piątek, 31 maja 2013

UCZTA DLA OCZU

Czy dom bez dywanu jest kompletny? 
Pomysł na kolejny „Obiekt pożądania” przychodzi do mnie całkiem naturalnie. To, o czym chcę tym razem pisać, to równocześnie coś, czego sama pilnie potrzebuję. Jest to mianowicie dywan. Podobno można bez niego żyć, czerpiąc estetyczną radość z rysunku drewna podłogi, albo – co dla mnie niepojęte – ciesząc się praktycznością kafli lub wykładziny plastikowej. Dla mnie salon bez dywanu wygląda niekompletnie, meble zdają się chaotycznie rozsypane po pokoju, a podłoga, nawet drewniana, wydaje się duża, pusta i zimna.
Moja historia z dywanem w tle zaczyna się od funkcji. Uprzytulnia on wnętrza i wycisza je, daje poczucie komfortu. Co najważniejsze, czyni z podłogi przestrzeń zamieszkaną – ekstra miejsce do siedzenia, zabawy i relaksu. Z tym użytkowym ujęciem splata się jednak ściśle – i często dominuje – aspekt wizualny, a więc dywan jako element wnętrza, w którym, tak samo jak na ścianach czy w doborze mebli, można wykazać się stylem w urządzaniu własnego „M”. Liczy się więc przede wszystkim kształt, kolor, wzór i faktura.
W projektowaniu dywanów dużo się dzieje. Mimo że w designie każdy materiał ma prawo bytu, jakość reprezentowana przez nieśmiertelną wełnę lub jedwab pozostaje absolutnie na topie i, chcąc utrzymać produkt na najwyższym poziomie, większość projektantów nie ucieka się do tanich włókien sztucznych. Wełna to jednak nie nowość, tylko pewien standard, a sam materiał nie czyni projektu. Liczy się przede wszystkim pomysł, a na wartość docelową składają się kolejne wysmakowane szczegóły, takie jak ręczne wykonanie, powrót do korzeni rzemieślniczych w dziedzinie tkania i farbowania, sprytne nagięcie klasycznych kanonów wzorniczych. Świat przetrząsany jest w poszukiwaniu tego, co rdzennej jest to potem miksowane odważnie z tym, co przynoszą wzory czerpane garściami z każdej dziedziny życia (a, jak zobaczymy, czasem nawet i śmierci). Tematycznie – wyniki takich eksperymentów mogą zaskakiwać, ale produkty te, tak czy inaczej, satysfakcjonują swoimi kompozycjami kolorystycznymi, nietypowym kształtem i mistrzowskim wykonaniem.

Zacznę od Sonyi Winner (sonyawinner.com). Jako designer Sonya przeszła drogę od grafiki do dywanów i widać to bardzo dobrze w jej geometrycznych kompozycjach. Jak sama mówi, tworzy z radością i swobodą metodą prób i błędów. Jej gotowe produkty to mocno nieregularne kształty, zrywające na zawsze z prostokątną połacią dywanu, jaki znamy. To bardzo sprytny zabieg, bo zwielokrotnione rogi, wcięcia i zatoczki pozwalają na wiele różnych orientacji tego samego produktu w przestrzeni, a tym samym – dają szereg unikatowych możliwości zgrania dywanu z meblami. Wizytówką Sonyi Winner są jednak przede wszystkim piękne, soczyste kolory, wspaniale ze sobą połączone. Całe dywany są niby osobne kwadratowe, okrągłe lub trójkątne szkiełka nakładające się na siebie pod światło w pozornym chaosie, tworząc w konsekwencji szerokie pasmo umiejętnie zaplanowanych kolorów pochodnych. Produkty marki Sonya Winner powstają w Nepalu z nowozelandzkiej wełny oraz jedwabiu, a artystka osobiście nadzoruje każdy etap ich produkcji. Tradycyjnie farbowana wełna występuje często aż w 23 kolorach w jednym dywanie, jest też delikatnie zróżnicowana pod względem wysokości włosia, co wzmaga efekt nakładania się poszczególnych elementów. Niektóre krótkie serie limitowane zawierają zaledwie 10 lub 15 egzemplarzy, można też zamówić dowolny wzór w wymarzonym rozmiarze.


 
 „Flat Surgery” to również nieregularny kształt. Dywan autorstwa Mathieu Lehanneur (http://www.mathieulehanneur.fr/) dla Carpenters Workshop Gallery (http://carpentersworkshopgallery.com/) uderza, mimo że to zaledwie kilka prostych, żywych kolorów. Styl będzie tu bardziej przemawiał do wielbicieli komiksu. Dodatkowo, idea przewodnia już na pierwszy rzut oka szokuje, bo tematem są spłaszczone ludzkie narządy. Trzeba więc mieć wielki dystans albo mocne nerwy, tym bardziej że artysta sugeruje dopasowanie zestawu rozjechanych wesolutko wnętrzności do pomieszczeń domowych z nimi powiązanych; tak więc do kuchni polecane są fragmenty układu pokarmowego, w sypialni sprawdzą się organy płciowe, a w wystroju miejsca pracy przyda się rozpłaszczony mózg. Kontrowersyjny temat odbity został w najwyższej jakości wełnie, a kolor wspomagany jest przepiękną fakturą załamań, wgłębień i wypustek, wszystko to przemawia ponad okrutnym tematem i mimo wszystko trafia w mój czuły punkt estetyczny.

Teraz mój ulubieniec od pierwszego wejrzenia, a więc „Losanges Rug” genialnych braci Bouroullec (http://www.bouroullec.com/) dla znanego dywanowego królestwa Nanimarquina (http://www.nanimarquina.com/). Tym razem mamy przed sobą płaski kilim perski, tworzony od podstaw przez afgańskich rzemieślników. Wełna jest więc od podstaw ręcznie wytwarzana, farbowana, a potem tkana z czułością i gęstościa 156 000 pętli na metr kwadratowy. Godny podziwu ogrom pracy i wielowiekowe tradycje, a dla zachodnich konsumentów gwarancja unikatowości każdego egzemplarza z racji lekko odmiennych wyników barwienia, drobnych zmian we wzorach. Wizualnie – dla mnie bomba; wielki romb z powtarzającym się wielokrotnie charakterystycznym wzorem mniejszych, kolorowych lub tylko zarysowanych konturem. W wersji pierwotnej wykorzystano zaledwie trzynaście tradycyjnych wschodnich kolorów, stonowanych i pięknie współgrających z naturalną złamaną bielą surowej wełny. Od niedawna kilim dostępny jest również w monochromie wełnianej bieli i czerni.

W temacie dywanów Polacy również mają czym się pochwalić, jak chociażby firma mohodesign (mohodesign.com), która w 2008 roku zgarnęła prestiżową Red Dot Award za swój dywan „Mohohej! DIA” z kolekcji Folk. Projekt już teraz nieco opatrzony, ale wciąż bardzo fajny; wykonany z kilkuwarstwowego filcu krąg imituje wzorem ludowe wycinanki, w ten sposób, zarówno materiałem, jak i wzorem nawiązując do polskich korzeni. Inne dywany mohodesign, na przykład „Immortal Rugs”, także zasługują na uwagę. Tu motywem jest noszony przez żołnierzy na szyjach identyfikator-nieśmiertelnik. Jego obła forma obleczona jest w kolory kamuflażowe i zarysy map, a więc nieregularne plamy szarości i zieleni, z okazjonalnym cięciem kontrastowego koloru, błękitu lub żółci. Podoba mi się!
 



Zakończę niedawną propozycją słynnej Patricii Urquioli, „Mangas Rugs” dla GAN (http://www.gan-rugs.com). Ponownie materiałem jest tu jakościowa wełna, ale efekt końcowy nieco mniej wymuskany, a bardziej swojski. Dywany „Mangan” wyglądają jak nieregularne fragmenty wielkich swetrów robionych samodzielnie na drutach. Utrzymane są w tonacjach szarości i barw ziemi, z kilkoma bardzo modnymi akcentami żółci, brudnego różu (moje ulubione), stonowanego turkusu, ale także mniej zaskakującej zgaszonej czerwieni czy zieleni. Wielkoformatowy, typowo swetrowy wzór manewruje swobodnie poprzez kolejne pasy dywanu, pojawia się i znika. Zmieniają się także faktury i ściegi. Bardzo przyjemna, ciepła, zimowo-jesienna kompozycja, odarta z wszelkiego zadęcia wielkiego designu. Ot, taki hipisowski dotyk w świecie wysublimowanej perfekcji. Wydaje się niemalże, że przy odrobinie wysiłku damy radę sami sobie wykonać takie cudo, za oryginał trzeba jednak słono zapłacić.



Niepohamowany postęp w kolorach i wzorach, niezachwiana pozycja luksusu wełny. Takie dywany to majstersztyk rzemiosła oraz kropka nad „i” w wystroju wnętrza. Wystarczy jednak zerknąć na ceny, żeby dojść do wniosku, że dzisiejsze modne dywany nie są dla zwykłych śmiertelników. Designerski kilim może i daje komfort dla ciała, ale psychicznie wykończyłby niejednego: zwierzęta, dzieci i goście w domu odpadają w przedbiegach, a drobne wypadki w postaci plam i dziur mogą przy takich cenach odebrać człowiekowi rozum. Można jednak przecież pomarzyć i popodziwiać pomysłowość i kunszt projektantów w temacie, a do kupna takiego cuda podejść tak jak do samego użytkowania – ucztować głownie okiem.

Tekst: Karolina Wiśniewska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz