, nie podzielają wiary w ów paradygmat. Czy faktycznie autentyczna jest religijność tak mocno powiązana z realiami kulturowymi…?

Sprawa ascezy. Ascezy, która uszlachetnia, a zarazem sprawia, że asceta zamyka się w świecie lęków przed zaprzeczeniem choćby na moment swojej misji. Komizm postaci łączy się z tragizmem sytuacji, w jaką się postać uwikłała i z której jakby nie ma wyjścia.

Sprawa charyzmy, kultu świętego za życia. Człowiek taki traci cechy ludzkie, staje się prorokiem, głosem transcendencji. Można uznać to za niedostępne nam, grzesznym przebóstwione życie będące dla rzesz ludzkich odpowiedzią na potrzebę posiadania autorytetów – w tym przypadku autorytetu religijnego. Można też, w nawiązaniu do wcześniejszego pytania o autentyzm religijności, zadać pytanie, czy w przypadku, gdy mamy do czynienia wyłącznie z pewną szczególną rolą w religijnym społeczeństwie, nie jest to okaleczenie (względnie – samookalecznie się) człowieka, który zastępuje głębsze relacje międzyludzkie niekończącym się teatrem – i to teatrem na wysokich koturnach. W tym przypadku – kilku lub kilkunastometrowych.

Odchodząc od filmu, a wracając do fenomenu stylityzmu, warto dodać, że formą ascezy, która pojawiła się wcześniej od wynalazku Szymona, było samoudręczanie się staczy, którzy też w jednym miejscu, stojąc, spędzali swój żywot, ale nie było to miejsce podwyższone, wywyższone. Podwyższenie utrudnia zejście i bezpośredni kontakt ze światem, lecz też i przez swą niezwykłość i naturalną w człowieku fascynację tym, co większe – bardziej sakralizuje ascetę, który staje się lepiej widocznym dla wyznawców przykładem pobożności, ale też bardziej przez to teatralizuje swe życie. Zresztą stanie postaci na kolumnie nie kojarzy nam się chyba z poniżeniem, lecz jakimś szczególnym (nomen omen) uwzniośleniem – czego przykłady zobaczymy na londyńskim Trafalgar Square czy placu Zamkowym w naszej stolicy.

Czy nie jest ciekawsza inna droga do świętości wybierana przez pomazańców Bożych na wschodzie chrześcijańskim – również zapoczątkowana w Bizancjum i rozpropagowana na Rusi, później w Rosji – droga saloityzmu (zwanego z rosyjska jurodstwem)? Droga świętego szaleńca, idioty, który nie wznosi się ponad ludzi, by przemawiać z wysokości kilkunastometrowej kazalnicy, ale idzie prosto do nich – zmuszając swoją niestandardową postawą do koncentracji na sprawach niedoczesnych. Do polskiej humanistyki w szczególny sposób postać rosyjskiego jurodiwego wprowadził Cezary Wodziński – zmuszając do zastanowienia się, czy w tej postawie nie było czegoś więcej niż tylko powierzchowna religijna egzaltacja. Chyba trudniej coś takiego dostrzec u Słupnika…?


Tekst: Marek Rozpłoch

Ilustracje: Gosia Herba


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza