poniedziałek, 6 stycznia 2014

Filodom Wańkowicz




Latem 1973 roku 81-letni Melchior Wańkowicz jest bardzo podekscytowany budową swego nowego „Domeczku” przy ulicy Studenckiej 50 na warszawskim Służewie. Uroczystość założenia aktu erekcyjnego w miedzianej tubie, zawierającej sam akt na pergaminie, z adnotacją: „dom stawiany w hołdzie Wielkiemu Pisarzowi” i podpisami 30 uczestników z Wańkowiczem na pierwszym miejscu, wyraźnie rozbawiła nowego właściciela. Już z powagą do tuby złożył także swoje trzy książki: „Szczenięce lata” (z autografem i adnotacją „Książka o tym, jak było przed pierwszą wojną”), „Ziele na kraterze” („… o czasach między I i II wojną światową”) oraz „Przez cztery klimaty” („… w znacznej części o czasach po II wojnie…”). Po pół roku – co w tamtych czasach wydawało się nieosiągalne – willa stała. Jakby wylądowała tutaj wydarta z jakiegoś amerykańskiego przedmieścia, rozległa i płaska, jakże inna od masowo stawianych wówczas klocków. Owdowiały cztery lata wcześniej Wańkowicz zamieszkał w niej wraz ze swą sekretarką i asystentką, Aleksandrą Ziółkowską-Boehm, jej synem Tomkiem oraz jamnikiem Dupkiem.

Sobiepan w szarym PRL-u

Wańkowicz swoje kolejne domy kochał, zasiedlał sobą każdy nowy kąt,„swoim fluidami, które ze mną przychodzą i z latami nabierają aromatu” – przyznawał. Bez tych domów bohaterowie jego książek nie byliby tak prawdziwi. Jednak w ciągu ponad 80-letniego życia nie było mu łatwo je utrzymać: musiał je opuszczać, historia niszczyła je doszczętnie, wracał i budował od nowa. Do samego końca. Nie podobało się to wielu, ba nawet ostatni Domeczek sędziwego pisarza był dla wielu ludzi solą w oku. Nie Warszawiaków żyjących w szarej stolicy, lecz „niezłomnej” Polonii za żelazną kurtyną, która powrót Wańkowicza w 1958 roku do Polski Ludowej z emigracji w USA uważała za jawną zdradę. Co ciekawe, sama „willa ofiarowana w hołdzie Wielkiemu Pisarzowi przez komunistów” pod koniec życia, jeszcze w 30 lat po śmierci pisarza, stała się tematem artykułu Sławomira Cenckiewicza pt. „Melchiora Wańkowicza kręta droga do Polski Ludowej”, opublikowanego w „Biuletynie IPN” (oraz w „Tygodniku Powszechnym”). Autor próbował w nim m.in. udowodnić, że „Wańkowicz został przez komunistów uwiedziony, a nawet przekupiony”. Tymczasem dom powstał za pieniądze, które pisarz podjął (po wywalczonej u władz zgodzie) z zablokowanego konta podatku wyrównawczego za honoraria otrzymane z Wydawnictwa Literackiego i PAX-u. 800.000złotych wystarczyło na postawienie 140 metrowego bungalowu i zakup dziesięć razy większej działki przy ulicy Studenckiej. Autor rozprawy „Klub trzeciego miejsca”z 1949 roku na stare lata znalazł na Służewie przystań, która przypominała mu żoliborski przedwojenny Domeczek. Owo „trzecie miejsce” u Wańkowicza oznaczało niezgodę nie tylko na reżim w kraju, ale i na trwanie polskiej emigracji na pozycjach politycznych sprzed 1939 roku. Dlatego wrócił do PRL-u i zawsze chodził swoimi ścieżkami, lawirując pomiędzy kamieniami w mało jasny sposób dla środowisk twórczych z tej i z tamtej strony. Wbrew naciskom Służby Bezpieczeństwa nie chciał też gwałtownie zrywać z emigracyjną przeszłością, wrócił do Warszawy po to, by pisać, wydawać i być stale na rynku czytelniczym. Człowiek, który dwukrotnie po obu wojnach musiał wszystko zaczynać od początku, który w 1918 widział bankructwo, zdawałoby się, najmocniejszych potęg Europy, rocznik 1892, sam wychowany na dalekiej Mińszczyźnie w nabożnej obawie przed utratą majątku, dwa razy go tracił. Teraz, u schyłku życia może sobie pozwolić na „sobiepaństwo i luksus” na miarę gomułkowskiej Polski. Zajrzał do niej w przełomowym roku 1956, nie informując o tym nawet rodziny –słynny łowca tematów myśliwskim nosem badał grunt do powrotu. Był świadkiem polskiego października, mieszkał w hotelu „Polonia” i w dzień wiecu z Gomułką pod Pałacem Kultury wyszedł na spacer w dresie koloru fioletowego, a jakaś kobiecina biorąc go za kardynała Wyszyńskiego, zaczęła wznosić histeryczne okrzyki („Najdostojniejszy pasterzu!”). W dwa lata później, już po powrocie do ojczyzny na stałe,objeżdża ponad sto miast, gdzie promuje swoje pierwsze wydane w kraju po wojnie książki: ocenzurowaną „Bitwę o Monte Cassino” i „Na tropach Smętka”. Odczyty po Polsce kontynuuje w następnych latach, docierając w różne zakątki kraju swoim „Zielonkiem” (jednym z pierwszych Mercedesów 190 na warszawskich brukach). Do tegoz amerykańskim paszportem w kieszeni podróżuje po świecie,a teraz jeszcze ta wystawnawilla! Boli? I to jak?! Obserwujący go z bliska Cat-Mackiewicz, w 1962 roku pisał w liście do Michała K. Pawlikowskiego, że Mel potrafi i „lubi zarabiać, a nie znosiwydać choć grosza” i „jako autoreklamiarz i egocentryk nie ma wprost równego sobie, chyba że ten arcyłobuz, Kazimierz Wielki, był mu podobny”.Jego brat, Józef Mackiewicz ostatniemu Domeczkowi i innym beneficjom, jakimi rzekomo „obsypuje” Wańkowicza komunistyczna władza,poświęca w 1976 roku swe opowiadanie na łamach londyńskich „Wiadomości”: „Oto dom ofiarowany w hołdzie Wielkiemu Pisarzowi Melchiorowi Wańkowiczowi. Ale jaki dom, jaki dom! Czytamy w warszawskiej prasie: salony i saloniki, oszklone hale,gabinet, biblioteka, boazerie, ach! luksusy. A wokół trawniki, modrzewie, srebrne świerki,bukszpany, rododendrony, drzewa owocowe… Pergola, gdzie się jadało w ciepłe dni,bywało z dostojnymi ministrami komunistycznej partii”. Z dzisiejszego punktu widzenia takie spojrzenie na warunki mieszkaniowe uznanego pisarza w Warszawie, przy swoistej złośliwościautora mieszkającego do tego w Londynie – wydaje się nieco komicznym. Cóż dziwnegow tym, że Mel pragnął na stare lata zamieszkać wygodnie? Aleksandra Ziółkowska-Boehm w książce „Blisko Wańkowicza” tak wspomina nowy Domeczek: „(…) Dom był śliczny, pachnący świeżością. Cały zbudowany pod kątem wygody właściciela. Na jednym poziomie bungalow, z przepięknym dużym gabinetem, do którego można było dostać się przez sekretariat. Gabinet miał bezpośrednie połączenie z sypialnią pana Melchiora, a ta – z dużą, wyłożoną włoską białą glazurą łazienką. Gości przeprowadzało się przez obszerny hall do saloniku, gdzie w specjalnie dopasowanej półce w ścianie, oprawione pięknie, stały książki napisane przez autora «Na tropach Smętka». (…) Cały jednak przepych to ogród (…), do którego można było wejść dwoma tarasami: wyłożonym kolorowymi kafelkami, z brodzikiem z wodą, prowadzącym z salonu, oraz dużym słonecznym, prowadzącym z gabinetu. Szybko zaczęło się rozchodzić ciepło nowego Domku, który cieszył wszystkim: i urządzeniem (…) i wyjątkową funkcjonalnością. Pan Melchior pokochał całym sercem swój nowy Domeczek, napawał się ciszą, spokojem, świetnymi warunkami do pracy, odpoczynku”. Tu zdąży jeszcze w swe imieniny 6 stycznia 1974 roku zaprosić rodzinę, by dokonać oficjalnego otwarcia Domeczku, w tempie dopina drugi tom „Karafki La Fontaine’a”, sporządza testament, zostawia pełnomocnictwa, ogląda „Balladynę” w Teatrze Narodowym i 8 marca leci przez Londyn do Manchesteru na operację usunięcia raka wpustu i dna żołądka w dość zaawansowanym stadium. Przeżyje i do nowego Domeczku jeszcze powróci…

Ameryka z widokiem na kino Moskwa

Gdy dziś spojrzymy na archiwalne zdjęcia nowego Domeczku, widać, że standard tego domu (poza powierzchnią) niewiele się różnił od typowego mieszkania w gierkowskim bloku – o czym w polemice na artykuł Cenckiewicza w „Biuletynie IPN”, pisał również Jan Sawa, (ożeniony z wnuczką brata Wańkowicza –Tola): „(…) takie same przemarzające ściany z gazobetonu, zwanego wówczas siporeksem, luksusy istniejące jedynie w słowach i wyobraźni Józefa Mackiewicza”. IPN-owski historyk Cenckiewicz podobnym „dopieszczaniem pisarza przez komunistów” nazwał przyznanie Wańkowiczom kilkanaście lat wcześniej (tuż po powrocie z USA do PRL-u) dwupokojowego mieszkania kwaterunkowego z aneksem na piątym piętrze kamienicy przy ulicy Puławskiej 10. Pan Melchior tego lokum wprawdzie nigdy nie nazwał Domeczkiem, to jednak czuł się w nim wyraźnie tak dobrze, że w reportażu„Nasza kamienica” do swojego mieszkania „przyłączył” cały czynszowy dom, a „do szlacheckich włości przygarnął cały proletariacki wszechświat” (K. Kąkolewski). Jakże zabawnie opisuje solidarność mieszkańców, chmarę dzieciaków pomocnych w pilnowaniu „Zielonka” na podwórku, przynoszenia świeżej poczty ze skrzynki – oczywiście za parę cukierków. Wańkowiczowie mieszkanie to zajmowali od 1958 roku do śmierci pani Zofii 11 lat później, a pisarz mieszkał tam samotnie jeszcze do jesieni 1973 roku,gdy przeniósł się na Studencką. Choć określenie „samotnie” nie bardzo pasuje do jego trybu życia,stary gawędziarz nie wytrzymałby przecież bez grona wiernych słuchaczy. To w niewielkiej przestrzeni mieszkania przy Puławskiej właśnie z iście „szlacheckim” przymrużeniem oka, jako potomek wielkiego kresowego rodu,organizował coroczne przyjęcia „pomostowe” między dawnymi i nowymi tendencjami polskiej kultury. Przy stole potrafił gromadzić ludzi o najrozmaitszych postawach, „jeśli tylko prezentują coś osobiście i potrafią coś wnieść do wspólnego dorobku kultury”. Któż to nie zasiadał przy suto zastawionym stole Wańkowicza i nie popijał jego słynnej, litewskiej wódki „TriszDivinis” na 27 ziołach? Choćby Andrzej Wajda, noszący się właśnie z pomysłem ekranizacji jednej z wańkowiczowskich powieści, ale także Jerzy Andrzejewski, Aleksander Bocheński, Marian Brandys, naczelny „Kultury” Janusz Wilhelmi, Anka Kowalska i Halina Auderska oraz Krzysztof Kąkolewski. Podczas jednego z takich przyjęć gospodarz tradycyjne zaskoczył gości w swoim nonkonformistycznym stylu. Mieczysław Kurzyna w książce „O Melchiorze Wańkowiczu – nie wszystko” opisuje to tak: „Rozległ się trzykrotny gong. Do salonu oświetlonego świecami wkroczył dziwny pochód. Otwierała go gosposia niosąc skrzyżowany nóż i widelec nadnaturalnej wielkości. Po czym w asyście wnuczki i sekretarki, wkroczył jubilat w fartuchu i szlafmycy, niosąc uroczyście sześć ogromnych jaj – strusich”. Mel był w swoim żywiole: na strusie jaja nabrali się wszyscy bywali w świecie pisarze. Potem szykowali nawet zemstę: pod letnisko w Oborach, gdzie wypoczywał mistrz, podjechać miały dwa samochody pełne Gestapo i żandarmerii, by z wrzaskiem „Woist Wańkowicz?” wywieźć go w nieznane (czyli na wódkę do Konstancina). Kostiumy wypożyczone z wytwórni filmowej, wszystko gotowe – Wańkowicz by się tym pewnie nie przejął, ale co ze słabymi nerwami innych gości domu twórczego? Z pomysłu więc zrezygnowano. Kontakty międzynarodowe (stąd ta jajeczna siurpryza dla gości), które utrzymywał Wańkowicz i comiesięczne najniższe amerykańskie social security (100 dolarów) oznaczały, że gospodarz mieszkania przy Puławskiej nie musiał się martwić o ceny żywności. „Nigdy nie myślałem, ile co kosztuje, a szczególnie jedzenie, Ono rosło! Pan Bóg dawał jaja, drób, zboże za darmo i jeszcze dziś mam poczucie darmowości. Koniak chyba leci u mnie ze skały” – mówił Wańkowicz. Wreszcie dochody z kolejnych książek wydawanych w niespotykanych dziś nakładach, prelekcje, uwielbienie czytelników i rok 1972 poświęcony pisarzowi. A przy tym, jak wspomina Aleksandra Ziółkowska-Boehm: „Wańkowicz potrafił być oszczędny i hojny, gdy trzeba i bez rozgłosu dużymi sumami wspierał opozycję, o czym we wstępie do książki «KOR» Jana Józefa Lipskiego pisał Andrzej Friszke”. Zaraz po śmierci pisarza, jego książki objęto cenzurą – to była kara za finansowe wspieranie opozycjonistów.

Proces i podsłuchy

Wańkowicz, decydując się na powrót na stałe po dziewiętnastu latach do PRL-u, zdawał sobie dobrze sprawę, że będzie idealnym celem bezpieki. Odżył,co prawda materialnie (w USA pani Zofia pracowała jako pomoc domowa, a Melchior przez trzy lata pomagał na fermie kurzej należącej do córki i zięcia), czuł się potrzebny i podziwiany – ale lata mieszkania przy Puławskiej nie były tylko pełną sielanką. Kompromisy z cenzurą,inwigilowanie żony i córki przylatującej z Waszyngtonu,podsłuchy oraz pełna kontrola korespondencji pisarza, która w rezultacie doprowadziła do jednego z najbardziej sensacyjnych procesów politycznych gomułkowskiego PRL-u. Formalnym powodem aresztowania Wańkowicza był prywatny list wysłany przez niego pocztą dyplomatyczną przez ambasadę USA do córki, Marty Erdman, do którego dołączony był kilkudziesięciostronicowy dokument „Projekt przemówienia J.A.”. Odczytano go w Radiu Wolna Europa i zaraz potem warszawska prokuratura zarzuciła Wańkowiczowi „sporządzenie w celu rozpowszechnienia pisma zawierającego fałszywe informacje oczerniające Polskę Ludową”. Chodziło o opis sprawy „Listu 34”, przekazanego w marcu 1964 roku ówczesnemu premierowi Cyrankiewiczowi. W liście tym intelektualiści (w tym Wańkowicz) domagali się złagodzenia cenzury i zwiększenia przydziałów reglamentowanego papieru. 5 października1964 roku pisarz został aresztowany w swym mieszkaniu przy ulicy Puławskiej i przewieziony do Pałacu Mostowskich, gdzie w dość przyzwoitych warunkach przebywał przez pięć tygodni aż do tymczasowego zwolnienia po wyroku pierwszej instancji. Sąd skazał go na trzy lata więzieniaz zastosowaniem amnestii skracającej wyrok do połowy, jednak władze nie ośmieliły się zamknąć pisarza ze względu na wiek (72 lata) i zły stan zdrowia. „Rząd i partia, wobec reperkusji, jakie proces miał w polskim środowisku twórczym i w całym społeczeństwie (donosiła w Radiu Wolna Europa Jadwiga Mieszkowska), jak również za granicą, (…) władze szukają wyjścia z sytuacji, w jaką się uwikłały, wytaczając proces Wańkowiczowi i dopuszczając do wyroku skazującego”. Od chwili aresztowania pisarza w znaczących tytułach prasy zachodniej oraz wszystkich pismach polonijnych ukazało się kilkadziesiąt artykułów poświęconych sprawie.Protestowali m.in. były prokurator generalny USA, senator Robert Kennedy i amerykański Pen-Club. Wańkowicz rewizji od wyroku nie złożył, jak również nie zabiegał o ułaskawienie (acz wyroku nie odbył) – widać pięć tygodni międzynarodowego szumu było mu wyraźnie na rękę. Oto król-nestor polskiego reportażu stał się teraz także politycznym bohaterem: zatrzymywany na ulicy dostawał kwiaty, brawa – kochał to. Pisarz mówił: „jedynie w Polsce możliwa jest sytuacja, aby skazany żył z wyrokiem półtorarocznego więzienia, poruszał się swobodnie, a nawet wyjeżdżał za granicę”. W rozmowie z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm w książce „Proces Melchiora Wańkowicza 1964” prokurator przesłuchujący pisarza, tuż po aresztowaniu, wspomina: „(…) – sprawiał wrażenie, że cieszy się, że go coś spotkało, takie miałem wrażenie. Określiłbym jego psychikę jako pół szlagona – pół skauta”. I tak, choć skazany, do mieszkania na Puławskiej wrócił w glorii. Wańkowicz został zrehabilitowany werdyktem Sądu Najwyższego III RP dopiero 16 lat po śmierci. Z dzisiejszego punktu widzenia zamieszanie z procesem Wańkowicza pokazuje paradoksy „najweselszego baraku Układu Warszawskiego” – przecież raptem sześć lat wcześniej władze PRL-u zgodziły się na wszelkie żądania Wańkowicza przed jego powrotem z USA (mieszkanie w Warszawie, zachowanie obywatelstwa amerykańskiego, 4 miesiące rocznie przebywania za granicą i transfer 400 dolarów „celem spłacenia swych wyjazdów za granicę”). W 1964 roku władze atakiem na „List 34” i procesem Wańkowicza niewątpliwie skłóciły środowisko Związku Literatów Polskich, spośród których wielu pisarzy (m.in. J. Brzechwa, A.Bratny, J. Hen, K. Iłłakowiczówna, J. Iwaszkiewicz, J. Jurandot, I. Newerly, E. Szelburg-Zarębina, W. Żukrowski) odcięło się od „Listu 34”, charakteryzując jego sygnatariuszy, jako „grupę odosobnioną i organizującą kampanię przeciw naszemu krajowi, opartą na nieprawdziwych informacjach (…)”. Sam Melchior Wańkowicz po własnym procesie znalazł się w sytuacji równie schizofrenicznej: z jednej strony chciał więzienia dla siebie „(…) Wolę więzienie. Bo siedząc w więzieniu, będę wciąż jeszcze siedział w świadomości polskiej. Będę pożyteczny…” – przyznawał w ostatnim słowie przed sądem; z drugiej po opuszczeniu aresztu zyskał jeszcze większy szacunek u swych czytelników, ponowny dostęp do telewizji i nawet audiencję u Gomułki! Dziwne to były czasy, władze chciały dać nauczkę niepokornemu pisarzowi, a przysporzyły mu tym tylko większej sympatii. Dużo wcześniej, mając tyle doświadczeń emigracyjnych i porównań dwóch systemów,dobrze wiedział, co oznacza życieza żelazną kurtyną, gdy żartobliwie malował żonie w książce „Od Stołpców po Kair” swą wizję powrotu do ojczyzny: „Na stacji granicznej podejdzie ubek i grzecznie zaprosi do oddzielnego pokoju. Tam poprosi siedzieć, po czym da w zęby tak, że spadnę. Po czym grzecznie zasalutuje: «To żeby mistrz nie zapomniał». Po czym otworzy drzwi, a za drzwiami będą dziewczynki po krakowsku, z kwiatami”.

Trzecie pokolenie

Po przeprowadzce pisarza do nowego Domeczku przy Studenckiej, w mieszkaniu w kamienicy przy Puławskiej 10,pozostała wnuczka Wańkowicza – Anna Erdman studiująca tutaj od 1970 roku medycynę. Wraz z mężem Tadeuszem Walendowskim (reżyserem filmowym)w mieszkaniu dziadków prowadziła salon kultury niezależnej i oazę swobodnej myśli, gdzie w czasach późnego Gierka spotykali się niezależni twórcy i ludzie opozycji. Od1976roku, co dwa tygodnie przy Puławskiej odbywały się stałe spotkania, na których najliczniej reprezentowane było środowisko literackie, odbywały się wieczory pieśni (Kaczmarski, Kleyff), recytacji poezji (Halina Mikołajska)oraz sprzedawano wydawnictwa drugiego obiegu.Co ciekawe – tej swoistej wyspy na morzu cenzury, vis a vis kina Moskwa i obok więzienia przy Rakowieckiej,władze nie odważyły się ani zastraszać, ani pacyfikować, a jedynie legitymowały wchodzących na klatce schodowej. Warto jednak pamiętać, że Anna Erdman-Walendowska była, podobnie jak jej dziadek, obywatelką amerykańską, a mieszkanie należące wcześniej do Wańkowicza naszpikowane aparaturą podsłuchową umożliwiającą inwigilację pisarza, co teraz po jego śmierci idealnie służyło śledzeniu ludzi opozycji. Salon Walendowskich nie istniał długo – w 1979 roku władze odmówiły Annie prawa stałego pobytu w Polsce i ta wraz z mężem wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Anna była cenionym pediatrą, a Tadeusz został pracownikiem Radia Głos Ameryki. Obydwoje latami chorowali na raka, umierali razem we własnym domu w Waszyngtonie, pod opieką synów:Dawida i Eliasza (prawnuków Melchiora i Zofii). Anna zmarła dwa tygodnie po śmierci Tadeusza w 2004 roku. Kamienica przy Puławskiej jest jedynym miejscem w Warszawie, w którym upamiętniono ślady po pisarzu i jego rodzinie. Przy wejściu umieszczono tablice poświęcone Wańkowiczowi i salonowi Walendowskich. To z jednego z okien tego budynku Chris Niedenthal po wprowadzeniu stanu wojennego sfotografował transporter opancerzony stojący na tle kina Moskwa z billboardem reklamującym „Czas apokalipsy” Coppoli.

W Domeczku z Ziela

Ostatni nowy Domeczek przy Studenckiej 50 został całkowicie przebudowany i dziś zupełnie nie przypomina już bungalowu sprzed 40 lat, tak cieszącego sędziwego mistrza reportażu (obecni właściciele nie mają nic wspólnego z rodziną pisarza). Po słynnym przedwojennym Domeczku Wańkowiczów przy ulicy Dziennikarskiej 3 na Żoliborzu, opisanym w „Zielu na kraterze”,nie ma śladu – zmiotło go Powstanie Warszawskie. Był projektowany i przemyślany w każdym szczególe, jak ten ostatni. Pisarz w wywiadzie-rzece „Wańkowicz krzepi” udzielonym pod koniec życia Krzysztofowi Kąkolewskiemu tak porównywał swoje domy: „Domeczek do Domeczku ma się tak, jak marzenie o jednym do marzenia o drugim. (…) Tamten dom był rodzinny, tam chciałem zyskać samotność, był rozdzielony na cztery poziomy, ten dom, gdy nie mam żony, rodziny, dzieci – zintegrowany jest w jeden poziom. Tam winda przez cztery poziomy, tu płaski bungalow. Trzeci poziom: sypialnię, pracownię wyciągnąłem z tamtego Domeczku jak żebro Adama i to jest ten dom. Jest wspólne, że do książek, ich rozmiarów dostosowane są półki, a do półek biblioteki – kształt pracowni”. Opisy zarówno Domeczku przy Dziennikarskiej, jak i „całej rodzinnej menażerii, obracającej się dokoła pokoju Mamy”, także „splugawionego ogniska domowego” podczas kolejnych hulaszczych imienin Kinga(po których Zofia niekiedy wracała z robotnikami, by naprawić szkody) i wreszcie cudowne obrazy dorastania córek Wańkowiczów, starszej Krystyny (Pyton) i młodszej Marty (Tili, Sancho Pansa) – to jeden z najwspanialszych przykładów życia warszawskiej rodziny inteligenckiej w latach 30. ubiegłego wieku. Dom stanął za pieniądze uzyskane ze sprzedaży gruntów w rodzinnych Jodańcach i „idący na wiele dziesiątków lat kredyt z Banku Gospodarstwa Krajowego”. Był duży, wysoki, z trzech stron otoczony ogrodem, a z czwartej przyklejony do dużej kamienicy spółdzielni dziennikarskiej. Kilkuletnią Tili lubiącą popisywać się w pewnym okresie bogactwem synonimów kusiło, by coś z tym zrobić: „– Albo go odlepcie, albo odcepcie, albo odklejcie, albo oderwijcie, albo odetnijcie, albo odedzyjcie, albo odłamcie” – recytowała. Powstał nawet pomysł, by dokupić dwa pokoje w przylegającej kamienicy dla ciotki Reginowej (siostry Melchiora) przybywającej na zawsze z Jodańc do stolicy. Domeczek żył jak białoruskie dwory rodzinne Kinga,otwarty na świat, otoczonymi jeszcze pustkami Żoliborza, barwny oraz pełen pomysłów. Trzeba zdawać sobie sprawę, że opis życia rodziny Wańkowiczów w „Zielu…” jest pewną formą kreacji literatury faktu, jakże jednak genialną dzięki jej autorowi – wynalazcy tylu słowotwórczych ubarwień:„(…) goście Domeczku mogli czuć się dobrze tylko z listem żelaznym któregoś z domowników. Goście bowiem bywali: tatowi, mamowi, dzieciowi i służącowi. Wszelkim innym – biada. (…) Czasem jednak zapuszczali się w obieże Domeczku (…) – goście bez listu żelaznego żadnego z domowników. Takie przyszywadła rodzinne, przyklejadła z kurortów, poznawadła z przedziałów kolejowych, nudy z lat młodzieńczych albo żony braci nudów, szwagry ciotek-przyszywadeł, znajomi znajomych przyklejadeł i – zgoła zwolennicy przedyskutowania problemu, który szan-pan poruszył”. Równie kpiących smakowitościami Melchiorowych ubarwień opisujących życie Domeczku w „Zielu…” jest multum. Nie znajdziemy jednak w książce informacji, że Wańkowiczowie z racji problemów finansowych ze spłatą kredytu musieli tuż przed wojną wynająć swój ukochany Domeczek i przenieść się do mieszkania przy ulicy Mianowskiego. To zaskakuje tym bardziej, że Melchior Wańkowicz w latach ‘30 uchodził za człowieka majętnego. Od 1924 roku był współwłaścicielem wydawnictwa „Rój” – jednej z największych oficyn wydawniczych w II RP, w której np. wśród wielu pozycji po raz pierwszy ukazały się książki Brunona Schulza „Sanatorium pod Klepsydrą” i „Sklepy cynamonowe”, Gombrowicz wydał „Ferdydurke” a Dołęga Mostowicz „Karierę Nikodema Dyzmy”. Obok wydawania polskiej literatury poważnej i popularnej, dzięki wydawnictwu „Rój” także po raz pierwszy do rąk polskich czytelników trafiły książki m.in. takich pisarzy obcojęzycznych jak: Thomas Mann, Marcel Proust, John Galsworthy, Arnold Zweig czy Erich Maria Remarque. W tym czasie pisarzowi i wydawcy przypadły także niemałe dochody z działalności reklamowej: to on jest autorem słynnego sloganu „Cukier krzepi” dla Związku Cukrowników, za który otrzymał honorarium znacznie wyższe od miesięcznej pensji prezydenta RP!Wspominał o nim po latach w wywiadzie: „Ja dostałem, jak przypuszczam, najwyższe honorarium na świecie za dwa słowa, „Cukier krzepi” – 5000 zł przedwojennych, czyli naówczas 500 złotych przedwojennych dolarów za słowo, tak cenne mogą być słowa” (ponadto pod koniec życia miał jeszcze jeden sukces w reklamie: „Lotem bliżej” – to także jego slogan). Obok pracy wydawniczej w „Roju” nadzoruje hurtownię tytoniową, dzierżawi od miasta słupy ogłoszeniowe i stawia 140 nowych, wreszcie zostaje dyrektorem przedsiębiorstwa „Reklama Pocztowa”. Mimo swych ziemiańskich kompleksów i bankructwa po I wojnie – pokazał, że tylko niezależność finansowa może mu dać pełną swobodę twórczą.

Anatomia zaplecza

Wrzesień 1939 roku zmusił Wańkowicza do ucieczki.Przeprawiając się przez Dniestr do Rumunii tylko z maszyną do pisania na głowie,nie mógł podejrzewać, że nigdy więcej nie zobaczy zarówno Domeczku, jak i swojej starszej córki, Krystyny. Została w okupowanej Warszawie z matką, podczas gdy młodszej córce Marcie wiosną 1940 roku przez Włochy udało się wyjechać za ocean.W maju tego roku Zofia z córką Krysią wróciły na Dziennikarską 3 do Domeczku, który musiał żyć dalej oraz zbierać się po niewielkich zniszczeniach z kampanii wrześniowej. Wańkowiczowa zajęta ratowaniem resztek wydawnictwa,gros zadań przy remoncie (szklenie, CO, wodociągi, uszkodzenie dachu) i prowadzeniu pensjonatu w Domeczku przekazała Krystynie, która szczegółowo donosiła o swych gospodarskich postępach w listach pisanych do ojca internowanego w Rumunii. Domeczek powoli zaludniał się kolejnymi lokatorami, Krystyna pisała do ojca: „Ogród i dom prowadzę w miarę możliwości wzorowo, co nie jest takie proste, jeśli się ma wymagających lokatorów, kiedy zdobycie każdego kila czy innej mąki jest zagadnieniem. (…) Zresztą walczymy o ten dom oczywiście z myślą o Waszym powrocie. Z nas opadłyby ogromne ciężary, gdybyśmy mogły dom sprzedać, czy wynająć i zamieszkać gdzie w jednym pokoju. Jednak o wynajęcie całego domu jest dziś bardzo trudno, bo każdy się ścieśnia, jak może, i nikt nie chce brać sobie takiej landary kosztownej. O sprzedaży czy też zachowaniu musisz Ty zdecydować. Na razie dom jest kompletnie odremontowany: lokatorzy opłacają nam rozłożone raty BGK, gaz i światło. Już sprowadzamy opał, nauczeni doświadczeniem ostatniej zimy. Jest nam tu dobrze”. W kolejnych listach pisanych podczas okupacji do ojca, Krystyna raz po raz dzieliła się swoimi wątpliwościami czy trzymanie Domeczku jako stałego punktu na ziemi, do którego King i Tili „wracać będą myślami jak do własnego domu”, ma sens, czy może „urządzić się tak, aby móc w każdej chwili ruszyć w świat z walizeczką i nie być niewolnikiem swego stanu posiadania”. Czuła żal do ojca, który naigrywał się z jej smażenia konfitur i łatania prześcieradeł oraz zarzucał brak myślenia o przyszłości i sprawach ogólnych. Jednak, mimo tylu obowiązków, dwie godziny dziennie poświęcała na naukę angielskiego i szybkiego pisania na maszynie oraz zrobiła zawodowe prawo jazdy. W 1940 roku zwierzała się: „Opisuję Ci nasze bieżące życie, cieszę się słońcem i latem, moimi pomidorami i różami, i Twoimi kochanymi listami, i z tego, że coraz trudniejsze historyjki angielskie rozumiem, i z wycieczek rowerowych. Coś siedzi w człowieku, co mu każe stabilizować życie, ładzić je i porządkować, i normalizować. Ale w głębi serca jest jakieś nieustanne napięcie i oczekiwanie”. List zakończyła odręcznie: „nie bądź dla córki zbyt surowy. Krystyna” Obok trudnych relacji z ojcem (przed wojną wyraźnie faworyzował Martę), miała kompleks młodszej siostry jako tej, której znacznie łatwiej jest zdobywać i walczyć o nowe życie z pomocą ojca, który wypchnął ją w świat i otwierał nowe możliwości. Po wyjeździe siostry Krysia unikała znajomych, by nie pytali: „Zazdrościsz Tili Ameryki?”, w jej kolejnych listach do ojca wyraźnie widać, jak się stopniowo wyciszała,jak bardzo za nim tęskniła i stawała na wysokości zadania, by ratować Domeczek, by miał dokąd wracać. To nie ta sama Krysia, o której po latach Wańkowicz z bólem mówił, że nie miał tak łatwego kontaktu jak z młodszą córką. Krysia – według niego – była dzieckiem trudnym, hardym i nieustępliwym. W „Zielu na kraterze”, pisanym już po wojnie w ramach autoterapii,w pewnym sensie wykreował mit utraconej córki, ale nie ulega wątpliwości, że wraz z żoną wychowali Krysięnie tylko z silnie ukształtowaną bazą dużych ambicji i pragmatyzmu, ale i zdrowego patriotyzmu, co tak dzielnie udowodniła podczas okupacji. Krystyna, pseudonim Anna, zginęła na Woli w szóstym dniu Powstania Warszawskiego jako łączniczka batalionu harcerskiego „Parasol”. Matka przez rok uczestniczyła w ekshumacjach ciał, które przewoziła na Powązki, miała przygotowaną trumnę dla córki, ale nigdy jej nie odnalazła. Choć Wańkowicz nie przeżył ani jednego dnia w okupowanej Warszawie, to opis tych tragicznych poszukiwań wśród rozkładających się ciał Powstańców tchnie prawdą największego dramatu Matki, jaki można sobie wyobrazić. Ze zbombardowanego Domeczku zostały szczątki jednej ściany i schodki na taras, na których 1 sierpnia matka po raz ostatni widziała Krysię. „– Do widzenia, Mamuśku!”. Domeczek i jego ostatnia gospodyni zniknęli…

