czwartek, 10 października 2013

Muzyka z musztardą czyli Zwierzyniec Gablenza





Jerzy Gablenz – krakowski fabrykant, kompozytor i muzyk, żył w latach 1888-1937, w dwudziestoleciu międzywojennym tworzył jeszcze w manierze młodopolszczyzny, kojarzącej się z hasłami sztuki dla sztuki, dekadenckiej pogardy dla pracy, kapitału i systematycznego, pragmatycznego myślenia i działania, jakiego wymaga prowadzenie interesu. Jak może brzmieć przesiąknięta młodopolszczyzną muzyka fabrykanta musztardy i octu, pioniera w dziedzinie produkcji ogórków konserwowych?

Cyniczna twarz grubasa z cygarem rodem z socrealistycznej propagandy nie znajduje jednak w tym wypadku zastosowania, podobnie jak radykalny Adornowski imperatyw postępu i negacji rzeczywistości kapitalistycznej. Opowieść Gablenza – i opowieść o nim – rozwija specyficzną, unikalną, własną czasoprzestrzeń, do której nie stosują się teorie liniowego, koniecznego rozwoju muzyki i społeczeństwa – na uboczu autostrady postępu, wiodącej w odgórnie wytyczonym słusznym kierunku; zapętla się w czasie i przestrzeni wokół salwatorskiego wzgórza, gubiąc słuszny kierunek, gubiąc się, pozostając właśnie tutaj, na uboczu. Prawie nieznana czasoprzestrzeń twórczości rozwija się samoistnie, jak nietępiony i nieco zapomniany ogród.

Muzyka i fabryka

Przytłoczony sprawami niechcianych studiów prawniczych kompozytor żalił się w jednym z listów „Czasem, gdy siądę na chwilę do fortepianu, plączą mi się pod palcami różne tematy, czasem przypomni mi się coś, co już napisałem, ale całość trudno skleić, bo wiecznie ta myśl do książki wracająca świdruje w mózgu. Więc byle oderwać się na chwilę, brzdąkam chwilami bez sensu i konsekwencji, ot tak "bredzę"...” Choć komponował później i większe całości, wykazując się zdolnością do bardziej systematycznej pracy – choćby nad orkiestracją utworów, trudno oprzeć się wrażeniu, że tak w pewnym sensie zostało: brak konsekwencji, linearności rozwoju, wyrazistości konturów, spójnej struktury – na rzecz barwowego ewokowania nastrojów. Poszukiwania jak przez mgłę, nieoczekiwane przypomnienia i odnalezienia w zapętleniach – to cechy muzyki Gablenza, ale też czasoprzestrzeni, w której funkcjonował, może nawet – cechy życia i osobowości, która potrafiła przecież skupić się na skutecznym i pragmatycznym działaniu na rzecz rodzinnego interesu, ale w muzyce tego robić nie musiała.

Melanż muzyki i produkcji musztardy – wydawałoby się – przeciwieństw – był echem dziwnej mieszaniny życia, splotu różnych okoliczności i uwarunkowań, rozmaitych nieoczywistości. Bo sama fabryka była położona w urokliwej podmiejsko-willowej dzielnicy Krakowa, włączonej do miasta w roku 1910 i poświadczającej swój wiejsko-podmiejski rodowód niską, bynajmniej nie przemysłową zabudową i ilością ogrodów. Ale produkowane w tym miejscu musztarda i ocet Gablenza cieszyły się znacznym powodzeniem, stanowiły markę uznaną, posiadającą sklepy firmowe w największych miastach. Kompozytor, który miał dryg do interesów – jak Charles Ives – to jednak przypadek nader rzadki. Przy tym fabryka na Zwierzyńcu nie była przemysłowym wrzodem, spowijała całą okolicę zapachem, który pamiętają najstarsi mieszkańcy, bez którego trudno było sobie wyobrazić życie dzielnicy – wpisał się w nie na długo kwaskowy aromat musztardy i octu. Był on aurą zmierzwionych ogrodów, domków i willi Zwierzyńca – tylko bardziej od nich ulotną – widać przemysł nie jest aż tak odporny na działanie czasu.

Fabryka jest dziś legendą, okazała się mniej wytrzymała od bajkowo zadumanych ogrodów i willi, secesji i historyzmów, kolumienek i gzymsów. Nie zostało po niej śladu, a teren, na którym stała, zajmują wybudowane w latach 90. bloki mieszkalne, wdzierające się z każdej strony w ponowoczesne sąsiedztwo dwustuletniego domu. Musztarda Gablenza jest dziś równie nierealna i zamierzchła, jak jego muzyka.

Przypadek Gablenza pokazuje, jak nieoczekiwanie i wbrew stereotypom w życiu miesza się muzyka z musztardą, kompozycja z prowadzeniem fabryki, technologia produkcji z zamierzchłą salonowością, a melanż ten okazuje się czynnikiem niepowtarzalnej, indywidualnej aury Zwierzyńca i postaci kompozytora. To aura człowieka i miejsca, domu i otoczenia, pewnego świata, który odszedł, ale gdzieś się odzywa – miejscami. Być może w te miejsca schronił się – są one schronieniem, w którym może przetrwać, w których może rozwijać się tożsamość, indywidualność, zamierzchłość, bez regulacji i masek, jak roślinność w opuszczonym ogrodzie. W jaki sposób odnaleźć ulotny mikrokosmos Zwierzyńca w aurze fabryki i muzyki? Do jakiego stopnia miejsca są schronieniem? I gdzie chroni się duch Jerzego Gablenza, kompozytora-fabrykanta, zagubiony, poszukiwany i odnajdywany tropem miejsc na Zwierzyńcu?

Dom

Zwierzyniec to dzielnica Krakowa, niegdyś wieś, zajmująca teren między Wisłą a rzeczką Rudawą, przyłączona do miasta w roku 1910. Jej kulminację stanowi Salwator, położone na stromym wzgórzu nad Wisłą niewielkie malownicze osiedle willowe, powstałe w latach 1911-12 z inicjatywy krakowskiego Towarzystwa Urzędników, symbol miasta-ogrodu, złożone raptem z trzech ulic: Św. Bronisławy, Gontyna, Anczyca, otaczających Kościół Św. Salwatora (stąd nazwa). Posesja przy biegnącej u stóp dominującego wzgórza ulicy Królowej Jadwigi 35, niepozorny stary domek, jakich w okolicy wiele, nie wygląda na dawną posiadłość dobrze prosperującego fabrykanta. A jednak tablica na ścianie upewnia, że to tu. Okazuje się, że w domu Jerzego Gablenza mieszkają jeszcze jego potomkowie po kądzieli, rodzina Mączyńskich. Prawnuki Jerzego, Miłosz i Basia opowiadają, że była to niegdyś zwierzyniecka leśniczówka, z czasem nieco rozbudowana, lecz w płaszczyźnie nieprzylegającej do ulicy, od strony której wygląda skromnie. Dom, ukryty za płotem, mniej przyciąga uwagę niż jego bardziej współczesne i bardziej rozbudowane otoczenie; ot – jeden z wielu starszych domów na Zwierzyńcu. Mimo długich lat istnienia i aury rodzinnej tradycji nie ma on jednak charakteru muzeum, jest miejscem życia, a przestronne pokoje, także gabinet kompozytora, wypełniają dziś sprzęty z czasów późniejszych. O Jerzym przypomina wydanie nut jego pieśni na biurku, zdjęcia, będące powiększonymi reprodukcjami rodzinnego albumu, gliniany słoik po musztardzie. Także sepia zdjęć ma barwę musztardy.

Niewielka, stara leśniczówka została jeszcze przed czasem Gablenzów rozbudowana, a odnaleziona przez gospodarzy czarna farba na ścianach jednego z pokoi, charakterystyczna dla pomieszczeń modlitewnych ortodoksyjnych Żydów, sugeruje, że jak warstwy farby nagromadziło się tu wiele tradycji – ta Gablenzów pozostała na wierzchu i na pamiątkowej tablicy. Choć i ona została w końcu przyćmiona przez otoczenie, uporczywie napierające z czasem.

Historia fabryki nie jest tak znowu długa. Wiktor Gablenz, ojciec Jerzego, nabył w roku 1914 od przyjaciela, Bogumiła Pochwalskiego, dom wraz z położoną tuż obok, w ogrodzie, fabryką octu i musztardy, odziedziczoną przez żonę Bogumiła, Marię Lebenstein-Pochwalską. Fabryka, założona przez ojca Marii, Jana Lebensteina, funkcjonowała od roku 1883 i miała już ustaloną renomę, rynki zbytu, oraz – co ją wyróżniało – receptury. Wkrótce po wybuchu I wojny światowej rodzice kompozytora wyjechali do Wiednia, pozostawiając interes i dom jego opiece. Od tego czasu zajęty przedsiębiorstwem, pełnię odpowiedzialności za nie przejął Jerzy w roku 1930, po śmierci ojca. Z kolei po śmieci Jerzego w 1937 roku fabryką zarządzała jego żona – pianistka Małgorzata z Schoenów, nie dopuszczając do zagarnięcia przedsiębiorstwa przez nazistów, utrzymując polskie etykiety i chroniąc osoby, zagrożone wywózką do Rzeszy. Zbywała również komunistów po wojnie, jednak, czego nie zmogli hitlerowcy ani komuniści, zmógł czas. Nacierająca przyszłość coraz bardziej wdzierała się w przeszłość, wyrywając z niej, nie szybciej niż kartki z kalendarza, a jednak systematycznie, wyprzedawane i zabudowywane blokami strzępy ogrodu, niegdyś pełnego owoców i sięgającego brzegów Rudawy. Ostatecznie rzeczywistość skutecznie odarła ogród z przeszłości, odarła dom z aury ogrodu.

To, co z fabryki Gablenzów pozostało, córka Jerzego sprzedała u progu lat 90. za równowartość kompletu mebli. Syn Jerzego, Tomasz, muzyk i muzykolog, osiedlił się w Ameryce, na Dominikanie, a potem w Kanadzie, i stamtąd gorliwie propagował na dwu kontynentach twórczość ojca, o czym najwymowniej świadczy założona przez niego strona internetowa, zawierająca doprowadzony do 1997 roku wykaz wszystkich przedsięwzięć artystycznych (koncertów, audycji, nagrań, odczytów), związanych z osobą zwierzynieckiego kompozytora, z których znaczącą część współtworzył i organizował sam Tomasz. Nazwisko Gablenzów przetrwało zatem w Kanadzie, tracąc związki z etykietą musztardy, utrzymując jednak więź z muzyką, jak niegdyś. Przecież był to ród muzykujący, jeszcze zanim w jego posiadaniu znalazła się fabryka. Dziadek Jerzego był skrzypkiem, szefem krakowskiego konserwatorium. Prawnuk kompozytora, Miłosz, jest gitarzystą, związanym z krakowską Akademią. Muzyka przeżyła fabrykę.

Muzyka

Od dzieciństwa rozwijający się muzycznie i grający na kilku instrumentach Jerzy, wobec sprzeciwu matki nie mógł podjąć upragnionych studiów kompozytorskich w którejś z ówczesnych europejskich stolic (Wiedeń, Paryż, Berlin), ukończył więc prawo na UJ, niezależnie dokształcając się u wiodących ówczesnych pedagogów muzycznych Krakowa (Władysława Żeleńskiego i Feliksa Nowowiejskiego). I tak już zostało – muzyka była ważną częścią jego życia, lecz nie wyłącznym na nie sposobem. Była jego pasją, a nie źródłem utrzymania, co wydaje się ważne, bo mógł ją kształtować na swój sposób, bez względu na obowiązujące trendy i poetyki. Grywał na flecie w orkiestrze symfonicznej, na organach – w Katedrze Wawelskiej, na fortepianie – często też z żoną na 4 ręce, do tego jeszcze na wiolonczeli. Jako pianista bądź dyrygent uczestniczył w wykonaniach swoich utworów. Ale, jak w przypadku studiów, gdy musiał rezygnować z muzyki – rezygnował. Rozbudowując fabrykę na przełomie lat 20. i 30., walcząc z kryzysem i wprowadzając do produkcji ogórki konserwowe, przez 8 lat nie napisał żadnego utworu.

Gablenz urodził się w pokoleniu poszukujących modernistów (jak nieco starsi Bartok, Berg, Strawiński, Szymanowski), funkcjonował w czasach zdominowanych przez konstrukcję nowych technik i języków, będących nie tylko formami artystycznego wyrazu, ale też narzędziami kształtowania struktury poprzez tworzenie bądź wcielanie w życie innowacji technicznych. Tymczasem powstająca w czasach, gdy nowość, rozwojowość, wyrazistość koncepcji stawała się czynnikiem definiującym artystyczną tożsamość, muzyka Gablenza przypomina zamierzchły ogród, oddalony od wielkomiejskiego ruchu, świadomie pielęgnujący swą peryferyjność, wycofany w zacisze własnej, pobocznej czasoprzestrzeni. Przypomina ogrody Zwierzyńca, zwłaszcza w części salwatorskiej, wille czy domki niekiedy wprost do nierozpoznawalności konturów wrośnięte w wybujałe ogrody, nieuczesane, nieogarnione, zawieszone nad ulicami. Bez pośpiechu rozkwitają przełamujące się nawzajem barwy w poświacie smyczków, smyczkowe aury i poświaty; właśnie po-światy – zapóźnione, spóźnione, niespieszne.

Muzyka ta dzieje się i rozwija bardziej w przestrzeni niż w czasie, właśnie jak mgła. Zwłaszcza w orkiestrowych kompozycjach jest raczej mgłą czy chmurą niż przebiegiem, porusza się i zmienia jak obłoki pary, wytwarza i uobecnia nastrój, rozwija się jakby poza czasem, który jej prawie kompletnie nie obchodzi. Stąd jak się zdaje – przydługie i niespiesznie poruszające się utwory.

Wydaje się z perspektywy, że gdy w dawnym ogrodzie Gablenza wyrosły bloki mieszkalne, ten powściągnięty realiami ogród roztacza się na dzielnicę, odżywa w niej, odzywa się tu i ówdzie w różnych miejscach Zwierzyńca. Muzyka zamierzchła jak ogród na wzgórzu pełnym włóczących się i leniwie łaszących się kotów, mierzwa ogrodów z plamami barw, jak chmura ewokująca emocje. Nie zależy jej na zdążaniu z duchem czasu; w XX wieku gnanym imperatywem postępu, pozostaje na uboczu, wsłuchana w swój zamierzchły ogród, wycofuje się w jego zacisze.

Bo też i niczego nie restytuuje, nie przywraca przeszłości. Nie są to narodowe mazury czy krakowiaki. Fakt, Gablenz, uczestnicząc w życiu muzycznym Krakowa, gdy zaistniała taka potrzeba, po odzyskaniu niepodległości, podjął się rekonstrukcji niedostępnej wówczas partytury „Strasznego Dworu” Moniuszki, opierając się na wyciągu fortepianowym. Wykonanie jego wersji tej opery w 1919 roku w Teatrze Słowackiego dowiodło, że zrobił to bardzo dobrze, wykorzystując swój talent do orkiestrowej kolorystyki – pokolorował Moniuszkę na nowo barwami orkiestry. Od tego momentu datuje się konsekwentna i opusowana twórczość zwierzynieckiego fabrykanta. Ale jego zapóźnienie nie jest nawrotem wstecz, w głęboką przeszłość szlachecko-narodową, lecz pozostawaniem na uboczu w kręgu młodopolskiej nastrojowości i tematyki.

Pierwszy ważniejszy utwór Gablenza to jego jedyna opera „Zaczarowane Kolo”, Op. 6, skomponowana w latach 1919-1920 na podstawie dramatu Lucjana Rydla, prawykonana dopiero w roku 1955, (nb. niedostępna w postaci nagrania). Ostatnia kompozycja w pełni ukończona (zorkiestrowana) to preludium symfoniczne „Zaczarowane jezioro” ukończone w czerwcu 1937. Tytuły utworów mówią za siebie, pokazując, że ich twórcę interesuje to, co zaczarowane – motywy legendarne, opowieści tajemniczych miejsc; interesuje go czarowanie – harfy w mgle smyczków, złożone jakby z oparów utwory orkiestrowe, symfoniczne preludia lub poematy o równie sugestywnych tytułach („Pielgrzym”, „W górach”, „Legenda o Turbaczu”).

Z rozwieszaniem tej mgły i zdarzeń instrumentalnych w jej obrębie nie radzili sobie współcześni Gablenzowi muzycy krakowskiej orkiestry (do których nb. sam się zaliczał), np. prawykonanie Symfonii Op. 24, zaplanowane w roku 1928 zostało odwołane wobec „dysonansów i trudności technicznych”. Przyciężki i przydługi neoromantyczny Koncert fortepianowy Des-Dur, Op. 25 (1926) miał światową premierę na Dominikanie, w roku 1977, a ukończone w 1927 roku Opus 26, preludium symfoniczne „Różaniec Św. Salomei”, wykonano dopiero w początku lat 90.