„Dziś w nocy umrę”

Zofia Wańkowiczowa dotarła do Włoch w Wigilię 1945 roku. Po wojennej drodze i latach rozłąki małżonkowie zamieszkali jeszcze na chwilę w Domeczku skleconym w 1948 roku za honoraria z „Bitwy o Monte Cassino” na Ealing Brodway w Londynie.Tutaj mistrz wydał także „Kundlizm”, ciętą rozprawę o Polakach. Pisał w niej, że w czasach pokoju jesteśmy jak zgraja kundli, która zamiast wziąć się do pracy, ciągle ujada. To nieco tłumaczy, dlaczego ani na emigracji, ani w Polsce nie dostał żadnej nagrody literackiej…Chyba bezpieczniej było mu pisać o swoich domach: dworach w Kałużycach (tu się urodził) i Nowotrzebach na dzisiejszej Białorusi, które uwiecznił w „Szczenięcych latach”, międzywojennym Domeczku w „Zielu na kraterze”i mieszkaniu przy Puławskiej, którego barwnym obrazem społecznym w „Naszej kamienicy”zamknął swój mieszkaniowy tryptyk. O Domeczku przy Studenckiej już nie zdążył napisać, spędził w nim jednak ostatnie spokojne miesiące życia, wychudzony bardzo po operacji w Manchesterze. Odrodził się na chwilę, spokorniał, ciągle był wśród ludzi,to podczas wycieczek do Lasu Kabackiego, to na jakimś odczycie, wybrał się do cyrku, pracował. Po Wańkowiczu zostało kilkadziesiąt tomów reportaży, tak bardzo zrośniętych z osobą autora, iż wielu uważa, że to w zasadzie jedna wielka książka o nim. Stoją nieco zapomniane na półkach bibliotek,podczas gdy Domeczki na zawsze unicestwiła historia. W Kałużycach powstał kołchoz – ten fakt przyjął łagodnie, czego znów wybaczyć mu nie mógł Cat-Mackiewicz („Wańkowicz kretyn!”), jedynym zaś śladem po przedwojennym Domeczku na Dziennikarskiej pozostał pięknie kwitnący krzak bzu, zasadzony przed wojną rękami Wańkowiczów. Był nawet pomysł, by za zgodą władz żoliborskiego osiedla przesadzić go do ostatniego ogrodu, ale nie udało się już go zrealizować. Mówił o sobie: „Jestem filodomem. Każdy dom, do którego rzuciły mnie losy, musi zrastać się ze mną. Wiozę nie tylko walizki ze sobą, ale niewidoczne walizki mojej psychiki”. Pragnął umrzeć w domu, nie chciał także pogrzebu na koszt państwa (przed śmiercią powiedział jeszcze córce: „nie życzę sobie, by oni fotografowali się nad moją trumną"). Zmarł nagle, w szpitalu, 10 września 1974 roku. Staropolskim zwyczajem trumnę wystawiono w domu przy Studenckiej.




tekst: Aram Stern
ilustracja: Karol Barski

piątek, 3 stycznia 2014

Eksperyment trwa



Z Jackiem Sotomskim i Mikołajem Laskowskim – muzykami duetu sultan hagavik rozmawia Małgorzata Burzyńska
Wywiad jest zapisem rozmowy ze spotkania „Plądrofonia: swoje-cudze i magnetofon” z cyklu „Słuchalnia. Muzyczne znaki czasu”, Czytelnia CSW „Znaki Czasu” w Toruniu, 31 X 2013

Zacznijmy może od opowiedzenia, skąd się w ogóle wzięła idea sultana hagavika – skąd się wzięliście jako zespół?

Jacek: Zespół narodził długo przed powstaniem…

Mikołaj: Bardzo chcieliśmy założyć zespół długi czas zanim on powstał, ale nie mieliśmy pomysłu na to, co mamy grać, więc go nie założyliśmy. A później znaleźliśmy pomysł, więc założyliśmy tez zespól, ale nazwa powstała wcześniej. Chcieliśmy grać hipsterskie elektro na początku.

J: Tak, na keyboardzie i czymś jeszcze…

M: (pokazując zdjęcie) Tak, to jest moment, w którym narodziła się nazwa zespołu, ale jeszcze nie zespół… to jest naklejka od folii od materaca – okleiłem się tą naklejką…

Nazwę macie z materaca?

J: Tutaj widać logo IKEI.

No dobrze, to lokowanie produktu mamy z głowy… Powiedzcie jeszcze w takim razie, skąd w Waszym życiu, w Waszej działalności wziął się magnetofon?

M: To może ja opowiem…

O miłości do magnetofonu?        

M: Tak. Były to wakacje w roku 2011 i właścicielka mieszkania, w którym wtedy mieszkałem, zapomniała zapłacić za Internet, w związku z czym Internetu nie było przez 2 tygodnie. Byłem zupełnie odcięty od świata, połowa Wrocławia wyjechała na wakacje, więc ja nie miałem co ze sobą zrobić. Z nudów zacząłem nagrywać jakieś audycje z programu 2 Polskiego Radia na magnetofon, wciskając jednocześnie pauzę, przewijanie itd. Chciałem zobaczyć, co się z nimi stanie. Okazało się, że dzieją się bardzo ciekawe rzeczy, i że nie tylko można przetworzyć to, co jest nagrywane, ale też można później to odtworzyć, wykonując te same czynności. Znaczy: można nie tylko nagrywać przetwarzając, ale też odtwarzać przetwarzając w czasie rzeczywistym, live. Czyli – można potraktować magnetofon jako instrument.

Który daje nieograniczoną ilość możliwości prezentacji jednego kawałka?…

M: Można przetwarzać dźwięk na dużo sposobów – ich ilość nie jest nieograniczona, ale cały czas odkrywamy nowe.

Czyli generalnie wzięliście się z eksperymentowania?

M: Z nudów, wzięliśmy się z braku Internetu. Znaczy, następnego dnia jakoś wpadł do mnie Jacek i pokazałem mu odkrycie i na drugi dzień pojechaliśmy do komisu, kupiliśmy magnetofony i stwierdziliśmy, że to jest nasz zespół.

J: Nawet dzień wcześniej stwierdziliśmy, że zakładamy zespół i na drugi dzień jedziemy po magnetofony do komisów. I szukaliśmy takich właśnie, gdzie przyciski miałyby duże pole manewru – w sensie, że można je tak dociskać nie do końca, czuć, że jest tam mechanizm, który stawia jakiś opór i potencjalnie może wpływać jakoś na przetworzenie…

M: Musimy mieć kontakt  z mechanizmem…

J: Tak, to musi działać jak klawisze w fortepianie – to nie może być taki współczesny magnetofon, gdzie się klika „play” albo „stop”…

M: To nie może być elektroniczne – musi być mechaniczne, wtedy możemy kontrolować sam mechanizm.

A czy na Wasze upodobanie do klawiszy miało wpływ to, że jesteście wykształceni pianistycznie?

M: Ja jestem bardziej organistycznie…

J: Klawiszowo…

M: Bo w sumie różnica między magnetofonem elektronicznym a mechanicznym jest taka, jak pomiędzy organami elektronicznymi a organami mechanicznymi – znaczy, teraz to odkryłem, ale myślę, że tak jest… Nie, ale tak naprawdę, to myślę, że źródło jest znacznie głębsze, bo jakiś czas po założeniu zespołu odkryłem pewną kasetę, którą nagrałem w wieku może 9 albo 10 lat i która zawierała audycje radiowe, które nagrywałem z moim bratem – i okazało się, że nagrywałem dźwięk czy robiliśmy jakieś wywiady z fikcyjnymi postaciami w taki sam sposób, w jaki później zaczęliśmy przetwarzać ten dźwięk z Jackiem, czyli jakoś zmieniając prędkość itd. Jakby kompletnie o tym zapomniałem, ale tu jest źródło.

Czyli w dzieciństwie?

M: W dzieciństwie

Freud miał rację jednak…

M: Tak, wszystko zostaje w podświadomości.

A czy Ty, Jacku, miałeś jakieś doświadczenia z magnetofonami w dzieciństwie, które Ci potem pozostały?

J: Wiesz co, nie – miałem magnetofon, jak każde chyba dziecko urodzone pod koniec lat 80., ale raczej nie korzystałem z niego w taki sposób, w jaki się nie powinno. Zawsze tylko słuchając.

Obchodziłeś się grzecznie, maltretować zacząłeś później…

J: Tak, tak.

A powiedzcie, skąd bierzecie swój materiał, który później przetwarzacie?

J: Zewsząd.

M: Zewsząd, znaczy na początku braliśmy głównie z mojego kartonu z nagraniami z Warszawskich Jesieni, to jest z osiemdziesiąt parę kaset i każda była ponumerowana i opisana mniej lub bardziej. Później te kasety się pomieszały, bo zaczęliśmy je wykorzystywać… Ale wykorzystywaliśmy też jakieś różne nagrania, które znaleźliśmy w domach.

J: Albo kasety oryginalne, kupowane w tamtych czasach, z okładką i w ogóle ze wszystkim – no i się okazało, że to może posłużyć jako podstawa do czegoś i nad tym można nadbudowywać, dodając jakieś inne warstwy.

M: Później zaczęliśmy nagrywać dźwięki… nie wiem – zepsutego keyboardu albo fletu prostego, albo czegokolwiek…

Bo zaczęło się od przetwarzania gotowej już muzyki, np. audycji radiowej, a potem zaczęliście też w ten materiał jakby wtykać różne próbki dźwiękowe, tak?

J: Tak.

A czy tworząc utwór, wychodzicie od jakiegoś całościowego kawałka muzyki, który macie jako już gotowy, i go męczycie, rozdrabniacie, czy od razu łączycie z sobą różne utwory różnych tożsamości?
Czasami jest tak, jeszcze jak Mikołaj tu mieszkał (w sensie: we Wrocławiu) i spotykaliśmy się w miarę często, no i mówiliśmy „a to co, sobie zrobimy próbę sultana?” I wtedy jakąś kasetę, przypadkową zupełnie, wziętą z tego przepastnego kartonu, zaczynaliśmy jakoś tam odtwarzać i przetwarzać. No i potem ja włożyłem jakąś inną kasetę do innego magnetofonu i się okazało, że o – jest jakiś taki zaczyn, który może być utworem, no i dalej tak próbowaliśmy, próbowali – taka osnowa, tak…  

M: Ale też czasami, albo nawet często, nie jestem w stanie tego określić, mamy plan tego, jaka ma być piosenka, utwór, cokolwiek i dobieramy kasety i dźwięki pod katem tego, co chcemy zrealizować. Nie mamy jakiejś jednej techniki, która byłaby jakoś przeważająca, chyba.

J: No nie.

M: Czasami konstruujemy te rzeczy, czasami po prostu znajdujemy przypadkiem…

A czy zdarza się, że  utwór, który gracie, Wasz utwór przez Was stworzony, jest dwa razy taki sam – znaczy dwa razy gracie go dokładnie tak samo?

J: To znaczy w 100% chyba nie…

M: Przez jakiś czas chcieliśmy, żeby tak było – graliśmy na koncertach utwory, które wcześniej ukazały się na jakimś albumie, i chcieliśmy odtwarzać je w taki sam sposób. Ale w pewnym momencie, jakiś rok temu, stwierdziliśmy, że to nie ma sensu… i na każdy koncert będziemy przygotowywać mniej lub bardziej nowy program i też utwory, które są bardziej improwizowane – z racji tego, że jest to po prostu ciekawsze, niż odtwarzanie za każdym razem idealnie tego samego utworu, zwłaszcza, że nie do końca możliwe…

J: No i też to było mniej ciekawe do grania, bo ustawialiśmy np. jakiś stoper: 1 min 50 s, że trzeba wtedy zmienić znowu jakiś parametr…

M: Zmienić kasetę i ustawić pokrętło magnetofonu…

J: A jak się okazało, że tak mogliśmy bardziej odpuścić, no to  raz, że się przyjemniej grało, a dwa, że dochodziło się do podobnych efektów, a nawet lepszych…

Właśnie, a zdarzają się Wam w trakcie grania jakieś kompletnie nowe pomysły, które wtedy wcielacie w życie?

J: Tak.

M: Czasami w „Tekturonie” się włącza takie coś, że jak poczuję flow, wtedy jakby się trochę inaczej gra, no i inaczej układam…

J: Wiem, że mam do wykorzystania to, to i tamto, no i kolejność, w jakiej je dobieram jest dowolna w sensie tego, jak się tego dnia czuję na koncercie…

Aleatorycznie?

J: Tak, trochę tak.

M: No ale też często jest tak, że w czasie grania zupełnie przypadkiem coś się popsuje albo zagramy coś inaczej, okazuje się, że to jest fajniejsze np. niż to, co było i… następnym razem to powtarzam. Te utwory jakoś ewoluują…

Czyli zaczęło się od eksperymentowania i ten eksperyment właściwie kontynuujecie?

J: Tak, ona cały czas trwa

M: Eksperyment trwa…

A wasze eksperymenty z teatrem? Jeśli moglibyście coś więcej na ten temat powiedzieć, bo właśnie na tym polu macie dosyć duże sukcesy – w ogóle wasze koncerty są dosyć widowiskowe – staracie się robić widowisko choćby tymi światełkami, maskami…

M: Nie możemy tak naprawdę niczym innym, bo magnetofon jest dość statyczny, przyciskamy tylko przyciski. Kiwamy się, ale to udawane jest tylko, żeby pokazać, że bardziej czujemy tę muzykę, no ale nie możemy zrobić niczego bardziej widowiskowego…

J: Wymachy włosami, pirotechnikę zrobić – jak Iron Maiden albo coś takiego – na koncertach stadionowych… No ale też nie możemy tych magnetofonów wziąć i z nimi tańczyć…

Ale teatr – bo macie na koncie dosyć spore osiągnięcie, którym jest wygrana w nurcie OFF 34. Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu dla spektaklu „Pasja – cała ta chujowa piosenka aktorska”…

M. Tak się stało.

Jak doszło do tego, że jako zespół grający na magnetofonach postanowiliście przedstawić spektakl właściwie  teatralny…

J: Znaczy w ogóle wzięło się to stąd, że siedziałem sobie w poniedziałek w mieszkaniu i… smsa napisał mi kolega z Wrocławia, aktor po wrocławskiej PWST, i napisał, że wypełnia wniosek do nurtu OFF do PPA i czy może mnie tam wpisać do tego wniosku (bo tam jest taka formuła, że się składa wnioski, zbiera się komisja, ocenia wnioski, umożliwia ich realizację itd.), żebym napisał muzykę. Ja mu napisałem, że może, bardzo fajnie i na drugi dzień wpadłem na taki pomysł, że może z sultanem trzeba by zrobić coś takiego. Więc spotkałem się z Mikołajem na szybko…

M: Kiedy to było? My chyba wcześniej o tym myśleliśmy, ale…

J: Zapomnieliśmy o tym…

M: Trochę zapomnieliśmy, a trochę myśleliśmy, że nie pasujemy do tego.

J: Tak, w każdym razie we wtorek się spotkaliśmy i powiedziałem Mikołajowi, że do piątku należy składać takie wnioski, więc może byśmy coś wymyślili.

M: I stwierdziliśmy, że wymyślimy.

J: Myśleliśmy o osobach najpierw, żeby stworzyć jakiś taki sztab ludzi, obsada aktorska, reżyser, itd. No i przez kolejne dni ustalaliśmy scenariusz, projekty scenografii, kostiumów, z pomocą większą lub mniejszą znajomych.

M: Mamy dużo znajomych z PWST czy po PWST – aktorów, więc tylko do nich zadzwoniliśmy, powiedzieliśmy, że składamy wniosek i oni trochę nie mieli wyboru…  No i też mieliśmy zdolną reżyserkę, która podjęła się…

J: Martyna Majewska, młoda zdolna polska reżyserka!

M: Bardzo zdolna, no i tak naprawdę spotkaliśmy się z nią chyba dzień przed terminem, jakby wcześniej ustaliliśmy scenariusz, ale dopiero z nią spisaliśmy, łącznie z kosztorysem, w którym domagaliśmy się milionów monet.

J: To było śmieszne, bo tam jest planowany projekt budżetu – i napisaliśmy capslockiem, że chcemy miliony monet…

M: A później zapomnieliśmy to usunąć.

J: Tak, i to poszło w tym wniosku do Capitolu.

Ale nie przeszkodziło?

Jak widać nie…

Chcieli wydać miliony monet…?

M: Zażyczyliśmy sobie 300 kg bezwonnego żelu do USG, który miał kosztować chyba 1300 zł…

J: Więcej, to było ok. 2000…

M: Chcieliśmy go wylać z wanny… I chcieliśmy dostać 1600 zł po to, żeby go wylać…

Dano wam taka dotację?

M: Nie, trochę obcięto

J: Generalnie jako krejzolski projekt…

M: A nie freakowy?

J: Nie powiedziano, że krejzolski, dostaliśmy dwa razy mniejszy budżet, niż pozostałe spektakle – bo było ultimatum, że albo nas nie biorą, albo dostajemy połowę budżetu. Stwierdziliśmy, ze możemy bez tego żelu albo bez innych pozycji, które kosztowały…

M: Chcieliśmy, żeby poród budyniu był porodem budyniu – chcieliśmy naprawdę urodzić budyń, znaczy zrobić go tyle…

Kto wam zaprojektował scenografię i kostiumy? Czy mieliście kogoś do oprawy plastycznej, czy to była burza mózgów?

M: Ten projekt realizowaliśmy z Michałem Puchałą, bardzo zdolnym artystą wizualnych sztuk wszelakich –

J: Projekty wysłaliśmy do Capitolu jako załącznik do wniosku – to są Maryje – butelki z odkręcaną głową. Później okazało się, że musimy to wszystko urealnić i że to nie będzie dokładnie tak, jak w fotoshopie…

No tak, bo to musiało zagrać na realnych ludziach… i teraz powiedzcie, właściwie, jak się zakończyła ta Wasza prezentacja spektaklu – jak to zostało przyjęte?

J: To był skandal.

M: Znaczy nie, najpierw pokazaliśmy go na konkursie Przeglądu Piosenki Aktorskiej i ludzie nie wiedzieli, co powiedzieć.

W sensie jury czy publiczność?

J: Publiczność

A dużo tej publiczności przyszło?

J: Niecałe 50 osób, bo tyle mieściła sala.

M: Ale graliśmy 2 razy, czyli 100 osób.

J: A już później, z racji tego, że wygraliśmy, pan dyrektor Imiela pozwolił nam zagrać spektakl 3-krotnie na deskach teatru Capitol

M: Zagraliśmy go 3-krotnie na przełomie maja i czerwca, i w dniu, w którym graliśmy go pierwszy raz, ukazał się artykuł w „Gazecie Wrocławskiej”, napisany jeszcze przed spektaklem, skoro 15 minut po zakończeniu spektaklu ukazał w Internecie. W tym artykule oburzenie zaczęło się chyba od babci…

J: Nie, to był dziadek.

M: Dziadka wnuczki gimnazjalistki, który napisał do „Gazety Wrocławskiej”, że jest oburzony…

J: …że on lubi „z moją wnuczką gimnazjalistką” chodzić do teatru, ale jak zobaczył ten tytuł na afiszu, to już nie chce i bulwersuje się, bojkotuje ten teatr i straszna rzecz, że publiczne pieniądze wydaje się na takie rzeczy.

M: Wypowiedziały się ważne osobistości, Dyrektor Wydziału Kultury, profesor Miodek i wszyscy byli oburzeni albo bezstronni…

Oburzeni tytułem czy treścią spektaklu?

M: Nie: spektaklem, którego nie widzieli…

J: Zresztą pan dziadek gimnazjalistki też był oburzony samym tytułem, bo spektaklu nie widział.

Może bał się oburzyć? A czy były osoby oburzone samym spektaklem?

M: Była taka jedna pani, napisała nam w komentarzu na Facebooku, że to była masakra, że głowa ją rozbolała i bardzo żałuje, ze nie mogła wyjść, bo ustawienie sceny było takie, że publiczność nie mogła wyjść ze spektaklu, ponieważ drzwi na salę były za sceną, a na scenie cały czas graliśmy… Jeśli ktoś już wszedł, musiał wysiedzieć do końca.

J: To nie był długi spektakl, w granicach 40 min.

A powiedzcie, czym jury uzasadniło werdykt, skoro spektakl był tak oburzający?

M: Tam była bardzo ładna laurka – generalnie za progresywność, szybkie tempo, prawdziwą offowość...

J: Tak, za off.

No a właściwie w jaki sposób wykorzystaliście piosenkę aktorską?

J: Jako podstawowy materiał dźwiękowy.

Do przetwarzania? Ale muzycznie, czy też jeśli chodzi o treść?

M: Jeżeli chodzi o treść, to niekoniecznie, bardzo chcieliśmy…

J: unikać jakiejkolwiek treści.

M: Uniknąć po pierwsze treści, żeby ten spektakl nie był o czymś. Pierwotną koncepcją była seria teledysków wykonywanych na żywo do tego, co gramy. Później to zostało jakoś bardziej steatralizowane, ale ta koncepcja cały czas była gdzieś z tyłu głowy i nie chcieliśmy, żeby te obrazy były jak najmniej powiązane z …

J: …z czymkolwiek.

M: Przede wszystkim – z piosenką, z charakterem piosenki, z treścią piosenki itd. Chcieliśmy, żeby było absolutnie abstrakcyjnie, surrealistycznie.

Ale przez to usiłowanie odkleić się od sensu piosenki nie próbowaliście jakoś tego sensu negować w konkretnej piosence albo wchodzić w coś mu przeciwnego?

J: Znaczy, on się trochę zrobił, ten sens…

M: On się zrobił, zwłaszcza że w pierwszej scenie pojawia się niejaka Tradycja… reżyserka bardzo nalegała, żeby coś takiego się pojawiło.

J: My gramy, a Krzysztof Brzazgoń, znakomity polski aktor, występuje z maską jednorożca na głowie, wykonując hymn Przeglądu Piosenki Aktorskiej, piosenkę Jonasza Kofty „Pamiętajcie o ogrodach”. Nagraliśmy go wcześniej i nagranie to przetworzyliśmy. W ogóle osią pomysłu na te teledyski były jakieś postaci – żeby się to toczyło wokół  nich. W zasadzie postaci mniej lub bardziej pojawiały się wcześniej – były wzięte z tytułów naszych wcześniejszych utworów.

M: Pojawia się m. in. Mroczna Dziwka albo Budynnia.

Mroczna Dziwka, zdaje się, ma coś wspólnego z Ewą Demarczyk, jeśli chodzi o materiał?

J: Tak, tak, z Tomem Waitsem i potem jest Jan Kaczmarek…

M: Głównie Ewa Demarczyk, pierwsze wejście jest Ewa Demarczyk.

J: Ale nie mówimy, że Ewa Demarczyk jest mroczną dziwką – chcieliśmy właśnie te nasze postaci z wcześniejszych utworów urealnić, pokazać, że one istnieją.

M: Zrobiliśmy kawałek pt. „Uródź budyń” i chcieliśmy rodzić ten budyń. Chcieliśmy, żeby to był po prostu budyń, ale nie nadążylibyśmy produkować kilogramów budyniu i sprzątać po przedstawieniu. 2. Symfonia miała podtytuł „Śmierć i Mroczna Dziwka” i chcieliśmy zmaterializować tę dziwkę. Ale też mieliśmy pomysły, które powstały właściwie w trakcie pracy nad scenariuszem i cały czas się przetwarzały.

J: Dużo trzeba było zrobić tak, żeby to się dało zrealizować w czasie rzeczywistym w warunkach teatralnych itd.

A Wy występowaliście w tym spektaklu czy graliście tylko muzykę?

J: Mamy epizodzik.

A z tego materiału, który posłużył Wam do spektaklu, nagraliście płytę?

M: Nagraliśmy spektakl – to było nagranie na żywo.

To, co jest dostępne na Waszej stronie?

J: Na bandcampie, tak.

To jest nagranie z Waszego spektaklu, ale ono nie zostało wydane przez Bółt czy inne wytwórnie?

M: Nie, to też nie jest cała ścieżka dźwiękowa, tylko fragmenty, takie, które działają najlepiej bez obrazu. Bo są też fragmenty zrobione całkowicie pod obraz.

Czy zdarza się w „Pasji” po prostu śpiewanie piosenki?

M: Jest Martyna Witowska, która piosenkę nagrała na dyktafon i my ją później przetworzyliśmy. Magda Różańska, kolejna wspaniała aktorka, jako dziewczyna z bocianem – i to też jest w sumie nagranie – nie wiadomo, jakiej piosenki… W innej ze scen chodzą figurki-Maryjki do piosenki o miasteczkach żydowskich…

Czy Wy śledzicie historie swoich piosenek?

M: Nie.

Czemu tradycja jest koniem?

M: Czemu nie? Tak wyszło – na zasadzie „czemu nie”?

A dlaczego „Pasja”? Wasza pasja?

J: Nie, wiesz co, to się wzięło z tego, że na początku, jak opowiadaliśmy o tych teledyskach, że to miały być takie kolejne stacje, chcieliśmy ich zrobić 14…

Aha, czyli to jednak ta pasja, do której nieładnie nawiązywać w sąsiedztwie wulgaryzmów…?

J: Prof. Miodek powiedział, że nie przystoi, no nie do końca z takim wulgaryzmem zaraz obok to nieładnie…

A jeśli chodzi o Waszą współpracę z aktorami, jakieś projekty teatralne, to macie coś teraz takiego na oku, macie pomysły, zamiar to jakoś rozwijać?

J: Chcieliśmy gdzieś odgrywać ten spektakl, ale problem był w ogóle zespołem, bo ten zespół tak naprawdę nie istniał, został stworzony tylko na potrzeby tego projektu, no i każdy gdzieś tam pracuje, każdy gdzieś gra, Mikołaj mieszka teraz w Hadze i ciężko by było zebrać wszystkich, żeby po prostu zagrać ten spektakl… W sumie trochę myśleliśmy, żeby coś zrobić, ale do niczego konkretnego nie doszliśmy. Chcieliśmy zrealizować swego czasu operę, mieliśmy nawet pomysł na to, o czym ta opera miałaby być, no ale też ciężko by było to wykonać i podejrzewam, że to by musiała być kwestia jakiegoś zamówienia festiwalu, które by nam sfinansowało naszą fanaberię…

A fanaberia – czego miałaby dotyczyć?

J: Miała to być historia transgatunkowej lesbisjkiej poliamorii, tak w wielkim skrócie, znaczy miały być 3 główne postaci – Agnieszka, w sensie kobieta, krowa i łabędzica. No tam dużo dramatów miało być i scen rzucania chleba w parku łabędziom, takie bardzo nostalgiczne i wzruszające, ciężkie realizacyjnie.

A jak się ma Wasza działalność jako sultana do Waszej działalności kompozytorskiej, bo jednak piszecie utwory, i to wykonywane w sumie przez zespoły całkiem dobre, jak musikFabrik czy de Ereprijs, utwory jako partytury, jako utwory na instrumenty różne…

J: Ona żyje w sprzężeniu zwrotnym, w sensie jedno oddziałuje na drugie i vice versa. Kiedyś zastanawialiśmy się, czy to jest problem, jakaś wada, ale po paru rozmowach parę osób powiedziało nam, że absolutnie nie ma się co przejmować, nie musimy się zastanawiać, czy to jest problem, ponieważ gdybyśmy my nie byli tacy, jak jesteśmy, nie byłoby sultana albo sultan nie byłby taki, jaki jest, no i, z drugiej strony, przez to, że sultan jest taki, jaki jest, to też wpływa na myślenie o takich utworach w naszym własnym sensie, autonomicznych, prywatnych.

Nie czujecie, ze sultan Was za bardzo zjada czasowo czy wysiłkowo i nie macie czasu pisać swoich symfonii?

J: Nie, jakoś się dobrze organizujemy, jakoś to nam wychodzi sprawnie.

Jeśli chodzi o plądrofonię samą, to plądrujecie, co się da właściwie, co wam podejdzie?

J: Tak, co nam wpadnie w ręce.

Nawet nazwę macie plądrowaną z materaca – czy natrafiacie na jakieś problemy ze strony podmiotów, na których plądrujecie? Natury prawnej – czy IKEA…

J: Chyba nie jesteśmy aż tak znani, żeby dochodziło do jakichś skandali prawnych, znaczy kiedyś twierdziliśmy, że jeśli dojdzie do takiej sytuacji rzeczywiście, no to tylko lepiej dla nas, ponieważ… to będzie dodatkowa sława i gdybyśmy trafili np. na „Pudelka” to by było bardzo ciekawe, ale to też jest jakaś taka nisza chyba i…

…pudelki tam nie wchodzą. A jeśli chodzi o Wasze poczucie, to czy utwory sultana, składane czy splądrowane z jakichś innych Ew Demarczyk, Edyt Geppert i tym podobnych Wojciechów Kilarów, uważacie za w całości własne płody? Czy zastanawiacie się nad tym w sensie tożsamościowym?

J: No właśnie chyba się nie zastanawiamy. Tak jak Mikołaj wcześniej mówił, nie interesuje nas źródło, jego tożsamość, i chyba tam jeszcze parę słów, tylko brzmienie i tak naprawdę, czy to jest Kilar, czy to nie jest Kilar, czy to jest coś innego, to absolutnie nie ma dla nas znaczenia, dla nas jest ważne, żeby to brzmiało tak, a nie inaczej. Inaczej – jak tworzymy jakiś utwór, to wiemy, co chcemy osiągnąć – jaki rodzaj brzmienia, faktury, i potem się zastanawiamy, co do tego najlepiej by pasowało – np. gęsta orkiestra smyczkowa albo jakiś minimal, albo jakieś punkty, no i potem myślimy, jaki utwór już powstał, który wykorzystuje taki typ faktury, który moglibyśmy wykorzystać w magnetofonie.

A czy często przetwarzacie utwory muzyki poważnej? Sikorski się często pojawia, np. w „Świetlistym serze jedi”…?

J: Tak, i jeszcze Scelsi w „Tekturonie”… 

Ale tylko współczesną muzykę bierzecie na warsztat, czy sięgacie też po bardziej klasyczne…?
J: Tak, np. w naszej Czwartej Symfonii 2 „Nieparzyste Symfonie” wykorzystaliśmy pierwsze początkowe akordy z nieparzystych symfonii Beethovena.

Czyli generalnie wasza wiedza, wasze wykształcenie kompozytorsko-muzyczne jest Wam przydatne?
J: Przydaje się, tak.

A bogatszym materiałem są dla Was dźwięki popkultury  czy muzyki poważnej?

J: Nie, są równoważne.

Czyli równouprawnienie?

J: Pełne.

A skąd bierzecie wizualizacje?

J: Te widea też są plądrowane, bo my je po prostu ściągamy z youtube’a. Np. fragment wideo który jest w teledysku do „Świetlistego sera jedi” pochodzi z jakiegoś programu edukacyjnego dla dzieci do lat 2-3 i to był program chyba o kole i tam generalnie się pojawiają kółka, później trójkąty i kwadraty  Mikołaj też pomontował trochę… Ale raczej puszczamy całe fragmenty… jeśli zdarzają się synchrony, to zupełnie przypadkiem…

Skoro jesteśmy przy serze jedi – skąd się wziął taki tytuł?

J: Ukradziony.

Ser jedi?!

J: Nie – podstawa do tytułu jest ukradziona, ponieważ była taka reklama McDonalda całkiem świeża, całkiem nowa, opowiadająca o jakiejś nowej formule cheesburgerów, no i tam były wymieniane składniki: soczysta wołowina, chrupiąca bułka i świetlisty ser cheddar – jakoś tak. Ktoś z nas nie dosłyszał w pewnym momencie i powstało „świetlisty ser jedi”. W ogóle historia powstawania tytułów jest bardzo śmieszna, ponieważ one powstają bardzo często przypadkiem w trakcie rozmowy, ja np. w telefonie noszę całą kolekcję takich tytułów jeszcze niewykorzystanych.

Do utworów, które  się dopiero urodzą, tak?

J: Tak. Albo się nie urodzą. Zależy.

A imię nadajecie po urodzeniu?

J: Tak – na zasadzie: to jest „Świetlisty ser jedi”.


poniedziałek, 23 grudnia 2013

Rozmowy ze świetnymi dziewczynami

W grudniu ukaże się książka Magdy Wichrowskiej „Toruń. Miasto kobiet” – powstająca dzięki stypendium Miasta Torunia, a złożona z trzynastu wywiadów z szesnastoma rozmówczyniami. Przepytywane zostaną też zaproszone na spotkanie autorskie z okazji premiery. Do tego czasu wszelkie informacje o tymże zbiorze wywiadów będzie można znaleźć na fanpage: https://www.facebook.com/torun.miastokobiet.

W „Toruniu. Mieście kobiet” Magda Wichrowska rozmawia z: Magdą Hamerą – współtwórczynią Cafe Draże i bohaterką zmagań o lepsze jutro toruńskiej kultury niezależnej; z szefową kina Niebieski Kocyk i festiwalu Klamra, Justyną Bieluch, z Joanną Czajkowską – bardzo utalentowaną wokalistką i nauczycielką śpiewu, z aktorkami – Teresą Stępień-Nowicką i Aleksandrą Nowicką, z Magdaleną Kujawą – redagującą Toruński Informator Kulturalno-Artystyczny „Ikar”, z Martyną Bianką Tokarską i Lilianą Piskorską – twórczyniami projektu aktywistyczno-artystyczno-przygodowego „Podróż”, z Kariną Bonowicz, pisarką, dziennikarką i tłumaczką – odpowiedzialną również za promocję Teatru Horzycy, z Kafką Jaworską, kierującą pracami Kina Centrum i festiwalu filmowego Tofifest, z historyczką sztuki i feministką Katarzyną Lewandowską, z filozofkami z Instytutu Filozofii UMK promującymi problematykę genderową – Aleksandrą Derrą i Ewą Bińczyk, z menagerką kultury i socjologiem Joanną Scheuring-Wielgus z Fundacji Win-Win, z Katarzyną „Kombi” Jankowską – animatorką kultury, konstruktorką Fabryki UTU oraz z Ewą Doroszenko, malarką, fotograficzką, ilustratorką; w tej ostatniej roli występującą w książce także po raz drugi – zaprojektowała bowiem jej okładkę.

Sama autorka hipotetycznie też mogłaby się stać jedną z bohaterek książki, choć na zadane przeze mnie pytanie o pytania, jakie Magdalenie Wichrowskiej w wywiadzie by zadała, odpowiada: „Codziennie stawiam sobie mnóstwo pytań, ale nie nadają się one do publikacji. Trudno mi wyobrazić sobie siebie w roli bohaterki książki »Toruń. Miasto kobiet«. Bo cóż ja takiego wyjątkowego robię?”. Magda – filozofka, filmoznawczyni – oprócz swej zasadniczej obecnej pracy, polegającej na kierowaniu Pracownią Kultury Medialnej w Wyższej Szkole Gospodarki w Bydgoszczy i prowadzeniu zajęć ze studentami, wydaje też bardzo niestandardowy blog „Czytnik Kultury” (http://czytnikkultury.blogspot.com/), pisze omawianą w tym artykule książkę, a w 2010 roku stworzyła „Musli Magazine”, którego misję stara się kontynuować nasz miesięcznik. W zeszłym roku zorganizowała w Od Nowie jedyny w swoim rodzaju festiwal Bella Women in Art. Zapytana o wzajemny stosunek festiwalu i „Torunia. Miasta Kobiet”, Magda mówi: „Festiwal dał mi możliwość spotkania ciekawych kobiet. Kilka z nich zaprosiłam do rozmowy. Jednak to są dwa różne projekty. Teraz najważniejsza jest dla mnie książka. Festiwal mam za sobą. Być może kiedyś wrócę do tego pomysłu w trochę innej formule, ale jeszcze nie teraz. Muszę poczuć, że to właściwy moment”.

Nawiązanie do filmu Felliniego „Miasto kobiet” – nieprzypadkowe, ale też zależność filmu i książki nie jest wyłożona jasno ani precyzyjnie. Daje to czytelnikowi i jego wyobraźni spore pole do popisu! Możemy sobie zadawać pytania, czy Magda jest Fellinim, czy Mastroiannim, czy też może jednym i drugim – a może to czytelnikowi mają zostać powierzone obie role – albo przynajmniej ta, odgrywana w oryginale przez Marcella Snàporaza...

W odróżnieniu od filmowego krewniaka „Toruń. Miasto kobiet” nie ma w sobie ani grama oniryczności ni odrealnienia. Wręcz przeciwnie – konsekwentnie odsłaniane są kolejne fragmenty bardzo namacalnej toruńskiej rzeczywistości, by naprowadzić nas jednakowoż na wyłaniającą się gdzieś między wierszami tezę, że tak, że zaiste, Toruń jest miastem kobiet! Książka nie pokazuje jedynie kobiecej strony toruńskiego medalu, ale w sposób zawstydzający moją płeć pokazuje, że jeśli ktoś poważnie w naszym mieście bierze sprawy kultury w swoje ręce, to są to właśnie kobiety. Dokładnie te kobiety, z którymi Magda Wichrowska rozmawia. Bo kto ożywia najważniejszy klub studencki w Toruniu wciąż nowymi ciekawymi inicjatywami? Justyna Bieluch. Kto odważył się zaprotestować przeciwko byle jak skleconemu pod patronatem miasta megaprojektowi strategii kultury? Uczyniła to Joanna Scheuring-Wielgus. Kto stworzył najciekawszy w ostatnich latach klub – będący zarazem inspirującym, nie tylko dla torunian, centrum animacji kultury niezależnej? To zasługa twórczyń Cafe Draże! Podobną wyliczankę mógłbym jeszcze ciągnąć, ale same podane przykłady – szczególnie dla obserwatora naszej lokalnej rzeczywistości z bliska – powinny brzmieć przekonująco. Z jednej strony jest to wiedza – jak już wspomniałem – zawstydzająca panów, z drugiej jednak – może ta książka stanowić ważne źródło inspiracji dla pań. Książka zdaje się mówić: drogie Panie, mimo wszechobecnego w naszym konserwatywnym kraju patriarchatu, nawet w niespecjalnie wielkim mieście sprawy w swoje ręce potrafimy wziąć my i to jeszcze w jaki sposób, z jaką klasą! Więc ten zbiór wywiadów nie powinien obrastać w kurz w toruńskich bibliotekach, ale powinien trafić do jak najszerszego grona odbiorców, a nade wszystko – odbiorczyń. Idealną adresatką byłby nieśmiała kobieta o dużych zdolnościach i potencjale do działania, która jest przekonana, że taka, a nie inna posiadana przez nią płeć zmusza ją do wyciszenia i odstawienia w kąt wszelkich marzeń i ambicji. Książka jej mówi: do dzieła!

Sama problematyka kobieca nie stanowi esencji książki, choć pojawia się w niektórych rozmowach jako ważny wątek. Chyba najbardziej przejmujące są fragmenty wywiadu z Katarzyną Lewandowską, w których opisuje swój proces wyzwalania spod jarzma patriarchatu. Nie był to proces bezbolesny, ale konieczny i potrzebny...

Każda rozmowa koncentruje się głównie na najważniejszych osiągnięciach przepytywanych albo na sprawach, w które są aktualnie najbardziej zaangażowane. W tych z pozoru małych wycinkach kryje się całkiem sporo treści – niejako portret każdej z kobiet, ukazany przez Magdę za pomocą pytań i... aparatu fotograficznego.

A tak o „Toruniu. Mieście kobiet” mówi autorka: „Ta książka to efekt ogromnej potrzeby i chęci rozmowy ze świetnymi dziewczynami. Robią kapitalne rzeczy. Moja rola w tej książce jest znikoma. Ja im po prostu dałam się wygadać”. Mówi też Magda: „Każde spotkanie traktuję jak lekcję. Każdy człowiek, którego spotykam na swojej drodze, czegoś mnie uczy. To, kim dzisiaj jestem, to suma rozmów i spotkań, które są za mną”.



Marek Rozpłoch

piątek, 20 grudnia 2013

Jak wygląda konstruktywna krytyka?

„Rainbow Puke” Stamper | www.rainbowpuke.com


Komiks patriotyczny nie lubi tęczy. Nic dziwnego więc, że zaraz po incydencie przy Placu Zbawiciela w „popularnym” serwisie społecznościowym Jakub Kijuc - twórca przygód „Jana Hardyego” i „Konstruktu” ponownie umieścił swoją grafikę przedstawiającą pięść roztrzaskującą czy też ściskającą tęczę. Komiks wg Kijuca jest doskonałym narzędziem służącym jedynej i słusznej ideologii. Wspaniały patriotyzm. Sztandar w górę. Mazurek Dąbrowskiego gra. Salut i duma. Bóg, Honor, Ojczyzna. A nam chce się rzygać. Bo znów wdzialiśmy ten tendencyjny rysunek, i po raz kolejny okazuje się, że nie jesteśmy zbyt tolerancyjni. Ręce opadają, bo jak można tak dobry „talent” zmarnować i się „sprzedać”. Chyba należy nam się niezwłoczna wizyta u jakiegoś renomowanego psychoterapeuty… Ale przynajmniej wiemy komu wystawić rachunek!

A co w naszym numerze? W „Made in Poland” Asia Wiśniewska dzieli się swoimi spostrzeżeniami na temat komiksu „Psychopoland”, w którym Chmielu i Piotr Białczak przedstawiają polską rzeczywistość - brutalną i bezlitosną jak w filmach Wojciecha Smarzowskiego. Brutalny jest też „Hard 2” Tomasza Bińka, ale to już inny rodzaj brutalności osnutej wokół pornografii, która odrzuca i przyciąga jednocześnie. Przy czym nie kopie po mordach jak ta w Psychopoland, a wrzuca w Limbo.

Na szczęście listopadowy numer nie jest w całości tak pesymistyczny. W końcu powracamy do skąpanej w październikowym słońcu Łodzi, gdzie odbył się 24. Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier . Mamy nadzieję, że Nasza relacja pozwoli w dużym stopniu przybliżyć Państwu to największe święto komiksu w Polsce. Swoje trzy grosze na ten temat dorzuca nieoceniona Anna Krztoń. Nie zabrakło także komiksowego komentarza autorstwa Hasioka (aka Kuby) pod wymownym tytułem „Zagłada”. Ponadto na naszych łamach gościmy twórców cyklu „Biocosmosis” - Edvina Volińskiego i Nikodema Cabałę, których pytamy prawie o wszystko. Recenzujemy pierwsze tomy serii „Noe” i „Odd Thomas” wydane przez wydawnictwo SQN, które ostatnimi czasy obdarzyło polskich czytelników prawdziwym hitem a mianowicie „Niezwykłą historią Marvel Comics”. Ale o tym już za miesiąc.


Życzymy miłej lektury!

Dawid Śmigielski
Jacek Seweryn Podgórski


środa, 18 grudnia 2013

W dziewiątym miesiącu


"Lampart" Sabina Sokół

Dziewięć miesięcy, czyli czas na pewne podsumowania. W odróżnieniu od biologicznej ruletki genowej, na każdym etapie życia „Menażerii” każdy z nas – czyli ekipa redakcyjna, ale nie tylko – mógł dołożyć własną, przemyślaną i  precyzyjnie odmierzoną drobinę materiału genetycznego. Tak więc postać obecna naszego maleństwa nie jest bynajmniej owocem przypadku - można zachwalać i ganić konkretne nasze działania, a nie zrządzenie losu czy Matkę Naturę, choć i one pewnie maczały w tym wszystkim palce.
O pochwały i utyskiwania (te ostatnie szczególnie!) proszę Was bardzo gorąco. Z perspektywy wewnątrzredakcyjnej widoczny jest wciąż niedosyt Waszych opinii, zarówno mailowych, jak i ustnych. Co widzicie dobrego w „Menażerii”? Czego Wam brak? Czy to dobrze, że istniejemy? Że co miesiąc tworzymy i zbieramy materiały, redagujemy, korygujemy, składamy – po prostu dbamy, by wszystko miało ręce i nogi, a zarazem kusiło różnorodnością?

Za nic nie pozwolimy sobie skostnieć – więc choć mnożą się u nas punkty stałe i kontynuacje tematów, bezustannie myślimy o zmianach na lepsze. Niedługo nastąpi dość widoczna transformacja, o której nie raz jeszcze będziemy dokładniej informować: nasze PDF-owe dotychczas pismo przekształci się w aktualizowany co miesiąc serwis. W gronie redakcyjnym zmiana ta jest akceptowana i pożądana, będziemy szczęśliwi jeśli również Czytelnikom będzie ona odpowiadała. Wszystko to dokona się za sprawą pomocnej dłoni stowarzyszenia „Tłok”, a możliwe jest tylko i wyłącznie dzięki pozarządowemu, Megafonowemu, fundamentowi naszego pisma. Mam nadzieję, że nadchodząca przemiana, ale też i cała nasza działalność, będzie żywą reklamą trzeciego sektora.

Żałuję przy tym, że w minionych numerach nie dość miejsca poświęciliśmy problematyce pozarządowej, bardzo bym chciał, żebyśmy i pod tym względem nieco się polepszyli. A też nie powinniśmy chyba pozostawać obojętni na inne zjawiska społeczne - przecież prowadzenie działalności prasowej zobowiązuje do nieobojętności... Czy starczy nam odwagi?

Marek Rozpłoch

niedziela, 8 grudnia 2013

Ciężka dola pirata



Wydawnictwo „Egmont” dało polskim fanom komiksu niezwykłą serię „Plansze Europy”. Dzięki niej możemy zapoznać się z dziełami najsłynniejszych komiksowych twórców z różnych krajów, włączając w ten poczet Christophe’a Blaina, autora m.in. popularnej we Francji serii komiksów o piracie Izaaku. Dzieło to jest ciekawą podróżą w świat dobrej rozrywki, okraszonej dodatkowo sporą dawką humoru oraz wnikliwym obrazem pewnej epoki. Tytułowy pirat Izaak w niczym nie odpowiada wizerunkowi komiksowego herosa, a zwłaszcza typowego pirata-łupieżcy. Blain bohaterem trzech miniopowieści uczynił Izaaka, z zawodu malarza, oprócz tego bawidamka, z żyłką awanturnika i odkrywcy. Dodajmy do tego, że miejscem akcji jest osiemnastowieczny Paryż, miejsce tyleż wspaniałe, co mroczne i obskurne. W pierwszej z trzech prezentowanych w tomie opowieści nasz bohater najczęściej przebywa w ubogich oraz, przyznajmy, nieco niebezpiecznych dzielnicach tego miejsca. Izaak jest Żydem z bogatego domu, zakochanym z wzajemnością w chrześcijance Alicji. Niestety jego ojciec nie akceptuje tego związku, przez co Izaak i jego narzeczona nieustannie klepią biedę. Bezskutecznie próbując sprzedać swoje obrazy, Izaak przemierza Paryż. Podczas jednej z wędrówek spotyka tajemniczego miłośnika marynistycznych obrazów o imieniu Henri. Skuszony wizją zarobienia pieniędzy, podjął się narysowania kilku szkiców z pewnej podróży. Nasz bohater zawsze marzył, by zostać marynistą i malować morze, jednak podróż okazuje się naprawdę długa – do Ameryki – a na dodatek odbędzie ją na statku pewnego pirata. Jednak Jean Rabuś nie jest zwykłym łupieżcą, a jego statek piracką łajbą – jest odkrywcą nowych lądów, a Izaak przypadkowo ma te odkrycia udokumentować. Tymczasem jego opuszczona narzeczona musi zmagać się z trudnościami codziennego życia samotnie, co nie sprzyja związkowi obojga…

Izaak początkowo nie narzeka na pirackie życie – uwodzi kobiety i maluje, szkicuje oraz rysuje – do czasu. Tematy do rysowania wkrótce się kończą, a lądu jak nie było, tak nie ma. Statek zmierza na południe, wokół pojawia się dryfujący lód, a załogę coraz częściej opuszczają morale. Kapitan nie chce myśleć o powrocie do domu, nawet pomimo groźby uwięzienia w lodzie. W szeregach załogi wybucha bunt, który Izaak przeczeka zamknięty pod pokładem… Po wielu dniach dryfowania statek i jego osłabieni pasażerowie natykają się na inną jednostkę i zostają zabrani na jej pokład. Umiejętności malarskie Izaaka ratują mu życie i zyskują sympatię kapitana. Dzięki temu dociera do stałego lądu. Zamiast jednak wsiąść na najbliższy statek płynący do Europy Izaak, wraz z pirackim kompanem Jacques’em, udają się w zupełnie inne miejsce. Wizyta w ogrodach gubernatora wyspy, gdzie nasz bohater chce „przypomnieć” się pewnej damie – nie udaje się tak, jak zaplanowali to obaj panowie. Izaak nawiązuje też romans z tajemniczą Olgą, aż w końcu – bez pieniędzy i jedynie z albumem rysunków – trafia na morski brzeg. Tu podejmuje decyzję o powrocie do Francji. Czy mu się to uda, pozostaje oczekiwać na kolejne tomy o przygodach Izaaka. Niestety, może okazać się, że nikt na malarza nie czeka, Alicja związała się bowiem z zamożnym i przystojnym Philipem, całkowitym przeciwieństwem Izaaka…

„Pirat Izaak” nie pretenduje do miana komiksu z zacięciem filozoficznym bądź awangardowym podejściem do scenariusza czy rysunku. Jest w najlepszym tego słowa znaczeniu klasyczny. Droga do piractwa Izaaka oraz dzieje jego narzeczonej Alicji są ze sobą zestawione i poprowadzone równolegle. Możemy dzięki temu przyglądać się życiu na statku oraz egzystencji we Francji. Dzieło Blaina przypomina dobrze napisaną powieść przygodową, będącą skrzyżowaniem „Robinsona Crusoe” z „Wyspą Skarbów” i „Hrabią Monte Christo”. Przygoda goni przygodę, zmieniają się krajobrazy, a w każdej z historii przewijają się charakterystyczne postacie rodem z pirackich opowieści. Dzięki głównemu bohaterowi, któremu daleko do ideału, oraz galerii postaci drugoplanowych czytelnik nie nudzi się ani trochę. Izaakowi towarzyszy plejada osobników pełnych sprzeczności – Jean Rabuś, pirat będący zarazem odkrywcą i podróżnikiem, miłośnikiem malarstwa, ale i okrutnikiem, który nie zawaha się przed zabiciem bezbronnych rozbitków. Lekarz, który z szanowanego medyka stał się pirackim doktorem, Klotylda, która najpierw uwodzi, a potem porzuca Izaaka. Świat Izaaka jest brutalny i pozbawiony złudzeń, mężczyźni to hazardziści i okrutnicy, kobiety – nawet Alicja – potrafią być przewrotne. Jednak – co warto podkreślić – „Pirat Izaak” nie jest tylko opowieścią przygodową. Uważny czytelnik dostrzeże wiele nawiązań do sytuacji politycznej i społecznej osiemnastowiecznej Europy. Blain osadził bowiem akcję w ciekawych czasach, gdy we Francji zapanowało oświecenie, epoka rozumu i nauki dopiero się zaczynała. Świat poszerzał swoje granice, Francja zaś była centrum Europy. W paryskich dzielnicach nędzy mieszkali biedacy – i artyści – natomiast przepaść między klasami społecznymi była ogromna. Kwitł kolonializm – zamorskie dominia[Ł1] przynosiły państwom europejskim wielkie profity, które wielokrotnie zagarniali grasujący po morzach piraci. Blain ukazuje tło historyczne, ale i obyczajowe ówczesnego świata. Obyczaje są swobodne nie tylko w kręgach arystokracji. Flirt i uwodzenie oraz płomienne romanse, o czym przekonuje się Izaak, są domeną bogatych kobiet i mężczyzn, również tych chcących uchodzić za bogatych. Pełna sakiewka otwiera wszystkie drzwi, nawet byłemu piratowi Izaakowi, a małżeństwo nie musi oznaczać wierności. Cienka granica dzieli pałace arystokracji od domu schadzek. Pozornie lekkiemu tonowi tej opowieści przeczą pytania, które stawia Blain w swoich opowieściach. Czy możliwa jest prawdziwa miłość? Gdzie są granice świata, do czego można się posunąć, by zdobyć sławę, i czy bogactwo jest warte poświęcenia wszystkiego, nawet ukochanej osoby? „Pirat Izaak” mimo wszystko skrzy się humorem. Autor mruga dyskretnie do czytelnika, czyniąc aluzje do powieści spod znaku płaszcza i szpady, najlepszych tradycji Dumasa. Główny bohater, początkowo naiwny, ciągle pakuje się w kłopoty, piracka eskapada nie powstrzymuje Izaaka od uwodzenia Olgi… Trudno nie polubić bohatera, podobnie jak pirackiej załogi, która zachwyca się malarstwem Izaaka. Sztuka łagodzi bowiem obyczaje. A także ocala życie twórcy i to nie jeden raz.

Od strony wizualnej komiks prezentuje dość oszczędny styl rysunku. Wyrazisty, mocny kontur postaci, mocne kontrastowe kolory, kolorystyka utrzymana w barwach ochry, granatu, czerwieni, zieleni i szarościach. Bohaterowie są rysowani za pomocą wyrazistych linii, wypełnionych kolorem bez światłocienia czy gradacji koloru. Postaci nieco kanciaste w kształtach, czasami przerysowane, wręcz karykaturalne. Dzięki temu całość nabiera nieco surowego wyrazu, pełnego jednak ukrytej ekspresji. Linie w komiksie Blaina oddają właśnie charakter jego postaci – ekspresyjnych, wybuchowych, pełnych emocji, czasem – humorystycznych. Zapewne Blain doszedł do wniosku, że zbytnie skupienie się na kadrach odciągnie czytelnika komiksu od przygód bohatera. Styl „Pirata Izaaka” odpowiada charakterowi opowieści, jest prosty i dosadny, co sprawia, że komiks czyta się jak świetną opowieść przygodową, nieco odwrócony moralitet o dobru i złu, miłości i cnocie. Niepozbawiony szczypty pikanterii, dużej dozy humoru i wielkiej ilości naprawdę niesamowitych przygód, które, miejmy nadzieję, znajdą kontynuację w kolejnych tomach.



Joanna Wiśniewska