Bodaj najpopularniejsze utwory Gablenza, bez wątpienia najczęściej wykonywane – ze względu na przystępność składu – to pieśni, wśród których ilościowo i wykonawczo dominują te do słów Antoniego Waśkowskiego, poety, malarza, dziennikarza, „Mohikanina Młodej Polski”, w manierze której tworzył do śmierci w latach 60. XX w. kreślone przeciągłą, zmysłową kreską portrety kobiet, najchętniej pastele i szkice. Krewny i wielbiciel (zagubione w czasie echo?) Wyspiańskiego, od którego pobierał nauki rysunku i którego z uporem naśladował, także pod względem wachlarza uzdolnień, choć nie koniecznie już ich stopnia... Zapóźnienie, zamierzchłość Waśkowskiego, młodopolskiej salonowości w wydaniu peryferyjnym (pod względem czasu, skali zamierzeń i faktycznej roli w historii kultury) współgra z postawą i muzyką Gablenza.

„Ty nie wiesz nawet jak mi źle, kiedy nie widzę cię przy sobie” – od tych słów zaczyna się najbardziej znana pieśń pięcioczęściowego cyklu, w którym lekkość, sugestywność melodii łagodzi manierę tekstu, migotliwie wydobywa urok salonowości, w której nie jest nikomu aż tak znowu źle. Salonowość tych pieśni jest zaciszem, w którym można snuć zamierzchłą sztampowo-banalną opowieść miłosną, nadając jej własną twarz i użyczając aury własnego życia – lub choćby głosu; enklawą nieskrępowanego sentymentu, znajdującego zaciszne ujście w przestrzeni, jak często równie banalne, a przecież też niepozbawione uroku fantazje ogrodów.

Muzyka Gablenza nie reguluje ogrodów sentymentu na siłę; sprzyja im, rozwijając się w bezczasie, jak mgławice zarośli, otaczających z dnia na dzień coraz bardziej zamierzchłe domki.

Popularność?

Jak intrygująco by nie brzmiało połączenie muzyki z produkcją musztardy, grano Gablenza niewiele, tak za życia, jak i po śmierci. Niezbyt liczne wykonania utworów krakowskiego kompozytora za jego życia i tak niejednokrotnie były odwoływane (I Symfonia, Wariacje symfoniczne), jak zaznacza Tomasz Gablenz, „z powodu słabego poziomu ówczesnej orkiestry symfonicznej Krakowa”, której muzykom wiele problemów nastręczały stawiane przez partyturę wymogi techniczne. Skrupulatny spis nagrań i wykonań, doprowadzony przez syna kompozytora do roku 1997, nie pozostawia wątpliwości. Jedynym dostępnym (?) nagraniem muzyki Gablenza pozostaje winylowy zapis wzmiankowanych Pięciu pieśni do słów Antoniego Waśkowskiego dla Polskich Nagrań z 1986 r., w wykonaniu Wiesława Ochmana z Jerzym Gaczkiem przy fortepianie. Na przełomie lat 80. i 90. Polskie Radio zarejestrowało Koncert fortepianowy (1987, Józef Stompel, Orkiestra Polskiego Radia i Telewizji w Krakowie, dyr. Szymon Kawalla), niebawem także „Legendę o Turbaczu”, „Różaniec Św. Salomei” i „Zaczarowane jezioro” (Orkiestra Polskiego Radia i Telewizji, dyr. Krzysztof Dziewięcki). Poza pieśniami na wspomnianym winylu, utwory Gablenza dostępne są więc w... archiwach Polskiego Radia, co znaczy, że może ewentualnie wyemitować je o dziwnych porach radiowa Dwójka, lub – jeśli komuś się zdarzy wytropić takie nagranie – w internecie.

Szkoda, bo nie ma muzyki tego okresu i stylu w Polsce zbyt wiele – poza jednak innym, wybitniejszym, ale też mocniejszym, bliższym ciężko-niemieckiego ducha Richarda Straussa – Karłowiczem i niemal równie jak Gablenz słabo obecnym, choć miejscami równie bajkowym, przymglonym i zamierzchłym Ludomirem Różyckim.

Na paradoks zakrawa fakt, że twórca wysmakowanej orkiestrowej kolorystyki, czarodziej nastroju z pomocą subtelnych efektów barwowych, pozostaje przede wszystkim autorem pieśni, których, prawda, pisał najwięcej, gdyż wymagały od zapracowanego fabrykanta mniej czasu i skupienia niż partytura orkiestrowa, a i najłatwiej było o ich wykonywanie. Jeszcze za życia Gablenza wykonywano (jeśli w ogóle) nade wszystko jego pieśni – w Krakowie, niejednokrotnie przy akompaniamencie kompozytora, budując z nich kilka koncertów monograficznych. Poza kameralnymi drobiazgami, przed wojną zaistniały publicznie ledwie trzy kompozycje orkiestrowe „Moim dzieciom-miniaturek pięć” i „Legenda o Turbaczu”, a już po śmierci kompozytora, w 1938 r. – „Zaczarowane jezioro”, transmitowane na cały kraj przez radio. Po wojnie poświęcono Gablenzowi kilka audycji radiowych, Dyrygent Włodzimierz Ormicki poprowadził kilka wykonań „Zaczarowanego jeziora” i „Legendy o Turbaczu”, a 1955 w Bytomiu prawykonał scenicznie operę „Zaczarowane Koło”, odegrane jeszcze w 1972 w Bydgoszczy. W latach 70. i 80. Tomasz Gablenz zorganizował w Republice Dominikany kilka koncertów muzyki swego ojca – w tym monograficzny koncert symfoniczny w 40. rocznicę jego śmierci. Prawykonany wówczas Koncert fortepianowy Józef Stompel odegrał jeszcze kilkakrotnie w różnych polskich miastach końcu lat 80. Wówczas też, w okolicach setnej rocznicy urodzin kompozytora, zaistniało jeszcze kilka utworów – Sonata wiolonczelowa i Wariacje symfoniczne. We wspomnianych dekadach miały też miejsce poświęcone postaci zwierzynieckiego fabrykanta audycje, spotkania, wieczory w Polsce i Ameryce, organizowane i prowadzone przede wszystkim przez Tomasza Gablenza, lecz także dziennikarza radiowego Adama Rozlacha. Popularyzacji twórczości Gablenza podejmowali się także w różnych formach dyrygent Krzysztof Dziewięcki i śpiewak Wiesław Ochman.

Ogrody i mgły

Mgła, przepełniająca muzykę Gablenza, pojawia się też w najmniej dla niego sprzyjającym momencie – przy lądowaniu samolotu, którym leciał z Krakowa do Warszawy na spotkanie Związku Fabrykantów Octu późnym popołudniem 11 listopada 1937 roku. Historia pokrewna smoleńskiej, przy odpowiednio mniejszej skali, proporcjonalnie do stopnia rozwoju lotnictwa. Dziesięciomiejscowy samolot pasażerski, PLL LOT Lockheed L-10A Electra, którego pilot ze względu na trudne warunki pogodowe i związane z nimi zmiany ciśnienia atmosferycznego w listopadowej mgle nie ocenił właściwie wysokości, pod Piasecznem zawadził skrzydłem o słup linii wysokiego napięcia na wysokości 8 metrów, uszkodził skrzydło, zaplątał się sterem w druty elektryczne i spadł na ziemię, rozbijając się. Doświadczony pilot, odcinając w ostatniej chwili dopływ paliwa, zapobiegł wybuchowi, załoga mimo obrażeń ratowała pasażerów, pomagało też wojsko, powracające z Warszawy z obchodów Święta Niepodległości. Zginęły 4 osoby, siedzące w tylnej części samolotu, wśród nich był jednak właśnie Jerzy Gablenz. Jego kufer podróżny ocalał za to nienaruszony. W jakiś czas po jesiennej katastrofie zjawiła się w domu Gablenzów pasażerka, która ją przeżyła, z wiadomością, że kompozytor jeszcze przed wylotem z Krakowa na jej prośbę zamienił się z nią miejscami...

Zamierzchło-migotliwa aura odzywa się na Cmentarzu Salwatorskim, gdzie roślinność przerasta poprzechylane i omszałe, miejscami poobkruszane nagrobki i pochylone krzyże, między którymi przechadzają się albo wylegują na słońcu koty. Miejsca emanują; nagrobki i rodzinne grobowce przypominają wille Salwatora i domy Zwierzyńca, zamierzchłe w powodzi zmierzwionych ogrodów. Dziwnym, a przecież narzucającym się percepcji pokrewieństwem odzywa się i odżywa stłumiony ogród, chmary drobnych kwiatów i chmury zieleni, drzewa, liście i ciągnące się w czasie i przestrzeni bluszcze, zagubiony, zamierzchły gąszcz życia, ubarwiony miejscami – barwne akcenty indywidualności, rozwieszone i mieniące się w prawie całkiem odrealnionym czasie.


Tekst: Małgorzata Burzyńska 
Współpraca: Konrad Burzyński

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz